"Wędrówka dusz"-Tom III-Rozdział VI-Potyczka z niedźwiedziem,intryga ujawniona,zaczyna się odwet.

Kratos powoli dochodził do siebie w namiocie szamana, a Sara cały czas przy nim siedziała. Pomagała mu w jedzeniu, w myciu się, w próbach stawiania, choć paru pierwszych kroków. Pewnej nocy, zjawił się jak zjawa Szary Wilk i odbyła się między nimi rozmowa:
– Widzę, że pod opieką Białej Lilli, Szybka Śmierć dochodzi do siebie, twój szacunek jeszcze bardziej wzrósł, zabicie pięciu najlepszych wojowników Irokezów to wielki wyczyn.
– Tylko się broniłem, nie lubię się chwalić ilu i kogo zabiłem. Każdy z nich miał rodzinę i bądź co bądź kolejne dusze zgasły...
– W naszym świecie albo zginiesz, albo zabijesz. Smutne to, lecz prawdziwe. Ale przejdźmy do spraw bardziej przyziemnych, przysyła mnie biała twarz Jones.
– Co więc chcę nasz kapitan?
– Aktualnie odczuwają brak zarządcy, chociaż Odważny Orzeł naprawdę nieźle sobie radzi. Zdobył uznanie wśród osadników, tym, że ocalił dziecko przed jadowitym wężem. Rzuconym tomahawkiem odciął gadu głowę. Nawet ja nie wiem, jak to się stało... Nauczył się nawet czytać, dzięki pewnej białej squaw. Wygląda to tak jakby nasz przyjaciel, miał białą duszę, a czerwone ciało. Szybko się przystosował do was.
– Powiem ci Szary Wilk, że mam nadzieję na waszą pełną asymilację z osadnikami. Miałem pewien sen i ktoś potężny powiedział, że marna jest przyszłość Indian
– Szary Wilk też tak twierdzi, nasze krwawe porachunki między plemionami i szczepami, musiały w końcu wpłynąć na naszą przyszłość. Jesteśmy skłonni bardziej do machania tomahawkiem niż do rozmów. Ostatnio miałem wizję, gdzie większość ziemi należy do białego, a moi bracia zamknięci są w  ograniczonym terenie, gdzie powoli umierają z głodu... Straszna wizja i boję się, że jak najbardziej w przyszłości prawdziwa. Szczególnie biorąc pod uwagę nasz prosty umysł wojownika, przez który nie zauważamy większej perspektywy zdarzeń, jak i żądzę posiadania białego człowieka, który na swoim lądzie prowadzi o wiele większe wojny niż my Indianie w ciągu naszych utarczek. Możemy z wami wygrywać bitwy, ale wy jesteście jak zaraza, która powoli opanowuję nasze ziemie. Więc także się ciesze, iż moi jedyni bracia ocaleni znaleźli swoje miejsce. Jest jeszcze druga sprawa, w odległości ponad siedmiu dni od miasta, znaleźliśmy ślady nieindiańskiego obozu. Zabraliśmy tam tego twojego kapitana, który rozejrzał się i stwierdził, nie wiadomo po czym, że na pewno cywili tutaj nie było, a przynajmniej nie oni go rozłożyli.
– Francuzi czy Hiszpanie?
– Francuzi siedzą bardziej na północy, muszą się najpierw tam umocnić, nim pomyślą nad dalszymi krokami. Więc stawiam bardziej na Hiszpan.
– Powoli kawałki zagadki zaczynają się ze sobą układać.
– Musisz teraz, Szybko Śmierć jakoś przeżyć i dowiedzieć się, dlaczego zaczął się ten konflikt pomiędzy wami a czerwonoskórymi. Pomimo prostego myślenia, nie są aż tacy głupi, by atakować dopiero co przybyłych nowych przybyszów. Normalnie skupili, by się na obserwacji, aby spróbować was poznać. Natychmiastowa walka wydaję się więc dziwna...
– Co mnie teraz czeka, patrząc na wasze zwyczaje?
– Pewnie jakaś próba, normalnie zabiliby cię na miejscu, jednak zyskałeś ich szacunek, dlatego poddadzą cię jakiemuś testowi. Patrząc jednak na twoje szczęście przyjacielu i to jak wijesz się niczym piskorz, wielokrotnie uchodząc niebezpieczeństwu, to poradzisz sobie. Muszę iść, słyszę, jak zbliża się Biała Lilia.
– Ale ja nic nie sły... – Nim zdążył dokończyć, jego gościa już nie było, a chwile później przyszła rzeczywiście Sara. Ta widząc jego zaskoczenie, spytała:
– Co cię tak zaskoczyło, ducha widziałeś czy co?
– Wytłumacz mi, czy wszyscy Indianie mają umiejętności znikania bez najmniejszego szmeru?
– Tylko ci najlepsi, przyniosłam ci kolacje... – To powiedziawszy, postawiła na ziemi miskę i pomogła Kratosowi usiąść
– Jak to się dzieje, że możemy się kłócić, może jedno umrzeć, a i tak spotykamy się razem. Widziałaś może gdzieś tego denerwującego drania Doriana? Bo nie wiem, czy sobie odpuścił zemstę, czy czyha gdzieś, by mnie ukatrupić.
– Słyszę, że już wszystko pamiętasz, jaki ty byłeś irytujący jako wiking. Lubię różne zabawy, ale do tych z panem i niewolnikiem jakoś nie przywykłam. – Kratos na wspomnienie swojego dawnego zachowania zaczerwienił się z wielkiego wstydu. Tamto zupełnie do niego nie pasowało, zawsze się wzbraniał, by mieć niewolnika. Co innego wydawać rozkazy swojemu podwładnemu, a co innego mieć pełną władzę nad innym człowiekiem i móc zrobić z nim co się chcę. Od swojego pierwszego życia miał przekonanie, że żaden człowiek nie powinien mieć takiej władzy nad drugim. Napawało go wstrętem, widząc jak niektórzy czy to w Egipcie, czy w Grecji i Rzymie traktują innych, pomimo że w tamtych czasach niewolnictwo było na porządku dziennym. Każdego można jakoś korzystnie wykorzystać, bez traktowania go jak śmiecia. Co zyskasz, jeśli niewolnik zostanie stłamszony i zniszczony? Nie wykorzysta już swoich talentów, a dusza oprawcy tylko się obciąży, ciągnąc go w dół.
   Sara zauważyła jego zmieszanie i zaczęła się śmiać:
– Wstydź się, wstydź, jakie to teraz wydaję się śmieszne, niewolnico chodź do łoża, Saro posprzątaj tu. Ha, ha nie mogę – Kratos jeszcze bardziej się zawstydził, chciał zapaść się pod ziemię. Dziewczyna, uznając, że dość już tego podśmiewania się, zaczęła pojednawczo:
– Ale nawet nie wiesz jak bardzo się stęskniłam za starym dobrym Kratosem – pogłaskała go delikatnie po policzku.
– A więc teraz jesteś Biała Lilia. Cóż patrząc na nasze niektóre eskapady czy to na dachu w Egipcie, czy w rezydencji w Syrakuzach, bardziej pasowałoby Czerwona Lilia, Auć, zapomniałaś, że nadal jestem ranny? – W środku wypowiedzi dostał małego kuksańca w bok z łokcia.
– Ty, zamiast zajmować się moim prawidłowym imieniem, skup się a twojej sytuacji, Indiańskie próby nie należą do łatwych.
– Mogę się jedynie domyślać, co mnie czeka, ale muszę się jakoś z tego wymigać i porozmawiać z jednym z wodzów. Być może nasz konflikt wykorzystuje strona trzecia, by przejąc wszystko dla siebie...
– Kogo masz na myśli?
– Hiszpan...
– Mówisz o Europejczykach, którzy mówią takim dziwnym językiem, który ani to nie jest Francuskim, ani też Angielskim...
– Widziałaś ich?
– Przed waszym przybyciem, czyli dość bardzo dawno temu, jak wychodzili z namiotu jednego z wodzów, Czarnego Żółwia, wyglądali na mieszkańców Europy i rozmawiali miedzy sobą w dziwnym nieznanym mi języku...
– Czyli, o to chodzi. Muszę porozmawiać z waszym wodzem...
– Pamiętaj, że wprawdzie wszyscy tu są Irokezami, to jednak dzielimy się na wiele szczepów, a każdy z nich ma własnego wodza. Dlatego nazywani jesteśmy konfederacją. Ale pomyślisz nad tym, później. Jeśli masz rozwiązywać ważne problemy, musisz w pełni wyzdrowieć. Zjedz i idź spać.
– Dobrze, mamo Saro.
– Jak ja ci zaraz dam mamę... – rzuciła go naprawionym ubraniem i wyszła.
   Po trzech dniach mógł już swobodnie chodzić, choć maratonu by nie przebiegł. Mógł teraz przyjrzeć się z bliska życiu w wiosce. Kobiety przygotowywały posiłki, mężczyźni chodzili na polowania i zwiady. Jeśli by przymknąć oko na pewne szczegóły, rytm codzienności toczył się podobnie jak w Jamestown. Oprócz paroma szczegółami kolorami skóry tak wiele ludzi nie różniło. Wszyscy kochali, żyli swoimi życiem i mieli własne problemy, porażki i zwycięstwa. Jednak każda ze stron uważała drugą za gorszą. Kratos postanowił przejść się niedaleko wioski, miał taką możliwość, ponieważ każdy wiedział o tym, że w pełni nie wyzdrowiał, by przejść tę długą drogę do własnej osady. Z broni zostawili mu krótki nożyk, do obrony. Gdy tak przechadzał się między drzewami, usłyszał krzyki. Skierował się w tamto stronę. Ujrzał, jak wielki niedźwiedź stoi nad młodą dziewczyną i chłopakiem. Ona krzyczała ze strachu, a obok leżał nieprzytomny chłopak.
   Niedaleko nich leżał łuk i kołczan oraz dwie włócznie. Wyglądało to tak jakby, obie osoby szły na polowanie. Nie tracąc czasu Kratos rzucił się w kierunku tej dwójki. Nie zdążyłby użyć łuku z tak małej odległości, biegnąc, podniósł obie dzidy. Zamachnął się, trafiając zwierze w bok. Ranny niedźwiedź głośno zaryczał z bólu. I odwrócił się w kierunku nowej ofiary. Nim do niej dobiegł, drugi pocisk trafił go w oko. Znów wydał z siebie okrzyk bólu, ale nadal biegł. Będąc blisko, podniósł się na dwóch łapach, chcąc łapą zgnieść czaszkę napastnika. Ten jednak podbiegł bliżej i wbił mu nóż w serce. Niedźwiedź upadł, prawie przygniatając swojego oprawcę. Kratos usiadł na trawie, dopiero teraz poczuł, że boli go całe ciało, a jego dopiero co naprawione ubranie nasiąkło krwią. Momentalnie poczuł, jak traci świadomość.
   Obudził się w namiocie, choć nie wiadomo czemu mówił na to namiot, skóro przypominało to bardziej chatę, być może nie uznawał budowli z gałęzi i innego lotnego materiału za coś pokroju trwałego budynku. Nad sobą zobaczył smutną twarz Sary:
– Wiesz, że między odwagą i głupotą jest cienka linia? Coś ty sobie wyobrażał, rzucając się ranny na niedźwiedzia??
– Bardziej myślałem, jak tu uratować tę młodą parkę, zwierze było tylko przeszkodą.
– Gdyby nie szaman, już byś musiał dostosować się do nowego życia
– Lepiej powiedz co z tymi dzieciakami?
– Przeżyli, dostali niezłą reprymendę od swoich rodziców
– Czyli moja próba nie co się teraz odłoży w czasie
– Jeśli chodzi o to...
– Blada twarz jest zwolniona od tego – zaczął, wchodząc do namiotu Szybki Jeleń, aktualny ojciec Sary.
– Przepraszam wodzu, że nie oddam szacunku, ale nie mogę wstać
– Zostawmy ceremoniał na bardziej oficjalne rzeczy. Tak jak już powiedziałem, nie musisz nic udowadniać. Zabiłeś sam w pojedynkę niedźwiedzia i uratowałeś młode małżeństwo przed jego gniewem. Zyskałeś wdzięczność jednego z najważniejszych wodzów, Szczerego Orła, ojca dziewczyny, która jest najważniejszą osobą w jego życiu. Mimo że już nie mieszka z ojcem – zaśmiał się cicho.
– Wodzu, skoro tu jesteś, wysłuchałbyś, co mam do powiedzenia?.
– Niech blada twarz mówi.
– Czy słyszał może wódz, o gościach w domu Czarnego Żółwia parę wiosen temu? Mówię tu oczywiście, o gościach koloru moje skóry.
– Nie słyszałem, by ktoś taki go odwiedzał.
– Otóż twojej córce przypomniało się, że widziała takich ludzi, wychodzących, gdy prawie już było ciemno z namiotu Czarnego Żółwia.
– Białą Lilia ma wzrok lepszy od szybującego orła. Lecz nadal nie wierzę, by coś takiego zaszło.
– Pamiętasz ojcze, tych dwóch, co chciało z nami handlować, chcąc za jakieś beznadziejne towary nasze skóry i inne rzeczy
– Ach, tak byli tacy, wygnałem ich, gdy jeden z nich zaczął dotykać jedną z młodych dziewcząt. Zaraz, zaraz, potem na naradzie nie było Czarnego Żółwia, który tłumaczył się, że musi pozostać w namiocie. Chciałem wysłać naszego szamana, żeby mu pomógł w boleściach, ale odmówił, tłumacząc się, że to samo przejdzie. Następnego dnia u jego boku wisiał nowy toporek, a jego żona i córki chodziły w pięknych ozdobach.
– A czy on na kolejnej naradzie nie naciskałbyście uderzyli na nas? – Szybki Jeleń na dłuższą chwile się zamyślił i dopiero po jakieś chwili odezwał się:
– Przemawiał, że ci, co byli u nas dobrze nas ostrzegali, że nowi przybysze chcą nas zniszczyć i zabrać nasze kobiety. Ja wraz z paroma wodzami, ostrzegaliśmy, że są to słowa bladej twarzy przeciwko bladym twarzom, że oni też przybyli znad wielkiej wody i im też nie można ufać. Jednak młodsi z nas byli po stronie Czarnego Żółwia i dlatego musieliśmy zaatakować. Chcesz powiedzieć, że jeden z naszych wodzów został przekupiony, by doszło do konfliktu między nami?
– Tak, tamci, by was osłabionych zaatakowali i przejęli wszystko. Na pewno byście wygrali, w to nie wątpię, ale też stracilibyście mnóstwo wojowników.
– Rannych też byłoby wiele... Musieli, by wtedy pokonać tylko nas, nie ma drugiego tak wielkiego plemienia, które by uniemożliwiało podbicie tych ziem. Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, a wierze, że tak jest, to trzeba szybko działać. Szykują się do natarcia na twoją wioskę – Nie pożegnawszy się, natychmiast wyszedł, po kilku minutach przyszedł po Kratosa jeden z przybocznych Szybkiego Jelenia, by ten poszedł za nim.
   Przy pomocy Sary dokuśtykał do chaty zgromadzeń. Wszyscy wodzowie już siedzieli. Odezwał się Czarny Żółw:
– Co ta przeklęta blada twarz robi na świętym zgromadzeniu?
– Ja go zaprosiłem Czarny Żółwiu – rzekł Szybki Jeleń.
– Jakim prawem? – znów protestował ten sam wódz.
– Takim, że w gronie mamy, kogoś, kto chciał za własne korzyści doprowadzić konfederacje Irokeską do zagłady – Wielki szum powstał w chacie.
– Rzucasz poważne oskarżenia, Szybki Jeleniu, najlepiej będzie, jak powiesz dlaczego – odezwał się najstarszy i najmądrzejszy wódz w tym gronie, Szczery Orzeł.
– Właśnie jak śmiesz oskarżać, wielkich wodzów Irokeskich, może jeszcze ten biały kojot ci to powiedział? – Czarny Żółw nie dawał za wygraną.
– Nawet wielki orzeł może zagubić się na niebie, a co dopiero my, mów Szybki Jeleniu, wydaje mi się, iż sprawa jest poważna – uciszył krzykacza Szczery Orzeł.
– Szczery Orle, nic dziwnego, że to właśnie wódz Czarny Żółw tak gorąco protestuje, sprzedał nasze plemię za nową broń od bladych twarzy!
– Jak śmiesz? – Zaatakowany wódz, chwycił za tomahawk.
– Schować broń, jesteśmy na świętej ziemi, nie ma prawa polecieć na nią ani kropla krwi, dlaczego tak sądzisz Szybki Jeleniu?
– Moja córka widziała, jak z namiotu owego wodza wychodzą ci sami ludzie, których wygnałem z wioski, oczywiście za zgodą wszystkich tu obecnych.
– To oczywiste kłamstwa, jak mogła w ciemnościach zobaczyć cokolwiek. – burzył się Czarny Żółw.
– Cała wioska wie, że Biała Lilia ma lepszy wzrok od najlepszego orła, więc mogła zobaczyć. Czy ktoś chcę jeszcze zabrać głos? – spytał Szczery Orzeł.
– Szczery Orle – zaczął wódz siedzący przy wyjściu:
– Moi ludzie też widzieli, wtedy wychodzących z namiotu, ale myśleli, że to nasi, tylko nie znali języka, w którym mówili, uznali to za jakiś dziwny dialekt plemienny. Jednak być może był to język białych twarzy. A na dodatek każdy tu z obecnych potwierdzi, że po tym zdarzeniu, znalazły się u niego wspaniałe przedmioty, które ewidentnie nie wyszły z rąk Indiańskich, także wtedy na radzie go nie było. – Jeszcze inny rzekł:
– Na radzie wojennej tylko on energicznie przemawiał za wojną, choć nic nie wiedzieliśmy o przybyszach zbyt dużo oraz podejrzanie zgadzał się ze słowami wygnanych białych. – Czarny Żółw zbladł, dopiero teraz doszło do niego, jak głupio postąpił, chcąc pochwalić się pięknymi podarkami od przybyszów.
– Czarny Żółwiu, wytłumacz się, przez tamten atak straciliśmy wielu wspaniałych wojowników – zwrócił się do niego Szczery Orzeł.
– Może to i prawda. Blade twarze są robakami, których można się pozbywać. Wszelkimi sposobami.
– Jest wiele takich poglądów jak twoje, jednak nikt oprócz ciebie nie uznał swoich pragnień nad własne plemię. Na dodatek nie widzisz, że zrobiłeś źle. To nie wróży dobrze twojej pozycji wodza. A twoja głupota jest większa niż niebo nad nami. Nie zauważyłeś, że zostaliśmy wplątani w intrygę? Tamci chcieli zająć naszą ziemie, dobijając nas po ciężkiej wojnie. Wiesz ile ludzi stracilibyśmy w ataku na tą palisadę? Było, by tak wiele zabitych i rannych, że ci cali Hiszpanie, mogliby nas zniszczyć bez jakichkolwiek problemów. Mówisz, że pogardzasz nimi, a właśnie jeden z nich uratował moją córkę oraz twojego brata, oraz sam własnoręcznie ubił wielkiego niedźwiedzia. Wodzowie wnoszę o ukaranie śmiercią Czarnego Żółwia za jego czyny, uspokoimy tym duchy zabitych, wykorzystanych przez żądnego bogactw wodza. Kto jest za? – Wszystkie tomahawki wodzów obecnych na zgromadzeniu, prócz jednego uderzyły w ziemi na znak zgody.
   Czarny Żółw został przywiązany do pala, wokół którego tańczyli wojownicy, co jakiś czas rzucając toporkami. Pomimo ran, ofiara nie krzyknęła ani razu, ginąc w ciszy. Szczery Orzeł podszedł do bladego od ran Kratosa:
– Jeszcze ci osobiście nie podziękowałem za ratunek mojej córki, choć nie ukrywam, że czuje lekką nienawiść za zabicie dwóch moich wojowników. Musimy tylko teraz poprawić relacje między nami a osadnikami.
– Nie powinienem tego mówić, ale polubiłem was, dlatego to powiem. Wiesz wodzu, że nawet jeśli się to uda, to po jakimś czasie znów będzie wojna, a białych będzie ciągle przybywać?
– Jestem tego świadomy, ale ludziom należy się chwila odpoczynku od walki. Pożegnanie się z zabitymi bliskimi, bawienie się z dziećmi, umacnianie wioski. Tym powinni się teraz Irokezi zajmować. Po ostatnich walkach nie jesteśmy zbyt silni. Dlatego nawet chwilowy spokój może zaowocować zarówno dla Indian, jak i dla was Białych. Zauważam też, że nasz czas nie ubłagalnie nadchodzi. Nasi ludzie zaczynają przypominać w ubraniach czy w zachowaniu do was, szczególnie jeśli chodzi o broń. Was też coraz więcej jest, a my jesteśmy podzieleni. Mimo że my Irokezi jesteśmy w grupie to inne plemiona ani myślą, by w razie zagrożenia nas wspomóc. Jesteśmy ich wrogami, więc z przyjemnością zobaczą nas koniec, nie widzą jednak tego, że taki sam los ich spotka. Wszystkie plemiona z tego lądu musiałyby się połączyć, by Indianie w taki stanie, jakim są, mogli przetrwać. Jest to niemożliwe. Póki jestem wodzem, postaram się, aby choć przez chwile zaznali spokoju od wojen. Teraz odpocznij, musimy porozmawiać o problemie z Hiszpanami. – To powiedziawszy, odszedł, a Sara pomogła Kratosowi wrócić, położyć się do namiotu i obok niego niemal natychmiast usnęła.

   Dość daleko od Jamestown i wioski Irokezów czekali Hiszpanie. Szykowali się do ataku, tuż po tym, jak Indiańce rozprawią się z Angolami. Nie przeczuwali, w jakim znajdują się położeniu i że ich przebiegłą intryga spaliła na panewce. Starannie przygotowana zasadzka zwróci się przeciw nim..... Na razie jednak ucztowali i pili świętując pozorne ukończenie planu...

1 komentarz

 
  • Almach99

    Powinne byc "zadze" bialych ludzi (brak polskich znakow w komorce)

  • krajew34

    @Almach99  Zaraz to sprawdzę i poprawie :)

  • krajew34

    @Almach99  Poprawione, dzięki za wspomnienie o takim błędzie :)