
Kiedy wróciliśmy do mojego pokoju, od razu zadzwoniłam do Marty, pakując się jednocześnie na wyjazd. Przedstawiłam jej pomysł pokrótce – domek nad jeziorem, cała nasza ekipa, weekend bez rodziców, dużo swobody. Marta zareagowała bardziej niż entuzjastycznie. Słyszałam przez telefon, jak podskakuje na łóżku.
— Jadę. Na sto procent. Nawet jeśli miałabym iść piechotą.
Ustaliliśmy, że rano zabrać ją spod domu.
Teraz stałam przed lustrem i ubierałam się na wyjazd. Wybrałam coś wygodnego, ale nadal w moim stylu. Czarne koronkowe stringi. Białe podkolanówki – sportowe, sięgające do połowy łydki. Czerwona, krótka spódniczka, która ładnie odsłaniała uda. Biała, rozpinana bluzka na guziki, lekko oversize, ale na mojej chudej sylwetce i tak wyglądała prowokująco. Włosy zaplotłam w jeden gruby, schludny warkocz i przerzuciłam go przez ramię. Na nogi założyłam czerwone trampki.
Torba na wyjazd stała już gotowa przy drzwiach – pełna seksownych ciuchów, pończoch, kilku ulubionych zabawek i solidnego zapasu lubrykantu. Wzięłam ją i po cichu wsunęłam do pokoju Tomka, gdzie jeszcze spał. Miał zabrać ją do samochodu, jak będą z Werą wyjeżdżać po nas.
Szybko poprawiłam jeszcze warkocz w lustrze, złapałam małą torebkę codzienną i wybiegłam z domu.
Marcin już na mnie czekał pod klatką, oparty o barierkę, z rękami w kieszeniach bluzy. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko. Nie dałam mu nawet dojść – rozpędziłam się ostatnich kilka metrów i rzuciłam się prosto w jego ramiona, oplatając go rękami i nogami. Marcin złapał mnie pod pośladki, a ja wplotłam palce w jego włosy i pocałowałam namiętnie, długo, z całym niedosytem poprzedniego dnia i z ogromnym oczekiwaniem na to, co miało nastąpić.
— Gotowa na weekend, Mała Psitko? — zapytał niskim głosem, wciąż trzymając mnie w powietrzu.
— Urodzona gotowa — odparłam z uśmiechem i zeskoczyłam na ziemię, nie wypuszczając jego dłoni.
W szkole szybko dorwałam Martę. Stała już przy szafkach z niewielką torbą podróżną u stóp. Też była spakowana. I wyglądała zjawiskowo.
Włosy zaplotła w warkocz podobny do mojego, tylko nieco krótszy i ciemniejszy. Miała na sobie super krótką, koronkową spódniczkę w intensywnym niebieskim kolorze, która ledwo zakrywała pośladki. Brązową, obcisłą bluzeczkę z długim rękawem, pod którą wyraźnie odznaczały się małe, twarde sutki. Cieliste pończochy samonośne z delikatną koronką i niebieskie sneakersy do kompletu. Wyglądała świeżo, seksownie i jednocześnie bardzo „gotowa na wyjazd”. Co zresztą potwierdziło spojrzenie Marcina – obrzucił ją wzrokiem od stóp do głów wyraźnie dłużej niż zwykle. A chwilę później zauważyłam, że podobne, pełne pożądania i lekkiej goryczy spojrzenia posyła jej też Rafał z drugiego końca korytarza.
Przysunęłam się do niej bliżej i zapytałam szeptem:
— Nadal ze sobą nie gadacie?
Marta pokręciła głową, a w jej oczach pojawił się twardy błysk.
— Nie. I pierwsza nie zacznę. Dopóki nie przeprosi i nie zmieni nastawienia. Niech sobie pokręci w głowie, co traci. A ja w tym czasie będę się gzić z wami i z waszym rodzeństwem. Przy okazji… zastanawiam się, czy twój brat jest równie zboczony co wy troje.
Uśmiechnęłam się tylko tajemniczo i mrugnęłam do niej.
