Głód cz. 24

Głód cz. 24- Co tam robiłaś? - zapytał Arthur, a Laima spuściła wzrok zawstydzona. - Przez ciebie nie mogłem zadowolić twojej matki. Przyjdzie mi za to zapłacić.  

- Dlaczego z nią jesteś? - odparła pytaniem na pytanie. Wciąż była w szoku, po tym, co widziała. - Dla szantażu? Ona ci groziła, prawda?  

- Zawarliśmy korzystny układ. - odrzekł mężczyzna wymijająco.  

- Nieprawda! Słyszałam jak…

- Widocznie coś pomyliłaś.  

- Rozmawialiście o tacie, jestem tego pewna. - zaprotestowała uparcie. Twarz doradcy pokrył grymas irytacji.  

- Tylko głupcy są czegokolwiek pewni. Mądrzy do wszystkiego…  

- Podchodzą sceptycznie. Wiem, ale ja naprawdę…  

- Szszsz… Zobacz, co trzymam? - doradca chwycił niewielką, drewnianą figurkę żołnierza.  

- Symbol jednostki wojskowej. - mruknęła niechętnie, nie widząc żadnego związku zabawki z ich rozmową.  

- W której ręce go trzymam?  

- W prawej. - powiedziała bez wahania.  

- Jesteś pewna?  

- Tak, oczy… - urwała, dostrzegając figurkę w lewej dłoni Arthura. Nie ruszał rękami, zatem nie mógł jej przełożyć. Musiała się pomylić. Jednak jak? Przecież potrafiła odróżniać prawą od lewej.  

- Widzisz, w życiu nie sposób być pewnym nawet tak drobnych kwestii. Tym bardziej można popełnić błąd w dużych, prawda?  

- Nie rozumiem… - szepnęła, wciąż zaskoczona sztuczką doradcy. Mężczyzna spojrzał jej głęboko w oczy. Poczuła się nieswojo.  

- Wielu spraw jeszcze długo nie będziesz rozumieć, milady. - oświadczył głosem, od którego przeszły ją ciarki. Nagle zauważyła malutką kroplę krwi wypływającą z nosa Arthura. Otarł ją, pozornie niedbale, wierzchem dłoni, doskonale ukrywając panikę.  

- Co ci się stało? - zapytała przestraszona.  

- Nic. Nic takiego. Wracaj na bal i przyślij mi kogoś ze służby, dobrze? - poprosił szorstko.  

- Może lepiej wezwę medyka?

- Nie! - krzyknął zachrypniętym głosem. Przerażał ją. Nie chcąc go dłużej denerwować wyszła, przywołując gestem służkę. Później, zgodnie z zaleceniem, udała się na bal. Jednak nie potrafiła odnaleźć radości w dalszej zabawie. Ciągle prześladował ją widok spanikowanego Arthura, z krwią cieknącą po brodzie. Doradca nigdy nie chorował, nie odczuwał też strachu, więc jego dzisiejsze niedomaganie stanowiło zupełnie nowe doświadczenie dla Laimy. Martwiła się, Arthur był przecież filarem, na którym zbudowała swoje dotychczasowe życie. Nie umiejąc poradzić sobie z niepokojem, postanowiła zajrzeć do gabinetu lorda i sprawdzić, czy czuje się lepiej. Opuściła sir Greda pod pretekstem duszności, błyskawicznie przemierzając korytarze.  

- Arthurze! - zawołała po otwarciu drzwi. Scena, którą ujrzała wyglądała jakby pochodziła wprost ze strasznych baśni, czytanych ku przestrodze. Jakaś ohydna kreatura wpijała długie, żółte kły w wargi bezwolnie wiszącej, nagiej służki. Dziewczyna obracała się w pył niby wypalone drwa. Wkrótce, wyłącznie szara kupka miałkiego popiołu świadczyła o istnieniu niewolnicy. Wszystko trwało krócej niż mgnienie oka. Potwór upadł na podłogę, niespodziewanie przywdziewając ludzką postać. Pokonując strach, Laima pochyliła się nad pokrytym potem ciałem. - Sir Arthur? To niemożliwe…  

- Nie powinno cię tu być, milady… - wydyszał doradca, oddychając z wyraźnym trudem.  

- Władasz mocą! Każą cię zabić! Albo uwięzić jak moją ciotkę i dziadka! - histeryzowała, układając coraz czarniejsze scenariusze.  

- Ciii… Wydasz mnie, moja słodka? Powiesz strażom kim jestem? Hm? Możesz pobiec po żołnierzy. Zbadają proch, potwierdzą, że pochodzi od człowieka. Zamkną mnie lub publicznie zlinczują… - przerwał, kaszląc gwałtownie.

- Musisz odpocząć. - odparła jedynie, próbując nie myśleć o tym, czego była świadkiem. Nigdy nie pozwoliłaby, aby ktokolwiek skrzywdził Arthura. Bez względu na to, kim, bądź czym, był.  
  
- Wydasz mnie, Laimo? - szepnął słabo. Oczy zaszły mu mgłą. Dziewczyna zaciągnęła go do ukrytego pomieszczenia. Szczęśliwie, mężczyzna dawał radę iść wsparty o jej ramię. Ułożyła doradcę w fotelu, patrząc jak zapada w głęboki sen. Wyglądał tak łudząco niewinnie. Dotknęła jego policzka, czując kilkudniowy zarost. Przesunęła opuszek na wargi. Te były dla odmiany zdumiewająco miękkie, niby skóra niemowlęcia. Zapragnęła obdarzyć je pocałunkiem. Wolno przysunęła twarz ku śpiącemu doradcy. Pojedyncze kosmyki jej włosów musnęły obojczyki mężczyzny, a usta księżniczki ostrożnie, ze sporą dozą niepewności, przywarły do rozchylonych oddechem warg Arthura. Smakował metalicznie, trochę niczym wyssana z rany krew, lecz poza tym wychwyciła jakąś ulotną, pozazmysłową słodycz. Ośmielona brakiem reakcji, zbadała podniebienie doradcy koniuszkiem języka. Podobało się jej to poznawanie jego ciała bez wiedzy zainteresowanego. Powędrowała dłońmi wzdłuż nagiego torsu, coraz niżej i niżej. Sięgnęła do krocza mężczyzny, dotykając go z ogromną ciekawością.  

- Arthur, jesteś tu?! Arthur? - zniecierpliwiony głos matki, niesiony echem po korytarzu, przerwał jej zapędy. Wejście królowej stanowiło kwestię czasu. Laima pospiesznie zamknęła kryjówkę doradcy i już miała odetchnąć z ulgą, gdy przed oczyma stanął jej widok kupki popiołu. Prochy służącej leżały na środku gabinetu, będąc nadzwyczaj podejrzanym elementem wystroju. Jeśli matka je zobaczy i zacznie drążyć… Uchyliła regały, wracając do oficjalnego pomieszczenia. Zatrzasnęła przejście za sobą, gorączkowo szukając czegokolwiek, czym mogłaby uprzątnąć resztki martwej kobiety. Niestety, w momencie, w którym namierzyła niewielką miotełkę, usłyszała dźwięk naciskanej klamki. Dziewczyna odruchowo osłoniła popiół trenem sukni. Czuła ogromny stres, uderzający gorącem w jej policzki. Serce księżniczki biło tak głośno i szybko, że była pewna natychmiastowego zdemaskowania przez matkę.  

- Laima? Nie powinno cię tutaj być. - Zalina nie kryła zaskoczenia widokiem córki.  

- Wiem, ale sir Arthur pozwolił mi ochłonąć w swoim gabinecie. - odparła dość słabo. Wolałaby lepiej kłamać.  

- Ochłonąć?  

- Po incydencie, który miał miejsce podczas balu. Poczułam się bardzo źle, prawie zemdlałam… Podobno przez silne emocje.  

- Rzeczywiście, jesteś rozpalona. - stwierdziła Zalina, dotykając wypieków na twarzy Laimy. - Dokąd poszedł?  

- Nie powiedział.  

- Potrzebuję go. Teraz. - mruknęła poirytowana władczyni.  

- Coś się stało?  

- Piraci się stali. Tylko Arthur może negocjować! Ta zbójecka wiedźma, Narcisse, nie porozmawia ze mną! - wybuchnęła Zalina. Laima poczuła od matki silną woń wina. Publiczną tajemnicą było, że królowa pije za dużo, przez co często nie jest zdolna do sprawowania rządów. Doradca zwykle jej pilnował, jednak obecnie nie mógł ustabilizować rozchwianych nerwów kochanki. - Musisz mi pomóc, skarbie…  

- Mamo… - zaczęła niepewnie dziewczyna. Matka chwyciła ją gorączkowo za nadgarstek, miażdżąc go swoją desperacją.  

- Poprowadź pertraktacje, póki nie znajdę Arthura. Zrób wszystko, byle powstrzymać atak. Ratuj Istię, Laimo!  

- Ja nigdy nie…  

- Błagam! Narcisse nie uznała mnie jako królowej, ale ciebie musi uznać jako córkę Rolanda… Och, gdyby tylko Arthur był tutaj! - Zalina opadła na krzesło załamana. Oparła głowę o poręcz, po czym zaczęła wymiotować. Nagle przestała, wpatrzona w kawałek podłogi obok księżniczki. - Co to jest?  

- Popiół z kominka. Rozrzuciłam go, bo chciałam zdenerowować sir Arthura. - wybrnęła Laima, przeklinając niewielki zasięg sukienki. Szczęśliwie, matka była w takim stanie, że wierzyła w każde kłamstewko.  

- Więc posprzątaj. - mruknęła królowa niechętnie. Polecenie cokolwiek abstrakcyjne w obliczu zagłady całego królestwa, niemniej księżniczka posłusznie ujęła miotełkę i przezwyciężając odrazę zmiotła prochy niewolnicy do wygasłego paleniska. Kiedy skończyła sprzątać dowody winy doradcy, spojrzała na matkę. Kobieta spała, zmożona nadmiarem trunku. Dziewczyna zostawiła ją zatem, ruszając do sali bankietowej. Zastała tam grupkę stłoczonych pod ścianą arystokratów szczebiotającą niczym stadko ptaków oraz zamilkłe instrumenty muzyków.  

- Milady, gdzie jest sir Arthur? - zapytał dowódca istyjskiej gwardii, podchodząc do księżniczki.  

- Jest… Chwilowo nieosiągalny. Jak wygląda sytuacja?  

- Zamknęliśmy zamek i bronimy murów, ale port wraz z zewnętrznym miastem padły.  

- To wszystko w ciągu godziny?! - pokręciła głową zdumiona.  

- Zaskoczono nas, milady… Większość wojska koordynuje prace leśne, więc nie byliśmy w stanie przeprowadzić prawidłowej obrony. Oddaliśmy miasto, postanawiając zabezpieczyć zamek. To była konieczna ofiara. - tłumaczył dowódca.  

- Rozumiem… Jakie opcje nam pozostały?  

- Negocjacje. W przypadku ich niepowodzenia, będziemy bronić zamku i czekać na przybycie reszty wojsk. Wtedy nasi uderzą od tyłu na szturmujących. Chyba że nie wytrzymamy ataku...

- Przygotuj mi sztandar pokoju. Spróbuję porozmawiać. - zdecydowała, gotowa przyjąć wyzwanie.  

- Księżniczko, czy to dobry pomysł?  

- Raczej nie mamy innych.  

- W takim razie… - skinął na któregoś żołnierza, wydając mu odpowiedni rozkaz. Po chwili przyniesiono białą flagę. Dwóch wojowników rozłożyło go nad Laimą. Szli wolno przez teren zamku do wielkich, żelaznych bram. Z każdym kolejnym krokiem bała się coraz bardziej. Gdy ujrzała spacyfikowane miasto, zakrwawione ulice, płonące domy oraz trupy, miała ochotę zawrócić. Niemal mdlała od duszącego odoru schnącej krwi. Mimo tego uparcie kontynuowała swój marsz. W końcu stanęła naprzeciw pirackich oddziałów ulokowanych w porcie.  

- Jestem księżniczką Istii, prawowitą następczynią tronu oraz córką Rolanda. Chcę rozmawiać z waszym przywódcą. - zażądała odważnie, choć ledwo utrzymywała ciało w pionie.  

- Witamy. Spodziewałam się wprawdzie kogoś innego, ale tak jest nawet lepiej. O wiele lepiej. - odpowiedziała wysoka brunetka, wychodząc spomiędzy szeregu piratów. Miała na sobie typowo męski strój, uzupełniony kilkoma nożami. Długie, ciemne włosy upięła w warkocz. Szerokie rondo podniszczonego kapelusza rzucało delikatny cień na opaloną twarz, w której lśniły błękitne jak ocean oczy. Pełne usta wykrzywiał pewny siebie uśmiech. - Nazywam się Narcisse i jestem pierwszą królową Nieskończonej Głębi. Przybyłam tu dokonać zemsty na pewnym mężczyźnie, jednak skoro mam ciebie… Cóż, mogę rozwalić całe to państewko.  

- To sztandar pokoju, nie możesz mnie skrzywdzić. - zaprotestowała Laima gorączkowo.  

- Sądzisz, że ochroni cię kawałek szmaty? - prychnęła Narcisse, dobywając ostrza. Zanim ktokolwiek zdołał zareagować, rzuciła nim w towarzyszącego Laimie żołnierza, zabijając go jednym ciosem.  

- Uciekaj, milady! - zawołał drugi gwardzista, wyjmując miecz. Dziewczyna zaczęła biec, lecz wąski materiał sukni znacznie ją spowalniał.  

- Igła! - wrzasnęła dziko królowa piratów. - Nie daj jej uciec!  

Księżniczka potknęła się o czyjeś zwłoki. Krzyknęła przerażona. Wszystko wokół było jakimś koszmarem. Dym znad pobliskiego domostwa podrażnił jej oczy, rozmazując obraz. Wstała chwiejnie, wyszarpując sztylet ze sztywnych palców trupa. Uzbrojona, podjęła szaleńczy bieg. Kaszląc, upadła ponownie na ziemię. Nie da rady. Odwróciła się, by ujrzeć nadbiegających piratów. Nie miała siły dalej uciekać. Mięśnie pulsowały boleśnie, a oddech parzył wyczerpane wysiłkiem płuca. Bramy zamku zdawały się być niesamowicie odległe, jakby należały do zupełnie innego świata. Pierwszy zbir dopadł ją błyskawicznie. Ostatnim aktem buntu wbiła sztylet w jego szyję. Fontanna krwi obryzgała Laimę gorącym deszczem. Dwie inne, silne dłonie brutalnie wykręciły jej ręce.  

- Trzymam! Weź nogi, żeby nie kopała. Gdzie jest Igła?! - kolejny pirat przygniótł łydki dziewczyny własnym ciężarem. Zaczęła krzyczeć, wijąc się wściekle. W efekcie usłyszała dźwięk dartego materiału. Do gardła wepchnięto jej spory strzęp sukni.  

- Przestań hałasować, mała żmijko!  

Laima krztusiła się materiałem, chciała, żeby te okropności były snem. Zbój, który miażdżył jej nogi zaczął chciwie obmacywać ciało dziewczyny. Czuła nacisk jego rąk na piersiach, brzuchu, próbę wtargnięcia pomiędzy uda… Usiłowała protestować, lecz mogła wydawać wyłącznie stłumione dźwięki. Szarpnęła się parokrotnie, za co otrzymała bolesne uderzenie w szczękę.  

- Puście ją! Narcisse kazała przynieść ją nietkniętą! - rzucił trzeci napastnik, którego wcześniej nie widziała.  

- Nareszcie przylazłeś! - warknął jeden z oprawców. Dostrzegła nad sobą ponurą twarz skośnookiego mężczyzny, który ściskał maleńką, srebrną igłę. Poczuła słabe ukłucie w zagięciu łokcia. Nie zdołała nawet jęknąć, gdyż wszystko zalała nieprzenikniona ciemność.

2 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 11 cze 2018

    Wreszcie jakaś dłuższa dyskusja się wywiązała.  Że błyskawicznie zmieniasz wątki to fakt. Ciekawe czy w następnym odcinku coś nowego wymyślisz. Pozdrawiam

  • nefer

    nefer · 11 cze 2018

    Masz niezwykły talent a zarazem skłonność do błyskawicznego wręcz zmieniania wątków i prowadzenia akcji. Spodziewałem się kameralnej rozgrywki w gronie "rodzinnym", a tu nagły napad piratów. Tym niemniej, pewne sceny i sytuacje wydają się odrobinę mało prawdopodbne: piraci pojawiający się dosłownie znikąd i zdobywający stolicę w kilka chwil, pijana królowa niezdolna do jakiegokolwiek działania, niedoświadczona księżniczka wysłana jako emisariuszka dla prowadzenia trudnych pertraktacji. Te przynajmniej skończyły się tak, jak należało się tego spodziewać, czyli uwięzieniem Laimy. Królowa była i może pijana, ale ktoś powinien przewidzieć, co nastąpi. Czy tylko sir Arthur ma tam odrobinę oleju w głowie? Na to wygląda. Czekam teraz, w jaki sposób ich z tego wszystkiego wyplączesz. Może Narcisse zastawi pułapkę, uzywając Laimy jako przynęty? Bo bez dwóch zdań chodzi jej o Arthura. A ten powinien ratować Kreatorkę, cokolwiek sam by na ten temat myślał. Pozdrawiam serdecznie.