Mam na imię Monika. Mam osiemnaście lat, sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i ważę zaledwie czterdzieści pięć kilogramów. Stoję nago przed wysokim lustrem w moim pokoju, bose stopy na chłodnej podłodze, i powoli obracam się, przypatrując się sobie z każdą sekundą coraz uważniej. Światło padające z okna oblewa mnie miękką, złotawą poświatą, która podkreśla każdą linię, każdą krzywiznę, każdy niedostatek i każdy detal, który mnie definiuje.
Zaczynam od twarzy. Zielone oczy patrzą na mnie z lustra – jasne, intensywne, prawie kocie, z długimi, jasnymi rzęsami. Skóra na twarzy jest gładka, blada, delikatnie zaróżowiona na policzkach. Nos drobny, usta pełne, miękkie, różowe. A włosy… Boże, te włosy. Jasnorude, prawie miedziane, gęste i lśniące, spływają mi aż prawie do samej pupy. Sięgam dłonią i przeciągam palce przez pasma – są ciężkie, jedwabiste, opadają mi na ramiona, piersi, plecy, biodra. Kiedy się poruszam, falują jak żywy ogień.
Oczy wędrują niżej. Szyja długa i smukła, obojczyki wyraźnie zarysowane pod skórą. Ramiona wąskie, delikatne. A potem klatka piersiowa. Płaska jak deska. Żadnego biustu. Żadnych pełnych piersi, tylko dwa małe, jasnoróżowe sutki, które w chłodzie powietrza stają się twarde i wystające. Przesuwam dłonią po sobie – skóra gładka, żebra lekko wyczuwalne pod palcami, brzuch całkowicie płaski, prawie wklęsły. Nie ma tu miękkości, którą mają inne dziewczyny. Jest tylko chudość, delikatność, kruchość. Sto pięćdziesiąt centymetrów i czterdzieści pięć kilo. Wyglądam jak lalka, jak coś, co można złamać jedną ręką.
Obracam się bokiem. Profil jest jeszcze bardziej surowy – płaska klatka, wąska talia, która prawie znika, biodra wąskie, ledwo zarysowane. Pupę mam małą, twardą, okrągłą, z wyraźnym dołkiem nad nią. Włosy zasłaniają mi prawie cały tyłek, gdy stoję prosto. Odwracam się tyłem do lustra i spoglądam przez ramię. Plecy gładkie, kręgosłup delikatnie zaznaczony, pośladki napięte. Sięgam ręką i rozchylam je nieco, patrząc, jak między nimi pojawia się ciasna, różowa dziurka odbytu – mała, pomarszczona, dziewicza w swojej ciasności.
Znów staję przodem. Dłonie zsuwają się po brzuchu niżej. Wzgórek łonowy jest całkowicie wygolony – gładki, miękki, bez ani jednego włoska. Rozchylam uda. Cipka jest wąska, różowa, prawie niewidoczna, gdy nogi są złączone. Dopiero kiedy lekko je rozstawiam, ukazują się delikatne wargi sromowe, ciasno zamknięte, i wąska szparka między nimi. Wiem, jak jest w środku. Ciasna. Bardzo ciasna. Palec wchodzi z oporem, dwa to już prawdziwa walka. Ścianki są gorące, wilgotne i kurczą się wokół wszystkiego, co w nie włożę.
Patrzę na siebie i czuję, jak między nogami robi się mokro. Serce bije szybciej. Bo jedyne, o czym marzę, to pieprzenie się z facetami. Nie romans, nie czułości, nie pocałunki. Kutasy. Twarde, grube, żyłkowane kutasy, które mogłabym brać do ręki, obciągać, lizać, ssąć aż do samego korzenia. Marzę o tym, żeby klęczeć i połykać spermę, czuć jak wypełnia mi usta, spływa po brodzie, ścieka po szyi. Marzę o tym, żeby ktoś rozłożył mnie na łóżku, rozchylił moje chude uda i wbił się w tę ciasną, wygoloną cipkę aż do oporu, rozciągając mnie, napełniając, pieprząc bez litości. Marzę o tym, żeby ktoś odwrócił mnie na brzuch, uniósł moją małą pupę i wcisnął się w moją jeszcze ciaśniejszą dupę, wypełniając mnie do końca.
Jestem nimfomanką. To nie jest żaden żart ani przesada. Myślę o seksie od chwili, gdy się budzę, aż do momentu, gdy zasypiam. Czasem budzę się w nocy mokra, z palcami między nogami, z obrazami twardych kutasów w głowie. Chcę być używana. Chcę czuć ciężar ciała faceta na sobie, jego dłonie na moich wąskich biodrach, jego oddech na szyi, gdy wpycha się we mnie coraz głębiej. Chcę, żeby moja ciasna cipka i jeszcze ciaśniejsza dupa były rozciągane, napełniane, wypełniane spermą.
Stoję przed lustrem, jedna dłoń na płaskiej piersi, druga między udami, palce delikatnie rozchylające wargi. Widzę, jak moja cipka lśni od wilgoci. Zielone oczy są już zamglone pożądaniem. Rudy warkocz spływa mi przez ramię i łaskocze sutek. Jestem mała, chuda, płaska i ciasna. I jestem gotowa. Gotowa na wszystko.
Drzwi do pokoju są lekko uchylone. Słyszę kroki na korytarzu.
Zamykam drzwi szybko, niemal trzaskając nimi, żeby nikt z domowników nie zastał mnie tak – całkowicie nagą, z jedną ręką jeszcze między udami, z wilgotną cipką i twardymi sutkami. Oparłam plecy o drzwi i odetchnęłam głęboko. Serce waliło mi jak oszalałe. Kroki na korytarzu oddaliły się, ale przez moment wyobraziłam sobie, że to tata albo brat. Że ktoś z nich wszedłby, zobaczył mnie taką – małą, chudą, płaską jak deska, z wygoloną cipką i długimi rudymi włosami spadającymi prawie do pupy – i po prostu by mnie wziął. Nie prosił, nie pytał. Rozłożył na łóżku albo przycisnął do ściany i wyruchał. Cipkę, dupę, usta… wszystko. I kurwa, byłabym w siódmym niebie. Jestem zboczona, wiem. Myśl o tacie albo bracie, którzy wbijają się w moją ciasną dziurkę, napełniają mnie spermą, używają mnie jak lalki… to mnie jeszcze bardziej rozpala. Ale drzwi są zamknięte. Nikt nie wszedł.
Odsuwam się od drzwi i znów staję przed lustrem. Czas się ubrać. Dzisiaj pierwszy dzień w nowej szkole. Dopiero się tu przeprowadziliśmy, nie znam nikogo, a ja chcę, żeby od pierwszej chwili wszyscy – chłopcy i nauczyciele – myśleli tylko o jednym: jak mnie rozłożyć i zerżnąć. Przy mojej posturze nie jest to łatwe. Sto pięćdziesiąt centymetrów, czterdzieści pięć kilo, zero biustu, wąskie biodra. Wyglądam jak dziecko, które przypadkiem dostało się do liceum. Ale właśnie dlatego muszę wybrać coś, co krzyczy „użyj mnie”.
Sięgam do szuflady. Najpierw różowe stringi. Cieniutkie, prawie niewidoczne, z delikatną kokardką z przodu. Wsuwam jedną nogę, potem drugą, przeciągam je w górę po szczupłych udach. Materiał wnika mi między pośladki, zostawiając całą pupę odsłoniętą. Odwracam się bokiem do lustra i patrzę. Mała, okrągła, twarda pupa wygląda w tych stringach obłędnie – dwie połówki idealnie rozdzielone cienkim paskiem różu, a między nimi widać, jak materiał wbija się w moją ciasną dziurkę. Z przodu stringi ledwo zakrywają wygolony wzgórek. Jeśli się pochylę, prawie wszystko będzie widać.
Potem różowe zakolanówki. Cienkie, bawełniane, z delikatną koronką u góry. Wciągam je powoli na stopy, potem wyżej, aż koronka zatrzymuje się tuż nad kolanami. Na moich chudych, długich jak u lalki nóżkach wyglądają… grzesznie. Podkreślają, jakie mam cienkie łydki, jakie delikatne kolana. Wyobrażam sobie, jak ktoś w szkole będzie na nie patrzył i myślał o tym, żeby rozsunąć te uda i wbić się we mnie.
Biała spódniczka. Krótka. Do połowy uda, a jak się poruszę – jeszcze krótsza. Zakładam ją, zapinam zamek z boku. Materiał jest lekki, prawie przezroczysty w świetle. Kiedy robię krok, spódniczka unosi się i widać różowe stringi oraz początek zakolanówek. Jeśli usiądę na krześle w klasie i lekko rozsunę nogi… wszystko będzie na wierzchu. Idealnie.
Na koniec różowy top. Krótki, obcisły, z cienkimi ramiączkami. Wciągam go przez głowę. Nie ma czego zasłaniać – piersi płaskie, sutki tylko delikatnie odznaczają się pod materiałem. Top kończy się tuż pod żebrami, zostawiając cały płaski brzuch odsłonięty. Między topem a spódniczką widać wąską talię, wystające kości biodrowe, gładką skórę.
Staję przed lustrem i oceniam całość. Długie, jasnorude włosy spadają mi aż do pupy, częściowo zasłaniając plecy. Zielone oczy patrzą na mnie z lekkim błyskiem. Wyglądam zbyt młodo. Jakby ktoś wziął trzynastolatkę i ubrał ją w seksowną bieliznę. Ale właśnie to ma działać. Chłopcy będą gapić się na moje chude nogi w różowych zakolanówkach, na to, jak spódniczka podjeżdża mi przy każdym kroku, na płaski brzuch i prawie niewidoczne piersi. Nauczyciele będą udawać, że nie patrzą, ale będą. Będą myśleć o tym, jak łatwo byłoby mnie rozerwać, jak ciasna jest moja cipka, jak łatwo byłoby mnie zgiąć wpół i użyć.
Biorę tornister, poprawiam spódniczkę i wychodzę z pokoju. Włosy falują mi przy każdym kroku, stringi wbijają się głębiej między pośladki, a między nogami wciąż jest mokro od wcześniejszych myśli. Nowa szkoła. Nowi faceci. Nowi nauczyciele.
Schodzę po schodach, czując, jak spódniczka unosi się przy każdym stopniu.
Przed samym wyjściem z domu schylam się jeszcze w przedpokoju i wciągam białe sneakersy. Są czyste, prawie nowe, z białymi sznurówkami. Zawiązuję je szybko, poprawiam różowe zakolanówki, żeby koronka równo opinała moje chude łydki, i wychodzę.
Drzwi zatrzaskują się za mną. Do szkoły mam naprawdę blisko – ledwie dwie przecznice. Idę chodnikiem, tornister lekko uderza mnie w biodro przy każdym kroku. Biała spódniczka unosi się delikatnie, a wiatr, jakby tylko na to czekał, wdziera mi się pod nią. Najpierw muska wewnętrzne strony ud, chłodny i natarczywy, potem sięga wyżej. Powiew prześlizguje się po różowych stringach, pieści wygoloną skórę, wciska cienki materiał między wargi mojej cipki. Czuję, jak robi mi się mokro. Stringi są już wilgotne. Przyspieszam kroku, ale wiatr nie odpuszcza – każdy podmuch unosi spódniczkę o centymetr wyżej, odsłaniając więcej różowych zakolanówek i kawałek nagiego uda.
Mijam mężczyzn. Pierwszy to kierowca, który zwolnił przy przejściu dla pieszych. Jego wzrok przejechał od moich białych sneakersów, po chude nogi w różowych podkolanówkach, po krótką spódniczkę, po odsłonięty brzuch i płaski top, aż do długich, jasnorudych włosów. Uśmiechnął się krzywo. Drugi stał przy budce z kebabem – starszy, może czterdziestka. Nie odwrócił wzroku, gdy przechodziłam. Patrzył prosto na miejsce, gdzie spódniczka kończyła się na udach. Wyobrażam sobie, co myśli. Widzi małą, chudą dziewczynę o wyglądzie małolaty, w zbyt krótkiej spódniczce i różowych stringach, które pewnie już dostrzegł, gdy wiatr uniósł materiał. Widzi zboczoną małą sukę, która ubrała się tak specjalnie, żeby ktoś ją w końcu złapał, przycisnął do ściany i wyruchał. I ma rację. Chciałabym krzyknąć. „No dalej, panowie! Wyruchajcie mnie! Tu, na chodniku, w samochodzie, gdziekolwiek. Moja cipka jest ciasna i mokra, dupa jeszcze ciaśniejsza, a usta otwarte”. Ale nie krzyczę. Tylko zaciskam mocniej rączkę tornistra i idę dalej, czując, jak stringi wbijają mi się głębiej między pośladki z każdym krokiem.