Kolejne lekcje upływały zaskakująco szybko. Z Marcinem podniecaliśmy się nawzajem tylko na tyle, żeby budować napięcie na resztę weekendu – krótkie dotknięcia pod ławką, znaczące spojrzenia, dyskretne poprawianie spódniczki. Kiedy nadarzała się okazja, oboje dokuczaliśmy też Marcie. Ja na przykład, siedząc za nią, sięgałam do przodu i delikatnie gładziłam jej sutki odznaczające się spod brązowej bluzki. Marcin przy jednej z przerw ukradkiem wsunął dłoń pod jej koronkową spódniczkę i pomasował cipkę przez majteczki. Z ogromnym zadowoleniem zauważyłam, że była równie napalona i mokra jak ja – jej oddech przyspieszał, a policzki robiły się wyraźnie czerwone.
W końcu rozległ się dzwonek kończący ostatnią lekcję. Marcin bez słowa złapał torbę Marty, ja złapałam swoją małą torebkę, i we troje prawie wybiegliśmy ze szkoły.
Przed głównym wejściem już na nas czekali. Wera i Tomek stali oparci o zaparkowany, srebrny samochód – dość przestronny, idealny na dłuższą trasę. Wera uśmiechnęła się szeroko na nasz widok, a Tomek uniósł rękę w powitaniu.
Weekend oficjalnie się zaczynał.
Przedstawiłam Marcie Tomka. Stanęła przed nim, figlarnie uniosła brwi, pocałowała go lekko w policzek i zrobiła przesadnie grzeczny dyga, jak dobrze wychowana panienka z dawnych czasów. Tomek parsknął śmiechem i wyraźnie mu się to spodobało.
Potem obie z Martą powitałyśmy Werę – każda cmoknęła ją w inny policzek jednocześnie. Wera wyglądała szałowo. Miała na sobie zwiewną, kwiecistą różową sukienkę, która była tak krótka, że zakrywała dosłownie tylko majteczki i nic poza tym. Przy najmniejszym podmuchu wiatru wszystko byłoby widać. Różowe pończochy samonośne obciągały jej pełne, zgrabne uda, a różowe trampki dodawały całej stylizacji dziewczęcego, prawie niewinnego uroku. Kontrast z jej biustem i uśmiechem był zabójczy.
Marcin szybko schował torbę Marty do bagażnika. Wszyscy załadowaliśmy się do samochodu. Z przodu Wera i Tomek – Tomek za kierownicą. Z tyłu ja, Marcin i Marta, przy czym Marcin usiadł dokładnie w środku między nami. Silnik zagrzmiał i ruszyliśmy.
Podróż można było określić tylko jednym słowem: wyuzdana.
Ledwie wyjechaliśmy za miasto, Wera sprawnie rozpięła rozporek Tomka, wyjęła jego kutasa i zaczęła go powoli, rytmicznie masować w takt tego, jak zmieniał biegi. Kiedy jechał na jednym biegu i miał wolną rękę, wsuwał palce pod jej sukienkę. W pewnym momencie Wera odwróciła się do nas z dumą i oznajmiła:
— A tak przy okazji… nie założyłam majtek.
Tomek tylko westchnął ciężko, a jego palce od razu znalazły jej mokrą cipkę.
Oczywiście z tyłu też się nie nudziliśmy. Wspólnie z Martą rozpięłyśmy spodnie Marcina i wydobyłyśmy jego kutasa. Masowałyśmy go na zmianę – raz moja dłoń, raz Marty. Co jakiś czas któraś z nas pochylała się nisko i brała go na kilka głębokich ruchów do ust, dbając, żeby nie było widać z zewnątrz. Marta dodatkowo szalała na swoim miejscu. Zadzierała brązową bluzkę aż pod brodę i prezentowała swoje małe, zgrabne cycuszki mijanym kierowcom. Kilku z nich aż zwolniło, gapiąc się jak zahipnotyzowani. Szczęście, że żaden nie wylądował w rowie.
Ja z wiadomych względów (płaska jak stół) darowałam sobie pokazywanie biustu. Zamiast tego sięgałam do przodu między fotele i masowałam ciężkie, pełne cycki Wery przez cienki materiał sukienki. Ugniatałam je, szczypałam sutki, ciesząc się ich ciężarem i sprężystością. W pewnym momencie, kiedy właśnie mocno ściskałam jej piersi, Tomek wbił w jej cipkę już trzy palce i zaczął nimi ostro posuwać.
Tego było za wiele.
Wera nagle krzyknęła, przeklinając głośno, a jej ciałem zaczęły rzucać gwałtowne spazmy. Pas bezpieczeństwa ograniczał jej ruchy, więc tylko wyginała się na fotelu, zaciskając uda na dłoni Tomka i głośno dysząc. Orgazm był mocny i długi. Kiedy w końcu opadła, jeszcze przez wiele kilometrów ciężko oddychała z przymkniętymi oczami i zadowolonym uśmiechem na ustach.
