No i stało się. Leżę sobie rano jeszcze w łóżku, wpatrzona w sufit, i zastanawiam się, co właściwie wydarzyło się wczoraj. To było nieoczekiwane. Całkowicie. Rankiem byłam tylko nową, małą, płaską dziewczyną w nowej szkole. Wieczorem byłam już dziewczyną Marcina – z cipką pełną jego spermy, z ustami, które smakowały naszymi zmieszanymi sokami, i z dziwnym, ciepłym uczuciem w środku, którego nie planowałam. Ale w cipce wciąż czuję lekkie mrowienie na samo wspomnienie wczorajszego rżnięcia. Tego, jak mnie rozpychał, jak trzymał za włosy, jak pompował we mnie tak długo, że myślałam, że nigdy nie przestanie. Ciało pamięta wszystko.
Patrzę na zegarek. Pora wstawać. Wymykam się cicho z pokoju, żeby nikt z domowników mnie nie zaczepił, i wchodzę do łazienki. Szybki prysznic. Gorąca woda spływa po mnie, zmywa resztki wczorajszej nocy, ale nie zmywa wspomnień. Myję dokładnie wygoloną cipkę – wciąż jest wrażliwa, lekko opuchnięta, przyjemnie obolała. Potem włosy. To prawdziwe wyzwanie. Prawie do samej pupy, gęste, jasnorude. Suszenie zajmuje wieki. Stoję przed lustrem, suszarka w ręku, i powoli, pasmo po paśmie, przywracam im objętość i połysk. W końcu gotowe. Spływają mi po plecach jak żywy ogień.
Teraz ubiór. Chcę, żeby każdy, kto mnie dzisiaj zobaczy, ślinił się na mój widok. Zakładam czarne, koronkowe stringi. Cieniutkie, prawie niewidoczne z przodu, z tyłu tylko cienki pasek wbijający się między pośladki. Stanika nie zakładam. Nie mam po co – jestem płaska jak deska, a sutki i tak będą widać. Potem czarne pończochy samonośne. Wciągam je powoli, gładząc dłonią po chudych łydkach i udach. Koronka zatrzymuje się wysoko, prawie pod samymi biodrami. Czarna spódniczka – krótka, ale rozkloszowana. Kiedy się poruszam, unosi się ładnie i odsłania początek pończoch. Bluzeczka biała, cieniutka, prawie przezroczysta. Zakładam ją bez niczego pod spodem. Sutki od razu odznaczają się pod materiałem – małe, różowe, już lekko stwardniałe. Do tego białe sneakersy. Wygodne i niewinne.
Staję przed lustrem i oceniam efekt po kolei. Długie rude włosy. Zielone oczy. Płaska klatka z wyraźnie widocznymi sutkami pod białą bluzką. Wąską talię. Czarną, krótką, rozkloszowaną spódniczkę. Czarne pończochy z koronką wysoko na udach. Białe sneakersy. Wyglądam seksownie. Zbyt młodo i jednocześnie całkowicie gotowa do użycia. Marcinowi się spodoba. A inne kutasy w szkole na pewno się podniosą na mój widok.
Biorę tornister, poprawiam spódniczkę i wychodzę z pokoju. Włosy falują mi przy każdym kroku, a między nogami wciąż czuję lekkie, przyjemne mrowienie.
Do szkoły dotarłam szybko. Chyba nawet za szybko – do lekcji zostało jeszcze z piętnaście minut. Korytarz już tętni życiem. Moja nowa klasa, nowi ludzie. Staję przy szafkach i powoli rozglądam się dookoła. Chłopcy na mnie patrzą. Niektórzy ukradkiem, inni całkiem bezczelnie. Super. Lubię, jak patrzą. Lubię wiedzieć, że w ich głowach już mnie rozbierają, rozkładają nogi i posuwają. Wyobrażają sobie, jak moja mała, chuda figura ugina się pod nimi, jak czarne stringi znikają między wargami, jak pończochy napinają się na udach, kiedy ktoś je rozchyla. Niech sobie wyobrażają. Niedługo może ktoś z nich dostanie szansę.
Dziewczyny też się gapią. Inaczej. Z ciekawością, z oceną, z lekką zawiścią. No i ona. Cholerna klasowa gwiazda. Karolina. Znacie takie jak ona – zawsze otoczona wianuszkiem koleżanek, które kiwają głowami jak te pieski wożone na podszybiu. Długa blond grzywa, idealny makijaż, biust, którego ja nigdy nie będę miała. Stoi kilka metrów dalej, opiera się o szafkę i patrzy na mnie z góry, chociaż jestem od niej niższa tylko o kilka centymetrów. Uśmiecha się krzywo i rzuca głośno, żeby wszyscy słyszeli:
— Psitka, a ty od wczoraj nie urosłaś?
Oczywiście wybuch śmiechu jej koleżanek. Kilka osób z klasy też się uśmiecha. Już mam otworzyć usta, już mam odpalić coś ostrego w kontrze – coś o tym, że przynajmniej nie muszę podkładać się półklasówce, żeby ktoś na mnie spojrzał – kiedy nagle czuję ciepłe ramiona obejmujące mnie od tyłu. Ktoś przyciąga mnie do siebie, pochyla się i całuje w szyję. Wolno, dokładnie, tuż pod uchem. O tak. Poznam te usta. Ten zapach. Tę pewność.
Marcin.
Słyszę jego głos, spokojny, ale twardy, skierowany prosto do Karoliny:
— Karola, odwal się od mojej dziewczyny.
Kurde. Jak fajnie słyszeć coś takiego. „Mojej dziewczyny”. Prosto, publicznie, bez wahania. Jego ręce wciąż są na moim brzuchu, pod cienką białą bluzką, a usta nadal przy mojej szyi. Karolina otwiera usta, ale nic nie mówi. Jej koleżanki nagle milkną. Kilku chłopaków odwraca wzrok, jakby nagle stali się bardzo zainteresowani swoimi telefonami.
A ja… już mam mokro. Czarne koronkowe stringi w ciągu kilku sekund robią się wilgotne. Mrowienie z rana wraca ze zdwojoną siłą. Marcin delikatnie ściska mnie w talii i szepcze mi prosto do ucha, tak że tylko ja słyszę:
— Cześć, Mała Psitko.
Lekcje mijają, a ja jestem ciągle mokra. Nie na chwilę, nie od czasu do czasu – non stop. Czarne koronkowe stringi są już całkowicie przesiąknięte, a za każdym razem, gdy zmieniam pozycję na krześle, czuję, jak wilgoć rozlewa się dalej. Marcin tylko to podsyca. Siedzi obok mnie jak gdyby nigdy nic, uważnie słucha nauczycieli, notuje, a pod blatem robi rzeczy, od których tracę resztki koncentracji.
Najpierw dłoń na kolanie. Ciepła, ciężka, własnościowa. Potem powoli gładzi udo, przesuwa się wyżej, pieści mnie przez koronkę pończoch. Palce zatrzymują się na brzegu koronki, drażnią skórę tuż nad nią, wracają niżej. Parę razy – kiedy nauczyciel odwraca się do tablicy – jego ręka wślizguje się całkiem pod spódniczkę. Znajduje czarne stringi, przyciska je do mojej cipki i zaczyna masować. Wolno, dokładnie, kciukiem pocierając łechtaczkę przez mokrą koronkę. Odlot. Muszę gryźć wargę, żeby nie jęknąć na głos. Biodra same lekko się unoszą naprzeciw jego dłoni. On nawet nie patrzy w moją stronę. Tylko uśmiecha się kącikiem ust, jakby nic się nie działo.
Oczywiście nie jestem dłużna. Kiedy tylko mogę, sięgam pod blat i kładę dłoń na wybrzuszeniu w jego spodniach. Ta armata. Cały czas gotowa. Twarda, gruba, pulsująca pod moimi palcami. Masuję go przez materiał, przeciągam paznokciem po całej długości, ściskam delikatnie główkę. Marcin wciąga powietrze, ale nie odsuwa się. Przeciwnie – biodra lekko napierają na moją dłoń, prosząc o więcej. Na samą myśl o tym, co ten kutas robił mi wczoraj, cieknie mi z cipki jak z rynny w ulewę. Czuję, jak kolejne fale wilgoci wsiąkają w stringi i pewnie już zostawiają ślad na spódniczce.
Na każdej przerwie zaszywamy się w kącie korytarza, z daleka od głównego ruchu. Marcin opiera się o ścianę, a ja siadam mu na kolanach, twarzą do niego, spódniczka podciągnięta wysoko. Całujemy się jak w tych klasycznych szkolnych scenach – mokro, głęboko, z rękami pod ubraniami. Jego dłonie wędrują pod moją bluzkę, znajdują sutki, ściskają je. Moje ręce są w jego włosach albo na karku. A kiedy siedzę mu na kolanach, czuję dupką jego kutasa. Twardy, gorący, wyraźnie odznaczający się nawet przez spodnie. Przyciskam się mocniej, kręcę biodrami, pocieram o niego. On w odpowiedzi ściska moje pośladki i szepcze mi do ucha rzeczy, od których robi mi się jeszcze mokrej.
Dzwonek na kolejną lekcję zawsze przychodzi za wcześnie. Wracamy do klasy z czerwonymi ustami, rozczochranymi włosami i taką wilgocią między nogami, że aż trudno normalnie chodzić. A Marcin znowu kładzie dłoń na moim kolanie, jakby nigdy nic.
Na angielskim byłam podekscytowana niemal do granic. Zaraz po tej lekcji miała być długa przerwa – dwadzieścia minut zamiast zwykłych dziesięciu. Moja mokra cipka domagała się już ostrych, konkretnych pieszczot. Nie delikatnego głaskania przez stringi. Czegoś mocniejszego. Wyjaśniłam to Marcinowi szeptem, nachylając się ku niemu nad blatem.
— Po dzwonku. Muszę cię poczuć. Porządnie.
Nauczycielka – starsza pani o ostrym wzroku – zauważyła nasze szeptanie. Przerwała lekcję i skierowała do mnie pytanie. Długie, złożone, z pułapką gramatyczną. Na szczęście z angielskim jestem bardziej zaawansowana od niej. Odpowiedziałam płynnie, poprawnie, nawet z lekkim uśmiechem. Pokazówka wychowawcza nie przyniosła żadnego efektu. Kilka osób w klasie skrycie się uśmiechnęło. Nauczycielka tylko zacisnęła usta i wróciła do tematu. A ja nadal byłam mokra. Stringi były już tak mokre, że przy każdym ruchu czułam, jak materiał klei mi się do skóry.
Dzwonek. Nareszcie.
Marcin nie czekał ani sekundy. Złapał mnie za rękę, pewnie, własnościowo, i poprowadził przez korytarz, omijając główny nurt uczniów. Schody w dół, długi korytarz przy sali gimnastycznej, potem wąskie drzwi, których wcześniej nawet nie zauważyłam. Stary kantorek. Zakamarek na sprzęt, gdzie nikt normalny nie zagląda. Marcin rozejrzał się dokładnie na obie strony, dopiero potem otworzył drzwi, wciągnął mnie do środka, włączył słabe światło i zamknął je od środka.
Od razu mnie pocałował. Głęboko, mokro, zaborczo. Jego dłonie natychmiast zaczęły mnie obmacywać – pod bluzką, po płaskim brzuchu, po małych sutkach, potem niżej, pod spódniczkę, po koronkach pończoch, po wilgotnych stringach. Każdy zakamarek mojej małej osoby był pod jego rękami. Ja skupiłam się na jednym. Na jego armacie. Rozpięłam mu spodnie, wsunęłam dłoń do środka i złapałam grubego, twardego kutasa. Był już całkowicie gotowy, gorący, pulsujący.
Nie mieliśmy dużo czasu. Marcin oderwał się od moich ust, rozejrzał się po małym pomieszczeniu i posadził mnie na starej skrzyni – tej, przez którą inni skaczą na wf-ie, a ja zwykle tylko się o nią obijam, bo jest za wysoka. Posadził mnie na brzegu, rozsunął moje nogi i stanął między nimi. Spódniczka podjechała mi aż pod biodra. Czarne stringi były już całkowicie odsłonięte, ciemne od wilgoci.
Jego dłonie wylądowały na moich udach, a wzrok – prosto między nogi.
Nie było dużo czasu, więc działał szybko. Sięgnął pod spódniczkę, złapał czarne koronkowe stringi i ściągnął mi je jednym ruchem w dół nóg. Wyrzucił je gdzieś na skrzynię obok. Potem pocałował każde udo – najpierw lewe, potem prawe – dokładnie na wysokości koronki pończoch. Rozłożył mi nóżki szeroko, prawie do granic możliwości. Jeszcze chwilę patrzył na moją mokrą, wygoloną cipkę, po czym nachylił się i dał mi dosłownie kilka liźnięć. Kilka. Ale wystarczyło, żebym odleciała. Język przejechał po łechtaczce, wsunął się na moment do środka, zassał wargi. Ciało mi drgnęło.
Główka jego kutasa już napierała na moje wejście. Gorąca, twarda, mokra od moich soków. Wszedł delikatnie, ale szybko. Jednym długim, pewnym pchnięciem. Nareszcie. W końcu znowu mnie pierdoli. Uwielbiam to. To rozciąganie, tę pełność, to uczucie, że zaraz mnie rozsadzi. Jest taki gruby, że nawet po wczorajszym nadal czuję każdy centymetr.
Ostre pierdolenie i atmosfera pośpiechu zrobiły swoje. Po kilku minutach już dochodziłam. Moje ciało szalało, targane orgazmem. Uda drżały, cipka zaciskała się na nim w gwałtownych skurczach, a ja musiałam wgryźć się w jego ramię, żeby nie krzyczeć za głośno. On nie zwolnił. Dalej mnie posuwał. Coraz mocniej. Coraz głębiej. Skrzynia skrzypiała pod nami.
Nagle nachylił się do mojego ucha i powiedział znowu, niskim, ochrypłym głosem:
— Kocham cię, Mała Psitko.
Cholera. Ale mnie to kręci. Te słowa w połączeniu z jego kutasem w środku sprawiły, że znowu straciłam kontrolę.
— Ja też cię kocham — wyszeptałam.
I dopadł mnie kolejny orgazm. Jeszcze mocniejszy niż poprzedni. Orgazmiczny sprint. Cała się trzęsłam, paznokcie wbiłam mu w ramiona, a cipka doiła jego kutasa w rytmicznych, silnych skurczach. Czułam, że on zaraz też trysknie. Że zaraz napełni mnie znowu i ta cholerna sperma będzie ze mnie wyciekać przez resztę dnia, zostawiając ślady na stringach i spódniczce.
Jakby czytał w moich myślach, nagle wyszedł ze mnie. Mokry, lśniący kutas wysunął się z plaskiem. Postawił mnie na ziemi. Nie musiał mówić ani słowa. Od razu dopadłam ustami jego kutasa. Klęknęłam na twardych kafelkach, otworzyłam usta i wzięłam go głęboko. Ledwie zaczęłam zasysać, poczułam, jak pompuje mi olbrzymie ilości spermy prosto do gardła. Gorąca, gęsta, słona. Falami. Przełykałam wszystko. Nie uroniłam ani kropli. Cholera, ile tego jest. Spust za spustem, a ja tylko ssałam i przełykałam, patrząc mu w oczy.
Kiedy w końcu skończył, wciąż trzymałam go w ustach, zbierając resztki językiem. Do kolacji będę pełna.
Marcin pogładził mnie po włosach, pomógł wstać i podał mi stringi. Uśmiechał się, zadowolony i trochę oszołomiony. Za drzwiami korytarz już zaczynał się zapełniać. Czas wracać.
Wymknęliśmy się z kantorka szybciutko, prawie biegiem, żeby zdążyć na ostatnią lekcję. Korytarz był już pełen uczniów wracających z przerwy. Marcin złapał mnie za rękę i prowadził pewnie, jakby nic się nie stało. Nagle, tuż przed salą, przyciągnął mnie do siebie. Mocno, niespodziewanie. W oczekiwaniu na pocałunek od razu rozchyliłam usta. A on zamiast tego najpierw polizał mnie po brodzie. Wolno, dokładnie, zbierając językiem to, co najwyraźniej tam zostało. Dopiero potem pocałował – głęboko, mokro, z lekkim uśmiechem w kąciku ust. Poczułam w jego ślinie delikatny, słony smak spermy. Naszej spermy.
Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy ktoś przeszedł obok zbyt blisko. Marcin uśmiechnął się i powiedział cicho, niemal niewinnie:
— Zostało ci trochę na brodzie.
Podziękowałam mu szeptem za to, że dba o moje dobre imię. Że nie pozwolił, żebym weszła na lekcję z dowodem tego, co przed chwilą robiłam na kolanach. On tylko wzruszył ramionami, a potem nieoczekiwanie, od niechcenia, klęknął mnie w dupkę – krótko, stanowczo – i dodał:
— Muszę o ciebie dbać, Mała Psitko.
Weszliśmy do klasy w ostatniej chwili. Usiadłam na swoim miejscu, wciąż czując wilgoć między nogami i lekki posmak w ustach. Nauczyciel zaczął mówić, a ja przez całą lekcję byłam tylko ciałem w ławce. W pewnym momencie nachyliłam się do Marcina i zapytałam szeptem:
— Widzimy się po lekcjach? Rodziców nie będzie w domu.
Spojrzał na mnie z bokem, uśmiechnął się tym swoim spokojnym uśmiechem i odparł równie cicho:
— Z wielką przyjemnością. Ale musisz sama wrócić do domu. Ja dołączę za godzinę – obiecałem mamie odebrać jej buty od szewca.
Po dzwonku pożegnaliśmy się szybko – on poszedł w stronę wyjścia w przeciwnym kierunku, ja skierowałam się do domu. Droga była krótka, zaledwie dwie przecznice, ale wiatr od razu przypomniał mi o sobie. Wdzierał się pod czarną, rozkloszowaną spódniczkę, muskał uda tuż nad koronkami pończoch, sięgał wyżej i pieścił wygoloną, wciąż wrażliwą cipkę przez wilgotne stringi. Każdy podmuch unosił spódniczkę o centymetr, odsłaniając więcej czarnej koronki. Szłam wolniej niż zwykle, pozwalając wiatrowi robić swoje, a w głowie już układałam, co zrobię, zanim Marcin przyjdzie.
Do domu zostało mi jeszcze kilka minut.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz