Zagubiony |18+| rozdział 2

Zagubiony |18+| rozdział 2Półtora dnia później.
Podniosła głowę, słysząc przekręcany w drzwiach zamek. Była zmęczona, wściekła i głodna. Po chwili stanął w drzwiach. jak zwykle w swoim wojskowym ubraniu, mroczny i zimny.
- I jak? - zapytał gawędziarskim tonem, jakby pytał jej o pogodę. Oparł się barkiem o futrynę drzwi. Na jego ustach błąkał się zawadiacki uśmieszek. Jedynie jego oczy pozostały zimne i czujne, gdy patrzył na nią skrytą pod kocem. - Głodna? Spragniona? A może zmarznięta?
- Odejdź i daj mi w spokoju zdechnąć — wyszeptała.
- Anno, czemu jesteś aż tak bardzo uparta? - zmarszczył czoło, patrząc na nią poważnie.
- Bo nie chcę tu być! Czy to jest aż takie dziwne? Nie znam cię, nic do ciebie nie czuję, oprócz głębokiej nienawiści, a ty karzesz mi być swoją dziwką, bo takie masz widzimisię! Porwałeś mnie i więzisz, pomimo że nigdy wcześniej cię nie spotkałam i nic ci nie zrobiłam! Dlaczego mnie krzywdzisz?!
- Nie chcę cię krzywdzić. Chcę tylko, żebyś była mi posłuszna, to wszystko.
- Ale to robisz! Krzywdzisz mnie! - załkała. - Kazałeś mi zrobić ci dobrze ustami, a potem mnie wziąłeś, jakbym była twoją własnością! Nie zgadzam się, rozumiesz?! Miałam swoje życie, z którego byłam w gruncie rzeczy zadowolona, a ty mnie z niego wyrwałeś! Jak zepsuty ząb, tyle że nie zastosowałeś żadnego znieczulenia!
Przez chwilę milczał, patrząc na nią poważnie i obserwując, jak po policzkach spływają jej łzy.
- Chcę tylko, żebyś tu mieszkała ze mną — powiedział w końcu. - To wszystko.
- Ale dlaczego?! - wrzasnęła. - Co z tego masz?
- Ciebie. Mieszkasz tu ze mną i się mnie słuchasz. To koniec tej rozmowy, mała!
- Nie! Prędzej mnie zabij, bo już nigdy ci się nie oddam!
- Zrobisz to — powiedział zimno, podchodząc do niej z groźną miną. Skuliła się w rogu kanapy. - Zrobisz to, maleńka i będziesz bardzo szczęśliwa, gdy będę cię ostro brać, jasne? - złapał ją za włosy, pociągając ją w górę. Krzyknęła z bólu, starając mu się wyrwać. - Powtarzam, bądź grzeczną kurewką, a nic ci się tu nie stanie — wymruczał, ścierając jej łzy z policzków. Westchnęła, starając się od niego odsunąć i wtedy spojrzała mu w oczy. Poza zimnem, z którym na nią zawsze patrzył, dostrzegła jeszcze coś... Coś, czego nie do końca potrafiła odszyfrować. - W kuchni jest jedzenie, powinnaś się posilić — po tych słowach ją puścił i wyszedł, ale tym razem nie zamknął jej na klucz. Mogła wyjść z pokoju, co niezwłoczni uczyniła, rzucając się w stronę łazienki. Z niewypowiedzianą ulgą skorzystała z toalety, a potem weszła pod prysznic, ciesząc się z gorącej wody, która nieco ukoiła jej nerwy i przede wszystkim zmyła brud. Gdy wyszła spod niego, na wieszaku zauważyła czyste ubranie. Zaskoczona założyła je, orientując się, że najpewniej należy do jej oprawcy, jako że jest na nią zbyt duże. Westchnęła i z bijącym sercem wyszła z łazienki, po czym usiadła posłusznie na taborecie w kuchni.
- Kupię ci jakieś ubrania — powiedział, wchodząc tam też po chwili i obserwując ją, jak je.
- Nie potrzebuję...
- Owszem i nie buntuj się, bo to ja tutaj rządzę — warknął.
- Jasne... Słuchaj jak ci na imię? Jak powinnam się do ciebie zwracać? - zapytała, kończąc czwartą kanapkę z serem i zaciskając dłonie na ciepłym kubku z herbatą. A przynajmniej z czymś, co miało przypominać herbatę.
- Mogę być twoim panem — powiedzial sucho, siadając obok niej. Natychmiast nieco się odsunęła. - Ale możesz też na mnie mówić James. Tak mam na imię... Chyba...
