„Co to to nie!” – część 39 i 40

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

39
Lidia

  „Mmmm” Marian mógłby mieć zatopione usta w mojej „mumu” przez 24/7. Takie przyjemne uczucie!  
Chociaż jestem w bardzo niekomfortowej pozycji, to za nic w świecie nie chcę przeoczyć ani jednej sekundy odgrywanego spektaklu przed ślepiami. Gołodupiec… Poprawka „MÓJ FACET!” w namiętny sposób wznieca na nowo ochotę na kolejne „cimcirimci”. Liźnięcia są raz leniwe, raz łapczywe. Widać gołym okiem jego pasję do kobiecego Bożego daru.  
Cały czas rozpiera mnie euforia wywołana wyznaniem Mańka. Sama się dziwię, iż nie zostałam zwyzywana od debilki, gdy powiedziałam Cybuli, co mnie gniecie w prawej komorze sercowej. Kto też w ciągu tygodnia potrafiłby się zakochać? „Crazy na maksa. Prawda?”. Jednak tak się stało, pomimo prób wygumowania krążących myśli wokół sąsiada.
Nie rozumiem tej całej Zośki. Czemu zrezygnowała z takiego majstra minetki? Zresztą lepiej dla mnie! Teraz Adonis z wałkami na klacie oraz Bóg „orala i jebania” należy do mnie!
Marian przerywa szlifowanie broszki, unosi spojrzenie z nieodgadnioną miną. „Ależ wylizał słoiczek śledzika. Istny męski glonojad! Przez tydzień będę chodziła z błyszczącym dzyndzlem!”.
– Przykucnij w wannie – mówi, udostępniając jednocześnie miejsce. Od razu zmieniam pozycję na zaproponowaną przez kochanka, w której sam się znajduje.
– Rozszerz mocno nogi – rozkazuje. Bez namysłu wykonuję polecenie. Rozkraczam kopyta i prezentuję widok żaby na talerzu, zaserwowanej we francuskiej restauracji.
Przypominam sobie pamiętny dzień, w którym ujrzałam łysego krzywodzioba.
– W tej pozycji się masturbowałam, kiedy cię pierwszy raz widziałam. Paradowałeś wtedy goły na balkonie – przyznaję lekko speszona.
Na ustach ziomka powstaje bandziorski uśmieszek.  
– HA! Wiedziałem, że podglądałaś! – wyszczerza siekacze, po czym poważnieje i przybliża twarz do mojego ucha. – Opowiedz mi o czym myślałaś podczas zabawy z fugą? – pyta niskim, ochrypłym głosem. Cybula zatacza kółeczka na skórze środkowej części uda, wspinając się coraz bliżej pusi.
– O tym, że to twoje dłonie błądzą po moim ciele... Jak dotykasz zakazanego owocu – mamroczę. W chwili, gdy słowa wychodzą z ust, Marian trafia palcami w czuły punkt, a następnie zmysłowo masuje całą kobiecość.
– W ten sposób? – docieka, muskając ustami uszko. Przyjemne dreszcze przebiegają wzdłuż kręgosłupa, przez co nie potrafię nic z siebie wydusić, dlatego w odpowiedzi słabo przytakuję.
– Marzyłaś, bym przetrzepał ci podwodzie? – Chce wiedzieć. Bardzo ciężko zebrać myśli do kupy, gdy smyra wrażliwą dziurkę.
– Achhh... – Cicho kwilę.  
– Kochanie. Proszę się nie bać, paluszki będą cię jebać.
Piekielnie podniecają mnie jego słowa. Marian zatapia w gorącym otworze wskazujący palec. Po kilku pchnięciach dodaje środkowy. Ruchy palcówki są coraz szybsze, głębsze, „ostre”.
– Tak cię rżnąłem w fantazjach?
Zapytanie te sprawia, że niemiłosiernie wiruje mi w głowie. Robi się gorąco, krew w żyłach wrze, a nogi drżą.  
Pod wpływem narastającego napięcia zamykam oczy oraz odrzucam głowę do tyłu.
Gołodupiec jeszcze mocniej napiera na pulsujące mięśnie. W niewielkim pomieszczeniu rozbrzmiewa odgłos „taplania prosiaczka w ciapie”. Coraz głośniej postękuję, aż nie wytrzymuję. Puszczam wodze i szczytuję z krzykiem, który odbija się od ścian. „Kurwa! Majka na bank usłyszała! Jaka siara!”.
Nie sądziłam, że realność może być o niebo lepsza od wyobraźni z tamtego dnia.
Mija chwila, kiedy dochodzę po nieprzewidywalnej fali orgazmu. Z pewnością mordę zdobią wypieki, ale w nosie je mam. Otwieram ślepia, żeby napotkać zadowoloną twarz Maniusia.  
– Promieniujesz jak radioaktywna pijawka. – Nie potrafię powstrzymać złośliwego komentarza.
– Mam do tego powód. Uwielbiam widzieć cię w ekstazie. Z chęcią bym to powtórzył z inną częścią ciała, ale… wyssałaś z niej wszystkie soczki.
Spoglądam na zwiędniętego „pyrdka”. Ze wszelkich sił zwalczam rozbawienie.
– Ciocia Petunia zawsze powtarzała, aby nie bawić się zdechłym ptaszkiem… Twój wygląda jak oskubane pisklę, które wyleciało z gniazdka prosto pod koła ciężarówki. – Dźgam paluchem wisielca pomiędzy nogami. Szczerze powiedziawszy, opadam z sił, a niski poziom kalorii daje się we znaki. Zresztą, co za dużo, to niezdrowo. Pora zatankować bak zwany również żołądkiem.
– Dowciapne… aż siuram ze śmiechu – odpiera sarkastycznym tonem, opuszczając ze wstydu głowę. Już chcę zanucić: „Gdzie strumyk płynie z wolna, uchwyci rura dolna...”, ale niweluję wygłupy, ponieważ nie powinnam wyśmiewać penisa na „rencie”.
Głaszczę Mariana po łysej głowie.
– Taka jest męska anatomia, nic nie poradzisz. Zachowałam się jak gówniarz… Przepraszam – mówię ze skruchą, bo naprawdę zbytnio mnie poniosło, aż „Widziałam orła cień!”. – Wybaczysz? – pytam z nadzieją, po czym dodaję. – Chodź, umyję ci plecki, podładujemy energię… – milknę na sekundę. Szybko we łbie ogarniam wszelkie za i przeciw… „A chuj z tym!”.
– Mam jutro popołudniówkę. Zostaniesz na noc? Mogę ci dać majtki do spania. Co ty na to? – Szeroko rozdziawiam paszczę, a w duchu odmawiam pacierz, żeby wykaraskać się z niesmacznej sytuacji. Ziomek gwałtownie odwraca twarz w moją stronę. „O cholera!” Jego mina mówi sama za siebie: „Pierdolnęłaś czołem w imadło, dziewczynko?”.
– Stringi?  
Okej! To był głupi pomysł!  
Tym razem ja opuszczam wzrok. „Jak zwykle spierdoliłam wszystko na świadectwo z paskiem!”. Mentalnie daję sobie liścia w japę.
– Wchodzę w to! – woła, częstując mnie soczystym pocałunkiem.  
Z zadowoleniem nabieram na dłonie żel pod prysznic Palmolive o zapachu „peach delight” i zaczynam myć ciało partnera. Pomijam kąśliwą uwagę względem mydełka: „Chłopaki powiedzą, że pachnę jak męska dziwka”. Teatralnie przewracam oczami, oznajmiając, iż osłodzi im życie na podstawie „miód i spierdalaj”.  
Tak się właśnie zastanawiam…  
Po jaki chuj brałam wcześniej prysznic???  

40
Marian

  Nawet drapanko plecków w wykonaniu Lidzi, nie pomogło zmyć plamy na moim ego. Że też kurwa „brysio-Borysio” musiał tym razem sflaczeć jak przebita dętka od opony roweru! A tak sobie wszystko ładnie zaplanowałem... Miało być felliato-gelato, a potem jebnięcie z „granato”, a tu… mi się „spufał” matador. Po prostu pięknie… aż pała mięknie.
  Jedyna nadzieja w tym, iż dam czadu w kuchni. Oboje ubrani w ciuchy „po przejściach” kończymy bowiem kulinarne zmagania z „prosię bardzo, tasak w gardło”. Ja smażę „tłuściznę”, Kruszonka zaś stoi obok i opieka chleb tostowy na suchej patelni. Znaczy „stara się” nie spalić chałupy… oraz siebie.
  – Au, a, ała, szlag, jasna pała! – kolejny raz parzy palce. Zupełnie nie wiem, czemu się tak uparła, by rumienić kromki. – Jebać to! Będzie prosto z paczki.
  Wrzucone na patelnię tłuste kawałki zaczynają z wolna wytapiać smalczyk, więc mam trochę czasu, żeby opatrzyć dziubaska. Odkręcam kran z zimną wodą oraz ciągnę „kotkę z osmalonym wąsem” w jego kierunku. Łzy stoją w kobiecych patrzałkach, zatem musiała mocno zwęglić skórkę. Szkoda tylko, iż chleb nadal wygląda przy czarnej nad wyraz „blado”. Uśmiecham jednak pokrzepiająco „paszczękę”. Staję za plecami dziewczyny, gładzę grabiami damskie dłonie, mówiąc:
  – Koci-koci łapci, chlebek duperszwancki. Narobił kłopotu, będzie bez nalotu. – Uśmieszek powoli kwitnie na usteczkach lubej, więc ciągnę dalej. – My się nie boimy i tak cię „zomnonimy”, nie ma tu idiotów. Dziugniemy selerem, Adios, kompaniere! Myślałeś żeś jest klawy? Nie z nami zabawy, zeżrem cię do strawy! – Ramiona mej miłej zaczynają drżeć, a łzy bólu szybko znikają.
  – Matko, ale z ciebie głupol…
  – Kochany, prawda?
  Lidia zerka na mnie z ukosa, po czym zakręca kran i delikatnie osusza dłonie ścierką.
  – Tak ociupinkę. – Wyszczerza ząbki w odpowiedzi, a następnie daje cmoka w nos. – Ty to dokończ. Ja odpadam. – Chwyta alkohol ze stołu –   Idę się uchlać.
  – Siwuchą? – pytam zaczepnie, chcąc sprawdzić czy dała już sobie spokój z zazdrością. W sumie miło, iż pilnuje tego, co jej, ale za dużo, to nawet prosiak nie chce.
  – Taaak… trzeba zrobić „konfrontejszyn” z wrogiem.
  – Czyli?
  – Będę ją lać w mordę. – Puszcza oczko, po czym wychodzi z kuchni.
  – Przygotuj talerze! – drę japsko w kierunku salonu. – Dla mnie też skołuj kieliszek.
  – Może frytki do tego? – odrzuca, brzdękając czymś w drugim pokoju.
  – Nie! Ale jakaś „zapojka” by się przydała!
  – Nie bądź mięczak! Pijemy pod sok z ogórków!
  – Będzie nas jutro na kiblu paliło po takim miksie! – rzucam głośno i dodaję. – Albo zarzygamy łazienkę tęczą!
  – Ty tam lepiej pitraś, zamiast mędrkować!
  – No już, już…
  „I mnie baba do garów pognała…”. Gdzie to zgłosić? Czy można zaklasyfikować omawiany występek, jako groźbę karalną? Chociaż…
  Oczyma wyobraźni widzę Lidziunię w stroju policjantki. Wiecie… kajdanki, kamasze, te sprawy. Do tego pończochy i przewiązana kurtka zamiast spódnicy. Zamaszyście wrzucam cebulę do skwarek, mieszam oraz pozwalam jej się zeszklić. W tym samym czasie w myślach tworzę stanik z czapek z daszkiem oraz sznurówek, a następnie „odziewam” w niego Kruchą. Kapitan… „Te, właśnie, coś mi umknęło!”.
  – Lidka, jak ty masz na nazwisko?!
  – Toś nie zapamiętał? – Staje w drzwiach i bierze się pod boki. „Kaczorek-ptasiorek, ma skrzywiony ozorek”.
  – Przecież nigdy go nie poznałem – rzucam na obronę.
  – A jak składałam zeznania, to gdzie żeś zdzierał laczki?
  – Aaaa, no tak!
  – Aaaa, widzisz? Mówiłam, żebyś sobie zanotował.
  – Zabij mnie, pustka dzwoni po dyni. Nie wiem.
  – Więc ci nie powiem. Knur z ciebie, iż nie przywiązałeś do tego uwagi.
  – Ale za to z ogonkiem z przodu – mówię dwuznacznie.
  – Na razie, to antenka się w supeł zawiązała – kontruje. – Pokaż, co potrafisz zdziałać… na talerzu, a może odświeżę ci pulpit.
