„Co to to nie!” – część 27 i 28

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

27
Lidia

Przysuwam ciało do Mariana, trzymając w szponach genitalia. Delikatnie bawię się woreczkiem z klejnotami niczym piłeczkami odstresowującymi.  
Wolę popaść w kolejny sen, niż dać łomot intruzowi. Wtulam twarz w futerko Koralgola i nucę melodię kołysanki:
– A, a, a, jądra dwa… na nich leży ręka ma. – Nie jestem w stanie powiedzieć, czy słowa wyszły z moich ust, ale prawdę mówiąc, wali mnie to. Bilet „ulgowy” został wykorzystany.
Na skraju świadomości, słyszę przez mgłę „jesteś niemożliwa” i nastaje ciemność.
...
   Dźwięk koguta z teleranka rozbrzmiewa w całym pokoju. Instynktownie z zamkniętymi oczami, testuję dłonią, gdzie leży przeklęty sramsrung, żeby uspokoić poranne „cipcirypci”. Wtem moja ręka ląduje na czymś miękkim oraz ciepłym. Otwieram powieki, doznając pierdolnięcia stulecia.
Z piskiem podskakuję do góry, równocześnie popychając owłosione cielsko, które leży tuż obok mnie.  
Marian nie tylko z przerażenia otwiera gały i dostaje bezdechu, ale również spada z materaca.
– O cholera! – woła.  
Co ja mam powiedzieć?! Zawał na dzień dobry jak ta lala!
Mija ułamek sekundy, gdy przypominam sobie dzisiejszą noc, oraz nieproszonego gościa pod kołderką. Chwytam za fon i uspokajam „pożeracza ziarenek”.
Cybula wstaje na nogi z miną mówiącą wszystko za siebie. Jest zaskoczony.
Zwisa mi to i powiewa niczym jego jaszczur w portkach. „Patrz, jak się dynda. Dawaj, Stefan, dawaj!”.
– Odbiło ci? – pyta z fochem w chwili, kiedy wychodzę z łoża, aby móc przygotować się do pracy. ON ma do mnie pretensje, że duch ze mnie wyszedł? Tego jeszcze nie grali!  
– Skieruj to pytanie w lustrzane odbicie. – Staram się o naturalny głos, a zarazem próbuję zwalczyć podniesioną adrenalinę.  
Zanim koleś potrafi coś wycharczeć, szybko podnoszę torbę z ubraniami i zmykam do toalety. Nie mam czasu na poranną awanturę. Gołodupiec jest tylko sąsiadem, więc nie muszę wysłuchiwać pierdykniętych gorzkich żali.
Mam przed sobą ciężki dzień, nie tylko w Dino, ale również po robocie czeka mnie multum obowiązków. Muszę uprzątnąć syf po włamaniu oraz zadbać o nowe zamknięcie mieszkania. „Nosz jakbym jeszcze kurwa miała pojęcie o zamkach do drzwi!”.  
No nic. Jakoś trzeba przebrnąć dzionek, a jak już to zrobię, to wieczorem dam se tak w beret, że aż popadnę w alkoholową śpiączkę. O!  
I chuj mi wielki zwisa, kto co o tym pomyśli! Podwójne O!
  Odświeżona, lekko umalowana i ubrana w jasne spodnie jeans z dziurami na kolanach oraz bluzkę z logo zakładu pracy, wychodzę z kibla. Spoglądam na zegarek.
Kurde mole!  
Szybko pakuję manele do kupy, wciskam kopyta w adidasy i wołam:
– Dzięki za przenocowanie! Czółko!  
Zamykam za sobą drzwi mieszkania Mariana, a następnie pędzę na stanowisko, układając w głowie plan strategii na dzisiejsze popołudnie. Wszystko byłoby super, gdyby mój umysł nie leżał jeszcze na podusi łysego i sobie smacznie spał. Oj coś czuję, że będę po sklepie łaziła z całym kubłem kawy przy dupie i sączyła ją przez rurkę, jak urlopowicze pijący sangrię na plaży Majorki.
  Ledwo omijam zakręt osiedla, aby gnać w stronę marketu i już zatrzymuje się obok mnie samochód.
– Wskakuj mała! – woła ziomek, a jego głos rozpoznam wszędzie. Od razu na ryju powstaje wafel i bez chwili namysłu wchodzę do pojazdu.
– Hejka, Kryspin! – witam kumpla z działu mięsnego. Bardzo lubię facia, ponieważ jego pozytywna energia nie tylko dobrze wpływa na pracowników, ale też klientów.
– Wszystkiego najlepszego, Lady Li! – krzyczy z uśmiechem na twarzy.
Kręcę głową.
– Spóźniłeś się o dobę – odpieram wesoło.
– Kurde blaszka! Wiedziałem, że znów coś spierniczę! – wrzeszczy sam na siebie, co słodko wygląda. Uspokajam kolegę, mówiąc, iż i tak niczego nie stracił, aczkolwiek bardzo mu dziękuję za pamięć. Chłopak natomiast wypytuje, jak spędziłam urodziny oraz jakie dostałam podarunki. Cały Kryspa! Szuka pomysłów na prezenty dla swoich młodszych sióstr. Hihi.
– Nic specjalnego. Obiad z rodziną, bon do galerii handlowej, wizyta u fryzjera... – zatrzymuję się w pół zdania, dodając w myślach „A od sąsiada dostałam bukiet kwiatów, torcik i coś, czego nie odpakowałam”, ale to mało ważne, tak jak włamanie czy noc z gołodupcem.  
  Krótko przed przerwą śniadaniową, idę do chłodni po świeże warzywa. Załadowana paletą z nową dostawą, wyjeżdżam paleciakiem do przedsionka magazynu, którego tor wejściowy do sklepu jest otworzony. W przejściu spotykam porannego taksówkarza.
– Co tam? Piersi z kurczaka schodzą jak srajtaśma podczas epidemii świńskiej grypy? – pytam z szerokim uśmiechem.
– Aby tylko! Dzisiejszym hitem są żeberka! Uwielbiam je porcjować masarskim tasakiem! Nie ma nic lepszego od odgłosu łamanej kości! – woła z euforią.  
Już chcę mu odpowiedzieć, że jest obleśnym sadystą, kiedy ktoś z boku zaczyna sztucznie kasłać. Odwracam się w stronę osoby stojącej przy magazynie.
– Dzień dobry, panie Cybula. W czym mogę pomóc? W promocji mamy mapę sklepu Dino – witam przesłodko Marianka.

28
Marian

   – Czółko? – niedowierzam w to, co przed momentem usłyszałem. – Czółko?!
   Pełen zdumienia oraz nieukrywanego „wkurwu” stwierdzam, że chyba za mocno grzmotnąłem na dyńkę i klepki pod czachą dostały luzu. „A gdzie obiecane śniadanie? Nawet nie miałem okazji się wykazać!”. Zrezygnowany ponownie zerkam na drzwi, a potem odwracam ciało i marszczę czoło, zauważając pozostawiony przy sofie prezent. „Oj tak, to nie będzie. No fucking way!”.
   Po niecałej minucie jestem ubrany w dresiwo oraz t-shirt, a na nogach bez skarpet tkwią adidasy. Chwytam za sznurki ozdobnej torebki i wybiegam z mieszkania, szybko zatrzaskując za sobą drzwi. Mam nadzieję, że złapię dziewczę, zanim pochłoną ją czeluści Dinusia.
   Moja prędka reakcja zostaje wynagrodzona, bo pomimo iż jestem zziajany od biegu, widzę jeszcze plecy Lidki, zanim znika za zakrętem. Uśmiecham się zatem, licząc na skradzenie całusa oraz skuteczne wręczenie zasłużonego „giftu”. Zwalniam nieco, by złapać tchu, żeby nie zauważyła mojej zadyszki i już mam wchodzić w łuk, gdy przed gałami pojawia się prawdziwie zabytkowy Opel Kadett. W gablocie zaś tkwi uśmiechnięty od ucha do ucha gostek. Wychodzę zza winkla, by ku zgrozie zaobserwować, że auto ma „pit stop” koło (MOJEJ, KURWA!) łani, a wieśniak ze środka nawołuje, jak do własnej cielęcinki:
   – Wskakuj mała!
   Zatrzymuję się niczym wmurowany w płyty chodnikowe i zaciskam pięści. „Mała? MAŁA?! Mała to jest twoja pała, pieprzony lamusie! Lidziunia, co najwyżej jest niska!”. Tak się gotuję od środka, iż przegapiam moment ich wymiany zdań, a gdy mam ruszyć do przodu, czarna siedzi już w aucie. Zajęta rozmową, nawet nie zauważa, że stoję dosłownie pięć metrów za nią. Odjeżdżają z piskiem opon (a może paska klinowego?), zostawiając mnie w tyle bez żadnego arrivederci, sayonara czy nawet ciao! „Beautiful Marianie, ty melepeto!”.
   Z poczuciem ogromnej porażki odwracam się w kierunku hacjendy i ekspresowo zbieram myśli. Wnet mój wzrok pada na kiosko-warzywniak lub może warzywniak w kiosku. Podchodzę i kupuję od babuleńki świeże jajeczka, szczypiorek oraz pomidory w różowym kolorze. Ponoć są malinowe, ale jakoś śmiem wątpić, by poza barwą w jakikolwiek sposób przypominały te owoce. Znacznie weselszy wracam na „hause”. Mam w bani ułożony plan, zatem odkładam zakupy do lodówki, zbiegam ponownie na dół, wsiadam w brykę i pędzę do sklepu metalowego.
   „Mosiek & Tosiek” stoją jak zawsze otworem. Znam właścicieli od dawna, gdyż często się u nich zaopatruję. Dzisiaj jednak patrzą z niemałym rozbawieniem, jak kręcę korbami przeglądanych zamków. „Ten jest tylko na jedną zasuwę, więc odpada, kolejny zaś na dwie, ale przesuwa się zbyt ciężko, a tamten ma gratis zapornicę na łańcuszku”. W końcu wybieram opcję numer trzy. Chociaż nęcą mnie haczyki kabinowe, stwierdzam że gówno dadzą, zatem bez słowa mijam regał, na którym wiszą. Jeszcze tylko nowa wkładka do dolnego zamka i jestem ready. Dumny oraz blady idę do kasy i pomimo rabatu stałego klienta płacę… 329,99 zł. Trochę boli, ale na bezpieczeństwie nie warto oszczędzać. Najważniejsze, by niunia nie musiała się niczego obawiać, bo chociaż prycha czasem jak dzika kotka, samo to nie wystarczy do obrony. Dodatkowo kolor złotej satyny, kontrastujący z czarną korbą górnego zamka też powinien Lidię nieco połechtać.
   W ramach owocnej współpracy, do dwóch kompletów kluczy od zamka i wkładki, Moś i Toś proponują bezpłatne breloczki. Już mam powiedzieć: „dziękuję, wolę bez”, gdy wzrok pada na stojak, a tam dwie zawieszki od razu biją po oczach: pestka słonecznika z krzaczastymi brwiami oraz tort z długimi rzęsami.
   – Czego to ludzie nie wymyślą – wyszczerzam mordkę i chwytam upatrzone stworki. Guma, z której są wykonane wieje tandetą, ale nie ma sensu zbyt wiele wymagać od dziadostwa za friko.
   Wracając zajeżdżam do poleconego przez Lidię kebaba. Kupuję cztery lawasze na ostro z wołowiną oraz po małej coli. Wrzucam szamę na siedzenie pasażera, a zamek, wkładkę i breloki do organizera w bagażniku. Niecałe dwadzieścia minut później wysiadam pod blokiem zlecenio… Tfu, wróć! Zazdrosnego paszczura. Idę na górę, rozdaję mordeczkom jedzenie, po czym łapię skrzynkę z narzędziami i schodzę piętro niżej. It’s showtime, bejbe!
   Wystarczy, że podchodzę do drzwi mieszkania Lidki, a już obok stoi Majkociąg. Coś tam plumka, iż się bała i ile to nerwów wpieprzyła, czy inne „ojejku”, ale zlewam ją ciepłym moczem. Krok po kroku usuwam stary zamek, montując nowszy, o wiele lepszy oraz bezpieczniejszy model. Potem zastępuję zużytą wkładkę na dole i przykręcam zapornicę. Gdy sprawdzam na zakończenie obydwa zestawy kluczy, zacieszając pod nosem z doczepionych zawieszek, w końcu dociera do mnie ignorowany głos Majki:
   – Ty to ją chyba naprawdę kochasz – wypowiada i równie szybko milknie. Spoglądam więc na trocinę, bez cienia sympatii mówiąc:
   – Ciebie to serio nie powinno obchodzić.
   Ukontentowany z wyników działań, otwieram szeroko skrzydło, wskazuję dłonią na korytarz i zmuszam pindę wzrokiem do wyjścia. Następnie zamykam drzwi na obydwa zamki od zewnątrz. Z deczka ciężkawą skrzynkę wciskam Majce do rąk i wskazuję palcem na sufit. Prędko łapie aluzję, bo obładowana zaczyna wchodzić po schodach. Ja zaś z dwoma zestawami kluczy zbiegam na dół i przeparkowuję auto bliżej własnego lokum. Gdy jestem już w środku, myję ręce, by zacząć pitrasić. Masło z datą ważności na dzisiaj pięknie się topi. Za nim w mig lecą jaja od szczęśliwej nioski. Najpierw ścinam białka, a potem ściągam patelnię z gazu i drewnianą łyżką dziugam żółtka, mieszając całość ze szczyptą soli oraz pieprzu. W tym samym czasie z tostera wypadają kromki chlebka, zatem oprószam jajówkę pociętym na drobno szczypiorkiem, po czym upycham solidną porcję pomiędzy kromkami. Całość zawijam w folię aluminiową dla utrzymania ciepła i pakuję do plastikowego pojemnika.
   – Pasuje jak ulał! – gdaczę pod nosem niczym szczęśliwy kogucik. Umytego pomidora kroję na ćwiartki, a następnie umieszczam w oddzielnym pojemniku. Nie zapominam o sztućcach zawiniętych w papierowy ręcznik. Na deser zaś pakuję co? Dużą JOGOBELLĘ! Gryzmolę jeszcze na samoprzylepnej karteczce „Niegrzeczne kobietki muszą mieć dużo siły do zabaw” i pakuję całość do torby prezentowej, która na całe szczęście jest w stanie pomieścić dodatkowe szpargały. Później już tylko chwytam pozostawione na blacie klucze oraz portfel, by wnet zbiec na dół oraz wskoczyć do „Berliśka”. Krótkie bziuuum i jestem w Dinku.
   Z szyderą na pysku mijam regały, szukając wzrokiem Kruszonki. W końcu z oddali widzę, jak walczy z paleciakiem. Mam już ochotę zaoferować pomoc, gdy zauważam mośka w fartuchu i dodaję dwa do dwóch. Palant z gruchota najwyraźniej tutaj pracuje. „Romansów się chujowi zachciało? Ja ci dopiero pokażę love story!”.
   Chrząkam teatralnie, by zgodnie z oczekiwaniem dostać od Lidki powitanie typu: „Spierdalanto – jak nie – manto”. Uwielbiam te jej przekomarzania. Sprawiają, iż od razu druciki zaczynają się w głowie zwierać. Wyszczerzam zatem szarmancko paszczę i na wzmiankę o mapie mówię:
   – Jedyny plan, jaki by mi się przydał, to twój rozkład dnia. Zapomniałaś śniadania, toteż zrobiłem ci je na obiad – wzdycham, całując ją w czółko oraz puszczam oczko. – Do tego na blacie zostawiłaś to. – Podnoszę do góry komplet z „ciasteczkiem”, po czym kładę go na wierzchu sterty, a następnie wciskam lubej torebkę w dłoń. Kocica jest tak zszokowana, że chwyta sznurki i zupełnie bezwiednie kiwa głową.
   – Zjedz póki ciepłe. Ja mam jeszcze coś do załatwienia. Do zobaczenia wieczorem, Kruszonko – dodaję oraz rzucam ostrzegawcze spojrzenie zdębiałemu fiutkowi w fartuchu. – Fajny wóz, mały (gnojku). Dzięki za bezpieczne podrzucenie mojej lejdi. Narazka! – żegnam się i odwracam na pięcie, zapodając widok na wetknięty w tylną kieszeń spodni komplet z dyndającą pestką. W duchu zmawiam zdrowaśkę, by Lidka nie zrobiła sceny. Nie lubi ich i nawet jeśli puści teraz moje zachowanie płazem, to zapewne wieczorem już nie będę taki „ura-bura szef podwóra”, tylko zagoni mnie w kozi róg oraz zmusi do beczenia. Ale już trudno. Musiałem! Po prostu MUSIAŁEM zaznaczyć swoje terytorium!
   Oddycham z ulgą wsiadając do samochodu. Niech łania ma świadomość, iż do niektórych rzeczy „trza” w życiu prawdziwego chłopa. Nie jakiegoś tam jak gąska Balbinka – Kryspinka (tak przynajmniej głosił identyfikator na cherlawej klacie).
   – Co to w ogóle za imię – Kryspa? W pasie glista, z ryja pizda? Brr… – Wzdrygam się na wspomnienie prostaka w kitlu. Na całe szczęście dałem „Kruchej” dzisiaj do myślenia i… skonsumowania. Wolałbym, by był to nasz związek, no ale czasu nie można przecież przyspieszyć.
   Mam tylko nadzieję, iż zapodane jaja przypadną Lidzi do gustu. No i, że wieczorem nie zechce zrobić wielkiego ciach-jajcem w piach oraz wepchnąć mi własnych klejnotów do gardła.

Od Autorek:

Smakowały jajeczka? – Do góry łapeczka!
Pozdrawiamy!
KociHopeCoop:)

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2507 słów i 14851 znaków, zaktualizowała 18 lip o 19:40.

3 komentarze

 
  • wiliino

    Jak zawsze odcinek ma jedną wadę : już się skończył. ;)

  • KociHopeCoop

    @wiliino, dziękujemy. Każdy odcinek dobiega końca. Przecież nie chcemy znudzić czytelnika rodziałami- tasiemcami. Pozdrawiamy! :)

  • shakadap

    Świetne.
    Piszcie dalej.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • KociHopeCoop

    @shakadap, właśnie dzięki takim komentarzom chce się tworzyć więcej.
    Dziękujemy za motywację i pozdrawiamy.  :D

  • Mirka

    Jajeczka przepyszne, jak zwykle. Szkoda, że można dać tylko jedną, a nie kopę jaj...wróć łapek.

  • KociHopeCoop

    @Mirka, łapki jak skorupki. Każda kolejna tworzy jajo... niespodziankę :D Pozdrawiamy!