Zagubiony |18+| rozdział 17

Zagubiony |18+| rozdział 17Półtora miesiąca później.
Przyświecając sobie niewielką latarką, rozłożył na stole zdjęcie USG, które Anna dostała dzień wcześniej od swojego lekarza i westchnął. Wiedział już, że na tę chwilę dziecko rozwija się prawidłowo i to nieco podnosiło go na duchu, a jednocześnie jeszcze bardziej przerażało. Dziecko. Najbardziej niewinny byt, jaki mógł istnieć na tym porąbanym świecie. Cud poczęcia. Tak zawsze o tym mówiono. Lecz dla niego nie był to cud, a przekleństwo. Anna miała rację, mówiąc, że dziecko pochłonie całą jej uwagę, że będzie potrzebowało nieustannej pomocy, której on przecież nie będzie umiał mu zapewnić. Tylko czy w ogóle by chciał? Nie. Oczywiście, że nie. Dziecko to nie jego bajka. Nie miał nic przeciwko nim, ale nie chciał bawić się w ojcostwo. To po prostu go przerastało. Już teraz, gdy pomyślał o tonach brudnych pieluch, płaczu w nocy i wielu niezbyt przyjemnych sprawach, po prostu zbierało mu się na wymioty. I choć wiele razy w czasie swoich misji natykał się na dzieciaki i brzemienne kobiety, zawsze coś powstrzymywało go przed pociągnięciem spustu. Zawsze omijał takie osoby szerokim łukiem. Czy było to serce? Może, choć bardzo wątpił, czy jeszcze je miał. Ale teraz został po prostu skazany na dziecko. Czy to była jego kara za wszystkie zbrodnie, które popełnił? Tak miał odpokutować? Już chyba wolałby inny sposób, ale i na ten się godził. Dla Anny. Potrzebował jej...
Przetarł twarz dłonią, wpatrując się tępo w czarno-białe zdjęcie, jakby w nadziei, że za chwilę skądś wyskoczy jakiś wredny karzełek i powie mu, że to wszystko był tylko dowcip. Ale minuty mijały i nic się nie działo, a przed oczami utrwalał mu się tak niechciany widok. Za swoimi plecami słyszał tylko monotonny, spokojny oddech Anny.
Powoli, marszcząc brwi, przejechał palcami po zarysie płodu, wciąż nie potrafiąc i przede wszystkim nie chcąc przyswoić sobie informacji, że będzie mieć dziecko. Część siebie. To było przerażające, choć doskonale widział, jak z każdym dniem jej brzuch staje się coraz większy. Oczywiście daleko było jeszcze do jego ogromnych rozmiarów, ale koszulka zaczynała się już na niej opinać, a lekarz powiedział, że za kilka tygodni poczuje pierwsze ruchy.
Uśmiechnął się nieznacznie, przypominając sobie jej szeroki uśmiech. Tak bardzo się cieszyła, że ponownie zostanie matką, tylko że nie miała się tym szczęściem z kim podzielić. Była skazana wyłącznie na niego. Czy nadal go kochała? Tego nie wiedział i nie śmiał pytać. Zresztą, na co była mu ta informacja? Przecież i tak by tego nie odwzajemnił...
Anna miała rację. Bał się. Bał, że mógłby coś do niej poczuć, a gdyby ich znaleźli i znów go w nim aktywowali... Widziałby zapewne, jak własnymi rękami, nad którymi nie może zapanować, zabija ją wraz z dzieckiem. Nie chciał tego. Nie chciał znów cierpieć. Poza tym on nigdy nie powinien kochać, nie powinien mieć dziecka i rodziny. Dlaczego właściwie? Bo tak go nauczyli. Taki miał być. Tyle że teraz nie był niczyją własnością. Był wolny, mógł robić, co tylko chciał. Westchnął ponownie, spoglądając na Annę. Spała, zwinięta w kłębek, rękami obejmując brzuch. To była jej norma. Chroniła to dziecko. Głównie przed nim. Wiedział, że nadal się bała. No i była taka niewinna. Nie przeszkadzało mu już to, kim była wcześniej. Przecież to się już nie liczyło. Była tylko jego. Ale nie zasługiwała na takie traktowanie.
A on? Czy on zasługiwał na cokolwiek? Czy mógł być jeszcze szczęśliwy? Dlaczego w ogóle tak bardzo zależało mu, by Anna przy nim została? Przecież potrzebował jej tylko do jednego. Do seksu. Nie potrzebował niczego innego poza bliskością kobiecego ciała i ciepłem, jakie dawało. I oczywiście rozkoszą.
Wstał od stołu i na palcach podszedł do kanapy, na której spała Anna. Kucnął przy niej i delikatnym gestem odgarnął jej włosy z czoła.
- Jesteś moja, maleńka. Chciałbym, żebyś już zawsze była szczęśliwa. Lubię, gdy się śmiejesz — wyszeptał, całując ją we włosy. Mruknęła przez sen, ale nawet się nie obudziła. - Dziękuję, że tu jesteś.
Po chwili ponownie usiadł przy stole, stawiając szklankę wody i zapatrzył się w zdjęcie.
- Przepraszam — pogładził je kciukiem. - Nie chciałem, żebyś powstał... Naprawdę nie wiem, co robić — zamknął oczy, chowając twarz w dłoniach. - Mamo, pomóż mi...
Po jego policzkach spłynęły łzy, gdy oparł czoło o blat stołu, a ramiona zatrzęsły mu się od cichego szlochu...

- James? James, wstawaj — delikatnie potrząsnęła go za ramię. Wciąż siedział przy stole. Gwałtownie uniósł głowę, wybudzony z mocnego snu, który nie zdarzał mu się zbyt często. Zmarszczyła brwi, zauważając, że spał na zdjęciu USG. - To moje — powiedziała chłodno, zabierając z blatu nieco pomięty papier i z czułością chowając je do tylnej kieszeni spodni.
- Tak... Przepraszam, Anno — bąknął, wstając. Skrzywił się nieco, gdy zastane mięśnie zaprotestowały. - Ładnie wyglądasz.
- Dziękuję. Dlaczego spałeś przy stole?
- Nie miałem takiego zamiaru. Nie mogłem zasnąć, chciałem pomyśleć, ale najwyraźniej w końcu organizm się poddał... Pisałem też w notesie.
- Po co było ci to zdjęcie? - zmrużyła oczy, patrząc na niego poważnie. - Opisywałeś, jak okropnie wygląda, czy co?
- Nie! Skądże. Po prostu... Dla mnie to wciąż jest nowość, po prostu byłem ciekaw i chciałem się przyjrzeć. To wszystko. I wcale nie sądzę, że jest okropne. Przecież jest zdrowe. Tak powiedział lekarz, prawda? Poza tym aż tak wiele tam nie widać... - wzruszył ramionami. - Ale przepraszam, jeśli cię tym uraziłem.
- Zrobiłeś to już wiele razy, ale akurat nie w tym wypadku — przyznała. - Ale mimo wszystko proszę, byś więcej tego nie robił. To moje dziecko.
- Wiem... Oczywiście — westchnął, czując, że wkrótce może ją stracić. Odsunęła się od niego jeszcze bardziej niż po tamtej sytuacji w Stanach. Odwrócił się, by nie widziała jego spojrzenia i powiedział cicho. - Anno, opowiesz mi o swoich marzeniach?
- Po co ci to wiedzieć? - burknęła, obchodząc go i zabierając się za robienie im śniadania.
- Po prostu... Jestem ciekawy.
- I tak nigdy się nie spełnią, więc nie widzę większego sensu, by o nich opowiadać.
- Wciąż mnie nienawidzisz, prawda? - wyszeptał, podchodząc do niej. Zauważył, że natychmiast się spięła, więc stanął w bezpiecznej odległości.
- Zdaje się, że to nigdy się nie zmieni...
- Przepraszam... Byłem głupcem, wciągając cię w to wszystko. Zrujnowałem ci życie.
- Ono nigdy nie było idealne — mruknęła. - Ale dzięki tobie też coś otrzymałam. Nieco szczęścia — uśmiechnęła się nieznacznie, gładząc się dłonią po brzuchu.
- Myślałaś już o imieniu dla dziecka?
- Nie — pokręciła głową. - Dlaczego pytasz? Chcesz mieć w tym udział?
- Nie. Po prostu sądziłem, że masz to już opracowane... No i wiesz... Wolę wiedzieć. Tak na wszelki wypadek.
- Jaki wypadek, James? - spojrzała na niego poważnie.
- Sam nie wiem, ale skoro macie ze mną mieszkać, to chyba w końcu przyjdzie taki moment, kiedy nie będę mógł go całkiem ignorować, nie?
- No tak... Ignorowanie to najlepszy sposób na małe dziecko — prychnęła. - Tak, uciekaj od wszystkiego i wszystkich, którzy mogą dać ci jakiekolwiek szczęście, a raczej na pewno nie zaznasz żadnego ukojenia.
- To ty dajesz mi szczęście, Aniu. Jesteś idealna — zrobił krok i przytulił ją mocno, zanim zdołała uciec. - Nie chcę już więcej cię ranić, wiesz? Zależy mi na tobie.
- Nie kłam, James... Przynajmniej nie kłam!
- Nie kłamię — zaprotestował natychmiast.
- Gdyby naprawdę ci na mnie zależało...
- Byłbym zupełnie inny, wiem — zirytował się. Spuściła wzrok, przygryzając wargę. - Anno... Ja naprawdę się staram. Mówiłem ci już, przypominasz mi moją małą siostrzyczkę. Jedyną kobietę, którą kiedykolwiek kochałem. Moją jedyną rodzinę. Teraz ty nią jesteś — powiedział cicho jakby wręcz wstydliwie. Spojrzała na niego zaskoczona. - Jesteś taką dobrą kobietą, Anno. Zbyt dobrą, by być ze mną, ale nie mam odwagi, by zdobyć się na odesłanie cię do Stanów. Nie potrafię... Potrzebuję cię, nie rozumiesz tego? Zabrali mi wszystko, o czym kiedyś marzyłem, kogo kochałem. Zdecydowali, że mam być kimś innym. Wiesz... Pamiętam ciężkie prace, jakim nas poddawano w czasie niemieckiej niewoli — zmarszczył brwi, starając się sobie przypomnieć więcej szczegółów. - Było naprawdę trudno. Prawie nie spaliśmy. Faszerowali nas jakimiś narkotykami, byśmy byli bardziej wydajni, ale zdaje się, że i tak nie wytrzymałem. Chyba zasłabłem. Pamiętam, że gdzieś mnie wlekli... On tam był...
- Kto, James? - zapytała, patrząc na niego smutno.
- Ich lekarz. Czy raczej naukowiec... Zola. Eksperymentował na mnie. Pamiętam tamten ból. Chciałem umrzeć. W sumie nadal chcę. W wielu sprawach miałaś rację, maleńka. Jesteś o wiele mądrzejsza ode mnie. I tak uciekam od tego, co mi ofiarujesz, uciekam od dziecka, któremu dałem życie, bo boję się, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym będę widział, ale nie będę mógł nic zrobić i wtedy was zabiję. Bo tego będą chcieli... Nie wiem, czy dam radę przeżyć kolejną utratę bliskich...
- James... - chrypnęła, wtulając się w niego mocno. Westchnął, gładząc ją po włosach.
- Proszę... Bądź ze mną, maleńka.
- Kocham cię — jęknęła ze łzami w oczach, stając na palcach i całując go namiętnie. Mruknął jej w usta nieco zaskoczony, ale natychmiast przyciągnął ją mocno do siebie, pogłębiając pocałunek. Przesunęła palcami po jego ostrym zaroście, by następnie przenieść swoje drobne dłonie na jego umięśnione ramiona. Zagryzł jej wargę, ssąc ją nieznacznie i podniósł ją za tyłek. Zadrżała, obejmując go w pasie nogami.
- Mogę? - zapytał ochryple, patrząc na nią poważnie. Kiwnęła głową. W kilka sekund pokonał dzielącą ich od kanapy odległość i ułożył ją na niej w taki sposób, jakby kobieta zrobiona była ze szkła.

Dość niecierpliwie zdarł z niej ubranie, zachowując rozwagę, by nie przestraszyła się jego temperamentu, całując ją po piersiach, brzuchu i udach. Wygięła się nieco, gdy jego gorący język przesunął się po skórze nieopodal jej najwrażliwszego miejsca. Zamruczał, sunąc językiem po jej skrytej pod bielizną cipeczce.
- Uwielbiam twój smak i zapach — mruknął, palcami odciągając jej majteczki i delikatnie całując ją w łechtaczkę. Pisnęła, drżąc nieco. Oddech jej przyspieszył i wpatrywała się w nieco w napięciu. Mimo wszystko nie ufała mu w pełni. Nie wiedziała, czy nie zechce być wobec niej znów brutalny. Te wszystkie piękne słówka mogły być jedynie zasłoną dymną. Przecież wciąż twierdził, że jest potworem i doskonale wiedziała, że to monstrum wciąż w nim siedzi i może objawić się w każdej chwili. Teraz jednak jej libido szalało, a on był mistrzem minetek, to musiała przyznać, więc zacisnęła palce na jego włosach, dysząc ciężko. Uśmiechnął się, po czym ostrożnie wsunął w nią palec, drugą ręką rozchylając mocno jej różowe wargi, by dobrać się do nabrzmiałej łechtaczki. Natychmiast też ją polizał, by w sekundę później zacisnąć na niej usta i zacząć ją namiętnie ssać.
- James! - jęknęła, więc natychmiast oderwał się od niej, patrząc na nią niespokojnie.
- Coś nie tak? Boli? Boisz się?
Pokręciła przecząco głową, uśmiechając się nieznacznie.
- Nie... Nie przestawaj, proszę.
- Oczywiście.
Po chwili znów zaczął ją lizać głęboko, kciukiem pocierając jej różowy dzwoneczek i rozkoszując się słodkim smakiem jej soczków, które zaczęły płynąć z niej bez opamiętania. Drżała przy każdym dotyku jego języka i dłoni. Widać też potrzebowała już tej bliskości.
Po chwili podniósł się do klęku i oblizując usta z jej nektaru, sięgnął dłońmi do swoich spodni. Przygryzła wargę, ale nie zaprotestowała. Chciała go. W gruncie rzeczy tęskniła za jego kutasem. Przecież James był naprawdę świetnym kochankiem. I kiedy wypuścił na wierzch swojego nabrzmiałego penisa, uśmiechnęła się szeroko, by po chwili wrzasnąć z rozkoszy, gdy wsunął się w nią powoli.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użyła 2298 słów i 12658 znaków.

1 komentarz

 
  • TakiJeden

    Mistrzostwo!   :bravo:

  • elenawest

    @TakiJeden dzięki :-*