„Co to to nie!” – część 55 i 56

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

55
Lidia

Trzy dni później

  Nie kuźwa! Dłużej tutaj nie udupię!
  Lekko zdenerwowana zamykam pożyczoną książkę od mamulci. Nie potrafię skupić się na jej treści. Moje myśli w kółko biegają wokół nabytych informacji. Oczywiście, że nie powiedziałam o tym Marianowi. Jeszcze chłop byłby w stanie zakopać mnie żywcem pod krzaczkiem malin.
Planowany odpoczynek na działce konkretnie w łeb pierdyknął.  
Aby zabić czas oraz gdzieś włożyć łapy, wysprzątałam całą chatkę i oplewiłam grządki z warzywami, których praktycznie nie ma. Mój balkon jest większy od tej mini kosteczki z trzema rządkami. Jednak nic z tych rzeczy nie przepędziło słów pani Krystyny, do której w poniedziałek zaprowadziła mnie mamusia. Kobieta ta pracuje w urzędzie pomocy dziecka i młodzieży, no i jest mieszkanką osiedla… Tak więc sąsiedzka porada… Oby…
  Jest czwartek, krótko po „sjeście” obiadowej. Ostatni raz widziałam ukochanego we wtorek rano, zanim zwinął żagle do pracy. Oczywiście codziennie telefonujemy lub piszemy wiadomości, lecz dzisiaj nie dał jeszcze znaku życia. Trochę nie w jego stylu i chociaż cholernie tęsknię za Cybulą, to daję mu swobodę. Z pewnością wywija młotkiem na budowie.
Głośno wzdycham, a następnie wstaję z leżaka. Nie potrafię bezczynnie siedzieć i wspierać Maniucha, który udaje „spoko loko, kij Zośce w oko”. Niby ta sytuacja przechodzi mu koło dupy, ale przecież głupa nie jestem. Nadszedł czas na pierwsze działania.
Bez chwili dłuższego namysłu pakuję graty, zamykam chałupkę na trzy spusty, po czym przekręcam klucz w furtce i opuszczam działkę.
Teraz pozostało mi się modlić, żebym nie musiała czekać X godzin na regionalny autobus.
Wiem, mogłabym zadzwonić po Łysego… lecz nie będę mu zawracać ogona. Jeszcze jest opcja „złotówy”. Problem w tym, że zanim wytłumaczę taksówkarzowi dojazd, to szybciej z buciora zajdę do domu.
  W taki oto piękny sposób wybieram się na wycieczkę MZK – Miejskim Zakładem Komunikacyjnym. Czasy wożenia tyłka „rozklekotanym” busikiem dawno mam za sobą, a dokładnie od zdania prawa jazdy.
Człapiąc twardym krokiem, zbliżam się coraz bliżej celu i… Solaris pokazuje mi seksowny czerwono-żółty kuper. Piętnastka właśnie pojechała w pizdu. „Czadowo!”.
Dlaczego zgodziłam się na przyjazd Berlingo, zamiast wziąć „wisienkę”? Abrakadabra, tak działa czarna magia.
Sprawdzam przeklęty rozkład jazdy, gdy nagle ni z dupy słyszę bardzo znajomy baryton.
– Skarbie, już wracasz?
Odwracam się do osoby, która wypowiada te słowa. Głos ojca w tej chwili jest dla mnie wybawieniem. Mężczyzna jednoznacznie był w drodze na działeczkę. W odpowiedzi przytakuję. Cóż też mam powiedzieć?
– Jakbym posiadał szósty zmysł. – Bardziej gada do siebie niż do mnie. – „Solek” zahacza tutaj co dwie godziny. Wskakuj. – Kiwa głową na siedzenie pasażera. – Zawiozę cię do mieszkania.
Słabo się uśmiecham, po czym biorę torbę podróżną ze szpargałami i „wciepuję” ją do bagażnika Fiacika. Jakby nie było… Fantastyczny Idiotyczny Autobusik Turystyczny. Pasuje jak cholera!
  Jazda do moich czterech ścian przebiega dość spokojnie. Unikam nieprzyjemnego tematu. W sumie tatko jest osobą, której wystarczy jedno spojrzenie, aby wiedzieć skąd wieje wiatr.
– My chłopi inaczej radzimy sobie z problemami. Mogę zrozumieć, co przechodzi Marian. Nie będzie wam łatwo, ale walcz, córeczko – doradza, zatrzymując się pod moim blokiem.
– Jesteś pewien? – Patrzę na ojca z nadzieją.
– Lidziu… Faceci w tym wieku nie myślą wyłącznie fujarami tylko świadomie szukają wybranki. Ty posiadasz ogromne serce i wiesz, czego chcesz. On tak samo. Zaufaj starcowi, który mówi z doświadczenia. – Lekko się uśmiecha.
Odwzajemniam gest, daję buziaka w lico ze słowami podziękowania, a następnie opuszczam wóz oraz wydobywam z „bagaja” osobisty arsenał. Zanim jednak zamykam klapę Pandy, informuję:
– Nie mów mamie, sama do niej zadzwonię. – Już chcę zamykać piąte drzwi. – Ach! Oplewiłam wam ogródek i posprzątałam chatkę. Ta wersalka nadaje się do wyjebki.
Ostatnim co słyszę, jest szczery, gardłowy śmiech oraz: „Na niej spłodziłem dwie gwiazdeczki. To ANTYK!”.
Z rogalem na mordzie, kręcę głową i dwa razy klepie płaską dłonią o dach. Znak na ulotnienie się w obu kierunkach.
Bardzo dziękuję rodzicom za porady oraz troskę, lecz ten „rejs” tym razem należy do mnie.
Czy jestem kapitanem statku własnej przyszłości?
Nigdy nie byłam. Zawsze niczym łódka tonęłam. Przynajmniej tyle dobrze, że „kółeczko” mam przytwierdzone do tułowia… w postaci tłuszczu... Lepiej pływać z brzuchem do góry, niż wpaść do kolejnej dziury.
  Wchodzę z tobołami na drugie piętro. Coś mnie pcha, bym zostawiła „szmaty” w korytarzu i pognała do mieszkania Cybuli.
Prycham z pomysłu głupiej podświadomości, lecz babsztyl nie daje spokoju. Spoglądam przez okno, a u sąsiada rolety spuszczone są do połowy balkonu. Wszystkie włosy na karku stają dęba. Od razu chwytam za zapasowy klucz z breloczkiem rzęsistego torcika.



  Zanim wkładam stop metalu do zamka, dwa raz naciskam dzwonek.
Nic. Cisza.
Próbuje jeszcze raz.
Głucho wszędzie. Co to będzie?
Wchodzę więc do pałacu gołodupca…
W mieszkaniu panuje półmrok, w powietrzu unosi się smród papierosów. Można siekierę powiesić, tak siwo.
– Maniek?! – pytam zaskoczona widokiem przedpokoju. Istny obraz z filmu o Meksykańskiej mafii. Brrr.
– MARIAN?! – wołam, wchodząc w głąb lokum.
Serce bije ponad normę. Boję się każdego następnego kroku.
– Cybula! To nie jest, kurwa zabawne!!! – krzyczę. Przysięgam na Boga! Podświadomość wysyła wizję dyndającego wisielca. Jestem tak przerażona, że za moment obrzygam podłogę.
W głównym pokoju panuje chaos. Porozrzucane kartony z niedojedzoną pizzą, papierki po burgerach, puste puszki od piwa i... wypita flacha żołądkowej gorzkiej?
Nie znam krzywodzioba z tej strony!
W mig odciągam żaluzje w oknie oraz otwieram na oścież drzwi balkonowe. Pędzę do łazienki, lecz Mańka w niej nie ma. Następnie biegnę ku sypialni, otwieram wrota…
Natychmiast oblewa mnie ulga zmieszana ze złością.
Gołodupiec leży rozjebany na łóżku napierdolony niczym mały Kazio.
Najchętniej zaczęłabym wrzeszczeć, ale postanawiam zostawić chłopa w spokoju, aby wytrzeźwiał.
Pozostało mi jedynie czekać oraz ogarnąć bajzel.
„Pięknie… wręcz przecudnie! Niech mu kurwa łeb wybuchnie!”.

56
Marian

  Budzę się zblazowany niczym halibut, wieziony z wycieczki znad morza do rodzinnej wsi. Taką chciała mateczka zrobić ojcu przyjemność, kiedy pojechaliśmy tylko z nią na wakacje nad Bałtyk. Rybcia po przyjeździe nadawała się jedynie do odpłynięcia w siną dal rurami kanalizacyjnymi. Podsumowując: jestem uwędzony fajkami, a do tego nadal muszę mieć w czubie, bo jeszcze mnie baniak nie napierdala.
  Z trudem podnoszę zwłoki z łóżka. Za oknem jest wciąż widno, toteż z miejsca dostrzegam swoją facjatę w odbiciu lustra. Krzywię się, mamrocząc pod nosem: „Zapuszczony niczym zaczarowany ogród. Nawet trawka na łbie odrasta”.
  Chce mi się pić. Wody. Bynajmniej nie alkoholu. Wiem, że przegiąłem pałę, robiąc sobie dzisiaj zakrapiane wolne. Mam ochotę wziąć koło i pierdolnąć nim w czoło. Cóż, nigdy nie będę dżentelmenem, bo ci nie piją przed dwunastą. Ja zaś zacząłem od razu, gdy tylko otworzyłem rano ślepia. Dobrze, iż zanim złożyłem się jak scyzoryk, zdążyłem jeszcze zamówić wszystkie brakujące na budowie materiały…
  Mój plan na wieczór stanowi picie gorzkiej herbaty, ciepły prysznic, kontrolny telefon, czy wszystko dobrze u Lidzi oraz sen. Dużo snu, by jutro znowu móc udawać, że w „lajfie” gra i buczy. „Chociaż, to mija się z prawdą bardziej niż parówki 100% mięsa”.
  Otwieram drzwi sypialni, a tam TADAM! Podłoga wręcz wylizana mopem, salon pachnący jakimś odświeżaczem zabijającym smród fajek, brak śmieci, a na kanapie „klapnęła” właśnie zadkiem urocza Krucha. Chyba dopiero skończyła porządki. Na dodatek widzę, iż jest na mnie wkurwiona bardziej niż kiedykolwiek. „Ups, no to się zaraz wytaplam we własnych odchodach”.
  – „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” – zaczynam „spowiedź” ochrypłym głosem oraz kładę dłoń na wysokości serca. Przy okazji zasłaniam plamę z ketchupu – pamiątkę, po upadku pizzy na biały T-shirt. Domyślam się, jaki paskudny przedstawiam obrazek. Istny „Don Menello Marianello”. – Nie powinnaś widzieć mnie w takim stanie, ale i tak jestem rad, że się pojawiłaś.  
  Podchodzę do łani z zamiarem zrobienia misia „przy-tul-laskę”, jednak kobieta odchyla ciało przed zasięgiem męskich przeszczepów. „To nie wróży niczego dobrego”.
  Głośno wzdycham. Wówczas Lidzia zaczyna tyradę.
  – Czy możesz mi wytłumaczyć, dlaczego od godziny siedemnastej leżysz w domu najebany niczym szpadel?
  – Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – mówię, gdyż wiem, iż moje wewnętrzne powody nie powinny zostać usłyszane. Krucha nie potrzebuje tkwić jak zapałka w cudzym gównie. – Gwoli ścisłości, padłem przed piętnastą. – Posyłam delikatny uśmiech, który szybko zostaje zgaszony.
  – I co? Mam ci pogratulować? Nie wiem, czy się chwalisz, czy żalisz. O tej porze powinieneś być w prac…
  – A ty na działce u staruszków – wchodzę dziewczynie w słowo oraz wzruszam ramionami. – Wychodzi na to, że obydwoje zmieniliśmy plany.
  – Bo się o ciebie bałam, matole! – Dziurki w nosie czarnej, zaczynają niebezpiecznie powiększać rozmiary. – Nie odwiedzałeś mnie, dzwoniłeś tylko raz dziennie, otrzymywałam zdawkowe wiadomości. Mieliśmy obmyślić strategię, a ty zamiast tego wolisz zachlać ryja?
  – A po jaki wał jest mi potrzebny plan działania?! – Zaczynam się irytować. We łbie powoli ćmi, zatem idę do wyspy, aby nalać sobie szklankę wody oraz łyknąć APAP. Po skończonej czynności dopowiadam resztę myśli. – Pizda się nie odzywa, a młody uważa, iż wyzionąłem ducha. Mam z tobą poukładane życie, zaś praca płonie chłopakom w rękach. Na chu…steczkę coś zmieniać?
  – Chyba sobie jaja robisz?! – wypala z nozdrzami byka na korridzie. – To ja chodzę do ludzi po poradę. Szukam informacji w Internecie. Ustalam z siostrą, by mi dawała znać, o wszystkim, co związane ze Stasiem. Czytam książki o rozbitych rodzinach i przeglądam fora samotnych tatusiów, żeby na wszelki wypadek mieć pojęcie o przejmowaniu praw do opieki nad dzieckiem, zaś ty… ty… – drży ze złości na całym ciele – masz wszystko w dupie?! Przyszło ci w ogóle do głowy, że Zośka może uciec z malcem za granicę? Dałeś jej czas, ale nie wiesz, jak babsko go wykorzysta. Mogłaby znowu zniknąć oraz więcej się już nie pojawić.
  – A niech wypierdala stąd w podskokach! – ripostuję. – Niepotrzebnie w ogóle wyłaziła spod kamienia.
  – Czyli wolałbyś nie wiedzieć o istnieniu syna? – Lidia nagle poważnieje i spogląda na mnie przenikliwym wzrokiem. – Chciałbyś, żeby Staś dorastał bez ojca?
  – A bo to on jeden nie ma tatusia?! – ryczę na całe gardło. – Ja jakoś żyję. Brak mi czegoś? – Ściągam przez głowę koszulkę oraz wypinam dumnie pierś, udając rozbawienie. – Takie ciało, wciąż go mało. No powiedz, mam jakieś ubytki w jestestwie?
  – Tak – odpowiada stanowczo. – Alkohol zrył ci piątą klepkę. Doskonale wiem, że sobie nie radzisz w obecnej sytuacji. Jednakże mówienie, iż lepiej jest dziecku bez taty, brzmi niczym bluźnierstwo. Na pewno ogromnie cierpiałeś po stracie ojc…
  – Nawet nie zaczynaj tego tematu – ostrzegam groźnym tonem. – Mój rodziciel nie ma tutaj nic do rzeczy.
  – Ależ właśnie, że ma! Wolałbyś go nigdy nie poznać?
  – Wtedy bym przynajmniej tak nie cierpiał! – wybucham bez zastanowienia i od razu żałuję tych słów. Pod powiekami wzbierają łzy, jednak nie mogę pozwolić Kruszonce ich ujrzeć. Robię zatem skręt w stronę balkonu, by wyglądając przez okno, ukradkiem otrzeć łzy rąbkiem firanki.  
  – A kuźwa rób, co chcesz! Zwisa mi już ta sprawa i powiewa. – Brzmi zrezygnowany głos za plecami. Słyszę, iż Lidia podnosi kuperek z sofy. – Chciałam dobrze, więc wyszło jak zwykle. Konkretnie poszło się dupczyć.
  – Nikt cię nie prosił o pomoc – mówię cicho, nie mając odwagi spojrzeć łani w oczy. – Tak będzie lepiej. Przynajmniej młody nie dozna zawodu z powodu nieudolności rodziciela.  
  – Pierdolisz, panie Cybula. – Słyszę, że Lidia jest już w przedpokoju i zakłada buty. Nie mam siły, by pobiec oraz ją zatrzymać. Znowu wszystkiego jest ZA DUŻO.  
  – Mam nadzieję, iż rano wróci ci rozsądek. – Dambosia dopowiada wyraźnie urażona. – Zadzwoń, gdy zaczniesz myśleć racjonalnie. Bo takich dyrdymałów, jakie dzisiaj zapodajesz, nie mam najmniejszego zamiaru słuchać!
  Po tych słowach następuje głośne trzaśnięcie drzwiami. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to krzyknięcie:
  – Pewnie! Obraź się jeszcze! Tylko tego brakowało twojemu chłopakowi do szczęścia!
  „Wiadomka”, że Lidia nic nie odpowie. Mam ogromny fart do komplikowania sobie spraw. Chociaż duma i wypite procenty nie pozwoliły wypowiedzieć prawdy na głos, świadomość jednego faktu wali po deklu jak piłeczka u Pomysłowego Dobromira:  
  Jestem skończonym idiotą oraz tchórzem, a Lidia ma całkowitą rację.
  Nic, tylko pójść po smycz do kluczy i tym razem wybrać taką, która się nie rozepnie na karku…

Od Autorek:

No i mamy kłótnię w związku...
Czy to powrót do początku?
Głowy w górze tkwią zbyt dumnie.
Spuścić z tonu nikt nie umie.

Czemu Marian tak się upił?
Jak Lidziunia to udupi?
O co chodzi z dziwną smyczą?
Tu sekundy nam się liczą...

Czym zaradzić na te sprawy?
Czyżby koniec był zabawy?
Dziś wołamy "mejdej", zgrajo!
Łapki same się nie dają...


Przesyłamy pozdrowienia.
Nic się u nas wszak nie zmienia.
Bo kooperacja KociHope.
Bije mocniej niczym dzwon :D

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2416 słów i 14470 znaków, zaktualizowała 1 paź 2021.

4 komentarze

 
  • pinokio20

    Dobrze się czyta

  • KociHopeCoop

    @pinokio20, witamy nowego czytelnika! Niezmiernie nam miło, że zawitałeś w naszych skromnych progach.
    Dziękujemy za skromny komentarz! :D
    Pozdrawiamy! :)

  • shakadap

    Brawo!
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • KociHopeCoop

    @shakadap, podziękowały autorki dwie, czytelnikowi, który do czytania się rwie!
    Pozdrawiamy i na kolejny komentarz czekamy! :D

  • Majkel705

    Kolejny odcinek i znowu bomba bardzo bardzo ciekawe i już nie mogę doczekać się kolejnej części opowiadania

  • KociHopeCoop

    @Majkel705, czekać już nie trzeba. Podano jak sól do chleba. Zapraszamy do nowej wrzutki, przeczytać rozdział nowiutki! :)

  • Gaba

    Uuu'uuu'uuuu! GRUBO i OSTRO.... Młot Thor'a uderzył z całą swą mocą. Nie spodziewałem się takiego zwrotu.
    Smycz nie jest dziwna, zdaje mi się, że Manolo ma już "pewne" doświadczenia z tym sprzętem związane....
    No i znalazła się perełka!  - "nie będę mu zawracać ogona" - bardzo fajne.
    Pozdrawiam

  • KociHopeCoop

    @Gaba, z ogonem tak bywa, że czasem się urywa. Niekiedy też lepiej nie tykać, żeby można było brykać. Niczym Tygrysek od Puchatka. Ot! Taka to zagadka :) Serdecznie pozdrawiamy i na nowy rozdział zapraszamy!