„Co to to nie!” – część 47 i 48

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

47
Lidia

Ubrana w kreację zakupioną przez Mańka oraz szpilki z czerwonym obcasem, wychodzę z Berlingo, trzymając w dłoni prezent urodzinowy. Ostatni raz głęboko oddycham, a następnie podchodzę do mojego mężczyzny i podaję mu rękę, splatając palce. Mocniej ściskam męską łapę, aby upewnić się, że gołodupiec nie da nogi.
Naturalnie, że wcześniej poinformowałam rodzinkę, iż przybędę z osobą towarzyszącą, dlatego jestem przygotowana na niewygodne pytania, które z całą pewnością padną z ust mamy. Mirella na bank weźmie Maniucha pod lupę, a tata zrobi krótką inspekcję, wkładając Łysemu butelkę zimnego browara. Najgorszą ze wszystkich możliwych opcji, które ojciec ma w zanadrzu, aby pokazać co myśli, jest piwko „Harnaś – konkretnie se prze-jebałeś.”.
– Idziemy? – pytam, spoglądając na Cybulę odzianego w zasponsorowany przeze mnie outfit. Przecież nie mogłam dopuścić, żeby facio polazł na urodziny w dresie, co nie?  
– Chyba nie mamy innego wyjścia.  
Przechodzimy przez ulicę. Na działce rodziców słychać już muzykę i śmiejącą się Klarę.
Popycham do przodu furteczkę. Chrześnica biega po całym ogrodzie z siatką na motyle. Tata z zięciem wieszają kolorowe lampiony na poddaszu drewnianej chatki. Matuli nigdzie nie widać, a Mirella wypluwa płuca, dmuchając balony.
– Hejo! – wołam wesoło. Trzyletnia jubilatka w mig opuszcza trzymany kijek.
– Ciocia Ka! – Dziewczynka biegnie w naszym kierunku, lecz zatrzymuje się dwa metry przede mną. Niepewnie patrzy na nieznajomego u mego boku. Puszczam dłoń Mariana, po czym podchodzę do słoneczka w niebieskiej sukience. Przykucam i biorę w objęcia gwiazdę dzisiejszego dnia.
– Wszystkiego najlepszego, skarbeńku! Mam dla ciebie niespodziankę. – Ukazuję błyszczącą torebkę z prezentem. Śliczna twarz Klary natychmiast promienieje.  
– Papcie s jednolościem? – pyta z nadzieją, mając przy tym ogromne niebieskie oczka.
– Coś lepszego – szepczę, klepiąc opuszkiem palca mały nosek.
– Co to sa pan? – Chce wiedzieć mała dama. Jednocześnie wskazuje rączką na mojego ukochanego.
– Ten przystojny kawaler bez włosów chce poznać najpiękniejszą księżniczkę świata – odpieram tajemniczo. Biorę siostrzenicę na ręce i podchodzę z nią do „dziwnego ziomeczka”.
– Klara, to jest… – Nie mogę dokończyć, ponieważ chłop robi teatralny ukłon. Z całych sił zaciskam usta, aby nie wybuchnąć śmiechem.
– Wasza wysokość. Mam na imię Marian. – Bierze małą dłoń, a następnie całuje ją. – Najlepsze życzonka, uśmiechu i słonka! – woła radośnie. – Królowo tego dworu. Pozwól wręczyć mi podarunek.
Klara odbiera drugą kolorową tytkę, mówiąc speszone „Ciękuję.”.  
Zanim nóżki dotykają ziemi, mała blondynka biegnie w stronę rodziców i dziadka Czarka.  
– Kochany głupol – stwierdzam cicho, całując Mańka w usta.  
Chwilę później przedstawiam partnera rodzinie. Nie sądziłam, że Łysy swoją akcją tak szybko zdobędzie poszanowanie u ojca, który po przywitaniu podaje piwo „Żywiec”, oznaczające „Masz szczęście. Wyjdziesz stąd żywcem”. Siostra z matką mają uśmiech na twarzy. Natomiast mąż Mirelli, Oskar odnajduje w ekspresowym tempie wspólny temat do rozmowy z krzywodziobem.
Cybula bez chwili namysłu pomaga męskiej batalii w przygotowaniach do „fajeru”, a ja kroję warzywa na wegetariańskie szaszłyki.
Kątem oka dostrzegam, że Klara cały czas kręci się obok mego misia Koralgola, co jest bardzo dobrym znakiem.
– Gdzie go wytargałaś? – szepcze siostra, patrząc w stronę córeczki, która ciągnie Mańka za koszulę. Opowiadam w skrócie nasze pierwsze spotkanie, a także jego nietypowy przebieg.
– Łohooo. No to rzeczywiście grubo!
– Zobaczmy, jak się dalej potoczy. Jesteśmy parą od pięciu tygodni, więc... – przyznaję mimochodem.
– Ponad miesiąc i dopiero teraz… – Wciskam Mirelli marchewkę w usta, aby przestała wrzeszczeć na cały regulator. Oczywiście krowa wyciąga knebel z pyska. – … o tym gadasz?!
– Zaraz oberwiesz agrestem – grożę. Sis nie cierpi tego owocu tak samo, jak ja kiwi. Nagle na działce rozlega się głośny pisk zmieszany ze śmiechem. Spoglądamy przerażone, co się dzieje. Z ulgą wypuszczam powietrze z płuc. Maniek podrzuca Klarę w górę i ją łapie.
Tak jakby ktoś wcisnął guzik „powolnego ruchu”, odłączam słuch. Rozmarzona obserwuję wygłupiającą się dwójkę.
„Cybula byłby super tatkiem” – podpowiada podświadomość.
„Ano, byłby…” – odpieram w myślach, wzdychając zakochana po same uszy.
„To twoja jedyna szansa. Zegar biologiczny tyka” – przypomina wredna małpa siedząca z tyłu umysłu. Wtem Maniek z promienistym uśmiechem oraz siostrzenicą na rękach podchodzi do stołu, przy którym przygotowujemy jadło.
Szybko więc przeganiam głupie myśli i również wyszczerzam siekacze. Niestety spowolnione tempo wraca do normy.
– Okej, maleńka. Daj odsapnąć lajkonikowi. – Sadza dziewczynkę na ławeczce obok swojej mamusi.
– Dobrze, że jesteś. Obierzesz cukinię z grubej skóry? – rzucam do Łysego, który w mig robi się blady. Czyżby piwko „teścia” już mu w dzwon uderzyło? To niemożliwe. Marian ma dość solidny łeb i w pół wypity chmiel z pewnością nie padł na robala. Gołodupiec usadawia kuperek obok mnie, a następnie cichutko mamrocze:
– Wybacz, bejbe. – Ciutkę dyszy. – Cukinia dla mnie, to jak gołąb dla ciebie, więc pliss, kochanie… – Chłop aż zielenieje na gębie. – Wszystko, ale nie to.
„Łooołłłłł! Okeeejjjj!”. A to dopiero niusy! W sumie dość nietypowe, aby facet takiej postury, brzydził się bezbronnego warzywa, przypominającego ogórasa. Jednak potrafię zrozumieć sytuację, dlatego głaszczę łysą czuprynkę.
– Nie było pytania – pocieszam Marianello, który obdarza mnie cmokiem w usta. Czuję szturchnięcie w prawy bok. Spoglądam na sprawcę. Klara wdrapuje się na moje kolana.
– Maljan? Jestes chłopakiem cioci Ka? – pyta nieoczekiwanie niebieskooka księżniczka. Lekko zakłopotani spoglądamy na siebie. „Pif- paf. Siadło! Zastrzeliło dziecię ptaszka!”.
Szybko przejmuję inicjatywę.
– Tak. A cio? – Imituję głos bałwanka Olafa z bajki „Kraina lodu”. Trzeba jakoś wykaraskać tyłek.
– Busiakujecie sie, jak mama i tata? – docieka na cały głos. W sekundę soczysty pomidor oblewa mi pysk. „KASACJA!”.
Słyszę obok durny rechot siostry. „Przysięgam! Zaraz jebnę ją w krzaczek agrestu!”. Chrześnica ciągnie Maniucha za mankiety marynarki.
– Pofiem wam tajemnicie. Teś mam w psiećkolu chłopaka, ale jeście nie dał mi busiaka.
I co mamy odeprzeć?
– Lubie sie z nim pawić. Zafsie daje mi lisaka, alpo ciastećko. – Siostrzenica opowiada z taką powagą i pasją, iż ciężko jest utrzymać poważną minę.
– Fujek Maljan? – Wyciąga dłonie do góry, sygnalizując „wujciowi” (Heh! Niesamowicie szybko poszło), aby wziął ją na ręce.
– Słucham, księżniczko Klaro?
– Cy ty kocha… Stasiu! Stasiu! STASIU! – krzyczy na całe swoje małe gardziełko.


48
Marian

  W życiu bym nie przypuszczał, że tak szybko polubię małą dziewczynkę. Od razu widać, iż geny rodziny Damboń dały „księżniczce” mocno w żyłę. Pomimo młodego wieku, Klara potrafi zabić człowiekowi srogiego ćwieka, a i przy okazji skompromitować oraz rozłożyć na łopatki słodyczą pomieszaną z bezpośredniością. Naprawdę urocza z niej dziewuszka. Z miłą chęcią mógłbym mieć kiedyś takiego brzdąca. „Oj, chyba za szybko wybiegam marzeniami do przodu…”.
  Krzyk ekscytacji jubilatki skierowany w kierunku innego dzieciaka wyrywa mnie z zamyślenia. Nie mija pięć sekund, a siostrzenica Lidziuni wyswobodzona z męskiego uścisku, pędzi ile sił w małych nożynach przez całe podwórko. Zbyt dobrze nie widzę, kogo łapie w kleszcze przy furtce, ale śmiechom tej parki nie ma końca. Jestem z natury raczej chłodny oraz ostrożny w wyrażaniu uczuć, jednak nawet mnie taka „słit” scenka wierci kanion w serduchu. Jak to mawiają, pierwsza miłość nie rdzewieje, zatem trzeba uszanować szczenięce zaloty.
  Uśmiechnięty widoczkiem dzieciarni, zerkam z ukosa na Lidię i zauważam, że również rzuca spojrzenie na uchachane towarzystwo. Przez moment mam ochotę palnąć głupotę w stylu: „Spokojnie maj-lejdi, nasze będą jeszcze bardziej w deseczkę”, lecz gryzę się w język, „bikoz” nie wiem, czy wypada przy jej staruszkach wyjeżdżać z taką rewelacją. Jeszcze gotowi pomyśleć, iż Kruszonka już ze mną „zaciążyła”. Lepiej więc powstrzymać słowotok.
  Zamiast wbijać czarną w zakłopotanie, wyciągam z jej dłoni talerz z przygotowanymi „vegeszłykami”. Chociaż widok cukinii o mało nie przyprawia mnie o bełta, dzielnie wykładam warzywka na ruszt. Skrapiam zieleninę dodatkową porcją oliwy i zasuwam pokrywę. Z oddali Oskar vel „rachu-ciachu, mów mi brachu”, wlepia mi pionę w powietrzu oraz unosi kciuk. Widać, że trochę przerosły go całe przygotowywania do „jumprezy” i nieco już się „udziudźgał” Żywcem, ale w to mi akurat graj, bo przynajmniej mam gdzie łapami pomerdać. Zresztą, nie przybyłem tutaj wypijać drineczki (po ostatniej libacji z Lidziunią, mam ogromniasty wstręt do alko), tylko dotrzymywać towarzystwa łani, która w końcu odważyła się przedstawić mnie rodzinie. Powiem szczerze, iż jestem dumny z jej odwagi, a przy okazji zaszczycony, że nie zostałem tylko gościem od sportów łóżkowych. Taki miał być pierwotny plan, no ale… skoro „przy boku grucha urocza Krucha”, jak można nie chcieć, by została na stałe? Wywinąłbym nawet salto na pytongu, jeśli pomogłoby ją to zatrzymać. „Cóż, stały w uczuciach jestem, czego bynajmniej nie mam sobie do zarzucenia”.
  Impreza rozkręca się na całego, kiedy przybywają kolejni rodzice wraz z pociechami. Jednak nie wszyscy dorośli dali radę dojechać na czas. Niektóre dzieci przyjechały z kolegami z grupy, gdyż ich rodzice albo się spóźnią, albo będą w stanie jedynie odebrać maluchy po zabawie. Cóż, „life is brutal”. Czasem praca musi iść na pierwsze miejsce w harmonogramie i nic więcej zdziałać nie można. Czy to weekend, czy też dzień powszedni. „C'est la vie, mon companion”.
  Przez całe popołudnie, ja, Lidia, Mirella, Oskar oraz dziadkowie skakaliśmy niczym kapucynki wokół zgromadzonego towarzystwa. Poznałem kilkoro rodziców i muszę przyznać, iż nie wszyscy przypadli mi do gustu. Zwłaszcza samotni tatuśkowie, którzy obrzucali spojrzeniem moją łanię. Aż mi się cisnęło „bo w ryj dać, mogę dać”, ale jakoś to przetrwałem. „Przecież nie zrobię siary na urodzinach trzylatki!”. Największy ubaw miałem natomiast, gdy Klara usadowiona na wielkim piknikowym kocu, otwierała prezenty od wszystkich zebranych. Dostała mnóstwo różnych ubrań oraz zabawek, ale mała modnisia najbardziej uradowała buźkę z sukienki od „cioci Ka” i papci oraz piżamy od „fujcia Maljana”. Z marszu wręcz zaczęła ściągać przywdziane ubranie, żeby założyć kigurumi (Ha! Znam nazwę, ponieważ musiałem najpierw wygooglać ten zacny słowotwór), a na nie sukienkę oraz jeszcze poprawić wszystko bandaną w dziury, ale refleks Mirelli całe szczęście nie opuścił i młoda została porwana do dmuchania świeczek.
  W tej właśnie chwili, śmierdząc dymem, przygarniam do siebie swoją dziewczynę. Słońce oświetla jej zaróżowioną buzię, a moje myśli na powrót stają się grzeszne. Z chęcią uciekłbym z lubą gdzieś w ustronny kącik oraz pobuszował pod jej kiecką, jednak wiem, że moje dobre zachowanie zostanie należycie wynagrodzone. Doceniam zatem samą obecność Kruchej u boku oraz przyłączam własny baryton do śpiewania głośnego: „Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje naaaam!”.
  Wtem dociera do mnie kobiece nawoływanie. Piskliwe, donośne i gorzko znajome. Gdy ustają ostatnie wersy jubileuszowej pieśni, zauważam, jak „chłopak Klary” biegnie w kierunku bramki. Dopiero teraz zwracam uwagę na płowe loki malucha, unoszące się z każdym podskokiem oraz krzykiem: „Mamo, mamo, psegapilaś losdanie pjezentów”. Mimo to dopada matkę i czule łapie za kobiecą dłoń. Wówczas oboje odwracają sylwetki, krocząc w naszym kierunku…
  JEB! Gong i NIE-DO-WIE-RZA-NIE!!! Kolejno liczę w głowie lata oraz miesiące, by na przemian spoglądać na twarz babsztyla oraz lico młodego. Czas staje w miejscu. Moja graba umiejscowiona w rączce Lidii, zaczyna niemiłosiernie się pocić i drżeć. Wzrok, którym obrzucam „mysią” bździągwę, mógłby pewnie zabijać, ale jednocześnie widok Stasia sprawia… iż nogi mi miękną. Nie wiem, co mam robić, gdyż myśli krążące po łbie, to coś stanowczo więcej niż domysły. Chłopczyk wygląda zupełnie niczym ja za małolata. Ma te same badziewne loczki, przyprawiające o wstyd przed rówieśnikami. Męską decyzją ściąłem je w podstawówce do zera i tak się zresztą dzieje po dziś dzień. Różnica jest tylko taka, iż młody posiada dołki w policzkach po rodzicielce. Natomiast ślepka oraz kinolek są niewątpliwie „moje”...
  Mam ochotę zakląć, wrzeszczeć i zajebać popierdolone suczysko na oczach wszystkich zebranych. Ale nie zrobię tego matce swojego syna. „Bosz… koncertowo się wszystko popierdoliło. Przecież Lidia mi nie…”.
  – Coś nie tak, Marianku? – Słyszę przyciszony głos ukochanej. Czuję jej wzrok na swojej twarzy. – Kiepsko wyglądasz. Może przynieść ci szklankę wody?
  Nie mam wyboru. Muszę być fair z czarną oraz sobą samym. Kipię ze „wkurwu”, jednakże Lidia w niczym tutaj nie zawiniła, toteż szczerze i z pozoru spokojnie szepczę przez zaciśnięte zęby:
  – Spójrz tam. – Wskazuję głową w stronę nadchodzącej parki. – Widzisz tego chłopczyka?
  – No tak. To Staś, aktualny „boyfriend” Klary – odpowiada, nie do końca rozumiejąc intencję zawartą w moim pytaniu.
  – Czy kogoś ci on nie przypomina? – Odwracam głowę w stronę łani. Doskonale wiem, iż z mojej paszczy bije złość pomieszana razem ze smutkiem oraz lękiem, że zaraz kowadło zjebie mi się na baniak. – Zwróć uwagę na oczy, nos oraz włosy… które, co rano golę. Mieliśmy z nich wspólną pompę, jak ze mną mieszkałaś…
  Krucha zaczyna machać głową ode mnie do Stasia, potem od malca do jego matki, a na koniec od babsztyla z powrotem na czerwoną ze złości paszczę „Marianello, mów mi zero”. W końcu dociera do niej, co się odczynia. Otwiera szerzej oczy, po czym przez chwilę przytrzymuje mój wzrok. Z trudem panuję nad emocjami. Mam wrażenie, iż zaraz eksploduję niczym wulkan, bo para bez wątpienia bucha mi z uszu. Jestem totalnie wkurwiony i jednocześnie zagubiony. „Co za jebana kurwa! Jak mogła?! Żyła sobie chuj wie gdzie, szlajała z nie wiadomo kim, a do tego wyjechała oraz zarabiała w bliżej nieokreślony sposób... A co jeśli młody był wyśmiewany przez brak tatusia? Albo z powodu dziwki mamusi, która zmieniała fagasów z każdą napoczętą paczką prezerwatyw? Bądź…”. Szlag mnie trafia i szkarłatna krew zalewa na myśl, że dzieciak mieszka w jakimś „Pekinie”, nie dojada lub jest zaniedbywany. Z ubrań ciężko cokolwiek wyczytać, mimo to nawet w „szmateksie” można znaleźć niezłą „okryjdupę”. „Nosz kurwa pierdolona mać!”. Nie mam siły. Brak mi słów. „Co ja mam teraz począć? Jak nie pozwolić rozpaść się mojemu poukładanemu życiu? A najważniejsze: Jakim jebanym cudem nie utracić świeżo zdobytej miłości…?”.
  Serce w piersiach „napiżdża” niczym młoty u Mahujskiej. Jestem w rozsypce. Dochodzę do wniosku, iż JA, MARIAN CYBULA pierdolnę zaraz rzewnym płaczem, jeśli moja ukochana stwierdzi, iż chłop z dzieckiem na boku nie jest wart jej najmniejszego spojrzenia. Pewnie jednak zachowa się grzecznie do końca wieczora, by potem wykopać mnie ze swojego życ…
  – A to kłamliwa pizda! – Lidziunia tłumi krzyk, tylko na tyle, by nie zaalarmować pozostałych gości. Skołowany reakcją czarnej spoglądam na jej odwrócony ku Zofii (tak, kurwa, „Zosi, co się o łomot prosi”) profil. Hardy wzrok oraz zaciśnięte w wąską linię usta podpowiadają mi, bym nigdy, wręcz „never-ever” w Kruchą nie wątpił.
  Właśnie załączyła tryb obronny i ścisnęła mocniej dłoń swojego chłopaka. Na ten gest pod moimi powiekami zbiera się słona woda (pewnie przez dym z grilla…). Nikt tak silnie nie dał jeszcze „mła” do zrozumienia, iż stoi za mną murem. Wzdycham więc oraz wygłaszam jedyne słowa, jakie w takim momencie przychodzą do „paździerzowej dyńki”:
  – Kocham cię, Lidziu. Pamiętaj o tym…