My z tyłu kontynuowałyśmy swoją zabawę z kutasem Marcina, a Tomek prowadził już wyraźnie szybciej, jakby nie mógł się doczekać celu.
W końcu, po niecałych trzech godzinach, samochód zjechał z asfaltowej drogi na leśną ścieżkę. Między drzewami majaczył już drewniany domek nad jeziorem.
Dotarliśmy.
Domek nad jeziorem nie był może szczególnie duży, ale wyglądał na przestronny i zadbany. Salonik z aneksem kuchennym, duża narożna kanapa i kilka wygodnych foteli. Ale to na widok pięterka wszyscy niemal jednocześnie się uśmiechnęliśmy. Prawie cała podłoga na górze była pokryta miękkimi, grubymi materacami – w zamyśle po to, żeby duża rodzina mogła wygodnie przenocować. Na potrzeby grupy napalonych osiemnastolatków było to rozwiązanie wręcz idealne.
Przed domkiem stała mała, drewniana altana z grillem, a kilka kroków dalej zaczynało się jezioro. Na brzegu bielił się wąski pas piaszczystej plaży.
Wrzuciliśmy bagaże do środka i od razu usiedliśmy w altanie. Była dopiero siedemnasta, słońce stało jeszcze wysoko i przyjemnie grzało. Ja usiadłam na kolanach Marcina, Wera na kolanach Tomka. Marta usiadła pomiędzy nami na blacie stołu, swobodnie machając nogami w niebieskich sneakersach.
Tomek nie tracił czasu. Jednym ruchem zadarł różową sukienkę Wery aż pod pachy, odsłaniając jej całkowicie gołą, już wyraźnie mokrą cipkę. Zaczął ją delikatnie masować dwoma palcami, rozchylając wargi. Wera jęknęła cicho i przez chwilę poddawała się tej pieszczocie.
Marta stanęła na środku altany, zadarła spódniczkę i kręcąc prowokacyjnie biodrami, ściągnęła z siebie majtki. Jej cipka lśniła od wilgoci, a majteczki od wewnątrz były całkowicie pokryte gęstym śluzem.
— Laski — oznajmiła głośno, z szerokim uśmiechem. — Do końca wyjazdu ogłaszam zakaz noszenia majtek. Nasze dziurki mają być dostępne na okrągło.
To mówiąc, ze śmiechem rzuciła się w moją stronę, próbując zadrzeć mi spódniczkę i ściągnąć stringi. Broniłam się – ale tylko pozornie. Im bardziej się szamotałam, tym bardziej robiłam się mokra. W pewnym momencie do ataku przyłączył się Marcin. Zaczął mnie łaskotać pod pachami, dokładnie w tych miejscach, w których jestem najbardziej wrażliwa. Nie byłam w stanie bronić się przed dwoma atakami naraz. Marta z tryumfalnym okrzykiem w końcu zerwała ze mnie czarne stringi i zawiesiła je demonstracyjnie na sztachecie altany.
Potem opuściła wzrok na moją odsłoniętą, już zupełnie mokrą cipkę. Przez chwilę tylko patrzyła, po czym opadła na kolana między moimi nogami, rozchyliła je szerzej i przyssała się ustami prosto do mnie. Mruknęła z zadowoleniem:
— Chcę się rżnąć cały weekend…
Poddałam się jej pieszczocie całkowicie. Odchyliłam głowę do tyłu, wplotłam palce w jej warkocz i rozejrzałam się po altanie. Widziałam, jak palce Tomka wciąż powoli posuwają mokrą cipkę Wery, a jednocześnie czułam, jak twardy kutas Marcina gniecie mnie od tyłu prosto w pośladki przez cienki materiał jego spodni.
Słońce świeciło, jezioro szumiało kilka metrów dalej, a my właśnie oficjalnie zaczynałyśmy najbardziej zboczony weekend naszego życia.
Z żalem oderwałam głowę Marty od swojej cipki. Kutas Marcina, twardy jak kamień, boleśnie przypominał mi przez spodnie, że jemu też należy się porządna porcja pieszczot. Zsunęłam się z jego kolan na drewnianą podłogę altany. Widziałam już, że Wera klęczy przed Tomkiem, rozpięła mu rozporek i właśnie nabija swoje usta na jego kutasa, biorąc go głęboko, aż policzki jej zapadają.
Marta od razu zrozumiała moje intencje. Wręcz niecierpliwie rozerwała rozporek Marcina, a ja pomogłam jej ściągnąć z niego spodnie razem z bokserkami jednym zdecydowanym ruchem. Kutas Marcina wyskoczył wolny – gruby, żyłkowany, już lśniący na główce. Uklękłyśmy po obu jego stronach i bez żadnych ceregieli zaczęłyśmy go obciągać. Konkurowałyśmy ze sobą, ale bez złośliwości – raczej z czystą, radosną chęcią, która z nas nabije swoje gardło głębiej. Stosowałyśmy przy tym zasadę fair play: kiedy jedna brała go aż do samego końca i krztusiła się, druga dłońmi mocno dociskała jej głowę, pomagając utrzymać go jak najgłębiej.
W międzyczasie uniosłam wzrok. Wera właśnie ściągnęła z siebie różową sukienkę przez głowę i została tylko w różowych pończochach i trampkach. Jej olbrzymie piersi wypłynęły na wolność. Zrobiła dokładnie to samo, co wczoraj z Marcinem – przycisnęła je mocno do siebie, obficie napluła w zagłębienie między nimi i wsunęła kutasa Tomka w tę śliską, ciasną szczelinę. Zaczęła jeździć piersiami w górę i w dół, mocno ściskając trzon.
Wróciłam do Marcina. Tym razem na jego kutasie spotkałam już usta Marty. Zetknęłyśmy się językami, obficie śliniąc całą długość, przepychając się ze śmiechem i całując się nawzajem wokół jego główki. Mokre, głośne odgłosy naszych ust mieszały się z ciężkim oddechem chłopaków i dalekim szumem jeziora.
Kątem oka zauważyłam dalszy ciąg wydarzeń przy stole. Wera puściła swoje piersi, odwróciła się tyłem do wciąż siedzącego Tomka, rozstawiła szeroko nogi w różowych pończochach i powoli, bardzo świadomie, zaczęła nabijać się cipką na jego kutasa. Opadała centymetr po centymetrze, aż usiadła na nim całym ciężarem, biorąc go po same jądra.
Altana wypełniła się jękami, mokrymi odgłosami i zapachem seksu. A my z Martą tylko przyspieszyłyśmy ruchy ust na kutasie Marcina, wiedząc, że to dopiero początek długiego, gorącego weekendu.
W końcu zostawiłam Marcie i jej chciwym ustom kutasa Marcina. Podniosłam się z kolan, sięgnęłam do guzików i ściągnęłam z siebie białą bluzkę. Potem rozpięłam czerwoną spódniczkę i pozwoliłam jej spaść na podłogę altany. Zostałam tylko w białych podkolanówkach i czerwonych trampkach. Całkowicie naga od pasa w górę i od pasa w dół, z wyjątkiem skarpetek.
Marta uniosła wzrok, oblizała usta i od razu zrobiła mi miejsce. Obróciłam się do Marcina plecami, rozstawiłam nogi i powoli opuściłam się nad jego kolana. Marta jedną dłonią chwyciła jego kutasa u nasady, a drugą rozchyliła moje mokre wargi, naprowadzając szeroką główkę dokładnie na moje wejście. Jęknęłam głośno z rozkoszy, kiedy poczułam, jak ten znajomy, gruby kształt zaczyna mnie rozpychać. Opadałam powoli, centymetr po centymetrze, aż w końcu usiadłam na nim całym swoim lekkim ciężarem. Poczłam, jak jego końcówka dociera gdzieś bardzo głęboko, prawie pod przeponę.
Naprzeciwko nas Wera szaleńczo ujeżdżała Tomka. Jej pełne biodra pracowały w szybkim, desperackim rytmie, a olbrzymie cycki majtały się na wszystkie strony przy każdym ruchu. Blond warkoczyki podskakiwały jej na plecach.
Podjęłam jej dzieło. Zaczęłam podnosić i opuszczać swoje chude ciało na kutasie Marcina – najpierw wolniej, potem coraz szybciej, biorąc go za każdym razem po samą nasadę. Mokry odgłos naszych ciał mieszał się z jękami Wery i ciężkim oddechem chłopaków.
Marta przez chwilę tylko patrzyła na nas z czystym pożądaniem. Potem prowokacyjnie, bardzo powoli, ściągnęła przez głowę swoją brązową bluzkę. Została tylko w niebieskich sneakersach, cielistych pończochach i zrolowanej na biodrach niebieskiej koronkowej spódniczce. Jej małe, zgrabne piersi z twardymi sutkami były teraz całkowicie wystawione na widok.
Ja dalej ujeżdżałam swojego chłopaka, trzymając się jego kolan dla równowagi. Marta w końcu nie wytrzymała. Opadła na kolana dokładnie przed nami, wsunęła głowę między nasze ciała i zaczęła lizać nas oboje naraz – moją cipkę rozciągniętą wokół kutasa Marcina, jego jądra, nasadę, wszystko, co mogła dosięgnąć językiem.
Naprzeciwko Wera wciąż galopowała na kutasie Tomka, coraz głośniej jęcząc, z rękami opartymi o jego ramiona i z piersiami podskakującymi w takt ruchów.
Altana pachniała seksem, jeziorem i letnim popołudniem. A my dopiero zaczynaliśmy.
Cokolwiek by nie mówić, podniecona całą scenerią osiągnęłam orgazm w kosmicznym tempie. Czy to była zasługa grubego kutasa Marcina rozpychającego moją cipkę, czy ruchliwego, żarłocznego języka Marty liżącego nas oboje, czy może widok Wery szaleńczo ujeżdżającej Tomka – tego nie potrafiłam rozdzielić. Wszystko zlało się w jedno.
Moje ciało nagle zadygotało. Spazmy narastały błyskawicznie, uda straciły całą siłę, a ja zaczęłam niekontrolowanie osuwać się z ciągle twardego kutasa Marcina. Wyrżnęłabym twarzą o drewnianą podłogę altany, gdyby Marta nie zareagowała błyskawicznie. Złapała mnie pod pachy i delikatnie, ale stanowczo pomogła mi zejść i usiąść na ziemi. Jej wzrok był wyraźnie zaniepokojony moim stanem – szeroko otwarte oczy, ściągnięte brwi.
— Nie przejmuj się — rzuciła Wera z drugiego końca altany, nawet nie zwalniając rytmu, w jakim ujeżdżała Tomka. — Ona tak ma przy naprawdę dobrym dymanku.
Powoli dochodziłam do siebie. Oddychałam głęboko, wciąż czując residualne drżenie w udach i mokrość spływającą po pończochach. Kiedy wreszcie odzyskałam kontrolę nad ciałem, wstałam na trochę niepewnych nogach. Delikatnie, ale stanowczo uniosłam Martę z kolan i posadziłam ją na blacie stołu dokładnie tak, jak siedziała wcześniej. Potem popchnęłam ją lekko w klatkę piersiową, zmuszając, żeby położyła się na plecach. W tej pozycji jej cipka znalazła się dosłownie na samej krawędzi blatu – idealnie wystawiona i dostępna.
Spojrzałam na Marcina przez ramię.
— Bądź tak dobry — rzuciłam z uśmiechem — i zerżnij tę suczkę do końca.
Marcin nie potrzebował zachęty. Uśmiechnął się krzywo, stanął dokładnie między jej rozłożonymi udami i przyłożył główkę swojego kutasa do jej wejścia. Pomogłam mu, rozchylając jej wargi palcami. On wbił się jednym, mocnym, zdecydowanym ruchem – aż po samą nasadę. Marta krzyknęła głośno, wyginając się na blacie.
Marcin od razu zaczął ją posuwać – głęboko, rytmicznie, mocno. Ja w tym czasie wspięłam się na stół od strony jej głowy, pochyliłam się nad jej małymi piersiami i zajęłam się sutkami. Ssałam, lizałam, delikatnie gryzłam, przekładając uwagę z jednego na drugi, dokładając jej przyjemności do tego, co robił jej kutas Marcina w cipce.
Kątem oka rzuciłam okiem na drugą parę. Wera wciąż galopowała na Tomku, ale po maślanych, półprzymkniętych oczach mojego brata i po tym, jak kurczowo ściskał jej biodra, poznałam, że to już długo nie potrwa.
Altana wypełniała się coraz głośniejszymi jękami, mokrymi odgłosami skóry o skórę i zapachem intensywnego seksu. A słońce wciąż przyjemnie grzało nasze spocone ciała.
Usłyszałam nagły, wysoki wrzask Wery. Jej szaleńcze ujeżdżanie doprowadziło ich z Tomkiem do niemal równoczesnego orgazmu. Ciało Wery zesztywniało, biodra przycisnęły się mocno do ud Tomka, a jej obfite piersi dygotały ściśnięte w jego dłoniach. Tomek stęknął nisko, wbił się w nią po same jądra i zastygnął. Z cipki Wery, w której wciąż tkwił kutas mojego brata, od razu zaczęła wypływać gęsta, biała sperma – spływała po jego jajach i kapała na drewnianą podłogę altany.
W tym samym czasie Marcin posuwał Martę jak burą sukę. Mocno, głęboko, bez żadnej litości. Ona wiła się pod każdym pchnięciem, wyginała się na blacie stołu, jęczała głośno i kurczowo trzymała się krawędzi. W pewnym momencie jej ciało nagle wyprężyło się w łuk. Złapała mnie obiema dłońmi za głowę i przycisnęła mocno do swoich małych piersi, wtulając moją twarz w sutki. Jednocześnie jej uda w cielistych pończochach zacisnęły się jak w imadle na biodrach Marcina. Krzyczała mu prosto w klatkę piersiową, drżąc w długotrwałych, intensywnych spazmach.
Kiedy w końcu opadła z sił, całkowicie rozluźniona i ciężko dysząca, Marcin dobił jeszcze kilka bardzo mocnych, głębokich pchnięć. Potem wbił się do samego końca i zaczął spuszczać. Pierwsze, najsilniejsze strugi wlał prosto w jej cipkę. Zaraz potem, wciąż tryskając, wyciągnął kutasa i skierował go wyżej. Kolejne gęste strumienie spermy wylądowały na płaskim brzuchu Marty, na jej małych piersiach i – ponieważ wciąż miałam twarz przy jej klatce – także na mojej twarzy. Czułam ciepłe krople na policzku, na ustach, na powiece.
Marcin stęknął jeszcze raz, wyciskając z siebie ostatnie krople, po czym oparł się dłońmi o blat po obu stronach bioder Marty, ciężko dysząc.
Altana wypełniła się zapachem świeżej spermy, potu i seksu. Wera wciąż siedziała nabita na Tomku, z spermą spływającą po udach. Marta leżała rozwalona na stole, cała oblepiona cumem Marcina. A ja klęczałam obok, z twarzą mokrą od spermy mojego chłopaka, i powoli oblizywałam usta.
W końcu ogarnęliśmy się na tyle, żeby stanąć o własnych siłach. Nogi miałam jeszcze miękkie, a między udami czułam charakterystyczną, lepką mieszaninę soków i spermy. Rozejrzałam się po altanie i zauważyłam majtki Marty – te, które wcześniej demonstracyjnie ściągnęła – wciąż leżące na podłodze i błyszczące od jej śluzu. Podniosłam je i z szerokim uśmiechem zawiesiłam na sztachecie altany dokładnie obok swoich czarnych stringów.
Marcin spojrzał najpierw na moje dzieło, potem na mnie i parsknął śmiechem.
— Powinny być trzy. Jak trzy napalone suczki.
Wera, która właśnie wstała i opierała się jeszcze o stół, wzruszyła tylko ramionami.
— A ja przyjechałam bez majtek, pamiętacie?
Tomek uśmiechnął się krzywo, sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął z niej starannie zwinięte, czyste majteczki Wery.
— Miałem przechować — wyjaśnił, podając mi je.
Wzięłam je od niego. Przez chwilę tylko patrzyłam na czysty, delikatny materiał w swojej dłoni. Potem podeszłam do wciąż jeszcze trochę niepewnej na nogach Wery, rozchyliłam jej uda i wytarłam majtki dokładnie o jej cipkę – wciąż spuchniętą, mokrą i pełną świeżej spermy Tomka. Materiał natychmiast zrobił się ciężki i przezroczysty od spermy. Podniosłam ociekające spermą majtki i zawiesiłam je na trzeciej sztachecie, równo obok swoich i tych Marty.
Marta, która właśnie podniosła się z blatu stołu, otarła resztki spermy z brzucha i piersi grzbietem dłoni, po czym omiotła nas wszystkich zadowolonym spojrzeniem.
— No to teraz się zgadza — stwierdziła. A potem dodała z szerokim, głodnym uśmiechem: — Czy ktoś jeszcze jest tak głodny jak ja?
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Śmiejąc się, wygłupiając i ocierając o siebie nagie, lepkie ciała, ruszyliśmy w stronę domku. Trzeba było zaspokoić ten bardziej przyziemny głód – najeść się, napić, złapać oddech.
Bo wieczór i cała reszta weekendu dopiero przed nami. A majtki trzech napalonych suczek już powiewały na sztachetach altany jak trofea.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz