„Co to to nie!” – część 31 i 32

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

31
Lidia

    Z pewnością ziomeczek myśli, iż uderzy w dzwoneczek za wymieniony zameczek. Może i faktycznie ten chwyt „Zapłata w naturze z główką w lateksowym kapturze” zadziała. Dlaczego? Z prostego powodu. Namiętne pocałunki Mariana ogromnie mnie podniecają, tak samo sposób, w jaki dotyka ciała przez ciuchy przesiąknięte potem. Chociaż mam sakramencką ochotę pogłębić nasz „kanapowy seks-story”, to właśnie przez lekki dyskomfort spowodowany, że cuchnę niczym skunks, muszę pohamować swoją żądzę. Przecież nie podam facetowi „śledzia” na deser! Aczkolwiek obraz matiasa w zalewie octowej z Cybulą, pasuje w tej chwili jak rodzynek w czekoladzie! Hihihi.
  Marian delikatnie wsuwa dłoń pod bluzkę i niby powoli, acz niebezpiecznie szybko zbliża się do nasady piersi.
Nie no! Najpierw muszę być świeżutka i pachnąca!
– Dziękuję za ładne buciki – mamroczę między pocałunkami. Kładę dłoń na jego, aby nie wędrowała jeszcze wyżej. Mało tego, bardzo dobrze czuję twardy wzwód, którego było ciężko przeoczyć. Tak! Gdy Marian wszedł do mieszkania, bezwstydnie spojrzałam na krocze, aby sprawdzić, czy „Kuba Rozpruwacz” rozrywa portki w szwach.
– Pasują, Kruszonko? – pyta, unosząc twarz parę milimetrów nad moją. Wolną ręką gładzę policzek mężczyzny. Cholera! Ależ gołodupiec jest przystojny! Nic tylko wstawić go na pokaz do witryny!
– Jeszcze nie miałam okazji, ponieważ niemal doznałam zawału, kiedy sprawdziłam, ile… –
Maniek podnosi się i wstaje z kanapy, a następnie pomaga mi ruszyć tyłek.
– Toż to niedorzeczne! W te pędy zakładaj je na stópki! – prawi niby oburzony, ale błysk w oczach mówi wszystko za siebie. „Muszę cię w nich widzieć. Już, teraz… A najlepiej w trybie natychmiastowym!”.
   Kilka minut później, moje nogi zdobią szpilki z czerwonym obcasem. Bardzo wygodne i nie ugniatają w małego palca czy pięty. Na twarzy sąsiada widnieje uśmiech zadowolenia oraz dumy.
– Najs, bejbi – chwali. Łapie mnie za dłoń i okręca wokół własnej osi. Bez żadnych problemów wykonuję piruet, a na ustach mam szeroki uśmiech.
No, co? Czuję się prawie jak Cinderella!
W podziękowaniu daję Marianowi buziaka w usta, po czym omijam gościa i pędzę do kuchni, prowokująco kręcąc zadkiem. Ależ oczywiście, że koleś lezie za mną jak pies za salcesonem.
Otwieram lodówkę i wyciągam z niej mój ulubiony browar (a miałam go sama wyżłopać!). Nie sądziłam, że pizdeczka Majeczka, przyssie się do szpary z czerwonej Wary. „Pewnie dziewucha jeszcze nigdy nie miała w ustach takiego rarytasu!”.
– Ochłoń trochę, bo się gotujesz od środka. – Z niewinną miną podaję gołodupcowi schłodzony trunek. – Obiecana zimna, czarna. Ugaś swe pragnienie. Zamocz w niej... usta. Spróbuj unikatowego smaku… Niech gwałci ci wszystkie zmysły – mówię uwodzicielsko, a zarazem zadziornie. Facet gapi się na mnie z istną zawiechą, tak jakby w głowie miał restart oprogramowania. A może dysk mu się lasuje?
W razie potrzeby pod zlewozmywakiem mam gaśnicę. Kilka lat po terminie, ale jest. Co najwyżej powstanie chmurka białego, sypkiego proszku.
– Tak się nie bawimy, Kruszonko. – Płynnym ruchem otwiera piwo o blat kuchenny, upija spory łyk, a następnie przyciąga mnie do siebie i spaja wargi, wpuszczając złocisty napój do ust. Szybko połykam ciecz.  
Akcja ta sprawia, że ciało przeszywa przyjemny dreszczyk oraz powstaje gęsia skórka. Pomału zaczynam się przyzwyczajać do ataków pocałunków Mariana... i tak! Jest to bardzo w dechę! Lecz…
– Rozkoszne, prawda? – pytam.
– Coś innego również ma wyborny smaczek. – Podkreśla słowa, wlepiając ślepia w łono. – Co powiesz na randkę w restauracji dziś wieczorem? – proponuje, a mi zjeżdża kopara w dół.
O nie! Co to to nie! No way!
– Co powiesz na kolację mojego wydania o dwudziestej? – odpieram na upartego osła. Nie jestem głupia! Lista długów u gołodupca ciągle wzrasta. Nadeszła pora rewanżu.
„Przez żołądek do skrętu jelit”.
– Powinnaś odpocząć po pracy, a nie sterczeć przy garach.
Hahaha! No patrzcie państwo co za dinozaur interesujący się, że kobieta po robocie jest zmachana!
Jednak posiadam plan, który mam zamiar wcielić w życie.
– Nie ćwierkaj. A teraz pędź zobaczyć czy Majka nawiedzona przez kalorie nie skrobie tynku z sufitu. Widzimy się wieczorem.
Na „do zobaczenia później” kasuję intensywny pocałunek, który sprawia, że mam poważny problem z koncentracją. Rozkojarzona człapię do sypialni, aby ogarnąć wczorajszy syf spowodowany włamaniem przez Adama – byłego chłopaka.  
Przygotowana na harmider, wkraczam do pomieszczenia i jestem mile zaskoczona.
W izbie panuje porządek. Storczyk posiada nową doniczkę. Rodzinne zdjęcie umieszczone jest w srebrnej, ładnej ramce.
„Czyżby Mahujskiej się nudziło? A może srała ze strachu przed słowami Mańka?”.
W sumie zwisa mi to. Przynajmniej miała nauczkę, aby nie węszyć w cudzym mieszkaniu.
Złość na sąsiadkę ociupinkę spada w dół (z dziesięciu na dziewięć i pół).
Ze względu, że do „dejtu” mam jeszcze prawie cztery godziny, postanawiam troszeczkę odpocząć.
Ściągam szpilki z nóg i kładę się na łóżko. Zamykam oczy, układając w głowie kolejne kroki dnia.

