Zagubiony |18+| rozdział 28

Zagubiony |18+| rozdział 28- Kurwa! - warknął, wpatrując się w ekran telewizora.
- Buck! - mruknęła Anna, spoglądając na niego z wyrzutem. - Nie przy Becci!
- Spójrz — jęknął, wskazując jej program. - No, zobacz sama!
Odwróciła głowę, przeczytała główną informację wyświetlaną na ekranie i zamarła z rozdziawionymi ustami, obserwując wydarzenie z Waszyngtonu. Na boisko, poprzedzany przez jakiegoś pajaca, wbiegał właśnie mężczyzna odziany w kostium Kapitana Ameryki z tarczą Steve'a w dłoni.
- Na następcę Steve'a wybrali geja?! - syknął, zaciskając pięści. - Ktoś tu zwariował?
- Podejrzewam, że owszem — westchnęła i po wysłuchaniu kilku idiotycznych słówek tego jakiegoś całego Walkera, skrzywiła się z obrzydzeniem i wyłączyła telewizor. James spojrzał na nią wściekły.
- Gdyby ten palant nie oddał tarczy, nigdy nie wybraliby na nowego Kapitana tego czegoś! Widziałaś go w ogóle? Jemu coś się stało z twarzą, prawda?
- James, proszę cię, uspokój się. Ja wiem, że ta informacja jest dla ciebie szokująca, ale gdy Sam oddał tarczę, musiałeś brać pod uwagę fakt, że ktoś wpadnie na pomysł, by dalej ją przekazać.
- Ale przecież nie takiemu kretynowi!
Westchnęła tylko i pokręciła głową. W tej chwili nie było sensu się z nim spierać...

- Wychodzę! - krzyknął James kilka dni później, zakładając kurtkę.
- Gdzie? - Anna spojrzała na niego z wysokości kanapy, na której leżała po intensywnej zabawie z córką, w której on sam również uczestniczył. I w przeciwieństwie do niej wcale się nie zmęczył.
- Muszę porozmawiać z tym kretynem. Niewykluczone, że trochę mnie nie będzie — wyjaśnił.
- Uważaj na siebie — mruknęła, patrząc na niego z niepokojem. Ten człowiek nie potrafił usiedzieć w miejscu choćby jednej sekundy, ale nie dziwiła mu się. Był przecież przyzwyczajony do ciągłej walki, a teraz nie mógł właściwie nic robić, odkąd musiał uczęszczać na terapię. No właśnie, terapia. - Pamiętaj, że za dwa dni masz spotkanie z psychiatrą — dodała. Kiwnął niechętnie głową i wyszedł z mieszkania.

Obolały i wciąż wściekły do granic możliwości zamknął za sobą drzwi, gdy następnego dnia wrócił z tej całej "misji". Było jeszcze na tyle wcześnie, że nie miał wątpliwości, że obie jego panie wciąż śpią. Jakie więc było jego zdziwienie, gdy w drodze do kuchni po coś zimnego do picia, usłyszał za sobą zaspany głosik:
- Gdzie byłeś, tatusiu?
Zdrętwiał, po czym odwrócił się powoli, zawczasu sprawdzając jeszcze, czy nie ma na ubraniu jakichś śladów krwi, które mogłyby przestraszyć małą.
- Czemu nie śpisz, kochanie? - zapytał cicho, kucając. Dziewczynka trzymała w objęciach swojego ulubionego misia, bez którego nawet nie chciała wejść do łóżka, i przecierała ledwo widzące o tej porze ślepka.
- Muszę siusiu — przestąpiła niecierpliwie z nóżki na nóżkę.
- Zmykaj więc — uśmiechnął się do niej czule, otwierając jej drzwi do łazienki. Poczekał, aż mała skończy, po czym wziął ją na ręce i ruszył z zasypiającym szkrabem do jej pokoiku. I tutaj pojawił się problem, bo Becca ucapiła się go niczym mała małpka i za żadne skarby świata nie miała zamiaru go puścić. Nie chcąc więc budzić ani jej, ani Anny przeszedł cicho do salonu, gdzie położył się z małą na szerokiej kanapie i opatulił ich kocem, uśmiechając się zadowolony. Złość na tego niezgrabę- Wilsona i jeszcze większe dwie ofiary Walkera i Lemara całkowicie mu wyparowała pod wpływem tej małej istotki, która tak ufnie wtulała się w jego szeroką klatę, mamrocząc coś niezrozumiale przez sen. Przez kilka minut obserwował córeczkę, ze zdziwieniem, ale i pełną akceptacją i zadowoleniem przyjmując to, co dał mu los. Kiedyś nawet nie chciał słyszeć o posiadaniu rodziny. Bał się, że będzie taki sam, jak jego ojciec-alkoholik. Później coś takiego jak rodzina w ogóle nie miało dla niego znaczenia. A teraz ją miał. Dwie najwspanialsze kobiety jego życia.

- Bucky? - Anna potrząsnęła nim delikatnie za ramię. Otworzył natychmiast oczy i spojrzał na nią przytomnie.
- Co? - zapytał szeptem.
- Czemu śpisz z Beccą tutaj, a nie w naszym łóżku?
- Nie chciałem cię budzić — wyjaśnił równie cicho, co przedtem. - Poza tym tutaj jest całkiem wygodnie.
Kiwnęła głową z szerokim uśmiechem, po czym zrobiła im zdjęcie, które natychmiast ustawiła sobie jako tapetę.
- Jesteś niemożliwa — skrzywił się lekko, po czym pocałował Beccę we włosy. - Wstajemy, księżniczko. Chyba już czas na śniadanie.

- Gdzie ty właściwie mnie ciągniesz? - zaśmiała się, gdy po południu przemierzali miasto. Gdy powiedział jej, że ma się ładnie ubrać, bo wychodzą, była święcie przekonana, że idą do jakiegoś klubu czy restauracji, ale minęli większość z nich, kierując się na obrzeża. O co mu chodziło?
- Zobaczysz, maleńka — mruknął zadowolony, gdy skręcili w stronę zatoki. - Jeszcze tylko kawałek...
- Ty się lepiej ciesz, że nie założyłam wysokich obcasów — mruknęła, kręcąc głową z uśmiechem.
- Wtedy najwyżej bym cię niósł — stwierdził bez wahania.
- Jestem przekonana, że dzięki temu stanowilibyśmy całkiem sympatyczną atrakcję...
- W Nowym Jorku? Bardzo wątpię, by ktokolwiek zwrócił na nas uwagę. Może turyści, a i to wątpię — zatrzymał się i stanął do niej przodem. - A teraz po prostu mi zaufaj, kochanie — powiedział, wyciągając z kieszeni kurtki czarną chustę.
- Zawsze ci ufam — spojrzała mu w oczy. Pocałował ją delikatnie i obwiązał ją materiałem, który całkiem skutecznie ograniczył jej pole widzenia. Chwycił ją za rękę i poprowadził ostrożnie w sobie tylko znanym kierunku.

- Oh, Bucky! - jęknęła, gdy odsłonił jej oczy. Przed sobą miała nieoczekiwany widok. Niewielką altankę i stół zastawiony dla dwóch osób. - Ty to przygotowałeś?
- Z niewielką pomocą — kiwnął głową i podał jej ramię. - Zapraszam szanowną panią...

- Oszałamiający zachód słońca — powiedziała cicho, uśmiechając się szeroko i patrząc nieco rozmarzonym wzrokiem na mieniące się czerwienią i złotem wody zatoki. Niebo niemal wyglądało, jakby płonęło.
- To ty jesteś oszałamiająca — powiedział, podchodząc do niej i podając jej rękę. Wstała ze swojego miejsca i wtuliła się chętnie w jego bok, nie odrywając zachwyconego spojrzenia od czerwonej łuny. Złożył na jej pachnących kokosem i wanilią włosach delikatny pocałunek i splótł palce z jej. Przez chwilę nawet nie zwracała uwagi na delikatny ucisk czegoś między ich dłońmi, ale kiedy nieznacznie zacisnął palce, szarpnęła nieznacznie ręką. Nie puścił jej jednak. - Może sprawdzisz, co to? - zaproponował, uśmiechając się cwaniacko.
Znając jego najdziksze pomysły, z pewną dozą niepewności rozluźniła uchwyt na tyle, by w ich złączonych dłoniach dostrzec błysk pierścionka. Zaskoczona spojrzała wielkimi oczami na mężczyznę, który właśnie w tym momencie zdecydował się, by przed nią klęknąć.
- Wiem, że jestem dupkiem i nie zawsze bywało między nami idealnie, ale staram się to zmienić. Przede wszystkim siebie. No i kocham cię do szaleństwa. Ciebie i naszą córeczkę. Dwie najważniejsze kobiety mojego życia. Nie ma drugich takich jak wy i kompletnie na was nie zasługuję. Jesteście dla mnie darem od kogoś, kto najwyraźniej postanowił wybaczyć mi moje winy... Czy wobec tego uczyniłabyś mi zaszczyt i zgodziła się zostać moją żoną? - zapytał, wpatrując się w nią w napięciu.
Odetchnęła głęboko i opadła na kolana tuż przy nim, po czym pocałowała go namiętnie.
- Czy to oznacza zgodę? - mruknął jej w usta między pocałunkami. W odpowiedzi jeszcze mocniej przyciągnęła go do siebie.

- Jesteś pewny, że musisz tam iść? - spojrzała na niego niepewnie, gdy dwa dni później znów szykował się na akcję z Samem.
- Tak — kiwnął głową. - Inaczej ten kretyn wszystko zawali. Walker też wcale nie jest lepszy...

- Anno, musimy porozmawiać — usłyszała w słuchawce zaniepokojony głos Sama. Natychmiast oblał ją zimny pot. - Bucky nie zjawił się na zaplanowanej wizycie. To moja wina.
- Gdzie on jest? - zapytała chłodno, natychmiast ubierając buty.
- W areszcie. Czekaj na mnie w mieszkaniu, jadę po ciebie z moją siostrą. Zajmie się Beccą.

- Panie Barnes... - westchnęła psychiatra. - Opowiada mi tu pan naprawdę ciekawe rzeczy, niestety jednak muszę przyznać, że nic, co pan mówi, nie jest prawdą.
- Słucham? Przecież mówię pani, że się zaręczyłem — warknął zaskoczony, patrząc na kobietę, jak na totalną idiotkę.
- Panie Barnes, z przykrością to mówię, ale pana rodzina nie istnieje. Zmyślił ją pan, by wykazać, że jest pan zdrowy, a tak przecież nie jest.
- To koniec spotkania — wstał i wściekły ruszył do drzwi.
- Jeśli teraz pan wyjdzie z tego gabinetu, nigdy nie podpiszę pana papierów. Zostanie pan skazany i umieszczony w zamkniętym ośrodku dla wyjątkowo niebezpiecznych skazańców — zagroziła. - A chyba pan tego nie chce, prawda?...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i erotyczne, użyła 1690 słów i 9315 znaków.

Dodaj komentarz