- Jak to chyba? - po raz pierwszy odkąd ją porwał, spojrzała na niego zaciekawiona. - Nie wiesz, jak naprawdę masz na imię?
- Mówią na mnie Zimowy Żołnierz — westchnął. - I nim właśnie jestem. Dlatego czasami... Czasami mogę być o wiele mniej miły, niż jestem teraz.
- To znaczy? - zmarszczyła brwi, nic nie rozumiejąc.
- Czasami mnie kontrolują. A gdy tak się dzieje, nie panuję nad sobą. Więc, gdy zdaży się tak, że wrócę tutaj zakrwawiony i nie zareaguję na moje imię, masz zamknąć się w łazience, rozumiesz? Prawdopodobnie będę dobijać się do drzwi, ale pod żadnym pozorem nie możesz ich otworzyć, rozumiesz? Dopiero kiedy się uspokoję.
- Nie! Niczego nie rozumiem! Jak można kogoś kontrolować? Człowieku, o czym ty mówisz?
- Nie umiem ci tego jaśniej wytłumaczyć, ale...
- Ale co?
- Oni coś mi zrobili. Nie wiem dokładnie, co, ale gdy go we mnie aktywują, muszę być im posłuszny. Nie potrafię nad nim zapanować.
- Ale nad kim? - jęknęła.
- Nad Zimowym. On jest inny niż ja. Brutalny i nieobliczalny i na pewno nie usłucha, gdy go poprosisz, by przestał. Dlatego nie chcę, byś mnie denerwowała, bo wtedy on cię zabije. On cały czas we mnie jest, więc proszę. Bądź ostrożna. Nie chcę, by coś ci się stało.
- A co, jeśli ja tego chcę? - zapytała cicho. Zmrużył oczy, aż się cofnęła, nieomal spadając z taboretu.
- Ale ja nie! - warknął, wstając. - Nie tylko ty jesteś samotna... - po czym ponownie wyszedł, zostawiając ją samą.

- Ty... Ty nikogo nie masz? - zapytała cicho, gdy wrócił jakiś czas później i ponownie zjawił się w jej przymusowym pokoju.
- Nie — odparł, popijając piwo z butelki. - Nie mam.
- Dlaczego?
- Tego nie wiem. Nie pamiętam.
- Masz amnezję, czy jak? To kolejna rzecz, której nie pamiętasz — zauważyła.
- Od czasu do czasu. Wtedy, gdy go znów we mnie budzą.
- Jak to się odbywa? - zapytała, patrząc na niego sceptycznie. Nie wierzyła mu, wyglądał jej na zwykłego, dość zapewne niebezpiecznego wariata. Ale tego nie zamierzała mu mówić.
- Nie chcesz wiedzieć. Naprawdę.
- Dlaczego?
- Bo to bolesne i niezbyt przyjemne. Poza tym nie powinno cię to obchodzić.
- Rozumiem — westchnęła.
- Widzę, że już się mnie nie boisz...
- Boję... Ale nie krzywdzisz mnie. Przynajmniej chwilowo.
- Naprawdę nie chcę cię krzywdzić, maleńka. Tylko żebyś się tu ze mną dobrze czuła, skoro będziesz ze mną mieszkać.
- Czy to naprawdę konieczne? - zapytała cicho.
- To znaczy? - zmarszczył brwi, ściągając przepoconą koszulkę przez głowę i prezentując jej wyrzeźbiony brzuch.
- Wiesz... Chciałabym wyjść, przejść się. Przecież nie musisz mnie tu więzić.
Nachylił się do niej, przeciągając wzrokiem po jej twarzy.
- Niezła próba, laseczka, ale nic z tego! Nie zaryzykuję, że spróbujesz mi nawiać — powiedział cicho. - Zostajesz tutaj! - warknął zimno.
Wrzasnęła z irytacji, odpychając go mocno od siebie i rzucając się do balkonowego okna, po czym uderzyła w nie z całej siły pięściami.
- Nie wysilaj się, maleńka. To hartowane szkło, nie zbijesz go, choćbyś rzuciła w szybę taboretem.
- Spieprzaj! - wrzasnęła, okładając szkło coraz mocniej, aż w końcu pokryło się jej krwią z pokaleczonych dłoni, lecz nawet wtedy nie przestała. Westchnął zrezygnowany i podszedł do niej szybko, po czym objął ją w pasie i stanowczo odciągnął od okna, unieruchamiając jej ręce. Wierzgnęła wściekła, starając mu się wyrwać, lecz stał niewzruszony, trzymając ją mocno.
- Uspokój się — mruknął od niechcenia, choć kopała go ze wszystkich sił. W końcu opadła z sił, skulając się w kłębek u jego stóp. Uklęknął przy niej, ciut nieudolnie gładząc ją po włosach.
- Zostaw mnie! - warknęła, płacząc. - Zostaw! Nie chcę tu być!
- Ciii, już dobrze — usiadł obok niej, przyciągając ją do siebie, ale go odepchnęła.
- Ja naprawdę chcę wrócić do kraju, rozumiesz? Tam miałam swoje życie! Byłam szczęśliwa!
- Naprawdę? Powiedz mi, cóż tak wyjątkowego tam miałaś? Dawałaś dupy facetom za to, że towarzyszyłaś im w nudnych imprezach... Tego nadal pragniesz? Naprawdę?
- A co tutaj robię! Właśnie dokładnie to, o co mnie posądzasz, a powtarzam ci po raz kolejny, że nie byłam dziwką! Nie puszczałam się! To była zwykła praca, miałam tylko ładnie wyglądać! Za te pieniądze chciałam znaleźć sobie dobre mieszkanie. Kiedyś spotkać kogoś wyjątkowego, założyć z nim szczęśliwą rodzinę...
- Jestem ciekawy, co by powiedział, gdyby dowiedział się prawdy o tym, jak się puszczałaś — prychnął.
- Jezu, dy idioto! Niech dotrze wreszcie do ciebie, że nigdy tego nie robiłam! - Na jej słowa zmrużył oczy, a ona się od niego odsunęła. - Traktujesz mnie jak śmiecia, jak jakiś podgatunek człowieka! I zachowujesz się tak, jakbyś mnie nienawidził...
- Nie nienawidzę cię, Anno — powiedział cicho. - Uwierz mi, że tutaj będzie ci lepiej.
- Niby w jaki sposób? Więzisz mnie! Nie pozwalasz wychodzić i każesz mi z tobą sypiać, a tego nie chcę! Ponadto mieszkamy w czymś, co wygląda jak nora! Jak możesz żyć w takim brudzie?! - wrzasnęła, wzdrygając się ze wstrętem.
- Cóż, mnie pasuje takie mieszkanie. Poza tym tutaj nikt cię nie znajdzie i nie będzie zadawać niewygodnych pytań. Tu jesteś ze mną bezpieczna... Poza tym nie stać mnie na nic lepszego. Wiesz, nie wszyscy pochodzą z bogatych rodzin — warknął, marszcząc czoło, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Po chwili pokręcił stanowczo głową.
- Dla twojej zasranej wiadomości, mnie też nie było łatwo w życiu, wesz? Nigdy na przykład nie miałam rodziny!
- Teraz masz mnie — zauważył zimno.
- Nie chcę! Jesteś popieprzonym potworem!
- Wiem — przytaknął bez żadnych emocji, wstając z podłogi. - I będziesz musiała się nauczyć z tym żyć.
- Chuj ci w dupę!
- Tego też kiedyś spróbujemy. Nawet nie wiesz, jakie to przyjemne — po raz kolejny wychodząc z mieszkania i zostawiając ją samą. Jęknęła ze złości i bezsilności, po czym ruszyła do kuchni w poszukiwaniu jakichś noży, bądź czegokolwiek za pomocą czego mogłaby się od niego uwolnić, ale nie znalazła niczego przydatnego, a jego pokój był zamknięty. Gdy zapadła noc, a on w dalszym ciągu nie zjawił się w mieszkaniu, zwinęła się na kanapie i zasnęła niespokojnie.

Obudziła się, gdy słońce stało już wysoko na niebie, wpadając do środka przez brudne szyby. Natychmiast zauważyła, że brunet zajął miejsce na brzegu kanapy, wobec czego odsunęła się natychmiast na jej drugi koniec.
- Czego chcesz? - burknęła, nie patrząc na niego.
- Jak się czujesz? - zapytał.
- Podle - przyznała, nieznacznie wzruszając ramionami. - Gówno cię to przecież obchodzi. Robisz ze mną, co tylko chcesz...
- Przeciwnie, obchodzi, bo chcę, żebyś była w dobrej formie. Przyniosłem ci opatrunki na pokaleczone dłonie — podał jej bandaże i plastry.
- Nie trzeba, krew już zaschła.
- Ale rany wciąż mogą ci się otworzyć...
- Nie obchodzi mnie to!
Westchnął ciężko, łapiąc ją za ręce, aż syknęła i zaczynając je delikatnie bandażować, ale wyrwała mu się.
- Zostaw mnie! - usiadła na dłoniach, by nie mógł ich dotknąć.
- Jesteś strasznie uparta — zauważył. Prychnęła rozzłoszczona. Nachylił się do niej i odgarnął jej niesforne włosy z czoła, ale wtedy kłapnęła na niego zębami, jakby chciała go ugryźć, więc cofnął rękę, marszcząc czoło.
-Anno, nie zachowuj się jak zwierzę — mruknął.
- Bo tylko tobie wolno?! Tym jesteś! Bydlęciem, wiesz?!
Podniósł rękę, by w pierwszym odruchu wymierzyć jej policzek, lecz gdy dojrzał, jak bardzo się skuliła, chcąc uniknąć ciosu, zrezygnował.
- Masz rację — powiedział ponuro, patrząc w okno. - Jestem bydlęciem. Tak jest im łatwiej mnie kontrolować, bo wtedy nie muszę myśleć. Wykonuję tylko posłusznie wszystkie rozkazy, które mi wydają. Wiem, że... Wiem, że przez to, co zrobiłem, nigdy mi nie zaufasz. I rozumiem to — wstał i wyszedł do kuchni. Spojrzała za nim zapłakana i dostrzegła, jak z lodówki wyciąga butelkę wódki. Uciekła do łazienki, gdzie przesiedziała pół godziny. W końcu jednak, kiedy nie usłyszała żadnych dźwięków świadczących o burdzie, której się spodziewała, wyszła z niewielkiego pomieszczenia, natychmiast się na niego natykając. Właśnie dopijał wódkę z butelki. Skrzywiła się, widząc to i ruszyła do kuchni, ale w miejscu osadziła ją jego metalowa ręka, która nagle wylądowała tuż przed jej nosem, zagradzając jej drogę.
- Przepuść mnie — powiedziała cicho.
- Nie — odparł natychmiast. - Będziemy się kochać.
- Zwariowałeś! - syknęła, patrząc na niego z nienawiścią i starając się odepchnąć jego ramię. - Nie zgadzam się! Poza tym jesteś pijany!
- W tym rzecz — powiedział wyraźnie, co nieco ją zaskoczyło, bowiem sądziła, że będzie bełkotać. - Ja nie mogę się upić. Nie taką dawką.
- Wszyscy się upijają — zauważyła, przemykając szybko pod jego ręką.
- Inni tak, ale ja nie. Być może cysterną czystego spirytusu, ale nie tym badziewiem... Chociaż nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciał. Bo pamiętam rzeczy i daty, o których wolałbym zapomnieć. Wydarzenia, których nigdy nie powinienem pamiętać. Twarze ludzi, którzy chyba coś kiedyś dla mnie znaczyli. Ale to tylko twarze, nie pamiętam ich imion, niczego.
- I co? Mam ci może współczuć? - zapytała ostro, szykując sobie śniadanie. Tym razem były to suche kromki i jajka na twardo.
- Nie — pokręcił stanowczo głową.
- Więc po cholerę mi to mówisz?
- Bo wbrew temu, jak bardzo próbują mnie zniszczyć, nadal pozostaję człowiekiem i jako taki mam swoje potrzeby. W tym pieprzoną potrzebę porozmawiania z kimś! - ryknął, aż podskoczyła.
- No pewnie, właśnie widzę u ciebie strasznie dużo człowieczeństwa — powiedziała z pogardą.
Pokręcił tylko głową, po czym usiadł przy stole, wpatrując się w nią intensywnie.
- Czego?!
- Dlaczego wybrałaś takie życie? - zapytał niespodziewanie.
- Jakie?
- Prosty...kobiety do towarzystwa?
- Bo nie mam dobrego wykształcenia.
- Nie mogłaś się doszkolić?
- Chciałam, ale na to potrzeba pieniędzy, których nigdy nie miałam.
- Mówiłaś, że nigdy nie miałaś rodziny...
- Tak — przytaknęła. - Wychowałam się w domu dziecka. To miejsce nigdy nie dbało o swoich wychowanków. Chodziliśmy do najgorszych bud w mieście. Gdy stamtąd wyszłam, musiałam podjąć jakąś pracę, bo inaczej wylądowałabym w rynsztoku z narkomanami i dziwkami, za którą mnie zresztą uważasz... Ale pierwszą fuchę załapałam w niewielkim przedsiębiorstwie przy wyrobie kluczy. Prowadziło je starsze małżeństwo i pozwolili mi się jakiś czas u nich zatrzymać. Nie ufali mi jednak na tyle, by wpuścić mnie do domu, więc spałam w stodole. Przynajmniej było ciepło. Gdy odłożyłam trochę grosza i przeniosłam się w nieco lepszą dzielnicę. Wynajęłam pokój i mogłam być tam spokojna, bo gdy go zamykałam, moje rzeczy zostawały na swoich miejscach. Nikt nigdy więcej mnie nie okradł.
- A tak było w domu dziecka? - zapytał. Przytaknęła.
- Prym wiedli najstarsi wychowankowie i ich kurwy oraz kilku opiekunów.
- Gwałcili was?
- Mnie nie, bo miałam z nimi układ i kradłam dla nich fajki, ale inne dziewczyny nie miały tyle szczęścia. Kilka zaszło, więc załatwili nielegalne aborcje, a jedną skatowali tak, że zmarła od ran — powiedziała cicho, a w jej oczach zalśniły łzy.
- Bydlęta... To dlatego tak bardzo boisz się zbliżeń ze mną?
- Za każdym razem, gdy usypiam, słyszę jej wrzaski, gdy ją zbiorowo gwałcili... To była moja przyjaciółka. Nie długo, bo była tam nowa, ale zawsze. Miałyśmy po piętnaście lat...
- Przykro mi.
- Niepotrzebnie! - popatrzył na niego zła. - To było moje poprzednie życie. Tyle że ty mi ich przypominasz. Przypominasz wszystko to, od czego chciałabym ucieć — westchnęła, ukrywając twarz w dłoniach. - Za kilka dni dostanę okresu, jeśli dobrze policzyłam...
- Kupię ci wszystko, co potrzeba.
- A czy mogłabym pójść z tobą? - zapytała cicho.
- Nie. Nie zaryzykuję i zostaniesz tutaj.
- Jezu — jęknęła, a po policzkach znów spłynęły jej łzy.
- Nie martw się, będzie fajnie — powiedział prawie pogodnie, mierzwiąc jej włosy, ale się od niego odsunęła. - Chciałabyś się przejść? - zapytał niespodziewanie. Podniosła na niego zapłakane oczy.
- Na-naprawdę mogłabym? - chlipnęła, wycierając nos rękawem.
- Pod moją opieką.
- Raczej twoją kontrolą...
- Zwał jak zwał — uśmiechnął się cwanie. - To jak, zgadzasz się?
- Ale... Nie mam się w co ubrać — powiedziała, na co ryknął śmiechem.
- Odwieczny problem wszystkich kobiet co?
- Kiedy ja mówię poważnie! Naprawdę nie mam! Tylko tamtą kieckę i te idiotycznie wysokie szpilki!
- Tak, to zdecydowanie nie jest ubiór na spacer po opuszczonym mieście — mruknął, drapiąc się po głowie i przyglądając się jej poważnie.
- Co? - mruknęła, rumieniąc się nieco, gdy nie spuszczał z niej wzroku.
- Poczekaj tutaj, coś ci przyniosę — powiedział, po czym zniknął na kilka minut w czeluściach swojego pokoju.- Załóż je wszystkie. Na ten jeden raz świetnie się nadadzą jako tymczasowe buty, a potem ci coś załatwię.
- Dziękuję — bąknęła zaskoczona. Kiwnął sztywno głową, po czym wyszedł z kuchni. Gdy się odpowiednio przebrała, zastała go, czekającego na nią w przedpokoju.
- Zabawnie wyglądasz - prychnął, widząc ją w tych wszystkich skarpetkach.
- To idziemy, czy nie? - zezłościła się.
- Jasne, ale najpierw podaj mi rękę.
- A po co?
- To nic strasznego, a może nawet ci się spodoba... I nie będzie bolało.
Przygryzła wargę, patrząc na niego nieufni, ale kiedy warknął, by się pospieszyła, wyciągnęła przed siebie trzęsącą się dłoń, a wtedy przykuł ją kajdankami do swojego lewego ramienia.
- To po to, byś nie myślała o ucieczce, mała — powiedział, otwierając drzwi. Spojrzała na niego wściekła. To by było na tyle z jej wielkich planów dotyczących ucieczki. - Jeszcze będziesz mi za to wdzięczna, Anno. A dzięki temu może kiedyś się z nimi zabawimy...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i erotyczne, użyła 3368 słów i 18204 znaków.

Dodaj komentarz