
Wyszłam z domu. Marcin już na mnie czekał pod blokiem, oparty o stojaki rowery. Uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył. Objął czule i cmoknął w policzek. Bystry jest – nie obmacuje mnie pod oknami domu, nie ryzykuje, że ktoś z rodziny zobaczy. Po prostu bierze mnie za rękę i idziemy.
Idziemy sobie powoli do szkoły. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym – o lekcjach, o prezentacji z historii, o tym, że Karolina znowu rzucała do mnie docinkami. Atmosfera jest lekka, ciepła. A ja w głowie już podjęłam decyzję. Nie chcę kłamać. Nie przed nim.
Zatrzymuję się na moment, patrzę mu w oczy i mówię cicho:
— Marcinku… wczoraj, jak wyszedłeś… no więc… puściłam się. Dałam się ruchać.
Spodziewałam się wszystkiego. Złości. Ciszy. Rozczarowania. A on… uśmiechnął się. Kurde. Naprawdę się uśmiechnął. Musnął palcami mój policzek i zapytał spokojnie, prawie czule:
— Dobrze ci było?
Rozwalił mnie totalnie. To ja mówię mu, że pierdoliłam się z kimś innym, a ten tylko się martwi, czy było mi przyjemnie. Kiwnęłam tylko głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Serce waliło mi jak oszalałe.
On nachylił się bliżej i spytał jeszcze ciszej:
— A z kim?
No i co ja mam powiedzieć? Przez sekundę myślałam, żeby skłamać. Ale nie. Stawiam na szczerość.
— Z Tomkiem. Z moim bratem. Ale… to w sumie ja go sprowokowałam.
Marcin zatrzymał się w miejscu. Odwrócił się do mnie, wziął moją twarz w dłonie i pocałował. Naprawdę głęboko. Długo. Kiedy się oderwał, wciąż trzymał mnie w objęciach i powiedział spokojnie, patrząc mi prosto w oczy:
— Dobrze. Dobrze, że zrobiłaś to z kimś, o kim wiedziałaś, że cię nie skrzywdzi.
I co ja mam z nim zrobić? Ja mu mówię, że pierdoliłam się z własnym bratem, a ten martwi się tylko, żebym była bezpieczna. Że nie trafiłam na jakiegoś debila z ulicy. Że byłam z kimś, kto mnie zna.
Idziemy dalej. Wtulam się w niego mocniej, obejmując go w talii. On przez chwilę milczy, a potem nieobecnym, jakby zamyślonym głosem mruczy:
— Tak będzie łatwiej…
Spoglądam na niego pytająco. Chcę dopytać, co ma na myśli. Ale on tylko potrząsa głową, uśmiecha się tym swoim spokojnym uśmiechem i mówi:
— Później ci wyjaśnię. Obiecałem, pamiętasz? Po szkole.
Kiwnęłam głową. Ciekawość zżera mnie jeszcze mocniej niż wczoraj, ale nie naciskam. Po prostu idę obok niego, trzymając go za rękę, z grubym warkoczem na plecach i legginsami, które przy każdym kroku obcisają mi pupę.
Dotarliśmy do szkoły. Przed wejściem Marcin jeszcze raz ścisnął moją dłoń i szepnął:
— Kocham cię, Mała Psitko.
A ja po raz kolejny pomyślałam, że ten chłopak jest albo kompletnie pojebany, albo najlepszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła. Albo jedno i drugie.
W szkole Marcin był wobec mnie jeszcze bardziej czuły niż wczoraj. Ciągle byliśmy razem – na korytarzu, w ławce, na przerwach. Czułam się totalnie zaopiekowana. Jego dłoń niemal non-stop gdzieś na mnie była: na kolanie pod blatem, na talii, kiedy szliśmy, na karku, kiedy się schylaliśmy nad czymś. Głaskał, dotykał, pobudzał. Na przerwach ściągał mnie w kąty i całował – nie tak ostro jak wczoraj, ale długo, czule, z rękami pod bluzką albo na pupie przez legginsy. Oczywiście wszyscy się na nas gapili.
Rozeszło się wszem i wobec, że Marcin chodzi z tą nową rudą deską. Taka przynajmniej była opinia dziewczyn – słyszałam szepty, widziałam przewracanie oczami. Karolina znowu rzuciła jakiś jadowity komentarz, ale Marcin nawet nie spojrzał w jej stronę. Chłopcy natomiast raczej żałowali, że to z nim jestem, a nie z nimi. Tak przynajmniej mówiły ich spojrzenia – długie, pożądliwe, wlepione w moje obcisłe legginsy i lekko prześwitującą bluzkę.
Lekcje jakoś zleciały. Po ostatnim dzwonku Marcin wziął mnie za rękę i wyszliśmy razem. Wracaliśmy nieśpiesznie, kierując się do jego domu. W drodze powiedział nagle, z lekkim uśmiechem:
— Podoba mi się, jak cię oglądają. Ci faceci, którzy nas mijają. Ich natarczywe spojrzenia.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
— Serio?
— Serio. Fajnie mieć dziewczynę, na którą inni patrzą i wiedzą, że jest moja.
Uśmiechnęłam się i wtuliłam w jego ramię. Wiecie… fajnie mieć chłopaka. Takiego, który nie tylko nie jest zazdrosny, ale jeszcze czerpie z tego przyjemność.
Dotarliśmy do jego bloku. W sumie i mojego – przecież mieszkamy po sąsiedzku, tylko inna klatka. Weszliśmy do środka. W windzie Marcin przycisnął mnie do ściany i pocałował krótko, ale intensywnie. W głowie kołatała mi myśl, że przecież obiecał mi coś powiedzieć. Że dzisiaj wreszcie się dowiem, o co chodzi z tą „skomplikowaną” sprawą.
Wyszliśmy na jego piętrze. Otworzył drzwi kluczem, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami. W przedpokoju było cicho. Zbyt cicho.
I wtedy, jak się za drzwiami okazało… nie byliśmy tak do końca sami.
Z salonu dobiegł lekki szelest. Potem kroki. A chwilę później w framudze drzwi pojawiła się sylwetka.
Marcin położył mi dłoń na ramieniu i powiedział spokojnie, niemal normalnym głosem:
— Monia… chciałbym ci kogoś przedstawić.
Wow. Co za laska.
Blondynka. Długie, kręcone włosy spadające jej na ramiona i plecy. Lekko piegowata cera, wysoka – zdecydowanie wyższa ode mnie – szczupła, ale z wyraźnymi, sporymi cyckami. Ubrana domowo: różowe dresy i biały top bez stanika pod spodem. Spore te cycki. Fajne sutki wyraźnie przebijały przez cienki materiał. Była boso. Jej wzrok spokojnie, bez pośpiechu mnie oceniał – od warkocza, przez prześwitującą bluzkę, aż po obcisłe legginsy.
Zakliknęło mi w mózgownicy. No tak. Marcin ma siostrę. Rok starszą. Rówieśniczkę Tomka. Ale laska. Naprawdę laska.
Marcin potwierdził zaraz moje przypuszczenia.
— Moniu, to moja siostra Weronika.
Dziewczyna podeszła bliżej, podała mi rękę i uśmiechnęła się ciepło.
— Wolę Wera.
I cmoknęła mnie. Ale nie w policzek, jak się spodziewałam. W usta. Krótko, miękko, z lekkim opóźnieniem, jakby chciała zobaczyć moją reakcję.
— Łał… śliczna jesteś — wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć.
Ona tylko zaśmiała się cicho i odparła:
— Wolę być sexy. Bo śliczna to jesteś ty.
Marcin zaśmiał się nisko, opierając się o framugę.
— To dobrze, że przypadłyście sobie do gustu. Może lepiej posiedźmy w salonie.
Poszliśmy tam razem. Marcin usiadł w fotelu, a ja i Wera na kanapie – dość blisko siebie. Z początku rozmowa toczyła się o wszystkim i o niczym: o szkole, o przeprowadzce, o tym, jak jej się podoba mój warkocz, o tym, że legginsy mam fajne. Paplaliśmy głównie my z Werą. Marcin siedział z boku i wyglądał na szczerze rozbawionego, jakby oglądał coś, na co długo czekał.
W czasie tej gadaniny zauważyłam, że Wera jest coraz bliżej. Najpierw tylko ramieniem. Potem często kładła mi rękę na kolanie – przy jakimś żarcie, przy pytaniu, przy podkreśleniu zdania. Miła jest. I nie powiem… kiedy mnie dotykała, przechodziło mnie przyjemne mrowienie. Zazwyczaj zaczynało się w miejscu, gdzie leżała jej dłoń, a potem powoli wędrowało wyżej, w kierunku cipki. Dziwne. Jakoś wcześniej nie widziałam, żeby dziewczyny tak na mnie działały. Nie w ten sposób.
Raz czy dwa razy złapałam ich wspólne spojrzenie. Szybkie. Porozumiewawcze. Takie, które trwa sekundę za długo.
I wtedy tryby w mojej głowie zaskoczyły. Cała układanka. Wczorajsza rozmowa o wierności. „To trochę skomplikowane”. „Tak będzie łatwiej”. Uśmiech Marcina, kiedy powiedziałam mu o Tomku. Sposób, w jaki Wera mnie pocałowała. To, jak naturalnie kładzie na mnie ręce.
Wypaliłam pierwszą myśl, która ułożyła się w zdanie:
— Wy się pieprzycie…
Zapadła cisza.
Absolutna.
Marcin nie odwrócił wzroku. Wera też nie. Tylko jej dłoń, która wciąż leżała na moim kolanie, lekko się zacisnęła.
Cisza była wręcz namacalna. Ciężka, gęsta, taka, że aż słychać było tykanie zegara w kuchni. W końcu przerwał ją Marcin. Wstał z fotela, podszedł do mnie, przytulił mocno i pocałował – długo, głęboko, jakby chciał mnie uspokoić jeszcze zanim cokolwiek powie. Potem odsunął się tylko o centymetr i powiedział spokojnie:
— Tak. No właśnie o tym chciałem ci powiedzieć. Od pewnego czasu ja i Wera uprawiamy seks. Kochamy się… ale nie taką miłością jak ty i ja. Dalej jak brat z siostrą. Tylko… wzajemnie się pożądamy.
