Niebieski tygrys – Rozdział 29| Naprawdę byłbyś w stanie mnie zabić?

Niebieski tygrys – Rozdział 29| Naprawdę byłbyś w stanie mnie zabić?Musiałam usiąść. Nie mogłam znieść tego wszystkiego na stojąco.
Kręciło mi się w głowie, jakbym miała zaraz zemdleć. Oddech na zmianę mi zwalniał i przyspieszał.
Czy to się działo naprawdę? Caleb naprawdę żył? Przeżył upadek z takiej wysokości?
To było niemożliwe. Dopilnowałam przecież wszystkiego.

Trochę mi zajęło, zanim zeszłam z klifu do nieruchomego ciała Caleba. Szturchnęłam go lekko stopą, ale nic nie wskazywało na to, że żył. Głowę miał wykręconą pod dziwnym kątem, jakby miał skręcony kark.
Cóż, musiałam dokończyć dzieła.
Podniosłam Caleba ostrożnie i zarzuciłam go sobie na plecy niczym worek ziemniaków. Nie było to wcale takie łatwe – w końcu był mężczyzną, ważył niemało, ale wyglądało na to, że adrenalina chciała mi w tym wszystkim pomóc. Nie mogłam ciągnąć go po piasku, bo zostawiłabym ślady.  
Słońce zdążyło już zajść. W tej części plaży nigdy nie było ludzi, bo była zaśmiecona i nieprzyjemna dla oka. Nie spodziewałam się też ujrzeć choćby jakichś wędrowców, gdy pogoda była taka okropna.  
Szłam z Calebem do wnęki w klifie, kształtem przypominającej jaskinię. Niewiele ludzi się tu zapuszczało, zwłaszcza że wejście było ukryte za mchem i bluszczem. Była to raczej mini skalna skrytka, powoli zasypująca się piaskiem – wiatr ciągle powodował przesuwanie się różnych elementów plaży, tak samo jak przypływy. Jeszcze trochę i wejście całkiem się zasypie.
Podeszłam do dołu, który wykopałam już dwa dni temu – specjalne miejsce pochówku Caleba. Zadbałam o to, by nikt nie znalazł łopaty, za pomocą której to zrobiłam. Miałam teraz odciski na całych dłoniach, bo dół musiał być dość głęboki i duży, ale było warto.  
Zanim jednak wrzuciłam Caleba do środka, wyciągnęłam z jego kieszeni telefon. Od razu weszłam w kontakty i usunęłam z nich swój numer. Później skasowałam też wszystko inne, co mogło nas ze sobą połączyć – wiadomości, połączenia, zdjęcia, wszystko. Dzień wcześniej zrobiłam już to samo z moim telefonem.  
Myślałam nad zabraniem tej komórki ze sobą, ale wolałam nie ryzykować. Jeśli ktoś miałby mnie przesłuchiwać w związku ze sprawą, lepiej, żeby nie było u mnie żadnych osobistych przedmiotów Caleba. Nie żeby było tak łatwo nas połączyć – nigdy nie poznałam rodziny Caleba, nie przychodziłam do niego do domu. Nie afiszowaliśmy się w mediach; najprawdopodobniej nikomu też o nas nie mówił. Nawet jeśli wspominał coś, kiedy jeszcze byliśmy razem, raczej nie przyznawał się nikomu do szantażu ani do spotkania ze mną na wzgórzu.
Wszystko układało się idealnie po mojej myśli.  
Wsunęłam komórkę z powrotem do jego kieszeni, cały czas będąc w rękawiczkach, po czym zepchnęłam go do dołu. Zwłoki opadły z głuchym tąpnięciem, a ja zabrałam się za przysypywanie dołu ziemią. Było to długie i żmudne, ale z każdym ruchem czułam, że odzyskuję kontrolę. Powiedziałam, że go uwolnię i tak zrobiłam. Nigdy nie miał szansy być ze swoją ukochaną Anną. Było to najlepszą zemstą.  
Gdyby tylko był ze mną szczery… powiedział mi o niej… Nie zabiłabym go. Oczywiście, że nie miał prawa ode mnie odchodzić – ale zdradzanie mnie? Okłamywanie? Tego było już za wiele. Musiał się spodziewać, że właśnie tak skończy. Potraktował mnie dokładnie tak, jak nie powinien tego robić – jak piękną ozdobę, ale kompletnie bezużyteczną.
Mama miała rację.
Po dokładnym przysypaniu dołu i zakryciu wszelkich śladów, wróciłam do mieszkania i wyrwałam jego zdjęcie z albumu Motyli. Później zdarłam jego imię, tak, że było widoczne tylko pod pewnym kątem i przy odpowiednim oświetleniu. Wymazałam go, ale nie do końca.
A później czekałam.
Po dwóch dniach ogłosili zaginięcie Caleba.
Po tygodniu wciąż nie mieli żadnych tropów.  
Po paru tygodniach mówili, że raczej nie ma szans, by go znaleźli. Najprawdopodobniej już nie żył.
Po paru miesiącach w końcu wszyscy zapomnieli.
Po roku odbył się pogrzeb, by pomóc rodzinie pogodzić się z utratą syna, jednak trumna, którą pochowali w grobie, była pusta.


Pytania i wątpliwości bombardowały mnie ze wszystkich stron.  
Czy Caleb przeżył upadek? Właściwie nigdy nie upewniałam się, czy na pewno nie żył. Wydawało mi się, że usłyszałam trzask jego kręgosłupa, ale…
No właśnie. Wydawało mi się. A jeśli wcale tak nie było? Jeśli zmylił mnie ten huczący wiatr? Może Caleb ocknął się dopiero potem? To nie było niemożliwe, choć… jakim cudem mógł przeżyć, zakopany w ziemi, bez powietrza?
Nie. To było niemożliwe. Musiało istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie.
A co, jeśli nigdy nie znaleźli ciała, bo Caleb rzeczywiście wcale nie umarł?
Drżącymi rękami podniosłam komórkę z podłogi i, przerażona do granic możliwości, zaczęłam pisać smsa:
AMELIA: To nie możesz być ty.
Sama w to nie wierzyłam. Przecież w poprzedniej wiadomości napisał te charakterystyczne słowa z naszego spotkania – “Jeszcze się spotkamy”.
Poczułam ucisk w brzuchu, gdy nagle moja wiadomość podskoczyła do góry – pod nią znalazła się odpowiedź.
CALEB: System iluzji i zaprzeczeń? Pomaga ci to? Daj spokój, Amelio. Wiesz, kim jestem, a ja wiem, co zrobiłaś – i mogę cię zniszczyć.
Napisałam szybko:
AMELIA: Czego ode mnie chcesz?
CALEB: Mówiłem ci już. Miałaś zostawić tego, na którym ci zależało. Żebyś cierpiała tak jak ja, gdy rozdzieliłaś mnie z Anną. Nie posłuchałaś mnie jednak. Za dobrze ci było przez ostatni czas. Masz teraz nowe zadanie: zostaw ich obu.
Palce drżały mi zbyt mocno, by napisać odpowiedź, ale wtedy przyszedł kolejny sms.
CALEB: A jeśli jeszcze cię nie przekonałem… Mój grób nadal stoi pusty. Chyba że chcesz go zająć.
Boże, to naprawdę był on. Powrócił zza grobu, by się na mnie zemścić.

Zaczęłam cicho płakać z przerażenia.
Przecież Caleb nie był mordercą. Rozdzielenie go z Anną nie mogło wpłynąć na niego aż tak.
AMELIA: Naprawdę byłbyś w stanie mnie zabić?
Odczekałam dwadzieścia uderzeń serca i dopiero wtedy popatrzyłam na odpowiedź.
CALEB: Ty zabiłaś mnie.

*

Zostałam w mieszkaniu aż do rana, zwinięta na łóżku w małą kulkę, przerażona do szpiku kości.  
Ponownie nie zmrużyłam oka. Mój najgorszy koszmar – choć do tej pory nieświadomy – właśnie się spełniał.
Caleb żył. W jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób przeżył upadek i zakopanie w ziemi. Był ogarnięty chęcią zemsty i mordu.
Po raz pierwszy w życiu bałam się o swoje życie.
O siódmej rano przyszła kolejna wiadomość. Usłyszawszy dźwięk dobiegający z komórki, prawie dostałam zawału, ale okazało się, że to był tylko Dan.
DAN: Gdzie jesteś?
No tak, zostawiłam go przecież samego w łóżku. Nic dziwnego, że mnie szukał.
AMELIA: Musiałam pojechać do mieszkania po parę rzeczy. Nie martw się.
DAN: W porządku. Wrócę dziś trochę później, ale kupię coś na kolację.
W obecnej chwili niczego nie pragnęłam bardziej, jak tylko usiąść z Danem przy stole, zjeść z nim kolację i położyć się spać. Chciałam tylko znowu czuć się bezpiecznie.
Ale to była tylko kolejna iluzja, którą musiałam jak najszybciej ukrócić. Myślałam, że z Calebem też będę szczęśliwa i bezpieczna – i wiadomo, jak się to skończyło.
Właściwie było mi na rękę, że Dan wychodził na cały dzień. Odczekałam jeszcze godzinę, a później wstałam z łóżka i pojechałam z powrotem do niego. Mieszkanie było puste. Z westchnieniem zabrałam się za pakowanie moich rzeczy.
Musiałam stąd zniknąć, i to jak najszybciej.  
Zastanawiałam się, na ile na moją decyzję miał wpływ Caleb, a na ile ja sama. Spełniałam jego warunek, ale z drugiej strony sama tego chciałam. Myślałam gorączkowo, jak to rozegrać i doszłam do wniosku, że najlepiej będzie zostawić sobie Nathana… ale od Dana musiałam odejść.  
Być może mogłam spotykać się z Nathanem w tajemnicy. Wyglądało na to, że Caleb jednak wiedział, na którym z nich zależało mi bardziej. Ostatnio i tak odsunęłam od siebie Nathana, spędzając większość czasu z Danem. Skoro wciąż kazał mi go zostawić, może podejrzewał, że chodziło o niego.
Teraz co prawda zmienił warunki gry, ale ja nie zamierzałam pozostać sama i bezbronna. Musiałam mieć kogoś w swoim narożniku. Nathan był obecnie mniejszym zagrożeniem. Dan… och, Dan. Jeszcze dwa tygodnie temu w życiu bym nie pomyślała, że coś do niego poczuję. Że będę musiała na siłę się od niego odcinać, byle tylko nic do niego nie poczuć.
Żeby się w nim nie zakochać.  
Tak jak w Calebie.
Spakowałam wszystko i wróciłam do mieszkania, po drodze dzwoniąc do szefa, by powiedzieć, że nie przyjdę do pracy. Ku mojemu zdumieniu, odebrała Nicola.
– Biuro dyrektora wydawnictwa, słucham.
– Czemu odbierasz telefon szefa? – zapytałam ze zdumieniem i irytacją.  
– Wyszedł, a podobno czeka na jakiś ważny telefon, więc przejęłam jego obowiązki. – Choć na pewno zorientowała się, z kim rozmawiała, jej głos wcale nie był jak zwykle przestraszony. Brzmiała, jakby była… znudzona. – Po co dzwonisz?
– Nie przyjdę dziś do pracy.
– Nic nowego – skwitowała, po czym się rozłączyła. Gapiłam się jeszcze na telefon ze zdumieniem, ale po chwili wzruszyłam ramionami.
W obliczu Caleba powracającego do świata żywych, Nicola była moim najmniejszym zmartwieniem.
Nie pamiętałam, kiedy ostatnio coś jadłam. Byłam cholernie głodna i słaba. Nie miałam ochoty na jedzenie, ale wiedziałam, że musiałam zaspokoić podstawowe potrzeby fizjologiczne, by być w stanie myśleć i funkcjonować. Zamówiłam przez aplikację jakąś pizzę z dostawą do domu i zrobiłam sobie kawę. Przez sekundę czułam się prawie normalnie – tak jakby nie szantażował mnie mój nienormalny były. Jakbym właśnie nie odeszła od mężczyzny, któremu na mnie zależało i który prawdopodobnie byłby w stanie mi pomóc.
Ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie potrzebowałam kolejnego faceta, który złamałby mi serce. Dostałam już swoją nauczkę – która groziła mi śmiercią.
Nienajlepszy koniec epickiego romansu.
Przeżuwając pizzę, nagle uświadomiłam sobie, że przecież skoro Caleb żył, to nie miał mnie czym szantażować. To było tak oczywiste, a jednak dopiero teraz wpadło mi do głowy.  
Wcześniej myślałam, że to był ktoś trzeci, kto najzwyczajniej w świecie wiedział o tym, że zabiłam Caleba. Z dowodami mógłby od razu wysłać mnie do więzienia z kwitkiem. Skoro jednak to był Caleb, w dodatku pozorujący na całkiem żywego… czego właściwie się obawiałam? Co mógł mi zrobić?
Od razu chwyciłam za telefon.
AMELIA: Nie mam obowiązku cię słuchać. Skoro żyjesz, niby czym chcesz mnie szantażować?
Odpowiedź nadeszła niemal od razu, jakby tylko czekał, przykuty do telefonu, aż coś do niego napiszę.
CALEB: A myślisz, że nie mam żadnych zdjęć tego, co mi zrobiłaś? Myślisz, że one NIE MAJĄ ZNACZENIA? Uwierz mi, mam ich dużo. Podobne do tych, które ty robiłaś nam. Uważasz, że za to nie wsadzą cię do paki?
Kęs pizzy stanął mi w gardle. Chwilowa ekscytacja zniknęła bezpowrotnie. W dodatku jego nawiązanie do mojego tekstu po aferze z policjantem spowodowało, że miałam ochotę zwrócić wszystko, co zjadłam.
Wpakowałam w siebie kolejne tabletki nasenne i położyłam się do łóżka. Udało mi się zasnąć może na dwie godziny, a gdy się obudziłam, ktoś pukał do drzwi. Serce mi na chwilę stanęło, ale po chwili zeszłam na ziemię – przecież Caleb by nie pukał.
Wygrzebałam się z pościeli, podeszłam do drzwi i wpuściłam do środka Dana.
– Zabrałaś swoje rzeczy – stwierdził cicho, przyglądając mi się. – Dlaczego?
– To miało być tylko chwilowe. – Wzruszyłam ramionami, walcząc z chęcią dotknięcia go. – Nie mogę wiecznie mieszkać u ciebie.
Nie wyglądał na przekonanego. Tak jakby podejrzewał, że kryło się za tym coś więcej.
– Lubiłem mieć cię u siebie.
– Dan… – westchnęłam ciężko. Nie miałam siły z nim dyskutować.
– Nie jesteś tu bezpieczna. Czemu nie chcesz u mnie zostać?
– Przestań drążyć – rzuciłam ostro i wzięłam głęboki wdech. – To koniec. Musimy się rozstać. Kolejny raz. Tym razem jednak na serio.
Dan wyglądał, jakby go trzasnął piorun. Wyprostował się i zacisnął szczęki.
– To przez tego, który cię szantażuje? Dlatego ze mną zrywasz? Serio, Amelia, zamierzasz go posłuchać?! – Chwycił mnie szybko za ramię, ale zrobił to delikatnie. – Proszę cię. Przecież to chore. Nie odtrącaj mnie, bo to błąd. Poradzimy sobie z tym. Razem…
– Nie! – przerwałam mu, odpychając jego rękę. – Nie zrywam z tobą dlatego, że ktoś mnie szantażuje. Zrywam z tobą, bo byłeś tylko przygodą, której dłużej nie potrzebuję – syknęłam, patrząc mu prosto w oczy. Dan umilkł i odsunął się o krok. – Nic do ciebie nie czuję, Dan. Nie wywołujesz już u mnie nawet irytacji. Jesteś kompletnie obojętną mi, niepotrzebną ozdobą, którą trzeba wyrzucić do śmieci i zastąpić nową! Rozumiesz? – Po raz pierwszy w życiu czułam się źle, raniąc go, ale chciałam, by dał mi w końcu spokój i wyszedł. Patrzył na mnie w milczeniu. – Powtórzę po raz kolejny: nigdy nie będziemy razem. Nigdy cię nie pokocham. Choćbym siedziała u ciebie, nosiła twój sweter, przedstawiała ci jakąś iluzję związku… to się nigdy nie zdarzy! Nigdy, rozumiesz? – Umilkłam, dysząc ciężko.
Dan wyglądał, jakby pękło mu serce.  
Czekałam, aż coś powie, ale on posłał mi zbolałe spojrzenie, po czym odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Ta cisza była gorsza od krzyku.

918 czyt.
100%91
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller i erotyczne, użyła 2587 słów i 14143 znaków.

1 komentarz

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 13 lut 9:57

    Znowu go podeptała. To chociaż wymyśliłaby jakąś wymówkę, a nie tak chamsko. Jak nie trzeba, to ściemnia jak ta lala.