  Otwieram ślepia, siadam gwałtownie na materacu, dotykając mokrego czoła. Jestem zziajana i spocona jak pies. Spoglądam na zegarek.
– Cholera! – krzyczę, kiedy widzę 18:45. – Zasnęłam!
Chyba możecie sobie wyobrazić, co właśnie we mnie wchodzi. Speed na speedzie. Dosłownie!
W locie do kibla ściągam ubrania. „Ja pierdolę! Relaksująca kąpiel w łeb strzeliła!”.
Prysznic musi wystarczyć, tylko jest mały problem… Nie znoszę golenia „sprawy oczywistej dla kobiet” w takich warunkach. Będę musiała się nieziemsko nagimnastykować, żeby nie pochlastać żyletką „małej Lidzi”. Teksańska masakra Gillette Venus 5… Brrr.
Po długiej walce ze zbędnym owłosieniem podsuszam szybko włosy na głowie. Chwilę myślę, czy spiąć je w koński ogon, czy zostawić rozpuszczone. Okej, wybieram opcję numer dwa. Przybliżam twarz do lustra i…
– Serio? Kurwa, nie mam czasu na regulację brwi! – Pieprzę to! Makijaż jest teraz ważniejszy. Szybkie pierdolnięcie pudrem w ryj, trochę maskary i przypominam minimalnie człowieka.
  Owinięta w ręcznik człapię do sypialni. Kątem oka dostrzegłam, że pozostało mi czterdzieści pięć minut, a nawet nie wiem, w co wcisnąć dupsko, a tym bardziej nie posiadam planu menu kolacji.
Klops jak cholera!
Z lekką paniką grzebię w szufladzie z bielizną. Podnoszę do góry dwa okazy.
– Różowe figi albo czarne koronkowe stringi – mamroczę pod nosem.
– Bez. – Słyszę męski głos. Spoglądam za ramię i dzieją się dwie rzeczy jednocześnie.
1. Podskakuję z przerażenia.
2. Przez gwałtowny ruch, ręcznik opada na podłogę.



32
Marian


  Ależ mi się przytrafiła paterka pełna owocków! Z przodu dwa melony, z tyłu dojrzała gruszeczka, a pomiędzy pęcinami słodka nektarynka (meszek najwyraźniej dostał dzisiaj zakaz wstępu na „jumprez”). Nosz wypisz wymaluj talerz soczystych pyszności. Aż ślinka cieknie na sam widok. Dla czegoś takiego mogę zostać wręcz weganinem i chociaż przybyłem tu na kolację, sam deser, by w zupełności wystarczył.
   Lidia spogląda jak sparaliżowana to na mnie, to na ręcznik leżący w nieładzie u bosych stóp. Policzki niuni w mig zdobią pąsy, a malinowe usteczka wygina zarówno przerażenie, jak i zakłopotanie. A nie powinna w ogóle łapać wstydzioszka! Dawno już mówiłem, iż nie lecę na zasuszone wieszaki. Spoglądając zaś na bujne ciałko „niemal-dziewczyny”, woda sama skapuje z pyska. Żeby jednak rozładować napiętą sytuację, w try miga mówię:
   – Szkoda zakrywać taki uroczy kuperek. – Robię dwa szybkie susy i zanim zdąży zareagować, porywam frocisko z podłogi. Kobitka już ma zacząć „awanturejszyn”, ale zakrywam jej dzióbek wskazującym paluchem. Prędziutko narzucam ręcznik na pachnące słodkawym żelem pod prysznic ramiona oraz zaplątuję łani kokardkę pod szyją. – No, „pelerinka” superbohaterki jak w mordę strzelił. – Cmokam prawy policzek, odwracam się, by następnie z „cheesem” na mordzie rzucić przez ramię. – Zaczekam w salonie, moja ty „Crumble Bella Fantastisch Mademoiselle”!
   Mija może trzy minuty i Lidia wkracza do dużego pokoju. Ubrana jest nad wyraz skromnie. Ma na sobie czarny opięty T-shirt oraz niebieskie jeansy. Z punktu obserwacyjnego na sofie (gdzie rozsadziłem „dupinkę”, czekając aż niunia odzieje ciałko), mam ochotę rzucić kąśliwą uwagę, że chyba robi to specjalnie. Przecież wygramolenie jej pulchnego zadka z tych pierdolonych rurek zajmie mi całą wieczność! Tym bardziej takimi grabowymi łapami! Widząc jednak moje taksujące spojrzenie, zupełnie zapomina o akcji w sypialni i tak jakby czytała w myślach, wyznaje:
   – To jegginsy. – Kpiący uśmieszek kwitnie na damskich ustach, gdy łapie materiał na udzie, mocno go rozciągając. – W domu lubię czuć się swobodnie.
   – Wolałbym strój Ewy, ale ten też jest gites. – Wyciągam przed siebie wolną dłoń (w drugiej trzymam wygazowanego Stronga), by unieść kciuk do góry. – To, co nam wykukałaś dziś do szamanka?
   Po raz kolejny obserwuję, jak dziewczyna okazuje zmieszanie. Przez moment splata palce i nie uchodzi mojej uwadze, iż zagryza wargi. „Och, jakże chciałbym je w tym momencie polizać. Tak chociaż ociupinkę, by załagodzić ból…”.
   – Guzik z pętelką – wyrzuca w końcu, cała w smutku. – Zasnęłam, potem wzięłam kąpiel, o mało nie robiąc hara-kiri maszynką do golenia, a później chciałam się ubrać oraz przyrządzić coś na szybko, jednak… – przerywa, obserwując rozbawienie na mojej paszczy – już żeś tu dziadzie przylazł! – Marszczy czółko. – Zatem chuj, dupa i kamulców kupa. – Rozkłada bezradnie ręce. – Mam tylko masło oraz kiszoniaki.
   – Sounds good. – Wyszczerzam zęby. Niezrażony kobiecym pesymizmem wstaję z kanapy, by bez skrępowania ominąć łanię i podreptać do kuchni. Wiedząc, iż jestem czujnie obserwowany, odwracam cielsko na wysokości lodówki, po czym pytam spojrzeniem o pozwolenie na otwarcie chłodziarki. Lideczka sceptycznie unosi jedną brew, ale w końcu lekko kiwa nieco mokrą głową. Uchylam więc wrota gastronomicznego sezamu, a tam… hula wiatr.
   – Kruszonko… – zaczynam, wychylając się zza drzwiczek w stronę dziołchy. – Przyznaj, że zupełnie nie miałaś pomysłu na kolację.
   – Fakt – odpowiada, targając wilgotne pasma na łepetynce. – Kurrr… przyłapałeś mnie. – Podchodzi bliżej i opiera pupsko o blat kuchenny.
   – Dlaczego zatem nie chciałaś skoczyć do knajpy?
   – Bo nie! – rzuca stanowczo. Mało brakuje, by tupnęła nóżką jak trzyletnia dziewczynka. – Zdecydowanie za wiele dla mnie zrobiłeś.
   – Pierdolenie – mruczę pod nosem, ponownie wkładając łeb pomiędzy niemalże puste półki. Kilka cebul, chleb tostowy zawinięty w folii razem z łodygą selera (po jaki chuj? – że się tak kolokwialnie zapytam) oraz kawałek chabaniny niewiadomego pochodzenia. Pełen obaw dotykam tacki z mięsem i uradowany zauważam, iż data przydatności do spożycia nie przypada na rok poprzedni. Wyciągam więc upatrzone składniki, które kładę kolejno na blacie. Sądząc po poprzerastanych tłuszczem kawałkach, mam do czynienia z „około szyjnym” wycinkiem świni, jednak wolę zapytać, czy się, aby nie mylę.
   – Podgardle wieprzowe? – Unoszę pytająco brwi, wskazując na opakowanie z padliną. Chwila ciszy sprawia, że przenoszę wzrok na skonsternowaną buźkę Lidii. Bankowo uważa, iż mówię szyfrem.
   – A to Kryspin nie nakleił żadnej nalepki?
   „Wdech, wydech, Marian. Wdech, wydech”. Jeszcze tego wsiura tutaj brakowało! Chwytam cebule w dłonie i zaciskam na nich pięści, bo nie chcę pokazać czarnej, jak mi ręce latają z tego całego wpienienia. „No co za patałach jeden!”. Wiem dobrze, iż świeżonka jest w dechę, a najlepszą robi się z tłustych kawałków, takich prosto ze świniobicia, no ale „żesz” kurwa jego jebana mać! Krucha nie jest jakąś żebraczką, by przyjmować ochłapy spod masarskiego tasaka! Już ja temu „Kryspa-pizda” powiem do słuchu, jak tylko wypatrzę „duperszwanca” gdzieś w Dino. Albo będzie łani odkrajał same najlepsze sznycle ze środka polędwicy czy szynki, albo mu tasakiem obetnę wszystkie paluchy. I zmielę je później w maszynce do mięsa, by następnie wepchnąć kościsty tatar do gardła! Nosz nic mnie tak dawno nie „zakurwiło”, jak ta rewelacja!
   Z trudem uspokajam nerwy na tyle, by odpowiedzieć Lideczce w miarę grzecznym tonem:
   – Po tych białych przerostach wnioskuję, że tak. Wygląda na świeże, zatem nada się na wyżerkę stulecia. Aż nam będzie tłuszcz kapał po buźkach – mówię niby nonszalancko, gasząc speedem iskierki złości, iż przez całą konsumpcję będę rozpamiętywał kto ją nam zasponsorował.
   – Czyli dobrze, że ukisiłam małosolne? – Wreszcie na usta dziewuszki powraca uśmiech. – A już byłam gotowa na totalną katastrofę. Klawo, iż Kryspa wcisnął mi to mięso za połowę ceny. Chciałam je, co prawda zawiesić jako słoninę dla ptaszków na balkonie, ale dobrze wyszło, że nie zdążyłam. Kamień z serca…
   – Jeszcze tak nie piej, skowronku. – Chwytam nóż i podaję jej obydwie cukrówki. Sam zaś dobieram się do mięsiwa, które najchętniej wypierdoliłbym do kosza. „Pięćdziesiąt procent obniżki!”. No, zajebię skurwiela! Niech go tylko dorwę! Jak już chciał być taki „fafa-rafa, ale ze mnie kawał gacha”, to powinien za Lidię zapłacić. Albo do chuja ciężkiego, coś jej odkroić cichaczem. Przecież to z ryja widać, iż sam wpierdala same liche kawałki…
   – Jak to? – Niuńka przerywa moje rozważania. – Czyli nie dasz rady nic z tego wyczarować?
   W odpowiedzi uśmiecham szyderczo paszczękę oraz wyciskam na jej ustach mokrego całusa. Szczególną uwagę poświęcam zagryzionemu wcześniej miejscu. Zaraz jednak odrywam wargi i kładę „świniznę” na drewnianą dechę. Kruszonce ustawiam obok mojego stanowiska mniejszą szklaną deseczkę.
   – To na otarcie łez, bejbe – kwituję, nawet nie spoglądając na towarzyszkę pracy. – Ty masz za zadanie pokroić cebulę. Jak dobrze nam pójdzie, to niebawem wciągniemy furę łoju, zagryziemy ogórem i popijemy Siwuchą.
   – A skąd wziąłeś taką zacną „flaszencję”? – Lidka puszcza zalotnie oczko, w rozbawieniu trącając mnie biodrem. Śmiesznie wygląda, jak z wysuniętym po jednej stronie językiem, koncentruje się na obieraniu cebuli z łupinek. W mig zapominam o „Kryspa, któremu pewnie nigdy nie tryska” i bez zastanowienia odpowiadam:
   – Dostałem od zaprzyjaźnionej agentki nieruchomości. Nie wiem czemu, ale po skończonej robocie Natalia często próbuje mnie czymś upić, jednak zawsz…
   Nóż wypada z kobiecej dłoni i uderza głośno w szkło poniżej. Lidia łapie się oburącz blatu, po czym przybiera najsłodszo-najstraszliwszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem (serio! Dziewczynka z „The Ring” powinna brać u niej lekcje).
   – Że co, do cholery?
   „Upsss…”.


Od Autorek
  
"Lawina gorących liści, niech ci się przyśni, co jakiś czas... Purpurą do góry. Purpurą w dół..."  
Czy Marian dostanie z "gałęzi" w twarz?
Wywołacie wichurę! – Dajcie łapkę w górę!
Czekamy na komentarze. :)
Pozdrawiamy! :D
KociHopeCoop.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2606 słów i 15950 znaków, zaktualizowała 4 sie o 19:15.

2 komentarze

 
  • Mirka

    W jednym z moich wcześniejszych wpisów sugerowałam, że jedna z Was pisze jako Lidia, a druga jako Marian. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że tak wspaniale się uzupełniacie, zachowując podobny styl, poczucie humoru i znajomość odczuć i myśli obu płci. To chyba dość rzadko spotykane tak genialne pisarskie duety.
    Czyta się Waszą opowieść z olbrzymią przyjemnością i zachwytem. Buziaki i pozdrowienia.    :kiss:

  • KociHopeCoop

    @Mirka, mamy podobne poczucie humoru i pisząc utożsamiamy się z postaciami. "Co bym zrobił/a wtedy i wtedy jako on/a?". Stawiamy siebie nieraz w trudnych sytuacjach i druga strona musi zmagać się z odpowiedzią. Dzięki temu same siebie zaskakujemy i dlatego wychodzi... życiowo. A przynajmniej taką mamy nadzieję :) Serdecznie pozdrawiamy!

  • eksperymentujacy

    Nie spoczywajcie, ciąg dalszy powinien nastąpić bardzo szybko !

  • KociHopeCoop

    @eksperymentujacy, bardzo nam miło!
    Spoczywa się w grobie ;), a szybko nawet pies nie robi :)
    Pozdrawiamy!