Bez zgodności do miłości...część 26

Zaczęłam pomału otwierać oczy. Wszystko mnie strasznie bolało. Zaczęło mi się przypominać co się stało. Postanowiłam podnosić, ale poczułam na sobie jakieś ręce i nieznajomy głos który kazał mi leżeć. Otworzyłam szybko oczy i spojrzałam na osobę stojącą przede mną. Byłam w jakimś gabinecie lekarskim. Co ja tu robię?  
-Gdzie ja jestem? Co ja tu robię?  
-Leż spokojnie. Bruno i Norman Cię tu przywieźli. Jestem ich kolegą. Nie musisz się mnie obawiać.  
-Co ja ty robię?!  
-Odpoczywaj. Tą kwestię musisz omówić z Normanem.
-Nie będę z nim rozmawiała! Chcę wracać do domu.  
-Poczekaj za chłopakami.  
-Za nikim nie będę czekała! - krzyknęłam na niego, a z ręki wyrwałam węflon. Zabolało okropnie.
-Ej! Amber! Co ty wyprawiasz?! - podbiegł do mnie i załapał za rękę. Wziął do ręki jakiś pojemniczek z tabletkami po czym podał mi go. -Połknij to.  
-Nie ma takiej opcji! - krzyknęłam na niego i wytrąciłam pojemniczek z tabletkami na podłogę, po czym zaczęłam się wyrywać i kopać go. Nawet nie wiem kiedy w gabinecie pojawiło się dwóch mężczyzn. Złapali mnie, a w rękach lekarza dostrzegłam strzykawkę. - Co pan chce mi zrobić?... Ja nie chce żadnych zastrzyków, ... boję się igieł... już nie będę tak robić, niech oni mnie puszczą... - mówiłam ze łzami w oczach.
-Chłopaki zostawcie nas samych. - powiedział do nich, a oni mnie puścili. Usiadłam na samym końcu kozetki wlepiając się w ścianę. Zaczęłam płakać. Czym ja zawiniłam. Dlaczego tu jestem. Co odwaliło Normanowi? -Nie płacz Amber.  
-Kiedy będę mogła stąd wyjść? - zapytałam, a on usiadł na kozetce koło mnie, dalej trzymając w ręce strzykawkę. Mimo mojego wieku, okropnie się ich boję i już nic na to nie poradzę.  
-Zaraz powinni być po Ciebie.
-Ale ja na nikogo nie czekam. Nie potrzebuje nikogo kto będzie się mną opiekował mam już swoje lata.  
-Ja wiem że masz swoje lata, ale zostajesz tutaj. Chcesz o czymś porozmawiać? Coś Cię niepokoi w sprawie zdrowia?  
-Jedyne co mnie niepokoi to strzykawka którą pan trzyma w ręce.  
-Nie musisz się bać. Na pewno tego nie użyje jeśli nie będzie takiej potrzeby.  
- Co to jest za szpital? Dlaczego pan ma czarny kitel?  
-Prywatna klinika. Tutaj trafiają raczej osoby z przeszłością kryminalną.  
-W takim razie co ja tu robię?! Nikogo nie zabiłam. Mogłam jechać do normalnego szpitala. Ale nawet nie wiem w jakim celu tu jestem? - płakałam bez opamiętania. Bałam się że mnie tutaj wykorzystają. Nie znam tych ludzi.
-Jesteś bardzo nerwowa, może napijesz się herbatki i porozmawiamy na spokojnie?  
-Nie chcę z panem rozmawiać. Boję się pana i każdego jednego lekarza. Chciałabym iść do domu.  
-Nie musisz się bać. Wszystko będzie dobrze, uwierz mi. - lekarz się do mnie przybliżył i pogładził mnie po ramieniu. Trochę się przestraszyłam. Znowu przed oczy pokazał mi się obraz Normana który... który mnie gwałci. Zeskoczyłam odruchowo z kozetki i pobiegłem na drugi koniec gabinetu. W mojej głowie wciąż brzmiał głos mówiący mi że mam trzymać się z daleka od wszystkich mężczyzn, że każdy jest taki sam. Usiadłam w kącie i pociągnęłam kolana pod brodę. Do pokoju dosłownie chwilkę później weszli znowu ci mężczyźni. Poderwałam się na równe nogi. Byłam przerażona tą całą sytuacją. Spojrzałam w lewo. Tam też stała kozetka. Podbiegłam do niej i położyłam się po czym przykryłam się kocem który tam leżał. Zwinęłam się w kłębek. Lekarz razem z tymi mężczyznami podszedł do mnie. Ja z płaczu zaczęłam się krztusić. W końcu zebrało mi się na wymioty. Jeden z nich sięgnął szybko po jakąś miseczkę, a lekarz usiadł koło mnie, posadził i złapał za włosy i nie trudno się domyślić co było dalej. Próbowałam się zasłonić rękoma i trzęsłam się jak galaretka, bo panicznie bałam się wymiotować. Miałam wrażenie że zaraz się uduszę. Patrzyłam na nich ze strachem i wstydem.  
- Ja chcę z... zostać sama... - szlochałam.
-Ale nic się nie dzieje. Nie wstydź się. - powiedział, a mnie przeszła kolejna torsja. Moje ciało ponownie całe się spięło i zaczęło drżeć. -Ćśśś... Nie bój się. Wszystko jest w porządku. Spokojnie. - mówił do mnie, gładzie mnie po ramieniu, a w drugiej ręce trzymał moje włosy. -Musisz się trochę uspokoić. Krzywda ci się nie stanie. Nie musisz się bać. - Jeden z mężczyzn poszedł gdzieś z miską z moimi wymiocinami, a drugi stał już w pogotowiu z kolejną. Lekarz dalej mnie trzymał. Próbowałam się uspokoić, ale nie wiedziałam jak. Drzwi od gabinetu ponownie się otworzyły. Myślałam że to ten pielęgniarz, ale w drzwiach stanął Norman i Bruno. Moje serce zaczęło walić jak młot.  
- Co się dzieje? - zapytał Norman, a w jego oczach było widać troskę. Odwróciłam od niego wzrok. Nie mogłam na niego patrzeć
-Wszystko mamy pod kontrolą. - powiedział lekarz. Złapałem się za brzuch, bo zabolał mnie dosyć mocno. Kątem oka zobaczyłam jakiś ruch. Podniosłam wzrok i zobaczyłam że w moją stronę zmierza Norman. Poderwałam się z łóżka.  
-Niech mnie pan puści, proszę. - powiedziałam, bo lekarz w ostatniej chwili mnie złapał. I wtedy poczułam znowu mocne ukłócie w podbrzuszu. Usiadłam znowu na kozetkę. Spojrzałam na lekarza, który oczywiście zauważył że coś jest nie tak.  
-Połóż się na prosto. Nie podciągaj nóg do brzuszka. Zaraz podam Ci leki.  
-Norman, odejdź ode mnie. Nie podchodź do mnie! - chciałam stamtąd uciec. Bałam się cholernie. Nawet nie słuchałam co lekarz do mnie mówi. I wtedy znowu kolejna fala torsji przeszło moje ciało. Tak się przestraszyłam tego iż będę wymiotować, że zasłoniłam usta ręką. To był wielki błąd. Tym sposobem dosyć że w wymiocinach była moja ręka to jeszcze pół łóżka bo nie trafiłam z miskę. Lekarz podbiegł do mnie i zabrał rękę z mojej buzi. Znowu moje ciało zaczęło drżeć, a z oczu poleciał wodospad łez. Nagle zaczęłam się dusić. Czułam jak odpływam.  
-Ej, ej! Amber, otwórz oczy. Spójrz na mnie! - słyszałam krzyki lekarza. Położył mnie i podniósł nogi w górę. Na chwilę nie mogłam dojść do tego co się dzieje, ale zaraz doszłam do siebie. Norman trzymał mi nogi, a lekarz z Brunem stali nade mną i o czymś dyskutowali. Nie podobało mi się to że Norman trzyma moje nogi. Wyrwałam je z jego rąk i chciałam wstać.  
- Amber, leż spokojnie. - powiedział do mnie Bruno. Kładąc mi rękę na ramieniu, trzymając mnie w pozycji leżącej.  
-Odejdźcie ode mnie... chcę zostać sama. - otarłam łzy z twarzy. Nie chciały przestać lecieć.  
- Amber, muszę z Tobą porozmawiać. - powiedział Norman. W tym momencie wpadłam w szał. Nie wiem dlaczego. Nigdy tak nie miałam.  
-Ciebie chyba już do reszty pojebało! Odpierdol się ode mnie! Nie chcę Cię znać! Nie pokazuj mi się nawet na oczy! Policja powinna Cię aresztować za to co mi zrobiłeś!! - moje gardło zaczęło mnie boleć od tego krzyczenia. Odważyłam się spojrzeć na Normana, a jego szczęka zacisnęła się. Widziałam kipiącą od niego złość. Tak się bałam że w duchu pragnęłam przytulić się do kogoś.  
-Norman, powinieneś wyjść na zewnątrz. - powiedział Bruno, a gestem ręki pokazał lekarzowi, że ma się mną zająć. Zwinęłam się w kłębek. płakałam nawet na nich nie zerkając. Czułam się okropnie. Chciałam stąd uciec, ale nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Jęczałam już z bólu. Brzuch mocno dawał o sobie znać. Tylko dlaczego dopiero teraz? Czułam okropny ból w podbrzuszu. Domyślałam się po czym, ale nawet nie chciałam o tym myśleć. Lekarz mówił coś do pielęgniarzy. Zaczęli coś szykować, ale nie miałam ochoty się przypatrywać co to jest. Po chwili podszedł do mnie lekarz.
-Słuchaj Amber. Musisz wziąć te leki. One powinny pomóc na ból brzucha. Jeśli będzie trzeba możemy iść na badania. Mamy tutaj odpowiednich lekarzy. - powiedział i podał mi jakieś leki. Wzięłam to od niego po czym cisnęłam pojemniczkiem z lakami na drugą stronę pokoju. -Amber... Mi naprawdę nie zrobisz na złość. Jestem odporny na takie zachowania. Ale licz się z tym, że każdy ma pewne granice, których nie da by ktoś przekroczył.
-Nie będę brała żadnych leków! Wypuść mnie stąd!!! - krzyknęłam, ale to był wielki błąd. Zaczął mnie dusić kaszel. Miałam strasznie sucho w gardle. Lekarz podał mi szklankę z wodą. Już miałam ochotę zrobić to samo co z tabletkami, ale jak bym się nie napiła, zapewne bym się udusiła.
-Może jednak powinnaś porozmawiać z Normanem? - zapytał mnie i wtedy zawartość kubka poleciała na jego twarz przy okazji mocząc jego koszulę i kitel lekarski. Spojrzał na mnie i wziął głęboki wdech, a później wydech. Pielęgniarze już stali koło kozetki.
-Prze....przepraszam... - powiedziałam szlochając. Nie wiedziałam co mam robić. Mimo tego że odwróciłam od niego wzrok, to nadal czułam jak jego mnie przeszywa. Wstał z kozetki i podszedł do jakiejś szafki. Gdy ją otworzył, poderwałam się, ale pielęgniarze od razu mnie złapali. On wtedy wyjrzał zze szafki.
-Spokojnie. Muszę się przebrać, bo jestem cały mokry. - powiedział tak spokojnie, że aż dziwne. Co ja mam robić? Co ja mam robić...? Co ja mam robić?! zadawałam w kółko to samo pytanie. Bałam się okropnie. Brzuch doskwierał mi coraz bardziej, oprócz tego czułam jakbym miała rozerwany tyłek. Lekarz usiadł przy biurku dosyć blisko mnie i pokazał pielęgniarzom gestem ręki aby opuścili gabinet. Moje serce walilo w piersi jak oszalałe. Patrzyłam na niego przerażona. - Jak się czujesz? - zapytał mnie. Ale na cholerę zadał takie pytanie skoro wiedział że nie czuje się dobrze i że wszystko mnie boli. Nie odpowiedziałam mu nic, tylko zamknęłam oczy. Próbowałam się odprężyć. Ale nie do końca mi to wychodziło. -Jesteś pewna że nie chcesz niczego przeciwbólowego? - zadał pytanie na które po raz kolejny nie odpowiedziałam. Zamknęłam oczy i tak leżałem w końcu zasnąłem.  
***oczami Normana ***  
Juan zaprosił mnie i Bruna do gabinetu. Widziałam że Amber śpi. Przysięgam na Boga że nie wiem co się ze mną dzieje. Usiadłem po drugiej stronie pokoju, żeby się nie przestraszyłam jak się obudzi.
- Jak się czujesz? Potrzebujesz jakiś leków na uspokojenie?  
-Dziękuję Juan. W porządku. Powiedz mi lepiej jak mała? Ja sobie tego nie wybaczę co jej zrobiłem.  
-Wstępnie, to jest bardzo przestraszona, leków nie chciała przyjąć, a nie wiem jak z zastrzykami? Podawać w razie potrzeby?  
-Jasne. Tylko ostrożnie, bo boi się igieł.  
-To już zdążyłem zaobserwować. Bo mieliśmy jedną pobramkową akcje, ale opanowaliśmy bez zbędnych interwencji. A powiedz co z bratem?  
- To jest debil, a nie brat. Skurwiel chciał mnie wykopać w coś o czym nie miałem zielonego pojęcia. Rozumiesz?! - krzyknąłem i odruchowo przyłożyłem rękę do ust i zerknąłem na Amber, ale na szczęście jej nie obudziłem.  
-Gdzie on się teraz podziewa? Słyszałem że ludzie od Bety go szukali.  
-Leży w kostnicy... - powiedziałem zbyt łagodnie.  
- Co? - zapytał zdziwiony Juan.  
-No tak. Przed chwilą się dowiedzieliśmy. Zalazł za skórę nie tylko mi. A ja debil ostatni tak bardzo chciałem chronić Amber że pod wpływem stresu i całych tych oskarżeń sam zrobiłem jej krzywdę. Mam nadzieję że mi to wybaczy.  
-Nikt nie puścił farby?  
-Mam nadzieję że nie. Nie mam zamiaru iść do paki.  
-Chłopie zajmij się teraz kobietą, a w zasadzie tą biedną drobną dziewczynką która teraz przez Ciebie cierpi, a nie zimnym bratem. Na nim już się nie zemścisz. A teraz was przepraszam ale mam kilku pacjentów. - powiedział i zaśmiał się Bruno. -w razie jak byście potrzebowali jakieś pomocy dzwońcie. Daleko nie będę. Ale myślę że dwóch stu kilowych facetów poradzi sobie z kobietką o wadze 30 kilogramów. - zaśmiał się i poklepał mnie do otuchy po ramieniu po czym wyszedł. Rozmawiałem jeszcze z Juanem dobrą godzinę. Ta rozmowa pomogła mi trochę wyluzować. Nagle usłyszeliśmy jakiś huk. Juan zerknął przez okno i się zaśmiał.  
-Kolejny debil który nie potrafi rozróżniać znaków drogowych. - powiedział, a Amber zaczęła się przebudzać. Zauważyłem jak złapała się za udo i zacisnęła na nim rękę. Łza poleciała jej po policzku. Bolało ją coś. Jednak ja wiedziałem że nie jest to noga. Zaszlochała. Zaczęła się rozglądać po gabinecie i jej wzrok na chwilę utknął na mnie. Miałem ochotę podbiec do niej i przepraszając całując ją po stopach aby tylko mi przebaczyła. Nie mam pojęcia dlaczego tak zrobiłem. Mogłam przecież wyżyć się na czymkolwiek, ale dlaczego wyżyłem się na moim aniołku to nie mam pojęcia. Jęknęła i pociągnęła kolana do klatki piersiowej. Zamknęła oczy i próbowała się uspokoić. Juan podszedł do niej, ona otworzyła oczy słysząc kroki. Spojrzała na niego, a jej ciało spięło się całe. Juan trzymał w ręku jakieś leki.  
-Nie będę tego brała. - powiedziała i odwróciła się do niego tyłem.  
-Dlaczego nie? Po tym będzie ci o niebo lepiej. To są środki przeciwbólowe.  
-Nie chcę. - powiedziała, a ja słyszałem w jej głosie płacz. Moje serce pękało słysząc jej głosik, taki zapłakany i przerażony.
-Musisz wziąć. Inaczej będę musiał sprawdzić co cię boli i podać ewentualnie zastrzyki. - Powiedział Juan. Amber zaszlochała. Widziałem jak po jej karku przeszedł dreszcz.  
-Ja chciałam iść do toalety. - odezwała się po jakimś czasie.  
-Dobrze, ale przed pójściem do toalety weźmiesz leki. - pomału usiadła na łóżko i spojrzała niepewnie na mnie i na drzwi z napisem WC, które znajdowały się za mną. Wzięła pojemniczek Od Juana. Podał jej wodę. Wsypala zawartość pojemniczka do ust i popiła wodą, ale widziałem, że leki trzyma pod językiem. Juan chyba też to zauważył. -Dobrze. Toaleta znajduje się przed tobą. - powiedział do niej i pokazał palcem na drzwi za mną. Postawoniłem że nie będę wstał, bo może to odebrać jako atak na nią, ale czy wejdzie do łazienki widząc, że jestem tak blisko drzwi? Wstała z łóżka i wzięła wielki łuk, tak aby być jak najdalej mnie i weszła do łazienki. Na całe szczęście nie było w nich klucza, bo pewnie już by nie wyszła.  
-Juan, mała n ie połknęła tych tabletek. - powiedziałem mu cicho, tak aby amber mnie nie usłyszała.  
-Wiem. Dlatego dam jej jeszcze jedną porcję, a jak nie to będziemy inaczej działać. Chcesz ją dzisiaj zabrać do domu?  
-Nie wiem czy to będzie dobry pomysł. Ona się mnie boi. Nie wiem czy będzie chciała spać ze mną pod jednym dachem.
-Co z jej rodzicami?  
-Do nich na pewno nie pojedzie. Z resztą ostatnio się z nimi pokłóciła. Raczej ta opcja nie wchodzi w grę.  
-A wytłumacz mi co tam się tak dokładnie stało? Co się z tobą dzieje? Chłopie. Ona ma ślady na ciele wskazujące na brutalny gwałt. Wiesz o tym, że mogłeś jej zrobić tym sporą krzywdę? - spojrzałem na niego i zacisnąłem pięści. Nie musiał mi tego przypominać.  
-Tak wiem. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Naprawdę te sytuacje nie dawały mi chwili wytchnienia. W tej złości nawet nie pomyślałem, że robię jej tym krzywdę. Nigdy w życiu w nikim nie byłem zakochany. Zawsze były to panienki na raz i na nich się wyżywałem, a teraz nie miałem chęci brać do siebie kogoś takiego na kim mógłbym rozładować swoje emocję, bo bałem się ją skrzywdzić. Bałem się, że zdrada ją zaboli, że zaboli ją to psychicznie, a sprawiłem że zabolało ją i psychicznie i fizycznie. Nie wiem jak mam to teraz naprawić.  
-Nie powiem ci, że łatwo będzie ją teraz przekonać do siebie, bo takie sytuację na długo zostawiają bliznę po sobie.  
-Ale to nie pierwsza taka sytuacja.
-Nie we wszystkim jestem w stanie wam pomóc. Ale prawda, sytuacja nie jest najlepsza. Ja dam ci kilka leków w razie właśnie t5akich sytuacji zażyjesz 1 tabletkę i będzie dobrze. Następna kwestia... w zasadzie nie zapytałem, czy Amber ma uczulenie na jakiekolwiek leki? Bo nic nie wyczytałem w kartach lekarskich.  
-Nie. Nie ma uczulenia na żadne leki. - powiedziałem, a On podszedł do łazienki i zapukał do drzwi. Amber nic nie powiedziała. Zapukał po raz kolejny.  
-Amber, wszystko w porządku? - Zero odpowiedzi. Moje serce podeszło do gardła. Wstałem szybko z krzesła i podszedłem pod drzwi, ale Juan położył mi rękę na kletce piersiowej, sugerując tym, że mam się nie zbliżać. -Proszę, abyś wyszła. Inaczej będę musiał wejść. - powiedział, ale nadal zero odpowiedzi. Bałem się okropnie. Przed oczami miałem same czarne myśli. Co jeśli sobie coś przeze mnie zrobiła?! -Amber, jeśli siedzisz na toalecie, albo jesteś w wannie, to dam ci jeszcze dwie minutki. Czyste ubranie masz w szafce. Możesz się przebrać. - powiedział, a mnie już nosiło. Jak to dwie minuty?! Przecież jak sobie coś zrobiła, to przez te dwie minuty może umrzeć. Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić.  
-Dlaczego ona się nie odzywa?! - powiedziałem dość nerwowo, ale szeptem.  
-Spokojnie. Siedzi pod drzwiami i płacze. Zaraz wyjdzie. Nic jej nie jest. - powiedział do mnie uspakajając mnie. Bałem się jak cholera. Stąpałem z nogi na nogę patrząc z niecierpliwością na zegarek. Po trzech minutach Juan w końcu wziął się do roboty. -Amber, proszę abyś wyszła do nas. - powiedział, ale ona nadal nic. Zero jakiegokolwiek chociażby sprzeciwu. -Amber, minęło trochę więcej niż dwie minuty. Wchodzę do środka jeśli sama zaraz nie wyjdziesz. - poczekał chwilkę i pomału otworzył drzwi. Zerkałem nerwowo do środka, ale nigdzie jej nie widziałem. Uciekła! Na pewno uciekła! Brakowało mi tlenu. -Amber, jeśli potrzebujesz jeszcze chwilę czasu, to powiedz. Wyjdę. - czy on oszalał? Gada sam do siebie i rozgląda się po łazience. Już miałem tam wbiec, kiedy pokazał mi gestem ręki, że Amber siedzi pod prysznicem. Odsłonił kurtynę, a ja zobaczyłem ją zwiniętą w kłębek. Całe jej ciało drżało.  
-Niech m-mnie p-pan zos-zostawi... - szlochała okropnie.  
-Chodź na łóżko. Przecież nie pozwolimy ci spać pod prysznicem. Chyba nie chcesz zachorować?  
-Nie idę... - powiedziała, a gdy Juan się do niej zbliżył, jej reakcja wyglądała tak jakby chciała wcisnąć się w ścianę.  
-Słuchaj mnie. Naprawdę krzywda ci się nie stanie. Jesteś tutaj po to abym ci pomógł. Nie zaszkodzę.  
-To nie mi jest potrzebna pomoc! Chcę wracać do domu!  
-Dobrze. Ja rozumiem. Ale Norman też zrozumiał swój błąd. Nie możesz sobie teraz szkodzić. Proszę abyś poszła ze mną.  
-Nie pójdę... - powiedziała, a Juan złapał ją za rękę.  
-Słuchaj. Nie chciałbym, aby musieli tu znowu wpaść moi pomocnicy. Wiesz jacy oni są. - powiedział do niej, ale niestety oni właśnie w tej chwili weszli do gabinetu. - Juan zatrzymał ich gestem ręki. Amber spojrzała na nich po czym ze strachem w oczach i pomału zaczęła wstawać. Spuściła głowę, a dłonią cały czas zakrywała usta. Juan wziął ją pod ramię. Amber nie wyprostowała się do końca. Szła zgarbiona, lekko przykucając. Przeszli koło mnie. Wtedy Amber powiedziała lekarzowi, że chciała się napić. Stanęła przy zbiorniku z wodą. -Pomogę ci. - powiedział lekarz.  
-Sama sobie poradzę. - powiedziała, a on ją puścił. podszedł do biurka biorąc coś z niego. Nawet nie patrzyłem co to jest. Nie mogłem patrzeć na cierpienie Amber. Jak ja mogłem po raz kolejny zrobić jej coś tak strasznego. Spojrzałem na nią, stała do mnie tyłem. Nagle jakby się czegoś przestraszyła, zaczęła biec. Nawet nie wiem co się stało. To był ułamek sekundy. Przewróciła się. Podbiegłem do niej. Moje serce waliło jak oszalałe. Siadłem koło niej. Juan szybko się odwrócił. Podszedł do niej. Ona złapała go za nogę, tak jakby chciała się przede mną schować. Głowę opuściła na dół tak jakby chciała się zakryć. Ostrożnie i bardzo pomału przysunąłem się do niej, po czym odsłoniłem jej włosy z twarzy. Była cała mokra od łez. Widziałem jak coraz mocniej zagryza wargę. Przejechałem delikatnie palcem po jej ustach, uwalniając je od ostrych jak żyletki zębów.  
-Nie rób tego kochanie. Nie chcę, aby dalej działa ci się krzywda. Przepraszam Kochanie. Przepraszam. Nic innego nie jestem w stanie ci powiedzieć. Nawet nie wiem jakich słów użyć. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Nie wybaczę sobie tego.  
-Boję się... - powiedziała łamiącym się głosem, a ja położyłem jej głowę na nogi i zacząłem płakać.

1 797 czyt.
94%183
emilka38

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i inne, użyła 3921 słów i 20895 znaków.

3 komentarze

 
  • Zuza11

    Zuza11 · 26 marca

    Halo haloo    bardzo spodobało mi się to opowiadanie     , ale takiego zwrotu akcji sie spodziewałam    mam nadzieje, że do nas wrócisz i nie zostawisz nas w takiej sytuacji    buziak  

  • lureee1

    lureee1 · 26 lutego · 201438655

    kiedy następna część? bardzo lubiè to opowiadania, ale denerwuje mnie to, że opowiadania pojawiają się bardzo nieregularnie ):

  • fanka00000

    fanka00000 · 24 lutego · 198285695

    💙💙💙💙💙💙💙💙