  – Aj, aj, pani Kapitan – salutuję, wrzucając chudsze mięsko do tłuszczu z cebulą. Potem dolewam nieco wody i migiem przykrywam patelnię pokrywką, bo pryska niemiłosiernie. Zmniejszam gaz. Gdy padlina dochodzi, opiekam resztę chleba. Kleszcze z widelców robią robotę. „No, co? Muszę się czymś Kruchej podlizać, jeśli ma zdradzić swoje personalia”. Kiedy kończę, H2O już całkowicie odparowuje, dzięki czemu chabanina jest cudownie mięciutka. Jeszcze tylko sól oraz fura pieprzu. Z deską chleba, dwoma widelcami i pełną patelnią, wkraczam na salony. A tam… „masakrito – tylko wpuścić dynamito”.
  Na stole leżą porcelanowe talerze, pozłacane sztućce, kryształowe szklanki i…ogórki na srebrnej tacy??? Przetarłbym gały ze zdumienia, gdybym nie miał zajętych łapsk.
  – Podoba ci się? – Lidzia ma oczy tak pełne nadziei, iż nie mam serca psuć atmosfery. Chciałem, co prawda postawić patelnię na środku stołu, by jeść bezpośrednio z niej, ale… chyba muszę odpuścić. Odkładam zatem chleb obok małosolnych, zaś mięso z tłuszczem (o, zgrozo!!!), porcjuję i przenoszę na nasze talerze. Widok łoju, cebuli oraz wieprzowiny na białych skorupach w złote kwiatuszki kaleczy oczy tak bardzo, że mam ochotę odwrócić wzrok. „Ale nie! Tym razem będę twardy!” Teraz i… mam nadzieję później.
  Kiedy już wszystko jest gotowe, odnoszę patelnię na kuchenkę gazową. Wracając, zgarniam po drodze butelkę z wodą oraz syrop malinowy z pompką. Przynajmniej tym będzie można popić „wódżitsu”.
  Kolacja przebiega w „śmiechowej atmosferze”. Pijemy i gadamy o przysłowiowej dupie Marynie… zadku Majki, tyłku Kryspy, uroczym kuperku Lidki oraz moim… dupsku. Nie wiem skąd przyszedł nam taki „rzyć-owy” temat, ale „zacieszamy do rozpuku”. Apogeum „chichrającej” batalii przychodzi, gdy Krucha moczy tosta w tłuszczu, nabiera na niego nieco cebuli oraz mięsa, podnosi do ust, a wszystko jeb… spierdala się na już wcześniej wybrudzoną koszulkę. Rechot jest taki, iż tarzam cielsko po podłodze. Próbuję jednak podnieść cztery litery (chociaż w bani troszku już nie teges od „siwego ucha”), chcąc skoczyć po jakiś ręcznik, a wtem czarna zatapia zęby w ogórasie, no i… Sruu… jestem cały w soku!!! Poleciało jak z fontanny prosto w moje oko oraz na całą paszczę. Teraz to Lidka mało podłogi nie zaszcza!
  – Zakisiłaś mi ślepie! – skarżę się. – Mam zasoloną gałę!
  – Dobrze, że nie pałę! – zaciesza głośno czarna i z wolna na czworakach pełznie w moim kierunku. Dawno już nie siedzimy na kanapie, tylko z poduszkami pod „assami”. Nim zdążę mrugnąć drugim okiem, Kruszonka wdrapuje się na moje kolana, po czym siada na nich oraz zaczyna zlizywać słoną wodę z poszkodowanej powieki. Przyjemne ciepełko oblewa całe moje jestestwo.
  – Mrrr – komentuję głośno, zamykając obydwoje oczu. Jeszcze bardziej wysuwam ryjek do pieszczot. – Tak sobie dumam, czy zwinność twojego języka ma jakieś granice.
  – Żadne, o których bym wiedziała.
  – Taak? To jakie jeszcze cuda potrafisz zdziałać?
  Moment ciszy sprawia, iż na powrót unoszę powieki. Mina Lidii jest nieodgadniona. Niby się delikatnie uśmiecha, ale można wyczuć nutkę zadziorności w poważnym spojrzeniu. Albo gorąc ciał sprawia, że raptem atmosfera w pokoju zaczyna gęstnieć… i to bynajmniej nie od gazów post-świeżonkowych.
  – Wystaw język.
  Gdy słyszę głos dominy, pędem spełniam polecenie.
  Coś czuję, iż to nie będzie zwykły pocałunek…

Od Autorek

Jak to w życiu często bywa, kiedyś "zabawa" się urywa.
Nawet twardziele wymiękają, gdy wymagające kobiety posiadają.
Niech historia zmysły rozpala, a akcja z nóg powala.
Nie bądź taka miękka fajeczka i postaw nam lajeczka.

Pozdrawiamy! :)

KociHopeCoop. :)

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2339 słów i 14450 znaków, zaktualizowała 25 sie o 12:31.

2 komentarze

 
  • papcip

    Jesteście wielkie kocham was czytać. ❤️

  • KociHopeCoop

    @papcip, a my kochamy otrzymywać takie komentarze :) Kłaniamy się i dziękujemy bardzo za wsparcie i motywację!

  • Gaba

    👍👋🌹👍👋🌹

  • KociHopeCoop

    @Gaba, pięknie dziękujemy. Kwiatuszki wstawiłyśmy do wazoniku.  :D