Od Autorek:

Na horyzoncie czarne chmury.
Ktoś tu wylazł z mysiej dziury.
Co nam poczną Krucha z Mańkiem?
Czy wnet z pindą staną w szranki?

Jak batalia się potoczy?
Czy wydrapią sobie oczy?
Niechaj Zośka zgarnie burę...
Za to kciuki wznoście w górę!
:cheers:

Pozdrawiamy! :)
Wasze KociHopeCooperejszyn :D

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2841 słów i 17443 znaków, zaktualizowała 10 wrz o 21:01.

5 komentarzy

 
  • Majkel705

    Dopiero dzisiaj przeczytałem całą serię jednym tchem jestem pod wielkim wrażeniem brawo brawo i podobnie jak Mirosław 43bi domagam się częstszego publikowania następnych części pod groźbą FOCHA :p  :blee:  :jupi:

  • Gosc

    To opowiadanie jest naprawdę wciągające i super się czyta. Czekam na ciąg dalszy

  • KociHopeCoop

    @Gosc, bardzo nam miło przeczytać taki komentarz. :D
    Pozdrawiamy i zapraszamy za parę dni na kolejną część. :D

  • Gosc

    @KociHopeCoop  juz nie mogę się doczekać

  • Miroslaw43bi

    Domagam się częstszego publikowania następnych części pod groźbą focha (nawet jak się fochne i tak będę czytał)  :devil:

  • KociHopeCoop

    @Miroslaw43bi, witamy nowego czytelnika! :D
    Prosimy nie robić fochów. Co to to nie!  
    Bardzo nam miło, a także dziękujemy za komentarz.
    Każda "perełka" potrzebuje szlifu, dlatego prosimy o wyrozumiałość dla Autorek.  
    Nie chcemy Was zawieść!
    Pozdrawiamy! :D

  • Gaba

    Wszystkiego się spodziewałem, ale takiego numeru... Jesteście NIE-SA-MO-WI-TE!!!  
    Dzięki!
    /i znowu pięć dni czekania... /
    Pozdrawiam 💪👍

  • KociHopeCoop

    @Gaba, pięknie dziękujemy oraz polecamy się na przyszłość.  :D Pozdrawiamy!

  • shakadap

    Oj podziało się niemało
    Maniek z Kruchą mają HALO
    Życie tak się ułożyło
    Że się wszystko znów spieprzyło.
    Autoreczki niezrównane
    Łapka w górę niezachwianie

    Na ciąg dalszy tutaj czekam
    Niechaj czas szybko ucieka

    A Wam życzę powodzenia  
    Niechaj Wena się nie zmnienia
    Niech Wam zawszy towarzyszy
    Nie zostawia nigdy w Ciszy.

    Pozdrawiam

  • KociHopeCoop

    @shakadap  :bravo: Ogromnie dziękujemy  za  przemiłe słowa!  
    Wierszyk bomba!  
    Właśnie odkrywamy talent czytelnika  - Jak tu nie dostać na jego punkcie bzika? :yahoo:  
    Cieplutko pozdrawiamy!  :cheers: