„Co to to nie!” – część 5 i 6

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

5
Lidia

   Zaraz mnie szlag jasny trafi! Gościu ma naprawdę nerwy!
W głowie roi się wiele słów, które mogłabym odpalić w jego stronę, ale za ni chu chu, nie dam po sobie rozpoznać, że widziałam jego węgorza.  
Przecież nic nie widziałam, bo niby jak? Nie gapiłam się przez firanki!
Stojąc ciągle w niezmienionej pozycji, patrzę się wszędzie, ale nie w kierunku przeciwnego balkonu. Jest ciemno jak w dupie i gówno widzę. W głupa rżnięcie też zajęcie. Nie poddam się jego prowokacji.
   Jestem ciekawa, jak Maja mieszkająca nade mną zareaguje na gołe zwieracze. Z pewnością będzie przesiadywać całe dnie na rowerku i wypinać kościstą dupę, robiąc powalające widowisko. Zresztą, co mnie to interesuje?
   Ostatni raz zaciągam się papierosem. Zamiast zgasić peta w słoiku po musztardzie, strzelam nim w stronę przeciwległego tarasiku. Kipa i tak nie ma szans dolecieć siedmiu metrów.
– Mój balkon, to nie popielniczka – odzywa się typek grubym głosem w momencie, kiedy chcę wejść do mieszkania.  
– A mój, to nie darmowa kablówka – mówię oschle. Wchodzę do pokoju, a następnie zaciągam żaluzje. Stalker nie będzie gapił się na to, co robię w swoich ścianach!  
   Przypominam sobie czasy, gdy naprzeciw mieszkała Alojza. Kobieta siedziała na balkonie i wołała:  
   „– Lidzia! Otwórz mocniej okno, bo nie widzę wiadomości.
   – Masz te same programy, co ja. Wystarczy, że włączysz telewizor – odwoływałam z uśmiechem na ustach.  
   – U ciebie jest lepszy obraz.”
   Uwielbiałam tę starszą babeczkę. Teraz jest w domu seniorów, a na jej miejsce wprowadził się pies z wiszącą parówką.  
   Po jednym odcinku gorącego diabła i po dwóch drinkach czuję potężne zmęczenie.
Ledwo kładę głowę w podusię, a sen pochłania zmęczony umysł.

***

   Krótko przed wyjściem do roboty, ktoś dobija się do moich drzwi. Ciężko wzdychając, człapię sprawdzić, kto gwałci guzik dzwonka.
Spoglądam przez judasza.  
Czadowo!
Otwieram wrota.
– Cześć Majka. Zabrakło ci mąki czy jajek? – witam sąsiadkę odzianą w sportowe łachy. Dziewczyna o urodzie Chodakowskiej uśmiecha się od ucha do ucha, popycha mnie do mieszkania i zatrzaskuje za sobą drzwi.
– Widziałaś naszego nowego sąsiada? – pyta podekscytowana.
Mentalnie łapie się za czoło. Świetnie, przyszła na klekoty w momencie, kiedy mam najmniej czasu. W dodatku wyskakuje z tematem, który od rana usiłuje wytępić z głowy.
– Jakiego? – Robię się za idiotkę. Przecież, nie powiem jej, że widziałam go w pełnej krasie.  
Sąsiadka robi duże oczyska.  
– Tego po drugiej stronie twojego balkonu – papla, chcąc pociągnąć mnie do głównego pokoju.  
– Majka, nie mam czasu na plotkarskie niusy. Zaraz idę do pracy. – Powstrzymuję babsko, zanim wpada na pomysł, wypchnięcia mnie na balkon. Na potwierdzenie swojej wypowiedzi ubieram adidasy i chwytam za torebkę.  
– Kurde, Lidzia. Robimy dzisiaj babski wieczór – ćwierka jak pieprzony skowronek. W życiu się na to nie zgodzę. Będzie mi jeszcze babsko szybę oblizywać. Fuj!
– Mam już plany na dzisiejszy wieczór, a teraz sorki, ale nie chcę spóźnić się na zmianę. – Tym razem ja chwytam siksę i wychodzę z nią na klatkę schodową.  
Całe szczęście dżordżówa nie stawia oporu. Żegnam się, po czym śmigam do Dino.
  Po trzech godzinach wykładania towarów oraz półgodzinnej przerwie, kierownik prosi mnie, abym zastąpiła na kasie panią Basię.  
Spoczko! Kolejka jebitnie długa jak mur chiński! Zasiadam na obrotowy fotel, wbijam kod kasy oraz numer pracownika.
Jeden produkt po drugim przeciągam przez skaner. Nie zwracam zbytnio uwagi na osoby, tylko tyle ile potrzeba podczas pobrania opłaty czy wydania gotówki.
– Do tego paczkę czerwonych L&M-ów – prosi klient.
Podnoszę wzrok i serce zjeżdża mi do galot.
Gołodupiec!
Nie ukazując wszelkich reakcji, które mogą wskazywać na jakąkolwiek znajomość, wstaję z krzesła, wyciągam paczkę fajek i przeciągam ją przez laser.
– Trzydzieści osiem złotych i siedemdziesiąt pięć groszy, proszę – mówię sumę widniejącą na ekranie.
– Ile kosztuje twój numer? – pyta cicho koleś, ale bardzo dobrze go zrozumiałam.
– W asortymencie nie posiadamy książek telefonicznych.

6
Marian

   Zalegam na wyrze z bananem na ustach. Dziewczyna dała dziś popis wszechczasów. Cięta riposta, a do tego gesty jak z filmu. Nosz wypisz wymaluj Xena, wojownicza księżniczka. Gdy sobie pomyślę, jaki musiała mieć wyraz twarzy, sycząc słowa przez zęby, to chce mi się rechotać niczym Kermit. Już ją lubię i coś w lędźwiach kłuje, że to, co dotychczas mi zapodała, jest tylko pierwszą z wielu przystawek. A do dania głównego jeszcze w pizdu daleko. „Nic to – każdy orze jak może, lecz ja mam pług i ręce, którymi nieźle tworzę”. Teraz złapię trochę snu, a jutro po „worku” pognam kuce i pogalopuję się wdzięczyć do ciemnowłosej kobyłki...
   Rano ubieram znoszone ciuchy i wypijając kawiszona, zerkam na plan nowego zlecenia. Remont pokoju, łazienki i kuchni nie powinien nastręczać problemów, bo chłopaki z mojej ekipy mają fach w ręku. Nie muszę ich nawet doglądać, jednak z góry wiem, że przydam się do brudnej roboty. Trzeba poprzesuwać i pozabezpieczać meble oraz powynosić wszystkie bibeloty. Nadzór nad resztą, zakup materiałów, czy pomoc przy końcowym etapie wykończeniówki, to moja ulubiona działka, która ciągle sprawia ogromną frajdę. Pogryzając więc fusy wychłeptane z ostatnim łykiem kawy, spoglądam ponownie na adres przeznaczenia i... gong mi w łeb jebie, gdy orientuje się, że mieszkanie należy do paszczura od mini ledżinów. W duchu złorzeczę Natce, agentce nieruchomości, która nas poleciła. „No ale luz – mus to mus, nawet gdy zanika biust...”.
   Mam trochę czasu przed spotkaniem z „wiórkową” właścicielką, więc zachodzę do pobliskich delikatesów po zakupy dla ziomeczków. Zawsze tak robię na początku i pod koniec prac. Ciastka, kawa i energetyki, to must need udanego poranka. My w robocie alkoholu „ne piju”. Wolę później nie poprawiać przekoszonych kafelków. Po pracy, to i owszem. Nie raz, nie dwa sam kratę stawiałem. Ale teraz idę jedynie po pąki z ajerkoniakiem. Od tego nikt jeszcze nie przybił łbem gwoździa.  
   Kolejka w Dinusiu pokręcona jest niczym chiński alfabet. Chyba jakąś promkę dziś mają, skoro tyle tu ludu. Z zapakowanym koszykiem stoję jednak grzecznie jako ostatni, cierpliwie czekając na obsłużenie. O dziwo korek rozładowuje się szybciej niż sądziłem. Wpatrzony w ekran fonu, dopiero po czasie zauważam, że zaraz nadejdzie moja kolej. Zerkam więc na ekspresową ekspedientkę i szczena zjeżdża powoli w dół. „To łona!” – wrzeszczę w duszy, jednocześnie obmyślając chytre zagranie…
   Zauważam, że facio przede mną ma jeszcze pół tira zakupów, więc spod kas lecę do dziewczynuszki z plakietką: „Tola – uczę się” i wypytuję o jeden artykuł. Rzecz jasna, ze smutkiem mówi, iż ona nie ma pojęcia, ale na pewno Lidka na kasie wie, gdzie znaleźć. Z golem w garści udaję zakłopotanego, że same wytyczne spod kasy w niczym mi nie pomogą, bo jestem tu pierwszy raz. Kolejka do tego jest „taaaka” długa, iż Lidzia na bank nie da rady mi pójść wskazać regału (swoją drogą imię ma prima sort, nie żartuję, pasuje jak hot-dog do bułki). Młoda uśmiecha się szybko, odpowiadając, że za chwilkę pójdzie ją zmienić. Wdzięczny, odwzajemniam wyszczerz i prędko lecę pod kasę. Zanim jednak małolata dociera na stanowisko, Lidia praktycznie kończy skanowanie produktów, które sama wyciąga z porzuconego przeze mnie koszyczka. Chcąc zyskać na czasie, proszę o paczkę L&M-ów, czym sprawiam, że łania podnosi lico. Nawet nie zwracam uwagi na zimny ton i bez zastanowienia proszę ją o numer. Dostaję szybki pocisk, ale to jedynie pobudza mnie do działania:
   – Chodziło mi o numer identyfikacyjny pracownika – odpowiadam nieco chłodno. – Jeśli mi pani pomoże, chętnie przymknę oko na niezbyt odpowiednie podejście do klienta.
   Lidka bystrzeje natychmiast, a z różowych policzków odpływają całe rumieńce. Blada jak dupa spogląda wielkimi ślepiami, zupełnie zbita z tropu. Moment później zdumienie zastępuje ciężko skrywana wściekłość. Mimo to pyta uprzejmie:
   – W czym zatem mogę panu pomóc?
   – Chciałbym nabyć popielniczkę. Mam w sąsiedztwie amatorkę rzucania petów na trawnik.
   Chyba przegiąłem pałę, bo widzę jak wciąga powietrze, by walnąć mi szybką wiązankę. W myślach musi odliczać do dziesięciu, ponieważ lekko się uspokaja i grzecznie zauważa:
   – Mam jeszcze innych klientów do obsłużenia. Muszę przeskanować wszystkie produkty z taśmy.
   Prędko wskazuję na zamkniętą za sobą bramkę i Tolkę machającą do nas z kasy obok. Nim Lideczka jest w stanie zareagować, zerkam ostentacyjnie na zegarek i mówię:
   – Nieco się spieszę. Mam już otwarty rachunek, więc bardzo proszę o wskazanie, gdzie znajdę jakąś spiołkę.
   – Czwarta alejka, produkty gospodarstwa domowego, gdzieś w okolicach piątego regału, na dole – wypala niczym pocisk, nawet nie racząc zaszczycić rozmówcy spojrzeniem.
   – To przykre, ale musi mi pani pokazać. Słabą mam orientację w terenie, a do tego jestem w tym przybytku po raz pierwszy. Chyba nie chce pani, abym był również po raz ostatni? – Robię szybkie zdjęcie numeru identyfikatora przypiętego nad jej lewym cyckiem. W opiętym T-shircie, granaty prawie wyskakują niuni przez dekolt.
   – Ależ oczywiście, że z przyjemnością pana obsłużę – syczy przez zęby, obraca się i odchodzi od stanowiska, kierując kroki w głąb sklepu. Prędko przeskakuję przez barierkę i podążam jej śladem, obserwując jak kręci tyłkiem w obcisłych rurkach niczym kierownicą. Pewnie zechce mnie zabić kilka razy w drodze w tę i z powrotem, jednak sam widok zrekompensuje wszystkie obelgi. Oficjalnie dostaję ślinotoku i ani trochę nie jest mi wstyd. „Gnaj, gnaj, kobyłko. Ihaaa!”.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i komediowe, użyła 1747 słów i 10275 znaków, zaktualizowała 11 maj o 23:15.

1 komentarz

 
  • Dyzio55

    Czy mogę prosić o ciąg dalszy? Zaczyna być ciekawie. :rotfl:

  • Kocwiaczek

    @Dyzio55, już udostępniłyśmy :) Dziękujemy za wizytę i zapraszamy do lektury  :smile: