„Co to to nie!” – część 51 i 52

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

51
Lidia

  Pewna własnych sił stąpam przed siebie z nowo naładowaną energią. Nikt i nic, a zwłaszcza jakaś pierdyknięta Zosienia – jedynie dobra do dupczenia, nie wytrąci Kruszonki z równowagi. „Co to to nie!”.
Miłosny akt w samochodzie sprawił, że czuję się jak osiemnastolatka. Tak! Z trzydziestką na „puklu” uprawiałam dziki seks z mężczyzną swoich marzeń! Trochę odjechana sprawa, ale co mnie to tam? Najważniejsze, iż jestem gotowa wypolerować gnidzie „spojler”. Tylko najpierw muszę usunąć resztki po współżyciu oraz…
Wchodząc na posesję, prowokującym wzrokiem spoglądam na mamusię Stasia. Zazdrość maluje się na jej szczurzej twarzyczce. „Patrz, pindo! HA! Niech cię suty swędzą i łono szarpie!”.
Z diabelskim uśmiechem na ustach, ciągnę ukochanego w stronę drewnianej chatki, w której znajduje się prowizoryczna toaleta.
Słowa w tym wypadku są zbędne. Oboje wiemy, co mamy do roboty.  
Chwilę później wzrokiem przeczesuję pomieszczenie w poszukiwaniu „słynnej” doniczki mamusi. W mig paszczę zdobi rogal. Bez namysłu łapię szklankę z wiszącej szafki i nalewam ćwiartkę wysokoprocentowego soczku z czarnej porzeczki.  
Jak mawiają seniorzy Damboń: „Nie liczy się smak, lecz skutek”.
– Bierz z połykiem – rozkazuję Mańkowi, podając mu szkło z ciemnym trunkiem.
– Nie ja jestem od ssania – stwierdza, ale siorbie grzecznie prawie do dna, wykrzywiając przy tym japę. – Fuj. Co za…?
– Nie bądź mięczak. Pi(j) to – ostrzegam. – Wstrętny kompocik posiada moc. Potrzebujesz takowy strzał. Muszę postawić cię na równe nogi.  
I tak mam zamiar spędzić urlop na działce, więc dzisiejsze towarzystwo Marianello jest mi jak najbardziej w dechę. Przynajmniej będę mieć pewność, że nie rozdupczy się gdzieś w drodze powrotnej. Prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu jest śmiertelnym połączeniem, a do tego nie dopuszczę!
Cybula odstawia pustą szklanicę, kilka razy potrząsa głową i robi minę, jakby zaraz miał puścić pawia.
Nalewam sobie mniejszy shot, który wlewam do gardła „Bleeee! Paskudztwo!”.
Chwytam gołodupca za barki, a następnie patrzę głęboko w oczy.
– Gotowy? – Chcę wiedzieć. Zresztą, po co pytam? Nadszedł czas na zakończenie dnia z dosłownym szczytowaniem. Jestem ciekawa, ile sekund będzie potrzebowała dziewucha, żeby wyjechać na wstecznym. Typowe „R” jak rakieta. Hihihi.
Nie czekając na odpowiedź, splatam nasze dłonie. Niczym dumna pani „wyżej sra, niż dupę ma”, wychodzę z Marianem z domku. W ułamku sekundy odnajduję pustelniczkę, stojącą obok krzaczka hortensji. „Jeszcze kuprem złamie ładnego kwiatuszka!”.
Z satysfakcją obieram kierunek w tamtą stronę.
– Wiesz, kochanie? Niedługo kończymy remont mieszkania… – Robię teatralną przerwę. – Co byś powiedział, jakbyśmy spłodzili małe „Cybulątko”? – mówię trochę głośniej. – Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zadbać o radość w rodzinie. Mamusia Tereska od dwóch lat suszy nam zadek tym tematem. – Lecę ze ściemą, a kątem oka dostrzegam niezadowoloną minę Zosiulki.  
Ściskam dłoń wybranka. Marian od razu odwzajemnia dotyk, dając mi w ten sposób odpowiedź: „Czaję bazę”.
Bardzo dobrze.
– Wiem, że do ślubu mamy jeszcze trzy miesiące, lecz po co zwlekać? Klara będzie wspaniałą kuzynką – stwierdzam słodziutko. Spoglądam na gołodupca, który z całych sił stara się utrzymać fason. Nie wiem, czy za bardzo nie przeginam pały. W końcu nigdy nie przeprowadzaliśmy takiego tematu, bo niby też po co?  
Chłop luka na mnie dość zmieszany i jeśli w tej chwili nie ukaże żadnej reakcji, to spalę żywcem buraka. Będzie klops jak cholera, kiedy „fejk nius” nie pójdzie piczy w pięty.
– Skarbie, właśnie stałem się najszczęśliwszym ziomeczkiem pod słońcem.– Przyciąga mnie do siebie, a następnie składa na ustach krótki, ale za to bardzo słodki pocałunek. – Kocham cię jak wariatuńcio – mamrocze.
Niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć.
– Ty bydlaku! W ten sposób chcesz wyprzeć się własnego dzieciaka?! – Słyszę syk byłej kochanki krzywodzioba.
Odwracamy twarze w jej stronę. Robię „check” kobiety z góry na dół, z dołu do góry. Niech menda poczuje, co to znaczy pogarda.  
– Jakiego? – dopytuje bez zainteresowania mój ukochany. Pierwszy strzał w ryło… Odhaczony.
Kobieta podchodzi do nas jeszcze bliżej.
– Dobrze wiesz, o czym mówię. Zaszłam w ciążę, a ty mnie porzuciłeś – cedzi, świdrując Mariana wzrokiem.
Nie no, zaraz rąbnę śmiechem! Wiedziałam, iż fasada pindy zacznie odchodzić niczym tapeta od ściany. Jednak szukanie winy u kogoś, jest zagraniem poniżej zera.
– Taa… Może cukinię chciałabyś do tego? Tak się składa, że nie na moim gnoju wyrosła ta rewelacja. Byłaś kłamliwą suką i jesteś nią nadal. Czego oczekujesz? Rozpierdolenia mojego idealnego związku z narzeczoną? – Pochyla się do przodu, zbliżając w ten sposób twarz do swojej eks. – Przyznaj, Zofio. Dopóki młody nie zaczął być podobny do mnie, sama nie wiedziałaś, do kogo należał plemnik. Jeśli się okaże, iż Stasiu jest moim synem, to malec ma ustawione życie. Zadbam o niego. Daję ci zatem miesiąc na wyprostowanie sprawy. – Zniża głos. – Nie dostosujesz się do ultimatum, masz na karku gwarantowanego prawnika. Chuj mnie obchodzi, że sprowadzisz na siebie hańbę. Nawarzyłaś piwa? To je teraz sama wyżłop. Nie ja dawałem dupy i nie rozkraczałem ud. A teraz buda stąd – Ziomek się prostuje. – Czółko, gżegżółko, co puszcza się w kółko.
Tak jakby Maniuch chciał jeszcze bardziej dopiec piczy, unosi moją dłoń i całuje złoty krążek z małym rubinem na serdecznym palcu. Pierścionek ten dostałam na osiemnaste urodziny od świętej pamięci babci.  
Na odchodne, jeszcze raz „przelatuję” panienkę wzrokiem. Kobieta z istną żądzą mordu zaciska pięści. Babsko bez dwóch zdań wpadło jak śliwka w kompot.
– Egoistka z pewnością odbierze synowi przedszkolną przyjaźń – odpieram na tyle głośno, żeby zdzira mnie usłyszała, po czym idziemy do pozostałych gości.
Chwilę później Zofia bierze Stasia za rączkę i żegna grono. Oczywiście duma jej nie pozwala, aby spojrzeć w naszą stronę. Najwyraźniej harpun trafił w odpowiednie miejsce.
No, szkoda mi chłopaczka. Najgorsze w tym wszystkim, że malec nic nie może poradzić, za matkę wariatkę. Nie tylko skrzywdziła Mariana, ale jeszcze bardziej rani synka, opowiadając takie bzdury. W dodatku oczekuje od gołodupca, by się nie wypierał dziecka, chociaż niecałą godzinę temu sama uśmierciła życiodawcę. „Ludzie kochani! To dopiero bezczelność w jasny dzień!”.  

  Ostatni imprezowicze poszli kwadrans temu. Niczym zorganizowana grupa „powiew świeżości”, sprzątamy chlew pozostawiony przez uczestników. Marian trzyma worek na śmieci, ja z Mirellą wrzucamy do niego plastikowe naczynia. Mama zakrywa resztki jedzenia folią aluminiową, tata ogarnia grill, a Oskar poszedł przebrać Klarę w cieplejsze ciuszki.  
Atmosfera wokół nas jest coraz cięższa. Czuję, że lada chwila natężenie ciekawości wybuchnie niczym butla gazowa.
Nagle ojczulek podchodzi z dwoma Żywcami i jednego podaje krzywodziobowi. W tym samym czasie chrześnica odziana w legginsy oraz bluzkę z długim rękawem biegnie w naszą stronę.
– Fujek Maljan! Latuj! Tata ce odglyść mi nośek! – woła rozbawiona, wyciągając rączki do swojego wybawiciela.
Kilka minut później siedzimy pod zadaszeniem. Siostra sączy jakiś soczek, szwagier prawie zasypia, ojciec bierze kolejny łyk piwa. Ja z Bożenką trzymamy w dłoni drinka nieznanego mi pochodzenia, natomiast siostrzenica ma wtuloną twarz w szeroką klatkę piersiową wujaszka, który gładzi dziecinkę po główce i pleckach.
Niby próbujemy prowadzić luźną rozmowę, lecz wiem, iż nadeszła pora wypuścić czarnego kota z pieprzonego wora.  
– Wiecie coś więcej o tej całej Zofii oraz Staszku? – rzucam pytanie.
– Niewiele mogę powiedzieć na jej temat, za to mamcia miała okazję uciąć sobie pogawędkę z „miss silikonowych dojek”. – Siorka wskazuje brodą na rodzicielkę.
– Nie przepadam za tą kobietą. Lubi stać w centrum uwagi. Każde wypowiedziane słowo z jej ust jest kłamstwem. Swoimi szurniętymi historyjkami robi się ofiarą i biedaczką. Przecież żmija pluje jadem na wszystkie strony. Rzekomo pracuje za biurkiem w jakimś salonie samochodowym. Nie będę zdziwiona, jeśli klienci mieli wgląd pod maskę… a tam silnika brak.
– Mamo! – wołam zaskoczona słownictwem rodzicielki.
– To więcej niż pewne – mamrocze Marian po mojej prawej. – Ponad cztery lata temu byłem z Zofią zaręczony. Dzisiaj widziałam ją po raz pierwszy od przyłapania na zdradzie z szefem. Jak zapewne zauważyliście… – schodzi z tonu. – Prawdopodobnie jestem ojcem Stasia – przyznaje ze wstydem. Dwoma palcami wolnej dłoni naciska nasadę nosa. – Ależ wszystko się popierdoliło! – Nabiera głęboko powietrza. – Po kolei.
  Siedzący obok mnie mężczyzna opowiada rodzinie o przeżyciach sprzed paru lat oraz o tym, co poczuł, gdy dziś „przez krzaczki” dowiedział się, że ponoć ma syna.
Cały czas trzymam dłoń na udzie Mariana, aby wiedział o moim wsparciu. Na bank chłopkowi jest nieprzyjemnie o tym gadać, zwłaszcza w tak durnej okoliczności.
Wtem dociera do mnie bardzo ważna rzecz…
Kocham Maniucha i nie potrafię wyobrazić sobie przyszłości bez niego.
– Te, młody? – Czarek daje głosu. – Nie pękaj. Jedynym wyzwaniem, jakie teraz masz, jest Lidzia. Odziedziczyła najgorsze cechy po Bożence! – Zaczyna się głośno śmiać i unosi browara do toastu.  
„A wcale, że nie!”. Wyciągam do staruszka niewidzialny ozór.

52
Marian

  Kończąc historię mojego związku-niewypału, podnoszę wzrok na wiszącą pod dachem doniczkę i od razu zaczynam w głowie wyrywać płatki z rosnącej tam stokrotki. – „Zajebie mnie. Nie zajebie. Zajebie. Nie zajebie… Nie no, na bank mnie zajebie” – kwituję w myślach, gotowy na gong ze strony Cezarego Damboń. Gdy jednak słyszę żartobliwy ton oraz jestem ponaglony do stuknięcia butelkami z browcem, myślę tylko: „Tato, szkoda, że nie dane ci było poznać tego gosteczka”.  
  Robi mi się jednocześnie przyjemnie i smutno. Chciałbym, by Stanisław Cybula siedział teraz obok mnie, kiwał głową oraz przybijał ze staruszkiem Lidii piąteczkę. Czuję, iż pod powiekami rura zaczyna znowu przeciekać. Nic na to nie poradzę, iż brak mi w tej chwili ojca bardziej niż kiedykolwiek. Jednocześnie wnętrze rozpiera wdzięczność, że rodzice Kruszonki są tak pełni empatii.
  – Ja… – zaczynam, ale drżący głos odmawia posłuszeństwa, zatem szybko przerywam. Opuszczam wzrok i zauważam dłoń lubej na swoim udzie. Prędko chwytam drobną rączkę oraz splatam nasze palce, które sekundę później Lidia zaciska jeszcze mocniej. Od razu uśmiecham się na mówiący wprost gest: „Jestem tutaj”. Nawet nie muszę zerkać na ukochaną.  
  Znacznie pewniejszy podnoszę wyżej głowę i kończę, co zacząłem. – Dziękuję państwu za zrozumienie oraz wsparcie. Zupełnie tego nie oczekiwałem.
  Czarek dumny niczym paw, wypowiada następujące słowa:
  – W dzisiejszych czasach pełno jest kobiet, które wodzą za nos i czułymi słówkami łapią facetów na haczyk. Wygrzebanie z brudnego bajora takich perełek jak moje córki, graniczy niemal z cudem. – Klepie mnie przyjaźnie po plecach, a w tym samym czasie mama Lidzi teatralnie chrząka. – Oczywiście dojrzały w łonie najcudowniejszej matki. – Senior puszcza oczko do małżonki. – „Chrapacz” wie, o czym mówię. Ty też niebawem to dostrzeżesz. – Rozbawiony zerka na śpiącego Oskara i wracając wzrokiem ku żonie dopowiada. – Prawda, najdroższa muszelko?
  Bożenka uśmiecha się ciepło do życiowego wybranka, po czym szybko przenosi na mnie spojrzenie:
  – Nie myśl, Marianie, że nie zauważyłam, co jest grane. Jak cię tylko zobaczyłam, od razu pomyślałam o Stasiu. Malec wygląda toczka w toczkę, niczym ty. Z początku ogarnęło mnie przerażenie, nie przeczę. Kiedy jednak ujrzałam twoją reakcję na kroczące babsko, w mig zrozumiałam, iż jesteś tak samo zaskoczony, jak ja na początku. A gdy od razu powiedziałeś o tym Lidii… bo wiecie, cały czas was obserwowałam… to po prostu musiałam zainterweniować. Nie chciałam podsłuchiwać, mimo to zadbałam, aby nie wyniknęła z tego jakaś scena. Więc wyskoczyłam z babeczką na „babsztyl-eciora”. – Kobieta „zaciesza” głośno z własnego żartu o połączeniu babsztyla ze szkieletem. – Może to słaba obrona przed chudą szkapą, ale stonowałam jej zachowanie. Jednakże sam fakt, iż nic przed naszą Lidzią nie próbowałeś zatajać i podzieliłeś się z nami obawami, świadczy, iż masz co do córuchny poważne zamiary. – Mamcia przeskakuje wzrokiem na Kruchą. – Promieniejesz przy nim, skarbie. Nie mamy zatem powodów, by być przeciwni temu związkowi. Ba! – unosi głos. – Zrobimy wszystko, żeby wam pomóc! – Wraca spojrzeniem do męża. – Racja, milordzie?  
  – Aje, pani kapitan! – przytakuje ochoczo ojciec. – Jeśli to uszczęśliwi naszą kruszynkę, babę wytępimy jak chwasty z ogródka. Jeszcze mam trochę „Roundup-u” w komórce…

  Kolejna godzinka upłynęła znacznie spokojniej. Rozmawialiśmy o mojej pracy, mamie, siostrze i związku z łanią. O ojcu jedynie wspomniałem, gdyż nie chciałem zbytnio szarpać rozdrapanej już dzisiaj rany. Państwo Damboń nie naciskali na więcej. Gdy jednak Oskar przybił gwoździa do stołu, Mirella zadecydowała, iż czas ruszyć w drogę powrotną. Niewiele mówiła podczas całego „posiedzenia”, toteż miałem wrażenie, iż jako jedyna była niezadowolona z rewelacji zwanej „domniemanym synem Cybuli”. Jednakże na odchodne zaskoczyła mnie przyjacielskim „przytulaskiem” oraz słowami: „Takiego teamu jak my, jeszcze nigdy nie spotkałeś. Pokażemy Zośce, gdzie pizdy zimują”. No i jak tu Damboniów nie kochać?
  Starsza z sióstr odjechała razem z wtaszczonym do auta mężem, zaniesioną przeze mnie Klarcią oraz obydwojgiem rodziców.  
  My zostaliśmy na działce z racji wypitych procentów. Umówiliśmy się, że następnego dnia Lidia odstawi samochód seniorów, natomiast ja pojadę do domu załatwić parę spraw i zgarnę ją później, by podrzucić ponownie na działkę na zasłużony wypoczynek. Torba z ciuchami oraz najpotrzebniejszymi szpargałami leżały bowiem spakowana na pace „Berliśka”.
  – A może nie chcesz, żebym tutaj została na dwa tygodnie? – Wystarczy, iż Krucha rzuca od drzwi idiotyczne pytanie, a już „Bozia ją karze” burczeniem w brzuchu. – Oj, sorry. „Wymskło” mi się.
  Jesteśmy już sami w małym domku, zatem wyciągam obie dłonie przed siebie:
  – Tulimy? – pytam z uśmiechem na ustach. Luba szybko wyszczerza mordkę oraz wpada w męskie ramiona.
  – TU-LI-MY! – Otrzymuję odpowiedź. Następnie miła ściska mnie z całej siły, robiąc trzy głośne: „AH! AH! AH!”. Nie ma to tamto. Kocham Dambosię z każdym nowym dniem coraz bardziej.
  – „Mężuś” będzie cię często odwiedzał, maleńka – szepczę w jej włosy. Zapach dymu znacznie już zelżał. – A ty wypocznij. Musisz naładować „bateryjki”.
  – Ale obiecujesz, że zajrzysz do mnie, co jakiś czas? – Unosi głowę i obdarza mnie spojrzeniem. – Musimy przecież obmyślić plan działania.
  – Słowo budowlańca. – Daję czarnej cmoka w czółko. – A teraz idziemy cię nakarmić.
  – Chyba już trochę za późno na „papu”. – Zerka na starodawny zegarek z kukułką, wiszący nad mega trzeszczącym tapczanem (czeka nas doprawdy hałaśliwa nocka). – Jak mawiają znawcy odżywiania: „Jest po osiemnastej, a po tej godzinie…”.
  – Je się najwięcej. – Wchodzę jej w słowo. Jeszcze tego brakuje, by zaczęła „poprawiać” ciałko. – Czy ty dzisiaj w ogóle coś jadłaś?
  Łania spuszcza głowę oraz mamrocze pod nosem:
  – „Dziubnęłam” trochę grillowanej cukinii…
  Włosy stają mi dęba (wszystkie). Trzeba Kruchą pędem nakarmić, bo jeszcze dostanie jakiegoś zatrucia.
  – Kaszana odgrzewana będzie wpierdalana! – ciągnę dziołchę do pseudo kuchni i sadzam na turystycznym krześle przy plastikowym stole. – Nie ma bata! Nie dam ci zdechnąć od tego paskudztwa!
  – Czemu masz taki wstręt do zwykłego warzywa? – pada pytanie za plecami. Odwijany z folii aluminiowej talerz niemal wypada mi z łap. Szybko jednak odzyskuję rezon, zaczynając wymieniać wszystkie „przewinienia”:
  – Placki z cukinii, makaron z cukinii, cukinia faszerowana, cukinia grillowana, tarta z cukinią, leczo z cukinią, od święta tłusta cukinia w panierce. Tym mnie właśnie karmiła Zośka, kiedy zrzucała kilogramy dla szefuńcia. Nie dziw się więc, iż mam „bełta” w przełyku, gdy o „niej” pomyślę… W sumie bardziej o „nich”, ponieważ zarówno kucharka, jak i główny składnik są tak samo niezjadliwe.
Następuje kilka sekund ciszy. Być może Kruszonka rozmyśla nad tym, co powiedziałem.
  – Zostaw to. – Poprzez ciche ziewnięcie słyszę stłumione słowa oraz równocześnie czuję, oplatające mnie w pasie ramiona. – Zjemy rano. Za dużo było dzisiaj wrażeń. Chodźmy po prostu spać.
  Chwilę walczę z samym sobą, ale zmęczenie w głosie łani przekonuje mnie do jej pomysłu.
  – Czyli kaszana podsmażana będzie grana z rana? – dopytuję, bo chcę mieć pewność, że luba nadrobi jutro pominięte posiłki. – Nie chcę byś padła z głodu.
  W odpowiedzi drobne łapki opuszczają mój brzuch i przeczesują powietrze w poszukiwaniu wałówy, którą nadal trzymam w dłoniach. Moment później Lidia odnajduje folię z jedną „kiszką”. Chwyta zimny już flaczek, po czym mnie puszcza, opiera się o blat, ściąga sreberko (które sama, jak świstak od Milki zawinęła) i pędem wcina niby kolację. Kilka sekund później „na-na-na-na, na-na-na-na…ojeee… krwista kaszana zostaje zszamana”.  
  – Zrobione – odpiera Krucha z bananem na pyszczku, a następnie opłukuje usta wodą z kranu przy mikro zlewie. Kolejno myje dłonie, wyciera je w papierowy ręcznik (mam wówczas déjà vu z wygrzebywania malin spod „tortowej ciapy”) i porywa mnie biegiem w stronę „jęczącego wyra”.

  Zalegamy na legowisku „w opakowaniach”, nie mając siły na żadne amory, czy nawet prysznic lub mycie zębów. Oboje pachniemy potem oraz dymem. Ja dodatkowo mam ślady łez na policzkach. Tulimy się mocno na małej powierzchni, przykryci drapiącym, wełnianym kocem. To jeden z tych dni, kiedy nic tak nie pomaga od dotyku i ciepła, które może dać jedynie ukochana osoba. Nic więcej nie potrzeba poza kołysanką z bijących obok siebie serc. Chociaż zwykle zgrywam macho, dociera do mnie, że w „Kruszonkowych” ramionach odnalazłem swój azyl. Tutaj mogę być sobą. Dlatego mówię, mając już opary snu na ustach:  
  – Kocham cię, Lidziu.
  „Ja ciebie też” wystarczy, by wyciągnięto mi wtyczkę.  
  Taki zanik prądu, mogę mieć… ZAWSZE!

Od Autorek:

Ludzie, ludziska,
jest taka sprawa.
Trochę już trwa  
z naszym tekstem zabawa.

Mamy więc prośbę,
skromną w ogóle.
By, jeśli was bawi,
dać łapkę w górę.

Bo pięćdziesięciu,
nie było wcale,
A wciąż gimnastykuje
się z Lidzią Marianek...

Więc co wy na to?
Pomysł jest przedni?
Przybijemy też piątkę,  
gdy będzie komencik ;)

Pozdrawiamy!
KociHopeCoop :D

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 3262 słów i 19922 znaków, zaktualizowała 20 wrz o 20:43.

3 komentarze

 
  • Majkel705

    Kolejny odcinek pierwsza klasa czyta się lekko łatwo i przyjemnie po prostu jednym tchem

  • KociHopeCoop

    @Majkel705, dziękujemy bardzo!  Zapraszamy za parę dni na kolejną część!  :D  
    Pozdrawiamy!

  • Black Crowe

    Ale pisanie! Mało kiedy tak czekam na kolejne części.
    Mam jednak jedno "ale" - od dwóch - trzech części zauważam, że Szacowne Autorki tak jakby złagodniały, zrobiły się bardzo "mild" językowo. Ale może tylko mi się wydaje? Co nie znaczy, że to zarzut, wręcz przeciwnie! Pisanie znakomite! Trzymajcie tak dalej!
    Łapa oczywizda jest!

  • KociHopeCoop

    @Black Crowe, dziękujemy za wizytę i pierwszy komentarz. Zapraszamy częściej:) Są tematy, z których jednak nie ma co żartować. Maniuś jest w czarnej tymtyrymtym i zarówno on, jak i Krucha muszą sobie z tym poradzić. A w jakiż to sposób? Cóż... zdradzimy tylko, iż dość nietypowy ;)

  • Black Crowe

    @KociHopeCoop pierwszy komentarz tak, ale nie pierwsze odwiedziny, od samego początku jestem z Wami, Lidią i Marianem. Czy M jest w czarności? Ja wiem? Przecież ma tak potężne wsparcie Gangu Damboniów, że aż...! Teraz musi być tylko wielkie mnóstwo OK! Ale--- zobaczymy co wymyślicie. Ja wierzę w Was, że jeszcze wiórki się posypią.
    A swoją drogą, mix Koci+Hope = rewelacja! Dzięki i pozdrawiam

  • Gaba

    No i znowu pikne! Jesteście wielkie! Znakomicie się czyta. I znowu pięć dni czekania....
    Pozdrawiam Was

  • KociHopeCoop

    @Gaba, dziękujemy pięknie i zapraszamy niebawem na kolejną część.  
    Pozdrawiamy.