Wera zarumieniła się mocno. Spojrzała najpierw na brata, potem na mnie i odezwała się cicho, prawie niepewnie:
— Wiem, że uważasz nas za pojebanych. Nie chciałam, żebyś wiedziała, ale Marcin nalegał. I teraz widzę, że miał rację. On cię tak kocha… kto jak kto, ale ja go znam od zawsze. Widzę, jak bardzo jest w tobie zakochany. Więc… nie będziemy się już bzykać. Jesteś naprawdę fajna. I tak zakochana w moim bracie, że nie chcę robić nic przeciwko tobie.
Marcin wtrącił od razu, z lekkim uśmiechem:
— Wiesz, Wera… Monia raczej źle cię nie ocenia.
Pora na szczerość. Westchnęłam i powiedziałam prosto:
— Jestem ostatnia, która mogłaby cię oceniać. Wczoraj sama ruchałam się ze swoim bratem. Więc rozumiem, co czujesz. Chociaż… sama wczoraj zrobiłam coś takiego pierwszy raz.
Wera spojrzała na mnie. Chyba miała łzy w oczach – błyszczały jej w kącikach. Przez moment tylko milczała. A moje myśli kotłowały się jak szalone. Wera jest naprawdę fajna. Inteligentna, ciepła, sexy. Jeśli Marcin ma się z kimś pieprzyć… to najlepiej z nią. Nie z jakąś lafiryndą, która chciałaby mi go ukraść. Z kimś, kto go zna, kto go kocha na swój sposób i kto nie stanowi zagrożenia.
Nagle Wera po prostu mnie przytuliła. Mocno. Długo. Jej spory biust przycisnął się do mojej płaskiej klatki, a kręcone blond włosy zasłoniły mi twarz. Pachniała słodko, czysto. Trzymała mnie tak, jakby chciała przekazać coś, czego nie da się powiedzieć słowami.
A potem zaskoczyła mnie całkowicie.
Pocałowała mnie w usta. Nie tak jak wcześniej na powitanie – krótko i testująco. Tylko naprawdę. Namiętnie. Wolno najpierw, potem głębiej, z językiem, z ręką na moim karku. I ja… momentalnie zrobiłam się mokra. Odpowiedziałam na pocałunek z żarem, który mnie samą zaskoczył. To było coś zupełnie innego niż z Marcinem. Miększe. Wolniejsze. Ale równie intensywne. Jej usta były pełniejsze, pocałunek bardziej płynny, a dłoń, którą położyła mi na udzie, sprawiła, że po całym ciele rozeszło się gorące mrowienie.
Całowałyśmy się długo. Aż w końcu, z wyraźnym żalem, oderwałyśmy się od siebie. Oddychałyśmy ciężko. Wera miała zaróżowione usta i lekko zamglone oczy. Ja pewnie wyglądałam tak samo.
I znowu zapadła cisza.
Tym razem zupełnie inna. Nie ciężka. Tylko gęsta od czegoś nowego. Od pytania, które wisiało w powietrzu, ale którego jeszcze nikt nie wypowiedział. Marcin siedział w fotelu i patrzył na nas obie z wyrazem, którego nie potrafiłam do końca odczytać – mieszanką miłości, pożądania i czegoś w rodzaju ulgi.
Było niezręcznie przez moment. Trzy osoby, zbyt wiele niewypowiedzianych myśli, wciąż wilgotne usta i cisza, która zaczynała ciążyć. W końcu przerwał ją Marcin. Siedział w fotelu z lekkim, prawie rozbawionym uśmiechem i rzucił spokojnie:
— No tego to się nie spodziewałem. Ale z tego, co widzę… to się dogadacie.
Popatrzyłam na Werę. Ona na mnie. Przez sekundę tylko tak siedziałyśmy, a potem wybuchnęłyśmy śmiechem. Szczerym, głośnym, oczyszczającym. Marcin po chwili nam wtórował – jego niski śmiech dołączył do naszego i nagle całe napięcie prysło jak bańka mydlana.
Kiedy w końcu się uspokoiliśmy, wciąż jeszcze chichocząc pod nosem, popatrzyłam na Werę. Na jej biust. Na to, jak sutki wyraźnie odznaczały się pod cienkim białym topem.
— Ja pierdolę… ale cycki — powiedziałam szczerze, bez żadnego wstydu. — Mogę dotknąć twoich piersi? Wiesz… sama nie mam czego dotykać.
Wera spojrzała na mnie przez chwilę. Potem uśmiechnęła się wolno, prawie prowokująco, i bez słowa sięgnęła do ramiączek topu. Zsunęła je z ramion, potem powoli, demonstracyjnie, ściągnęła bluzkę przez głowę. Cały czas patrzyła mi w oczy.
Jej cycki wyskoczyły na wolność. Wielkie. Ciężkie. Sprężyste. Jasnoróżowe sutki już stwardniałe. Nie miałam takich nigdy blisko. Nie w realu.
Sięgnęłam niepewnie. Najpierw jedną dłonią. Potem drugą. Złapałam jedną pierś. Co za uczucie. Miękkie, ciepłe, ciężkie w dłoni, a jednocześnie sprężyste. Napawałam się. Gładziłam, unosiłam, ściskałam delikatnie, obserwując, jak sutek twardnieje jeszcze bardziej pod moimi palcami. Pieściłam je dokładnie – obie – krążąc kciukami wokół sutków, ściskając lekko, ważyć je w dłoniach. Wera zaczęła inaczej oddychać. Głębiej. Wolniej. Jej powieki lekko opadły.
Nie wytrzymałam. Pochyliłam się i wzięłam jeden sutek do ust. Delikatnie najpierw, potem mocniej – ssałam, liżłam, lekko gryzłam zębami. Drugą pierś pieściłam ręką, nie odpuszczając ani na moment. Wera odchyliła głowę do tyłu i wydała z siebie cichy, przeciągły dźwięk. Oddała mi się całkowicie. Było jej przyjemnie. Widziałam to. Czułam to.
Po chwili ocknęła się. Uniosła moją twarz dłońmi i pocałowała mnie znowu. Namiętnie. Głęboko. Z językiem. A potem, nie odrywając ust od moich, po prostu zdarła ze mnie bluzkę. Jednym ruchem. Wyrzuciła ją gdzieś na bok.
Siedziałam teraz naga od pasa w górę, naprzeciw tych wielkich, ciężkich cyców. Moje małe, różowe sutki były twarde jak kamienie. Nasze spojrzenia spotkały się znowu – już bez śmiechu, bez niezręczności. Tylko głód. Czysty, otwarty głód, który błagał o więcej.
Marcin wciąż siedział w fotelu. Nie odezwał się ani słowem. Tylko patrzył. A jego spojrzenie było ciemniejsze niż przed chwilą.
Marcin uśmiechnął się do mnie czule. Potem spojrzał na siostrę – też czule, ale inaczej, głębiej, z jakimś cichym porozumieniem – i powiedział spokojnie:
— Róbcie to, na co macie ochotę. Nacieszcie się sobą. Znam was obie i zaczekam.
Wera jakby tylko na to czekała. Dopadła mnie natychmiast. Jej usta znalazły moje małe sutki osadzone na zupełnie płaskiej piersi i zaczęła szaleć językiem. Ssała, liżała, lekko gryzła, przechodziła z jednego na drugi, nie dając mi chwili wytchnienia. Opadłam do tyłu, bezsilna, i oparłam głowę na kolanach Marcina. Odlatywałam. Jego dłoń od razu znalazła się w moich włosach, gładząc je delikatnie, podczas gdy jego siostra pożerała moje piersi.
Nie przestając całować i ssać, Wera sięgnęła niżej. Zdarła ze mnie legginsy razem ze skarpetkami jednym zdecydowanym ruchem. Zostałam w samych stringach – już całkowicie mokrych, ciemnych od wilgoci. Te też ściągnęła, ale inaczej. Powoli. Nabożnie. Przeciągnęła je po udach, po kolanach, po stopach, jakby rozpakowywała coś bardzo cennego. Kiedy stringi spadły na podłogę, zostałam przed nią całkowicie naga, z głową wciąż na kolanach chłopaka i z pulsującą, lśniącą cipką.
Wera uniosła wzrok. Popatrzyła mi prosto w oczy. I bez słowa przyssała się do mnie.
Odleciałam.
To było nierealne. Leżałam z głową na kolanach Marcina, a jego siostra lizała mi cipkę tak, że całe ciało zaczęło szaleć. Jej język był inny niż męski – szerszy, bardziej miękki, ale jednocześnie natarczywy i dokładny. Rozchylał wargi, krążył wokół łechtaczki, wsuwał się głęboko, ssał, lizał, nie odpuszczał ani na sekundę. Ja wiłam się, jęczałam, zaciskałam uda, a ona tylko mocniej przyciskała twarz między nie.
Popatrzyłam w górę na Marcina. On patrzył na mnie z czułością, która aż bolała. Uśmiechnął się lekko i zaczął głaskać mnie delikatnie po głowie, po policzku, po skroni. Jego kciuk otarł mi łzę, która niewiadomo skąd pojawiła się w kąciku oka.
I wtedy targnęły mną pierwsze spazmy orgazmu.
To było ekstra. Potężne. Nagłe. Ciało rzuciło się na wszystkie strony, uda zacisnęły się wokół głowy Wery tak mocno, że prawie ją udusiłam. Krzyczałam, nie kontrolując głosu, wyginałam się w łuk, a fale rozchodziły się od cipki aż po czubki palców. Rzucałam się, drżałam, traciłam orientację. Prawie omdlałam. Świat zawirował, ciemniał na brzegach.
Jedyna rzecz, która trzymała mnie na tym świecie, to dłoń Marcina na moim policzku. Ciepła, pewna, czuła. Jego głos gdzieś z daleka mówił moje imię, a ja trzymałam się tego dźwięku, dopóki orgazm nie zaczął powoli, bardzo powoli, odpuszczać.
Leżałam roztrzęsiona, ciężko oddychając, z głową wciąż na jego kolanach i z mokrymi udami, między którymi Wera delikatnie, prawie czule, całowała wewnętrzną stronę skóry.
Dochodziłam do siebie powoli. Oddech wciąż był urywany, uda lekko drżały, a cipka pulsowała tak mocno, że każde dotknięcie Wery było jak małe porażenie. Ona nie odsunęła się. Nadal była przy mnie – całowała wewnętrzne strony ud, delikatnie liżąc resztki wilgoci, dając mi czas, ale nie pozwalając całkiem opaść.
Spojrzałam w górę na Marcina. Siedział w fotelu, wciąż z moją głową opartą o jego kolana, i tylko się uśmiechnął. Cicho, ciepło, z tą samą czułością co wcześniej. Nic nie mówił. Po prostu był.
Zebrałam w sobie resztki sił i odwróciłam się w stronę Wery. Sięgnęłam po jej piersi – te wielkie, ciężkie, sprężyste – i znowu się do nich przyssałam. O takie fajne. Ssałam sutek, liżąc go jednocześnie językiem, drugą pierś ugniatając dłonią. Wera westchnęła przeciągle i odchyliła głowę.
Nie chciałam już tylko brać. Chciałam oddać.
Zerwałam z niej różowe dresy. Zsunęłam je w dół nóg razem z wszystkim, co było pod spodem. Miała na sobie koronkowe bokserki – czarne, obcisłe, bardzo sexy. U siebie wolę stringi, ale na niej wyglądały obłędnie. Ściągnęłam je powoli, prawie z szacunkiem. Kiedy materiał zsunął się całkiem, oniemiałam.
Jaka piękna cipka.
Grube, pełne wargi, już lśniące od pobudzenia. Duża, wyraźna łechtaczka. Ciemniejszy róż niż u mnie. Piękna. Naprawdę piękna.
Pochyliłam się i przyssałam. Pierwszy raz w życiu. Nie wiedziałam do końca, co robię, ale starałam się odwdzięczyć jej za wszystko, co przed chwilą ze mną zrobiła. Lizałam szeroko, potem węziej, ssałam łechtaczkę, wsuwałam język między wargi, szukałam rytmu, który sprawi jej przyjemność. Wera od razu zareagowała. Jej pełne uda oplątały moją głowę, przycisnęły mnie bliżej, a biodra zaczęły się delikatnie unosić naprzeciw moich ust.
Ssałam dalej. Coraz pewniej. Coraz głębiej. Jej jęki stawały się głośniejsze, dłonie wplotły mi się w rude włosy i przytrzymywały. Marcin wciąż milczał, ale czułam jego spojrzenie na nas obu.
W końcu i ją dopadł orgazm. Chyba jeszcze mocniejszy niż mój. Ciało Wery napięło się nagle, uda zacisnęły się wokół mojej głowy, a z jej ust wyrwał się długi, zdławiony krzyk. Drżała, wyginała się, a ja… ssałam dalej. Nie odsuwałam się. Liżyłam, zbierałam jej soki, pozwalałam jej dojść do końca, trzymając ją za biodra, żeby nie uciekła.
Kiedy wreszcie opadła, ciężko dysząc, uniosłam głowę. Usta miałam mokre, brodę też. Wera patrzyła na mnie z półprzymkniętymi oczami i słabym, zadowolonym uśmiechem.
A Marcin… Marcin wciąż tylko patrzył. Cierpliwie. Czekając.
Padłyśmy na siebie z Werą, wciąż ciężko oddychając po orgazmach. Całowałyśmy się mokro, leniwie, z rękami we włosach i na piersiach. Jej wielkie cycki przyciskały się do mojej płaskiej klatki, a nasze języki splatały się bez pośpiechu. Po chwili oderwałam się od jej ust i spojrzałam na Marcina.
Siedział w fotelu dokładnie tak, jak go zostawiłyśmy – ubrany, z wyraźnym, twardym wybrzuszeniem w spodniach i z spojrzeniem, które mówiło wszystko.
— Chyba go zaniedbałyśmy — rzekłam do Wery cicho, z lekkim uśmiechem.
Ona tylko parsknęła śmiechem i kiwnęła głową.
Wstałyśmy obie. Nagle. Nago. Takie inne – ja mała, chuda, płaska, z rudym warkoczem już w połowie rozplecionym; ona wysoka, krągła w piersiach, blond, z pełnymi biodrami – ale obie napalone, rozgrzane, lśniące od potu i soków. Podeszłyśmy do fotela. Marcin nawet nie drgnął. Tylko patrzył.
Ze śmiechem, prawie jakbyśmy się bawiły, rozebrałyśmy go do naga. Najpierw koszulka – przez głowę. Potem pasek, rozporek, spodnie ściągnięte w dół razem z bielizną. Jego kutas wyskoczył na wolność – twardy, gruby, żyłkowany, już wilgotny na główce. Marcin pomagał nam tylko minimalnie, unosząc biodra, kiedy ściągałyśmy mu resztę.
Padłyśmy przed nim na kolana. Obie jednocześnie. Jak kapłanki przed bożkiem.
Jego kutas znalazł się między naszymi twarzami. Najpierw tylko go obsypałyśmy pocałunkami – ja z jednej strony, Wera z drugiej. Potem nasze usta połączyły się bezpośrednio na nim. Walczyłyśmy językami, żeby zagarnąć jak najwięcej jego długości. Kiedy którejś udawało się wziąć głębiej, odsuwała się tylko po to, by oddać drugiej w długim, mokrym pocałunku – z jego smakiem na języku, ze śliną i preejakulatem mieszającym się między nami.
Jego dziewczyna i jego siostra. Jego kochanki. Nierealne. Całkowicie nierealne. A jednak się działo. I walić to. Było cudownie.
Marcin odchylił głowę do tyłu i wydał z siebie niski, przeciągły dźwięk. Jego dłoń spoczęła najpierw na mojej głowie, potem na głowie Wery, nie naciskając, tylko przytrzymując. A my klęczałyśmy przed nim nago, na przemian ssąc, liżąc, całując się przez jego kutasa, dzieląc się nim jak czymś najcenniejszym na świecie.
Marcin siedział w fotelu, a ja i Wera klęczałyśmy przed nim, obciągając mu zapamiętale. Nie było między nami rywalizacji. Żadnego przepychania się, żadnej zazdrości. Każda z nas po prostu starała się dać z siebie wszystko. Pokazać, jak bardzo kochamy tego człowieka – mojego chłopaka, jej brata. Na przemian brałyśmy go głęboko, ssąc, liżąc, całując się przez jego kutasa, dzieląc się śliną i jego smakiem. Marcin dyszał coraz ciężej, dłonie miał splecione w naszych włosach, ale nie popychał. Pozwalał nam robić, co chciałyśmy.
W końcu, z wyraźnym żalem, oderwałam usta od jego kutasa. Nitka śliny jeszcze łączyła moje wargi z jego główką. Spojrzałam na Werę. Ona spojrzała na mnie i rzuciła cicho, z uśmiechem:
— Monia… ty pierwsza.
Nie musiała powtarzać. Odwróciłam się plecami do Marcina, rozstawiłam nogi po obu stronach jego ud i powoli, bardzo powoli, zaczęłam się na niego napychać. Cipką. Główka rozchyliła mnie od razu. Potem pień. Centymetr po centymetrze. Czułam każdy milimetr w swojej ciasnej, wciąż wrażliwej piździe. Byłam mokra jak diabli po wszystkim, co robiłyśmy wcześniej, ale on i tak wypełniał mnie do granic. Wera siedziała u naszych stóp po turecku i patrzyła na wszystko z otwartą fascynacją – na to, jak gruby kutas jej brata znika we mnie, jak moja mała pupa opada coraz niżej.
W końcu nabiłam się na niego do samego końca. Moja pupa stykała się z jego jajkami. Przez chwilę tylko tak siedziałam, przyzwyczajając się do pełności, a potem zaczęłam ujeżdżać. Wolno najpierw, potem szybciej. Unosiłam się i opadałam, kręcąc biodrami, pozwalając mu trzeć o każdą ściankę w środku.
Wera tylko na to czekała. Zanurkowała między nasze nogi. Jej język był wszędzie – na moich udach, na udach Marcina, na mojej cipce dokładnie w miejscu, gdzie łączyliśmy się ciałami, na jego jajach, na trzonie, który wyłaniał się za każdym razem, kiedy się unosiłam. Lizała, ssała, zbierała nasze wspólne soki. Marcin trzymał mnie mocno za biodra. Wiedziałam, że jest mu przyjemnie – moja mokra, ciasna pizda na jego kutasie i ciepły, natarczywy język jego siostry na jajach. To musiało być cudowne doznanie.
Ujeżdzałam go dość długo. Coraz mocniej. Coraz szybciej. Marcin dyszał mi w kark, a Wera nie odpuszczała ani na moment. I wtedy nadszedł. Potworny orgazm. Taki, który targa całym ciałem bez żadnej litości. Krzyknęłam, wyginaając się do tyłu, a moje soki trysnęły jak wodospad – zalały kutasa Marcina, spłynęły po jego jajkach prosto na twarz Wery. Omdlałam z rozkoszy. Świat zniknął na kilka sekund.
Ocknęłam się w ramionach Marcina. Leżałam na nim, wciąż jeszcze połączona, a nad sobą zobaczyłam dwie zaniepokojone twarze – jego i jego siostry. Wera miała policzki i usta mokre od moich soków, a Marcin gładził mnie po włosach, po policzku, sprawdzając, czy wszystko ze mną w porządku.
— Wow… — szepnęłam, wciąż łapiąc oddech. — Tak jeszcze nie miałam.
Musiałam ochłonąć przez chwilę. Leżałam w ramionach Marcina, wciąż lekko drżąca, a Wera delikatnie mnie pieściła – gładziła po włosach, po ramieniu, po boku, całując od czasu do czasu skroń. Dopiero po kilku minutach zebrałam się w sobie na tyle, żeby unieść głowę i spojrzeć Marcinowi w oczy.
— Teraz musisz zadbać o swoją siostrę — powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Wera uniosła brwi. Wyglądała na lekko zaskoczoną. Spojrzała na brata i powiedziała niemal szeptem:
— Wiesz, jak najbardziej lubię…
Marcin nie odpowiedział ani słowem. Po prostu zsunął się z fotela na dywan i położył na plecach. Jego kutas sterczał pionowo – twardy, sprężysty, lśniący od moich soków i śliny. Jak samotna sosna pośrodku pokoju.
Wera natychmiast się podniosła i kucnęła nad nim. Ja uklękłam z boku, złapałam jego kutasa u nasady i nakierowałam dokładnie na jej szparkę. Wera nawet nie poczekała. Opadła z takim rozmachem, że ledwo zdążyłam cofnąć dłoń – jeszcze chwila i zgniotłaby mi palce. Wzięła go całego za pierwszym razem. Głośne, mokre mlaśnięcie. Potem uniosła się i opadła raz. I drugi. Spokojnie. A potem… zaczęła galopować.
Jej długie, kręcone blond włosy szalały na wszystkie strony. Biodra pracowały szybko, mocno, bez żadnej litości. Piersi podskakiwały przy każdym ruchu. Marcin trzymał ją za biodra, ale to ona dyktowała tempo. Po chwili osunęła się niżej, przywarła ustami do ust brata i pocałowała go łapczywie, głęboko. Jej wielkie cycki przycisnęły się do jego klatki piersiowej. Całowali się tak, jakby chcieli pożreć siebie nawzajem, a ona cały czas była nabita na jego kutasa i nie przestawała się ruszać.
Patrzyłam na to bez żadnej zazdrości. Mój chłopak i jego siostra spleceni w pocałunku, ona nabita na niego po samą nasadę. To było… piękne w jakiś pokręcony, zakazany sposób. Sięgnęłam i zaczęłam gładzić Werę po plecach – od karku w dół, po łopatkach, po dolnej części kręgosłupa. Potem schyliłam się jeszcze niżej.
Jej mniejsza dziurka była idealnie dostępna. Różowa, lekko pomarszczona, napięta. Sięgnęłam językiem i polizałam najpierw delikatnie. Wera aż zadrżała i jęknęła Marcinowi w usta. Wtedy wbiłam język głębiej. Zacisnęłam dłonie na jej pośladkach, rozchylając je, i pieprzyłam ją językiem w dupę dokładnie tak, jak wcześniej ona mnie. Marcin posuwał jej cipkę od dołu, a ja pracowałam nad jej tyłkiem.
Wera drżała cała. Coraz mocniej. Jej ruchy stały się urywane, niekontrolowane. W końcu orgazm dopadł i ją – potężny, długi, taki, że aż krzyknęła w usta Marcina i zesztywniała na kilka sekund. Opadła na niego ciężko, dysząc, wciąż jeszcze nabita na jego kutasa.
A ja… dalej lizałam jej dupkę. Wolniej, delikatniej, zbierając wszystko, co spływało, nie pozwalając jej całkiem opaść.
Gdy Wera trochę ochłonęła, spojrzałyśmy na siebie i bez słów wiedziałyśmy, że kolej na naszego rodzynka. Na Marcina. Położyłam się na dywanie i szeroko rozchyliłam swoje chude nogi. Przyciągnęłam go do siebie dłońmi. Marcin nachylił się i pocałował mnie – najpierw delikatnie, prawie czule, potem mocniej, zaborczo, z językiem, jakby chciał mi przypomnieć, że jestem jego. Jego kutas, wciąż twardy i lśniący od soków Wery, powoli naparł na moją cipkę. Rozchylił mnie, wszedł centymetr po centymetrze, aż znalazł się cały w środku.
Podniósł się na rękach i zaczął mnie pieprzyć. Mocno. Głęboko. Nabijał moje wąskie biodra na swoją pałę rytmicznymi, silnymi pchnięciami. Łóżko by skrzypiało, gdybyśmy byli na łóżku – a tak tylko dywan przyjmował każdy ruch. Ja jęczałam, wyginałam się, oplatałam go nogami.
Wera nie pozostała bezczynna. Kucnęła nad moją twarzą, odwrócona tyłem, i nagle przed oczami zobaczyłam jej dziurki z bliska – mokrą, spuchniętą od orgazmu pizdę i zaciśniętą, różową dupę. To był piękny widok. Natychmiast uniosłam głowę i zaczęłam lizać. Najpierw cipkę, zbierając resztki jej i Marcina soków, potem wyżej, do odbytu, krążąc językiem, wsuwając go do środka. Wera westchnęła głośno i naparła na moją twarz mocniej. Zaczęła ujeżdżać mój język i nos – kręciła biodrami, pocierała się o mnie, biorąc to, czego potrzebowała.
Marcin posuwał mnie coraz mocniej. Coraz szybciej. Jego dłonie ściskały moje biodra, a oddech stawał się urywany. Ja lizałam Werę z coraz większą desperacją, a ona ujeżdżała moją twarz bez żadnych zahamowań. I wtedy orgazm złapał nas obie jednocześnie. Niespodziewanie. Potężnie. Obie szarpałyśmy się na wszystkie strony – ja pod Marcinem, ona na mojej twarzy. Krzyczałyśmy, drżałyśmy, zaciskałyśmy się.
Marcin jeszcze przez chwilę mnie posuwał, przebijając się przez moje skurcze, ale w końcu dobił do samego końca. Znieruchomiał, wbił się głęboko i zaczął pompować. Gorące, gęste fale spermy wypełniały moją cipkę, spust za spustem, aż poczułam, że nie dam rady przyjąć więcej.
Potem wszystko zwolniło.
Ochłonęliśmy powoli. Marcin wysunął się ze mnie, mokry i lśniący. Wera zsunęła się z mojej twarzy. Ułożyliśmy się na dywanie spleceni – ja wtulona pomiędzy moim chłopakiem a jego siostrą. Marcin z jednej strony, Wera z drugiej. Ich ręce na mnie, moje ręce na nich. Ciepło trzech ciał. Zapach seksu, potu i spermy.
Coś pięknego.
Leżeliśmy tak w milczeniu, tylko oddechy powoli się uspokajały, a za oknem powoli zapadał zmrok.
Leżeliśmy spleceni na dywanie, wciąż nadzy, wciąż wilgotni, a ja nagle poczułam, że coś mi nie daje spokoju. Uniosłam głowę, spojrzałam najpierw na Marcina, potem na Werę i zapytałam wprost:
— Zaplanowałaś to?
Wera lekko się uśmiechnęła. Ten sam spokojny, prawie figlarny uśmiech, który miała, kiedy pierwszy raz pocałowała mnie w usta.
— Może nie do końca miało się to tak szybko potoczyć — odparła. — Ale dziewczyny kręcą mnie tak samo jak faceci. A jak Marcin pokazał mi twoje zdjęcie… od razu stwierdziłam, że jesteś śliczna. Uznałam, że jeśli obie wylądujemy w łóżku, to nie tylko nie będziesz mi miała za złe, że czasem się pieprzę z twoim chłopakiem, ale i same też czasem się pobawimy. Tak naprawdę miałam plan, że jak Marcin wyjedzie w weekend z rodzicami ogarniać na działce, to zaproszę cię na babski wieczór z nocowaniem. I wtedy cię uwiodę.
Słuchałam jej z rosnącym rozbawieniem. Plan był naprawdę sprytny. Prawie doskonały. Parsknęłam śmiechem i powiedziałam:
— No to plan został wykonany ekspresowo. Ale ten babski wieczór brzmi kusząco. Pierwszy raz robiłam cokolwiek z drugą dziewczyną i mam dużo do nadrobienia w tym zakresie.
Marcin jęknął.
Spojrzałyśmy na niego obie ze zdumieniem. Leżał między nami, nagi, z rękami pod głową, i patrzył to na mnie, to na siostrę.
— To, że obie jesteście postrzelone i seksowne, to wiedziałem — wyjaśnił ze śmiechem. — Ale że z was takie nienasycone małpy… to mnie trochę przeraża.
Spojrzałyśmy na niego obie nieżyczliwie. Wera uniosła brwi i spojrzała na mnie znacząco.
— A wiesz, że mój braciszek ma łaskotki?
Te słowa były sygnałem.
Rzuciłyśmy się na niego obie jednocześnie. Nagle. Nago. Moja cipka wciąż jeszcze ociekała jego spermą, a uda miałam lepkie, ale to było bez znaczenia. Wera złapała go za boki, ja za żebra i pod pachami. Zaczęłyśmy łaskotać bezlitośnie. Marcin wybuchnął śmiechem – głośnym, niekontrolowanym, próbował się wyrwać, ale byliśmy dwie, a on jeden. Wił się po dywanie, śmiał się aż do łez, a nasze ręce nie dawały mu chwili wytchnienia. Łaskotałyśmy go wszędzie – po bokach, po brzuchu, pod pachami, za kolanami. On śmiał się, przeklinał przez śmiech, próbował nas odepchnąć, a my tylko śmiałyśmy się razem z nim, nagie, rozgrzane, całkowicie bez zahamowań.
W końcu, kiedy już prawie nie mógł złapać powietrza, Wera krzyknęła:
— Poddajesz się?!
— Poddaję! Poddaję! — wykrztusił przez śmiech.
Puściłyśmy go. Marcin leżał na plecach, dysząc, z czerwonymi policzkami i łzami w oczach od śmiechu. A my siedziałyśmy po obu jego stronach, wciąż nagie, wciąż uśmiechnięte, i patrzyłyśmy na niego jak dwie małe, zwycięskie bestie.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz