Zagubiony |18+| rozdział 14

Zagubiony |18+| rozdział 14Miesiąc później.
Przestraszona upuściła talerz na podłogę, który natychmiast roztrzaskał się na drobne kawałeczki, gdy gwałtownie otwarte drzwi uderzyły w ścianę.
- Co jest? - zapytała zdezorientowana, patrząc na niego dużymi oczami.
- Musimy iść! - warknął, chwytając za torbę i wrzucając do niej ich rzeczy.
- Ale... James, co się dzieje? - zapytała cicho, przekraczając szczątki talerza.
- Nie zadawaj pytań, tylko się pakuj, jeśli chcesz jeszcze trochę pożyć! - coś w jego głosie powiedziało mu, by z nim nie dyskutowała. Rzuciła się pakować ich rzeczy. Kwadrans później zbiegali już po schodach. gdy wypadli na ulicę, zauważyła, że w tym dość spokojnym miasteczku panuje dziwne zamieszanie. Ewidentnie przestraszeni czymś ludzie biegali w panice we wszystkie strony. Nie miała jednak czasu na dalsze przyglądanie się, bo Bucky dość brutalnie załadował ją do jakiegoś samochodu stojącego krzywo przy krawężniku, po czym wsiadł za kierownicę i nerwowym ruchem odpalił silnik.
- Bucky?...
- Nie teraz — warknął, ruszając ostro, aż wcisnęło ją w fotel. - Przypnij się. Będzie szybko i dość niebezpiecznie.
Nie protestując, wykonała jego polecenie, z przerażeniem obserwując, jak wskazówka prędkościomierza z łatwością mija setkę. James nie zaprzątał sobie głowy ograniczeniami prędkości w mieście. Gnał na złamanie karku, nieomal rozjeżdżając spanikowanych mieszkańców i wymijając poustawiane na ulicy samochody. Jeszcze chyba nie widziała go tak przestraszonego, ale nie śmiała go teraz pytać, co się właściwie stało. Mogła tylko mieć nadzieję, że wyjdą z tego cało. Zamknęła oczy, zaciskając dłonie na pasie bezpieczeństwa i zaczęła się modlić...

- Możesz już otworzyć oczy — chrypnął jakiś czas później. Niepewnie otwarła jedno oko.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała cicho, zauważając, że jadą autostradą.
- Na Słowacji — powiedział.
- A gdzie jedziemy? - rozluźniła palce, z ulgą czując, że wraca jej w nich władza.
- Przed siebie.
- Co tam się stało właściwie?
- Hydra. Albo jakiś jej odłam, nie wiem.
- Znaleźli nas? - pisnęła, nerwowo oglądając się za siebie.
- Nie — pokręcił przecząco głową, również zerkając w lusterka. Był spięty i naprawdę chciała wiedzieć, dlaczego. - Nie wydaje mi się, by wiedzieli, że tam byłem, wtedy pewnie by po mnie przyszli, ale wolałem nie ryzykować spotkania z nimi. Mnie znów najpewniej by aktywowali, a ciebie... Nawet nie chcę o tym myśleć.
- Powiedz — poprosiła.
- Nie! Anno, nie... To nie jest dobry pomysł. Ja nie chcę o tym mówić, a ty nie chcesz tego słyszeć, uwierz mi.
- No dobrze, w takim razie powiedz mi, dlaczego inni tak bardzo panikowali, bo tego nie rozumiem...
- Jakaś inwazja, czy coś — mruknął. - To i Hydra sprawili, że postanowiłem uciekać.
- Zależy ci na mnie? - zapytała cicho, patrząc na niego poważnie. Zerknął na nią krótko.
- Jesteś moja, Anno i nie zamierzam się tobą z nikim dzielić. Tak, zależy mi na tobie, ale nie w sposób, który chciałabyś...
- Wiem, ale to i tak miłe.

- Dlaczego się zatrzymujemy? - zapytała, gdy zjechał na jakiś parking, nawet nie wiedziała dokładnie gdzie.
- Nie wiem, jak ty, ale ja jestem cholernie głodny — powiedział, wyłączając silnik. - Pasowałoby coś zjeść, a może nawet się przespać.
- Gdzie?! - rozejrzała się w totalnej ciemności. - Przecież tu niczego nie ma!
- Minęliśmy niewielki motel — wyjaśnił, wysiadając. Natychmiast poszła w jego ślady. - Ale musiałem mieć pewność, że nikt nas nie śledzi, więc wolałem zatrzymać się tutaj. A nocleg jest niedaleko, jakieś dziesięć minut drogi, damy radę.
- I zostawisz tu samochód?!
- Przyprowadzę go później...
- Jesteś pewny, że to dobry pomysł? Nie wzbudzimy podejrzeń? - przygryzła wargę, ruszając z nim w nieznane.
- Nie, ale musimy zachowywać się naturalnie.
- A w tej całej popapranej sytuacji jest to w ogóle możliwe? - prychnęła, łapiąc go za rękę i delikatnie wsuwając się pod jego ramię.
- Chyba nie zaszkodzi nam spróbować, nie?

- Prysznic — jęknęła, gdy ciepła woda spłynęła po jej nagim ciele, rozluźniając spięte mięśnie i przynosząc częściową ulgę po tym pełnym wrażeń dniu. Ledwo już trzymała się na nogach, cała drżała i marzyła tylko o śnie.
- Przyprowadziłem auto — usłyszała częściowo zagłuszony przez wodę głos James'a. Kiwnęła głową, opierając się dłońmi o mokre kafelki. Wzdrygnęła się lekko, gdy przejechał dłonią po jej plecach.
- Wciąż się mnie boisz? - zapytał, zaczynając całować ją po szyi. Jęknęła cicho.
- Oczywiście, że nie — zaprotestowała. - Nie wiedziałam cię, zaskoczyłeś mnie. To wszystko.
- Ok — przesunął dłoń na jej cipkę. Odchyliła głowę, opierając się o jego klatę. - Rozstaw nogi, mała.

Dwa dni i wiele kilometrów później.

- Obudź się, Anno — delikatnie potrząsnął ją za ramię. Otwarła zaspane oczy, prostując się w fotelu.
- Co się stało? - zapytała cicho, zasłaniając usta, gdy ziewnęła.
- Znalazłem nam lokum... No chodź
Kiwnęła głową, posłusznie wysiadając z samochodu. Rozejrzała się niepewnie.
- Gdzie jesteśmy?
- Wciąż w Rumunii — odparł, łapiąc ją za rękę i prowadząc do bloku.

Westchnęła cicho, rozglądając się niepewnie po niewielkim pomieszczeniu. Pokój połączony z kuchnią i przeszklone drzwi prowadzące na betonowy balkon. Na podłodze materac.
- Gdzie łazienka? - zapytała, obejmując się ramionami. W pomieszczeniu było chłodno.
- Na korytarzu, razem z toaletą — wyjaśnił. - Ale na tym piętrze nikt nie mieszka, więc... - westchnął, odkładając ich torby na podłogę. - Anno, wiem, że to nie najlepsze miejsce, ale...
- Przynajmniej jest dach nad głową — stwierdziła, zdejmując plecak z ramienia.
- Jesteś pewna? Mogę jeszcze poszukać...
- A masz pieniądze, by kupić coś lepszego? - zapytała nieco zjadliwie.
- Pieniądze nie są problemem, zdobędę je... - mruknął.
- Nie... James, nie narażajmy się na złapanie nas, ok?
- I tak są nam potrzebne... Oboje musimy jeść.
- Wiem — kiwnęła głową.
- W takim razie siedź grzecznie, a ja czegoś poszukam, dobrze?
- Tylko bądź ostrożny...
- Mała, to oni powinni uważać, nie ja — uśmiechnął się rozbrajająco, ale spojrzała na niego tak, że tylko westchnął i wyszedł z mieszkania. Ona natomiast usiadła ciężko na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Nie wiedziała, co robić dalej. Kolejne mieszkanie, kolejna ucieczka... Ile jeszcze? Czy teraz właśnie tak będzie wyglądało jej życie? Usiane trupami tych, którzy nieopatrzenie będą chcieli im zaszkodzić? Pełne strachu o własne życie, niepewności, co przyniesie kolejny dzień, walki o przetrwanie? Ciągłych kradzieży, by mieć co zjeść? Przecież nie mogła zacząć pracować. Najpewniej już dawno uznano ją za zaginiona, a co za tym idzie, również za martwą. James też nie podejmie żadnej pracy. Wytropiliby go z łatwością. Poza tym jego metalowe ramię przysporzyłoby zbyt dużo niepotrzebnych pytań, a to mogłoby go zdenerwować... Westchnęła głęboko, czując, jak żółć podchodzi jej do gardła i zerwała się na równe nogi. Wypadła na korytarz, dość szybko odnajdując drzwi do toalety. Ledwo zdążyła podnieść klapę WC, targnęły nią torsje.

- Wyglądasz jak trup — powiedział James jakiś czas później, stawiając na blacie stolika reklamówkę z zakupami. Spojrzała na niego krótko i niezbyt przyjaźnie. - Auć... Nie morduj mnie wzrokiem...
- Zjeżdżaj!
- Mała, a kąsa jak osa — zauważył, czochrając ją po włosach, ale mu się wyrwała.
- Nie dotykaj mnie!
Zatrzymał się w drodze do lodówki i popatrzył na nią spod przymrużonych powiek.
- Co cię ugryzło, co? Chodzi o to mieszkanie? Mam załatwić pałac, byś mogła czuć się jak księżniczka? - syknął, kręcąc głową. - Uwierz mi, też mam serdecznie dość tego całego bajzlu, który mnie otacza. Chciałbym wreszcie jakoś normalnie żyć, ale to raczej nie jest możliwe. Nie będę nigdy mieć szczęśliwej, kochającej mnie rodziny i odejdę w całkowitym zapomnieniu. Już się z tym pogodziłem.
- Nie chodzi o mieszkanie — powiedziała cicho, gdy zamilkł. - Po prostu źle się czuję.
- To coś poważnego? Potrzebujesz lekarza? - zapytał natychmiast, opierając się o lodówkę. Pokręciła przecząco głową.
- Nie — odparła szybko. - To zwykłe zatrucie pokarmowe. Ten ostatni posiłek nie był zbyt udany.
- Fakt... Nawet w czasie wojny jadałem lepsze — przyznał.
- Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że żyjesz tyle lat, a wyglądasz jak trzydziestolatek — mruknęła, masując sobie skronie.
- Tak... Nie tylko tobie jest ciężko w to uwierzyć — przytaknął, siadając po drugiej stronie stolika.
- Wciąż męczą cię koszmary?
- Co noc, choć gdy czuję ci obok, szybciej się uspokajam...
- Współczuję, Bucky. Naprawdę.
- Wiem, ale niepotrzebnie. Zrobiłem wiele złego.
- Przypominam ci, że nie z własnego wyboru.
- Myślisz, że będzie ich to obchodzić, gdy w końcu opuści mnie to niezrozumiałe szczęście i wpadnę w ich ręce? - zapytał poważnie. - Skażą mnie bez najmniejszych szans na jakąkolwiek obronę. I skażą na krzesło.
- James, tak nie może być! - zaprotestowała.
- Ale będzie. Jestem o tym coraz bardziej przekonany i ty również musisz się z tym pogodzić, mała.
- A co wtedy stanie się ze mną?
- Nie wiem. Prawdopodobnie cię nie skażą. Przecież byłaś tylko moją...niewolnicą, czy jakkolwiek to zinterpretują.
- Dlaczego sądzisz, że ciebie skażą na krzesło?
- A dlaczego mieliby tego nie zrobić? Jestem niebezpiecznym człowiekiem, Anno. Bardzo wątpię, by zostawili mnie przy życiu, choć ewentualnie mogą najpierw na mnie trochę poeksperymentować i dopiero później zabić.
- Jesteś dupkiem, wiesz? - warknęła, wstając szybko i ruszając do drzwi.
- Nie ty pierwsza mi o tym przypominasz. Gdzie idziesz?
- Muszę się przejść! - odparła, trzaskając drzwiami.

Kilka dni później.
- Znów wymiotowałaś? - zapytał, marszcząc brwi, gdy wślizgnęła się obok niego pod cienką kołdrę. Niemrawo pokiwała głową, desperacko żując gumę, by pozbyć się niemiłego smaku w ustach. - Może powinienem podrzucić cię do jakiejś przychodni?
- Nic mi nie jest — westchnęła, przewracając się na bok.
- Właśnie widzę — burknął, obejmując ją ramieniem. - Dostałaś okresu, czy jak?
Odwróciła się gwałtownie w jego stronę, odpychając go od siebie. Jej oczy były pełne przerażenia, gdy zerwała się z materaca, chwytając za niewielką reklamówkę schowaną w swoim plecaku, po czym pognała do łazienki. Zmarszczył brwi, wstając. Nawet nie zdążył jej złapać, ale zauważył, jak zestresowana była. Co się działo, do cholery?! Wyszedł z mieszkania, by po chwili szarpnąć za drzwi prowadzące do ubikacji.
- Anno, jesteś tam? - zapytał.
- Idź sobie! - odkrzyknęła ochryple, niecierpliwie chodząc tam i z powrotem po niewielkim pomieszczeniu. No pokaż się, do cholery...
- Anno, co się dzieje?
Nie odpowiedziała mu, tylko z jękiem opadła na kolana. Z jej oczu popłynęły łzy.
- Nie — chrypnęła. - Nie... To nie może być prawda...
- Anno! - walnął pięścią w drzwi, aż te zatrzęsły się od siły uderzenia. - Co jest?! Otwórz natychmiast!
- Idź stąd! Idź! Błagam! - przerażenie w jej głosie sprawiło, że niewiele myśląc, wyrwał drzwi z zawiasów. Zmarszczył brwi, widząc ją klęczącą przy muszli. Była przeraźliwie blada, ale nie wyglądała, jakby wymiotowała. Raczej, jakby miała zamiar zaraz zemdleć. Wszedł do ubikacji i nie zważając na jej protesty, wziął ją na ręce.
- Nie mam bladego pojęcia, co się dzieje, kobieto, ale najwyraźniej potrzebujesz solidnego odpoczynku. Albo rżnięcia. Wybieraj — mruknął, niosąc ją z powrotem do mieszkania.
- Nie dotykaj mnie! - pisnęła, gdy postawił ją przy materacu. - Zostaw mnie w spokoju!
- Możesz wytłumaczyć mi wreszcie, co się dzieje?! - ryknął, tracąc już cierpliwość. - Zachowujesz się jak jakaś nienormalna. Co ja takiego zrobiłem? Przecież cię nie skrzywdziłem, dlaczego każesz mi się nie dotykać?
Skuliła się w sobie, ponownie lądując na kolanach. Westchnął, klękając przy niej. Dopiero wtedy zauważyła, że dziewczyna ściska coś nerwowo w dłoni.
- Co to? - zapytał, chwytając ją za rękę, ale mu ją wyrwała. Po jej policzkach płynęły łzy.
- Jak mogłeś?! - tym razem to ona krzyknęła, niespodziewanie okładając go gradem ciosów. Choć nie miała najmniejszych szans, by go zranić, jej atak był tak niespodziewany, że oberwał kilka razy, nim zdołał ją w końcu obezwładnić. - Mówiłeś, że to niemożliwe! Bo to jest niemożliwe!
- Anno, co ty bredzisz? Co jest niemożliwe? Co niby zrobiłem?
- Mówiłeś... Mówiłeś, że jesteś bezpłodny!
- Bo jestem — mruknął chłodno, choć jego serce zerwało się gwałtownie do galopu.
- Więc dlaczego jestem w ciąży?! - odepchnęła go mocno, zrywając się na równe nogi i ruszyła biegiem do drzwi. Nim jednak tam dotarła, złapał ją wpół i rzucił na materac. Jęknęła, gdy usiadł na niej, krępując jej ruchy.
- W ciąży? - zapytał głucho. - Jak?
- A jak zachodzi się w ciążę, geniuszu?! Kończyłeś we mnie! - wrzasnęła, szarpiąc się pod nim, ale ani myślał ją puszczać.
- Tak, ale... Ja nie mogę mieć dzieci — powtórzył, choć głos nieco mu drżał.
- Ja też nie! Nie mogę, nie...
- Jeśli się boisz, znajdę lekarza, który pozbędzie się problemu.
- Nie! - zaprotestowała gwałtownie.
- Teraz już nic nie rozumiem — westchnął. - Nie uciekniesz, gdy cię puszczę?
Pokręciła przecząco głową. Rozluźnił uchwyt, wstając znad niej i zrobił kilka kroków w tył. Usiadła niepewnie, masując sobie nadgarstki. Nie użył zbyt wiele siły, by utrzymać ją w miejscu, a i tak bolało. Założył ramiona na piersi, patrząc na nią ostro. Jego serce biło jak oszalałe, miał wrażenie, że zaraz wyskoczy mu z piersi, w gardle mu zaschło, a myśli pędziły, przerabiając wszystkie możliwe scenariusze.
- Przestaniesz się gapić? - zapytała, nawet na niego nie patrząc.
- Nie, dopóki nie wytłumaczysz mi, o czym konkretnie mówisz — warknął, ostrym tonem chcąc zamaskować własny strach. - Jesteś w ciąży, super, lepszego scenariusza nie mogłem sobie wymarzyć, ale tym zajmiemy się później, choć właśnie zaprotestowałaś przeciwko aborcji... Dlaczego, skoro nie chcesz mieć dziecka, dokładnie tak samo, jak ja?
- Bo... Sądziłam, że już nigdy więcej nie będę go mogła mieć — powiedziała cicho, obejmując się ramionami.
- Nigdy więcej? Byłaś już w ciąży?
- Tak...
- Kiedy? - zapytał głucho. - W Stanach?
- Tak, ale nie z tobą. Wcześniej, dużo wcześniej.
- Ze swoim facetem?
- Tak — przytaknęła, ścierając łzy.
- Zostawiłaś je?
- Poroniłam, James. Byłam w czwartym miesiącu, gdy nagle coś mu odwaliło i pobił mnie tak, że przez miesiąc leżałam w szpitalu. Policja nie zdołała go złapać, rozpłynął się w powietrzu. Rzecz w tym, że lekarz powiedział mi, że jest bardzo małe prawdopodobieństwo, bym kiedykolwiek znów zaszła w ciążę — wyjaśniła ochrypłym głosem.
- To dlatego teraz chcesz te zatrzymać?
- Tak...
- Świetnie — stwierdził, przeczesując włosy dłońmi. - Po prostu świetnie. Brakowało mi tylko ciężarnej laski i bachora na głowie, którego nie chcę — warknął, siadając sobie ciężko na krześle.
- Więc mnie wypuść — poprosiła. - Nigdy więcej mnie nie spotkasz ani dziecka, spokojnie...
- Nie! Nigdzie nie pójdziesz! - syknął, wstając. Pisnęła przestraszona, gdy dostrzegła, jak wściekły jest. - Zostajesz tutaj. I lepiej módl się, bym ochłonął, nim wrócę — złapał ją za włosy i spojrzał jej prosto w oczy. W jego czaiło się przerażenie pomieszane z wściekłością.
- James... - jęknęła z bólu. Puścił ją gwałtownie, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami tak mocno, że posypał się tynk z sufitu. Wściekły zbiegł po schodach. W głowie mu huczało. Bał się tak, jak jeszcze nigdy dotychczas. Co robić?...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użyła 3042 słów i 16484 znaków, zaktualizowała 16 kwi o 16:46.

1 komentarz

 
  • elenawest

    Serdecznie dziękuję za łapkę w dół :-D nie ma to jak konstruktywna krytyka ;-) wiele się dowiedziałam ;-) pozdrawiam

  • Fallen

    Mogę się jedynie domyślać ale wydaje mi się, że komuś może chodzić o jego reakcję na wiadomość o dziecku i sugestię zabiegu.

  • elenawest

    @Fallen wiem, ja też ;-)