Budynek szkoły jest duży, szary, z wysokimi oknami i szerokimi schodami wejściowymi. Nie znam nikogo. Nie znam nawet układu korytarzy. Mam tylko plan lekcji i numery sal, które dostałam mailem poprzedniego dnia. Wejście, szatnia, długi korytarz, schody na pierwsze piętro. Sala 17. Matematyka. Idę powoli, mijając grupki uczniów. Ktoś się odwraca. Ktoś inny przestaje rozmawiać. Czuję wzroki na swoich nogach, na odsłoniętym brzuchu, na tym, jak spódniczka podskakuje przy każdym kroku po schodach. Rude włosy falują mi aż do pupy. Wyglądam jak ktoś, kto nie powinien tu być. Albo właśnie jak ktoś, kogo wszyscy będą chcieli dostać.
Staję przed drzwiami klasy 17. Za minutę dzwonek. Słyszę już głosy z wewnątrz – śmiechy, rozmowy, skrobanie krzeseł. Biorę głęboki oddech. Czuję, jak wiatr z korytarza znów lekko unosi spódniczkę. Stringi są mokre. Sutki pod różowym topem stwardniały. Zielone oczy patrzą prosto przed siebie. Pcham drzwi.
Sala jest pełna. Wszystkie miejsca zajęte, tylko trzy wolne ławki. Omiatam wzrokiem klasę i czuję lekkie rozczarowanie. Sporo dziewczyn. Za dużo dziewczyn. Miałam nadzieję, że będę miała więcej chłopaków na oku, więcej kutasów, o których mogłabym myśleć przez resztę lekcji. No nic. Dam radę.
Nauczycielka stoi przy biurku. Kurwa, niezła laska. Przed trzydziestką, wysokie szpilki, obcisła spódnica, biała bluzka, pod którą wyraźnie widać duży, pełny biust. Szczupła talia, ładna buzia, ciemne włosy upięte w koka. Uśmiecha się do mnie profesjonalnie i mówi głośno:
— Klasa, to nasza nowa uczennica. Monika Psitka. Proszę o ciszę i życzliwe przyjęcie.
I oczywiście cała sala wybucha śmiechem. Psitka. Tak, nazywam się Psitka. Słyszę szepty, chichoty, ktoś głośno powtarza „Psitka” z naciskiem na drugą sylabę. Uśmiecham się tylko kącikiem ust. Śmiejcie się. Śmiejcie się do woli. Zrzednie wam miny, jak dam wam poruchać moją psitkę. Tę małą, ciasną, wygoloną, już teraz mokrą dziurkę między nogami. Zobaczymy wtedy, kto będzie się śmiał.
Nauczycielka uspokaja klasę szybkim „dosyć tego” i zwraca się do mnie:
— Moniko, znajdź sobie wolne miejsce.
Rozglądam się. Trzy wolne ławki. Każda przy chłopaku.
Pierwszy – mięśniak. Szerokie barki, krótka koszulka, która ledwo trzyma się na bicepsach. Pewnie żyje siłownią i proteinami. Skupiony tylko na sporcie. Skreślam od razu. Mi potrzeba kogoś zboczonego, nie kogoś, kto myśli wyłącznie o martwym ciągu.
Drugi – typowy nerd. Okulary, trochę za duża bluza, spojrzenie utkwione w zeszycie. Na pewno myśli tylko o grach komputerowych albo o następnej klasówce. Też odpada.
Trzeci. Siedzi przy oknie. Wysoki. Nawet siedząc widać, że ma długie nogi i szerokie ramiona. Z wyglądu trochę kujon – ciemne włosy lekko opadają mu na czoło, ma poważną minę – ale ciałko spoko. Nie przesadnie umięśniony, tylko suchy, wysportowany. Buzia całkiem niewrzydka. I patrzy na mnie. Nie odwraca wzroku. Oczy mu błyszczą. Widzę w nich dokładnie to, co chcę zobaczyć. Patrzy na moje różowe zakolanówki, na krótką białą spódniczkę, na odsłonięty płaski brzuch, na długie rude włosy. Myśli, jak mnie przelecieć. Jak rozsunąć te chude uda, ściągnąć różowe stringi i wbić się w moją ciasną psitkę. Już wiem.
Decyzja podjęta.
Idę między ławkami. Spódniczka unosi się lekko przy każdym kroku. Czuję, jak stringi wbijają mi się między wargi. Siadam koło niego. Blat ławki jest wąski, nasze uda prawie się stykają. On nie odsuwa się. Patrzy na mnie z boku, a ja czuję, jak moja cipka jest już zupełnie mokra. Stringi przesiąknięte. Gdyby teraz ktoś kazał mi wstać, na pewno zostałaby po mnie wilgotna plama na krześle.
Kładę tornister na podłodze, poprawiam spódniczkę i odwracam głowę w jego stronę. Zielone oczy patrzą prosto w jego.
Nauczycielka zaczyna lekcję, ale ja już nie słyszę ani słowa.
Nowy kolega odchyla się lekko w moją stronę i przedstawia się cicho, prawie szeptem, żeby nauczycielka nie słyszała.
— Marcin.
Tylko tyle. Ale wystarczy. Widzę, że mu się podobam. Jego wzrok nie odrywa się ode mnie od chwili, gdy usiadłam. Uśmiecham się kątem ust i zaczynam go podpytywać półgłosem o klasę. Kto jest kim, którzy nauczyciele są najgorsi, kto z chłopaków jest wolny, kto z dziewczyn rządzi. Marcin odpowiada krótko, też szeptem, a przy okazji uśmiecha się do mnie. Taki ciepły, trochę nieśmiały uśmiech. O tak. Wyginam plecy i wypinam swoją płaską klatkę piersiową do przodu. Nie mam czym się chwalić – zero biustu, tylko dwa małe, twarde sutki, które wyraźnie odznaczają się pod cienkim różowym topem. I właśnie tam wędruje jego wzrok. Nie na twarz, nie na włosy. Prosto na miejsce, gdzie materiał przylega do moich sutków. Patrzy i nie udaje, że nie patrzy.
Zaczynam się wiercić na krześle. Delikatnie, jakby czegoś szukała. Przesuwam biodra do przodu, potem do tyłu. Biała spódniczka podjeżdża centymetr wyżej. Jeszcze trochę. Kolejny ruch i widać już górną część różowych zakolanówek oraz kawałek nagiego uda. Jeszcze centymetr, dwa i majteczki będą na wierzchu. Marcin bezwstydnie gapi się na moje uda. Jego oczy są ciemniejsze niż przed chwilą. O tak, Misiu. Chciałbyś więcej. Niedługo dostaniesz.
Upuszczam długopis. Celowo. Spada mi między stopy i toczy się pod ławkę. Schylam się powoli, dając mu pełny widok. Spódniczka unosi się jeszcze wyżej, różowe stringi napinają się na mojej małej pupie, a ja zerkam ukradkiem w stronę jego krocza. Tak jak myślałam. Jest wybrzuszenie. Wyraźne, twarde, odznaczające się pod materiałem spodni. Kręcę go. Moja chuda, płaska, zbyt młodo wyglądająca figurka w różowych stringach i krótkiej spódniczce robi mu stojaka w środku lekcji.
Cholera, za długo jestem pod ławką. Prostownuję się powoli, odkładam długopis na blat i siadam prosto. Marcin znów się do mnie uśmiecha. Tym razem śmielej. Uśmiecham się z powrotem, celowo wolniej rozchylając usta. Patrz na nie, Misiu. Na te pełne, różowe usta. Niedługo będziesz je pieprzył. Będziesz wpychał mi swojego kutasa aż do gardła, a ja będę patrzeć na ciebie zielonymi oczami i połykać wszystko, co mi dasz.
Nauczycielka coś mówi o równaniach, ale ja już nie słyszę. Czuję tylko, jak stringi są zupełnie mokre, a uda lekko się ze sobą stykają pod spódniczką. Marcin przesuwa się na krześle, jakby próbował ukryć to, co mu urosło. Za późno. Już widziałam.
Kolejne lekcje mijają, a ja nie przestaję prowokować Marcina. Na każdej przerwie, na każdej lekcji robię coś, żeby jego wzrok wracał tam, gdzie chcę. Na biologii udaję, że w ogóle nie zauważam, jak spódniczka całkowicie mi się podwinęła. Siedzę z lekko rozchylonymi udami, biały materiał zbiera się na biodrach, a różowe stringi – już kompletnie mokre, ciemniejsze od wilgoci – są w pełni widoczne. Wygolony wzgórek, cienki pasek materiału wciśnięty między wargi, wszystko na wierzchu. Gentleman zwróciłby mi dyskretnie uwagę, szepnąłby „spódniczka ci się podwinęła”. Marcin nie jest gentlemanem. Gapi się bezwstydnie. Jego oczy są przyklejone do mojej cipki przez dobre kilka minut. Widzę, jak przełyka ślinę, jak przesuwa się na krześle, jak znów pojawia się wybrzuszenie w spodniach. Dobrze. Niech patrzy. Niech myśli, jak łatwo byłoby ściągnąć te mokre majteczki i wbić się we mnie prosto na lekcji.
Myślę już, jak go dalej podpuścić, kiedy na historii przychodzi mi z pomocą nauczycielka. Owszem, stara i gruba, z podwójnym podbródkiem i głosem, który mógłby zabić muchę na odległość, ale w tej chwili ubóstwiam ją całym sercem. Mówi głośno, opierając się o biurko:
— Na jutro zrobicie w parach prezentacje na temat rewolucji francuskiej. Tylko nie kłócić się, kto z kim. Tak jak w ławkach siedzicie. Koniec dyskusji.
Kurczę, stara, gruba, ale za to, co właśnie zrobiła – szacun. Ogromny szacun.
Marcin odwraca się do mnie, zanim jeszcze nauczycielka skończy zbierać zeszyty. Pytanie ma już gotowe.
— U ciebie czy u mnie?
Uśmiecham się niewinnie i pytam, gdzie mieszka. Podaje adres. Dwie przecznice stąd. Ten sam blok co ja, tylko klatka obok. O kurcze. Jesteśmy sąsiadami. Mówię mu to od razu, patrząc mu prosto w oczy. Widzę, jak coś w nim drga. Ryba jest na haczyku. Całkowicie.
— To chodźmy do mnie — mówi cicho, już po dzwonku, kiedy zbieramy rzeczy. — Rodzice i siostra wrócą dopiero wieczorem. Nikt nie będzie nam przeszkadzał w robieniu prezentacji.
Idealnie. Kiwam głową, poprawiam spódniczkę (która i tak zaraz znowu się podwinie) i wychodzę z nim z klasy. Idziemy korytarzem, potem schodami, potem już na zewnątrz. On niesie mój tornister, chociaż nie prosiłam. Grzeczny chłopiec. Za chwilę zobaczę, jak długo zostanie grzeczny.
W głowie mam tylko jedno zdanie, które kręci mi się w kółko, mokre i brudne:
Jebać prezentację, Misiu. Chcę twojego kutasa. Chcę go w ustach, w cipce i w dupie. A skoro rodzice wrócą dopiero wieczorem… mamy sporo czasu.
Mieszkanie rodziny Marcina jest naprawdę duże. Przestronny przedpokój, szeroki korytarz, wysokie drzwi. W sumie tak samo jak u mnie. Zostawiamy buty przy wejściu, on bierze mój tornister i prowadzi mnie dalej. Po drodze proponuje coś do picia. Uśmiecham się słodko i proszę o sok pomarańczowy. Chociaż tak naprawdę chciałabym połykać jego spermę. Prostą, gęstą, słoną. Prosto z kutasa, bez żadnego soku.
Marcin znika na chwilę w kuchni. Wraca z wysoką szklanką. Patrzy na mnie takim wzrokiem, że wiem już na pewno – to tylko kwestia czasu. Kilku minut, najwyżej kilkunastu. Oddaje mi szklankę, a ja zaczynam pić powoli. Bardzo powoli. Unoszę szklankę do ust, odchylam głowę, pozwalając, żeby kilka kropel soku zostało mi na dolnej wardze. Idealnie. Oblizuję się lubieżnie, wolno przeciągając językiem po różowych ustach. Niech myśli, że to tylko sok. Że po prostu jestem niechlujna. A ja wiem, że on patrzy na to, jak mój język zbiera wilgoć i wyobraża sobie, że zamiast soku zbieram jego spust.
Jego pokój jest schludny i czysty. Żadnych stert brudnych ciuchów, żadnego bałaganu na biurku. Punkt dla niego. Lubię czystość. Łóżko starannie zaścielone, półki równe, a na nich dużo książek. Różnych – od lektur szkolnych po grubsze tomy. Też dobrze. Czytanie pobudza wyobraźnię, a w seksie wyobraźnia jest cholernie ważna. Chcę kogoś, kto nie tylko wpycha kutasa, ale też wie, co z nim zrobić.
Marcin stawia laptopa na łóżku i siada. Siadam obok niego. Blat jest miękki, materac ugina się pod nami. Zaczynam się trochę wiercić, jakby szukając wygodniejszej pozycji. Przesuwam biodra bliżej, potem jeszcze bliżej. Idealnie. Jesteśmy przytuleni. Moje chude udo styka się z jego nogą na całej długości. Ramię mam prawie oparte o jego klatkę. Różowa spódniczka podjechała mi już tak wysoko, że widać początek stringów. A w jego spodniach… kutas zaraz mu je rozsadzi. Wybrzuszenie jest wyraźne, twarde, długie. Nie próbuje go nawet ukryć.
Marcin patrzy na mnie. Nie na laptopa. Na mnie. Na moje usta, na których wciąż błyszczy resztka soku. Na płaski top, pod którym sutki są całkiem twarde. Na miejsce, gdzie spódniczka kończy się na udach. O tak. Patrz, patrz. Patrz ile chcesz. Super.
Otwiera dokument z tematem prezentacji, ale żadne z nas nie patrzy na ekran. Cisza między nami jest gęsta, ciężka, mokra. Czuję ciepło jego uda. Czuję, jak moje stringi są już całkowicie przesiąknięte. I wiem, że za chwilę ktoś z nas zrobi pierwszy ruch.
Prezentacja właściwie stworzyła się sama. Szybko. Marcin jest jebanym geniuszem. Palce śmigają mu po klawiaturze tak szybko i pewnie, że ledwo nadążam czytać, co pojawia się na ekranie. Ja też nie jestem głupia – oceny zawsze miałam bardzo dobre – ale on jest po prostu w innym wymiarze. W głowie już układam zdania o rewolucji francuskiej, a on ma gotowe całe akapity. Super. Niedługo te same sprawne palce będą śmigać w mojej pizdeczce. Będą rozchylać mnie, wchodzić głęboko, szukać tego jednego punktu, który sprawi, że stracę resztki rozsądku.
W pewnym momencie Marcin odchyla się od laptopa i mówi cicho:
— Skończone.
Zamyka klapę. Nagle robi się bardzo cicho. Jesteśmy blisko. Naprawdę blisko. Jego usta są może dziesięć centymetrów od moich. Czuję ciepło jego oddechu. Zamykam oczy i lekko rozchylam wargi. Teraz jego krok. Czekam.
Najpierw czuję dłoń na kolanie. Delikatną, ciepłą. O tak, Misiu. Delikatnie. Palce powoli przesuwają się wyżej, po wewnętrznej stronie uda, ale nie za wysoko. Jeszcze nie. Druga ręka ląduje mi na plecach, tuż pod łopatkami, i zaczyna smyrać. Lekkie, powolne ruchy. Czuję jego oddech coraz bliżej ust. Mimowolnie zauważam, że ładnie mu pachnie z buzi – świeżo, czysto, przyjemnie. Super. Chłopak idealny.
Misja wykonana.
Czuję jego wargi na moich. Najpierw delikatnie, prawie nieśmiało. Potem mocniej. Jego język wślizguje się do moich ust i ja od razu odpowiadam. Masuję jego język swoim, ssę go lekko, pozwalając mu wejść głębiej. Jest dobry. Naprawdę dobry. Całujemy się długo, mokro, coraz intensywniej. Moja dłoń ląduje mu na karku, wplątuję palce w ciemne włosy. Jego dłoń na udzie zaciska się mocniej. Spódniczka jest już zupełnie podwinięta. Stringi mokre na wylot.
W końcu sama przerywam pocałunek. Odchylam się tylko o centymetr, patrzę mu prosto w oczy i mówię szeptem:
— To było świetne.
On uśmiecha się trochę niezdarnie, trochę dumnie.
— To ty jesteś cudowna.
Jakbym sama o tym nie wiedziała. Ale i tak miło to usłyszeć.
Dobrze. On zrobił swoje. Teraz moja kolej.
Nie odrywając od niego wzroku, kładę dłoń na wybrzuszeniu w jego kroczu. Powoli, stanowczo. Zajebiście. To nie jest zwykły kutas. To armata. Gruba, twarda, długa. Czuję, jak pulsuje pod spodem spodni, jak napina materiał. Marcin wciąga ostro powietrze, ale nie odsuwa się. Wręcz przeciwnie – biodra lekko unoszą się naprzeciw mojej dłoni, jakby prosił o więcej.
Uśmiecham się do niego wolno, nadal trzymając rękę na tym twardym, gorącym wybrzuszeniu.
Całuję go jeszcze raz. Lekko. Czule. Tylko usta, bez języka. Chcę, żeby teraz myślał wyłącznie o mnie. O moich wargach, o tym, co zaraz z nimi zrobię.
Moimi małymi dłońmi sięgam do jego rozporka. Palce są krótkie, delikatne, ale pewne. Powoli przeciągam suwak w dół. Metaliczny dźwięk w cichej sypialni brzmi niemal obscenicznie. Marcin unosi się biodrami, pomagając mi. Spodnie już wcześniej zsunęłam mu do kolan, teraz schodzą całkiem. Zostają tylko bokserki. Czarne, obcisłe. Gładzę go przez materiał. Jest wielki. Naprawdę wielki. Twardy jak kamień, gorący, pulsujący pod moją dłonią. Marcin dyskretnie ściąga stopami skarpetki. Punkt dla niego. W samych skarpetkach nikt nie wygląda seksownie. No chyba że ja.
Sięgam wyżej i ściągam mu koszulkę. On podnosi ręce, pomaga, wyrzuca ją gdzieś na podłogę. Zostaje nagi od pasa w górę. Szerokie ramiona, płaski brzuch, ciemny meszek prowadzący w dół. Patrzę mu prosto w oczy. Dobrze wie, co będzie dalej. Widzę to w jego spojrzeniu – oczekiwanie, pożądanie, lekką niepewność.
Łapię za gumkę bokserek i ściągam je jednym ruchem w dół. Wow.
Jest wielki. Ze dwadzieścia centymetrów. I bardzo, bardzo gruby. Grubszy niż spodziewałam się po kujonie z ławki. Główka jest ciemnoróżowa, napęczniała, już lekko wilgotna. Żyła pulsuje po całej długości. Jeszcze raz patrzę mu w oczy. On bawi się moimi włosami – zbiera rude pasma w dłonie, odgarnia je z twarzy, jakby chciał mieć pewność, że wszystko zobaczy.
Nachylam się powoli. Otwieram buzię. Wysuwam język. Najpierw tylko czubkiem dotykam główki. Słona, gorąca. Marcin wciąga powietrze przez zęby. I wtedy siup – biorę go do połowy. Usta rozciągają się maksymalnie wokół grubego pieńka. Cholera. Za mała jestem, żeby wziąć całego. Gardło protestuje już teraz. Ale nie odpuszczam. Obciągam jak odkurzacz przemysłowy. Mocno, rytmicznie, z pełnym ssaniem. Ślina spływa mi po brodzie, po jego jajkach. On jęczy. Nisko, zaskoczony. Jego dłonie błądzą po mnie – po plecach, po ramionach, po małej pupie. Ściska moje pośladki mocno, prawie do bólu. Jeszcze nie sięga między nogi. Jeszcze nie.
Próbuję wziąć głębiej. Pcham głowę w dół, aż główka uderza o wejście do gardła. Krztuszę się. Oczy łzawią. Kocham to uczucie. Ten brak kontroli, ten odruch, tę pełność. Ślina cieknie już swobodnie. Marcin trzyma mnie za włosy, ale nie popycha. Pozwala mi robić swoje. Oby tylko za szybko nie trysnął. Ale daje radę. Oddycha ciężko, biodra lekko unoszą się naprzeciw moich ust, a ja ssę, liżę, przełykam własną ślinę i jego smak.
W końcu, z lekkim żalem, sama to przerywam. Odrywam usta od jego kutasa z głośnym, mokrym odgłosem. Nitka śliny łączy jeszcze moje wargi z jego główką. Patrzę w górę, prosto w jego oszołomione oczy, i oblizuję się powoli.
Całuje mnie namiętnie i zaborczo. Jego usta są gorące, język głęboki, dłonie trzymają moją twarz tak, jakby bał się, że zaraz zniknę. Jestem jego. Wiem, że w tej chwili myśli, że jestem świetnym lachociągiem. Ma rację. Jestem. Ale to dopiero początek.
— Tak, Misiu… teraz mnie wyruchaj — szepczę mu prosto w usta.
Nie trzeba mu powtarzać. Popycha mnie na łóżko. Padam na plecy, rude włosy rozrzucają się po poduszce. On wstaje, staje między moimi nogami i rozkłada je szeroko. Idealnie. Jego dłonie gładzą moje chude uda – od kolan wyżej, wolno, z naciskiem. Miło. Potem podwija mi spódniczkę aż pod same biodra. Dobrze. Łapie za różowe stringi. Ściąga je delikatnie, prawie nabożnie, jakby rozpakowywał coś bardzo cennego. Materiał jest mokry, ciągnie się za jego palcami. Kiedy stringi spadają na podłogę, zostaję przed nim całkowicie otwarta. Wygolona, lśniąca od pobudzenia, ciasna różowa szparka.
Rozchylam nogi jeszcze szerzej, czekając na jego kutasa. Chcę go w sobie. Chcę poczuć, jak ta gruba armata rozpycha mnie od środka.
Ale plany się zmieniają.
Na cipce czuję najpierw jego oddech. Gorący, wilgotny. Potem wargi. Potem język. Jak porażenie prądem. Całe ciało drga. O to też świetnie. I dopiero się zaczyna.
Marcin szaleje. Jego język jest szeroki, mocny, natarczywy. Liże mnie od dołu do góry, rozchyla wargi, wbija się głęboko do środka. Krąży wokół łechtaczki, ssie ją, potem znów nurkuje językiem w moją ciasną dziurkę. Jęczę. Głośno. Wyginam się na wszystkie strony, biodra same unoszą się naprzeciw jego twarzy. Mam wrażenie, że jego język jest większy i sprawniejszy niż niejeden kutas, który miałam wcześniej. Czuję wszystko. Każde pociągnięcie, każde zassanie, każdy mokry dźwięk.
Tego się nie da powstrzymać.
Orgazm nadchodzi nagle i brutalnie. Wstrząsa mną na wszystkie strony. Plecy wyginają się w łuk, uda drżą niekontrolowanie, palce stóp kurczą się. Krzyczę jego imię. Głośno, nawet nieświadomie.
— Marcin… kurwa… Marcin!
Soki zalewają mi pizdę. Czuję, jak spływają po pośladkach, jak pewnie zalewają też jego usta i brodę. On nie odsuwa się. Liże dalej, wolniej, zbierając wszystko, co z siebie wypuszczam. Dopiero kiedy przestaję drżeć, unosi głowę. Jego usta i broda błyszczą od mojej wilgoci. Uśmiecha się, zadowolony z siebie.
Marcin jest zajebisty.
Patrzę na niego spod przymrużonych powiek, wciąż ciężko oddychając, z nogami szeroko rozłożonymi i cipką, która wciąż pulsuje. Wiem, że to jeszcze nie koniec. Wiem, że zaraz poczuję coś znacznie grubszego niż język.
Marcin nie traci czasu. Sięga po mój różowy top i ściąga go jednym ruchem przez głowę. Potem chwyta białą mini i ściąga ją w dół nóg razem z resztkami. Super. Będzie łatwiej. Zostaję przed nim całkowicie naga – mała, chuda, płaska, z długimi rudymi włosami rozrzuconymi po poduszce i wygoloną, lśniącą od soków i jego śliny cipką.
Rozchyla mi nogi szeroko. Klęka między nimi. Bierze swojego grubego, twardego kutasa w dłoń i przykłada główkę do mojej dziurki. Jestem już całkowicie mokra, rozluźniona po orgazmie, ale wciąż strasznie ciasna. Wjeżdża we mnie powoli. Centymetr po centymetrze. Czuję każdy milimetr. Najpierw rozciągnięcie, potem pełność, potem głęboki, tępy nacisk. Z każdym kolejnym centymetrem moje ciało reaguje inaczej – raz drżę, raz jęczę, raz wstrzymuję oddech. Jest już prawie cały. Tylko resztka zostaje na zewnątrz. Marcin patrzy w dół, tam gdzie jego gruby pień znika w mojej małej pizdeczce, i wydaje z siebie niski, zadowolony dźwięk. Widzę, że mu dobrze. Nic dziwnego. Sama siebie bym w tej chwili wyruchała.
Zaczyna się poruszać. Najpierw wolno, głęboko, prawie do końca wychodząc i znów wchodząc. Potem przyspiesza. Obejmuje mnie ramionami, przyciska do siebie i całuje. Mokro, głęboko, zaborczo. Coraz bardziej odlatuję. Jebie mnie mocno. Łóżko skrzypi. Jego ciężar jest idealny – wystarczająco duży, żebym czuła się mała i używana, ale nie na tyle, żebym nie mogła oddychać. Znowu mnie całuje. Jeszcze mocniej wpierdala się we mnie. Oplatam go nogami, krzyżuję stopy na jego plecach i przyciągam bliżej. On odbiera to jako sygnał. Jebie jeszcze mocniej. Szybko, mocno, głęboko. Zajebiście.
Kurwa.
Znowu mam orgazm. Nadchodzi szybciej niż poprzedni, ostrzejszy, bardziej rozlany. Krzyczę w jego usta, paznokcie wbijam mu w plecy, cipka zaciska się na jego kutasie w rytmicznych, silnych skurczach. On nie przestaje. Jebie dalej, przebijając się przez moje drgawki, wykorzystując każdą falę. Dobry jest. Naprawdę dobry.
Dosyć szybko wracam do siebie. Myślałam, że zaraz się spuści – że te ciasne skurcze wykończą go w kilka sekund. A tu proszę. Jebie dalej. Równo, mocno, jakby dopiero się rozkręcał. Jego kutas wciąż jest twardy jak skała.
Chcę go ujeżdżać. Chcę zobaczyć jego minę, kiedy będę na nim skakać swoją małą, chudą pupą. Ale jak ja, taka malutka, mam przerzucić takiego kloca? Trudno. Spróbuję inaczej.
Przerywam pocałunek, łapię go za ramiona i mówię wyraźnie, choć jeszcze łapię oddech:
— Połóż się na plecach.
Marcin patrzy na mnie przez sekundę, potem powoli wychodzi z mojej cipki. Mokry, lśniący od moich soków kutas opada ciężko. Ja wstaję na kolana, a on bez słowa kładzie się na plecach, ręce pod głową, czekając. Jego kutas sterczy pionowo, gruby, żyłkowany, gotowy.
Klękam nad nim, rozchylając uda.
Patrzę mu głęboko w oczy. Nie odrywam wzroku nawet na sekundę. Unoszę się na kolanach, chwytam jego grubego kutasa dłonią i powoli, centymetr po centymetrze, nabijam się na niego. Główka rozpycha mnie od razu. Potem pień. Czuję, że zaraz mnie rozerwie. Jest zbyt gruby na moją małą, ciasną dziurkę. Boli. Rozciąga. Wypełnia do granic. I kocham to. Kocham ten nacisk, tę pełność, to uczucie, że jestem rozrywana od środka.
Marcin patrzy mi na twarz. Obserwuje każdy grymas, każdy wdech, każde mrużenie oczu. Kiedy w końcu siadam na nim do samego końca, gdy moja pupa styka się z jego jajkami, oboje przez chwilę tylko oddychamy.
Zaczynam ujeżdżać. Najpierw wolno. Unoszę się i opadam, czując, jak jego kutas wychodzi prawie cały i znów wjeżdża głęboko. Potem szybciej. Coraz szybciej. Tańczę biodrami na jego kutasie – kręcę nimi w kółko, do przodu, do tyłu, pozwalając, żeby trzeł o każdą ściankę w środku. Jego ręce nie dają mi spokoju. Pieszczą mnie całą. Ramiona, plecy, wąską talię, a potem wspinają się wyżej. O tak. Moje płaskie cycki. Nie ma prawie nic, tylko dwa małe sutki, a on i tak je pieści świetnie – palcami, kciukami, delikatnie ściskając i pocierając.
Ujeżdżam go dalej. Coraz mocniej. Marcin przyciąga mnie do siebie, obejmuje mocno i całuje. Mokro, głęboko. Jednocześnie zaczyna pracować biodrami. Unosi się naprzeciw mnie, nabija mnie od dołu, dogania moje ruchy. Stajemy się jednym rytmem. Mokre odgłosy wypełniają pokój. Ja jęczę mu w usta, on dyszy.
Jeszcze chwila, myślę. Jeszcze jeden orgazm i możesz tryskać. Jakbym powiedziała to na głos.
Bo znowu czuję, że odlatuję. Kolejna fala nadchodzi szybko, ostro, bezlitośnie. Orgazm rzuca mną na wszystkie strony. Cipka zaciska się na nim w silnych, rytmicznych skurczach, biodra tracą rytm, całe ciało drży. Marcin trzyma mnie mocno, nie pozwala mi uciec, całuje i nabija dalej. Przebija się przez mój orgazm, wykorzystuje każdy skurcz. To pieprzony robot. Nie męczy się. Nie zwalnia. Po prostu jebie mnie dalej, twardo i równo.
W końcu, kiedy ja już prawie nie czuję nóg, zwalnia. Unosi się do mnie, całuje mnie długo, czule, a potem odrywa usta od moich i szepcze prosto w nie, niskim, ochrypłym głosem:
— Wypnij się.
Wypinam się na łóżku na czworaka. Kolana rozstawione, plecy wygięte w łuk, mała pupa uniesiona wysoko. Uwielbiam tę pozycję. Czuję się w niej całkowicie wystawiona, dostępna, gotowa do użycia. Łóżko ugina się, kiedy Marcin klęka za mną. Jego dłonie lądują na moich biodrach – najpierw jedna, potem druga. Jestem taka chuda, że jego palce prawie się stykają na moim brzuchu. Obejmuje mnie jakby całą.
Czuję główkę. Gorącą, napęczniałą. Przykłada ją do mojej mokrej, rozluźnionej po orgazmach dziurki i zaczyna pchać. Powoli. Centymetr po centymetrze. Rozpycha mnie znowu, wypełnia do samego końca. Kiedy wjeżdża cały, oboje na chwilę nieruchomiejemy. Czuję jego jajka przy mojej pupie, czuję, jak pulsuje we mnie.
I bingo.
Zaczyna mnie jebać jak młot pneumatyczny. Szybko. Mocno. Głęboko. Skąd on ma tyle siły? Łóżko trzęsie się pod nami, moje piersi (albo raczej ich brak) podskakują w rytm jego pchnięć, a ja mogę tylko trzymać się prześcieradła i jęczeć. Jebie mnie bez litości. Jedną ręką zbiera moje długie, jasnorude włosy, owija je wokół dłoni i trzyma jak konia za uzdę. Nie szarpie. Nie ciągnie boleśnie. Po prostu trzyma. A ja czuję się jak na uwięzi. Totalnie zdominowana. Jego. Całkowicie.
Jebie dalej. Coraz szybciej. Coraz mocniej. Każde pchnięcie dochodzi do samego końca, rozciąga mnie, wypełnia, prawie boli. Rozerwie mnie. Na pewno mnie rozerwie. I wtedy znowu nadchodzi. Orgazm mocniejszy niż wszystkie poprzednie. Wstrząsa mną od stóp do głów. Cipka zaciska się na nim w gwałtownych skurczach, nogi drżą, krzyk urywa mi się w gardle. Marcin zwalnia na kilka sekund, pozwala mi ochłonąć, a potem znowu przyspiesza. Nie daje mi chwili wytchnienia.
Czuję, jak jego ruchy stają się mniej równe. Jak kutas w środku zaczyna pulsować mocniej. Słyszę jego niski, ochrypły krzyk. Krzyczy moje imię.
— Monika…
Kurcze, jak fajnie. Tryska we mnie. Gejzer. Gorący, gęsty, obfity. Czuję każdy spust, każdą falę, jak wypełnia mnie od środka. Pompuję… nie, on pompuje. Dobre dwie minuty. Długie, rytmiczne pchnięcia, przy których wciąż wlewa we mnie więcej i więcej. Aż w końcu zwalnia, wypycha ostatnie krople i powoli wychodzi.
Padam na plecy. Całkowicie wykończona. Cztery orgazmy. Ciało mi drży, cipka pulsuje, a jego sperma powoli wypływa z mnie na prześcieradło. Wow.
Marcin kładzie się obok, ciężko oddychając. Jego dłoń ląduje na moim płaskim brzuchu, kciuk leniwie gładzi skórę. Patrzę w sufit i uśmiecham się sama do siebie.
Zaskakuje mnie całkowicie. Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, Marcin znowu rozchyla mi nogi i pochyla się nisko. Jego usta przysysają się do mojej zmasakrowanej, spuchniętej, pełnej spermy cipki. Liże nabożnie. Wolno, dokładnie, zbierając językiem wszystko – swoją gęstą spermę i moje soki. Jest tego dużo. Czuję, jak zbiera, jak przełyka część, jak resztę zbiera na język. Pochyla się nade mną. Całuje. Otwiera moje usta swoim językiem i wpycha mi do środka wszystko, co przed chwilą zebrał z mojej dziurki. Słona, gęsta, mieszanina nas obojga wypełnia mi usta.
Kurwa. To moje perwersyjne bożyszcze. Jest idealny.
Tańczymy językami. Spermą przelewa się z ust do ust. Raz, drugi, trzeci. Mieszamy ją, dzielimy, ssąc sobie nawzajem wargi i język. Kilka razy. W końcu wszystko jest podzielone – chyba po połowie. Marcin odrywa się od moich ust. Patrzy mi w oczy i przełyka to, co zostało mu w buzi. Ja robię to samo. Gęsta, słona fala spływa mi do gardła.
Przez chwilę tylko na siebie patrzymy. Potem on mówi cicho, z czułością, której się nie spodziewałam:
— Poznaliśmy się rano… ale czy będziesz moją dziewczyną?
Kurde. To nie tak miało być. Myślę intensywnie, wciąż mając smak naszej mieszaniny na języku. Jest świetny. Najlepszy. Kutas jak armata, język jak broń masowego rażenia, a do tego nie jest zazdrosnym debilem. Ale ja chcę kutasów. Dużo kutasów. Różnych. Grubych, długich, zakrzywionych. Chcę być używana. Nie chcę się zamykać.
Mówię powoli, dobierając słowa:
— Jesteś cudowny. Magiczny. Ale ja sama nie wiem, czego chcę… — w myślach dodaję: dobrze wiem — …byłoby cudownie być z tobą. Ale myślę, że jestem zboczona. I jeśli ktoś by mnie uwiódł… to pewnie z tym kimś też bym się pieprzyła.
Marcin uśmiecha się. Nie jest zły. Nie jest zawiedziony. Uśmiecha się jak ktoś, kto właśnie usłyszał dokładnie to, co chciał.
— Nie pytam, czy będziesz wierna — mówi spokojnie. — Pytam tylko, czy zostaniesz moją dziewczyną. Sam też nie mogę obiecać wierności. To trochę skomplikowane. Jeszcze nie mogę ci powiedzieć.
Kopara mi opada. No normalnie szok. Chłopak idealny. Naprawdę idealny.
Patrzę na niego przez dłuższą chwilę, potem kiwam głową.
— Jak tak… to możemy być razem. Ale jak będziesz gotowy – powiesz mi to, czego teraz nie chcesz mówić.
— Obiecuję — odparł od razu. I nieoczekiwanie dodał, patrząc mi prosto w zielone oczy: — Zakochałem się w tobie, Mała Psitko.
Popatrzyłam mu w oczy intensywnie. Myśli pędziły mi po głowie. Skoro możemy się pieprzyć z kim chcemy… to może to będzie fajny związek. Może nawet lepszy niż myślałam. W końcu odezwałam się głośno, cicho, ale wyraźnie:
— Ja też się w tobie zakochałam.
Skłamałam.
I mówiąc to, zdałam sobie sprawę, że wcale nie kłamię.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz