„Co to to nie!” – część 9 i 10

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

9
Lidia

No patrzcie co za POETA, który z balkonu wycharczał SONETA!
Shakespeare XXI wieku i jego współczesna odsłona Romea.
„Ja jebie!”
Przeciskam się do mieszkania, rżąc jak na pastwisku źrebie. Co to ziomek ćwierkał pod dziobem o jakiejś fakturze pod drzwiami, żebym dotknęła ją rączkami?
Pewnie ma koleś wysoką gorączkę albo został oślepiony urodą Mahujskiej, że mu się mózg lasuje.  
Jeszcze nie poczuł na ryju moich kosteczek, a już wystawił pieprzony rachuneczek?
Otwieram drzwi wejściowe. Na wycieraczce stoi wiadro w pastelowych barwach, ozdobione jednorożcem i tęczą posypaną brokatem, nawet uchwyt pokrywki posiada złoty róg, a na nim przyklejony krótki druk.
Ten gostek ma gejowskie smaczki.  
Odrywam karteczkę samoprzylepną. Z całych sił próbuję rozszyfrować widniejące szlaczki.
„Szanujmy przyrodę, nie zaśmiecajmy trawki. To nie pasuje do pięknej sąsiadki.”
Zgniatam zapiskę, chwytam za sterczący rożek i podnoszę pokrywkę.  
No nie wierzę! Na chu mi kilo piasku? Mam z niego zrobić sobie plażę na balkonie czy co?
Muszę przyznać, że gołodupiec ma zabawne pomysły. Delikatnie się uśmiecham pod nosem. Teraz trzeba pomyśleć, jak odbić piłeczkę z powrotem.
Wnoszę prezent do środka, a następnie idę do kuchni, żeby ulepić sobie jakąś kanapkę.
   Otwieram lodówkę, z której unosi się smród sera Gorgonzola. Mhmm pyszności!
Nagle przechodzi mi przez myśl zrobienie mieszanki podobnej do bełtu z odrobiną cuchnącego serka. Wlać miksturę do wiaderka, napisać „Rzygam tęczą” i oddać przesyłkę do nadawcy. Jednak szybko wymazuję ten pomysł. Szkoda będzie tak zacnego kunsztu mistera „Kotleta”. Poświęciła się chłopina. Poza tym mogę w użyteczny sposób wykorzystać prezencik, jako piaskownica dla Klary – mojej dwuletniej siostrzenicy.  
Na szczęście jutro jest czwartek, a to oznacza, że mam dzień wolny. Nikt i nic nie zmusi mnie do wstania z pierza wcześniej niż dziesiąta godzina.
Z kanapką w dłoni, sadzam cztery litery na sofie. Życie singielki z jednej strony jest super. Nikt ci dupy nie truje, jednak bywają takie wieczory jak ten, że człowiek czuje się samotny. Owszem, mogłabym wyskoczyć do baru albo spotkać się z koleżankami. Problem w tym, że nie chcę się nikomu narzucać. Kilka lat temu było wszystko łatwiejsze, cieszyłam się dosłownie życiem. A teraz? Siedzę sama w czterech murach, zabijając pustkę serialami lub durną grą na fonie. Przy 2817 level Fischdom, zaczynam wymiotować sardelkami i srać muszelkami. Niestety uroki pięknych, młodych lat szlag trafił. Za kilka dni wchodzę w trzecią dekadę mego istnienia. Rówieśniczki mają założone rodziny, a ja do tej pory nie trafiłam na normalnego faceta. Za każdym razem jakieś gówno przykleiło mi się do podeszwy. Po kilku miesiącach „obuwie” wywaliłam na śmietnik.
Chociaż zjadłam mini kolację, to czuję doła i niedosyt.
Pierdolę! Mam jutro wolne!
Wstaję z wersalki.
– Winko, kochanie? Gdzie jesteś?

Drutututututuuuuuuuuuu.
Ijąąąąąąąąąąąąąąłłłłłłłłłłłłł.
Beng, beng, beng.
Drutututututu.
Ijąąąąąąąąąąąąąąąłłłłłłłłłłł.
Beng, beng, beng.

  Przyciskam mocniej poduszkę do głowy.
To kurwa nie może być prawdą!!! 7:30 rano, a piętro wyżej młotki wyjeżdżają z dyskoteką.  
ZABIJĘ!
Wkurwiona wstaję, naciągam pierwsze lepsze łachy, nawet mordy i zębów nie myję, by móc strzelić słowną wiązankę tym patałachom nad moją głową. Wybiegam na klatkę z istną żądzą mordu, kiedy w ostatniej sekundzie przeskakuję przez coś pod nogami.
Gapię się, a to kurwa karmik dla ptaszków z ziarenkami solonego słonecznika.
OOOOO! Teraz sobie przejebałeś!  
Wchodzę do mieszkania, otwieram szufladę i tak długo kombinuję, aż udaje mi się skonstruować odpowiednią broń. Idealnie stabilna!
Na folię żywnościową daję trochę serka z odorem, mieszam go markerem – pal licho z pisakiem – zawijam bombę w kulkę i wychodzę na balkon.
Do prowizorycznej procy, którą utworzyłam z drewnianego obracaka do mięsa, wkładam pocisk. Napinam gumę. Cel, pal.
Gong! Za pierwszym razem bomba siada, rozpryskując się nie tylko na oknie gołodupca.
„Gołąbek przesyła wiadomość specjalną – Sram na ciebie.”.

10
Marian

   Ogolony a także wypsiukany Dangerous Men wciskam klatę w opiętą czarną polówkę. Mocno podkreśla hebanowe i podkrążone z powodu braku snu ślepia. Następnie na zad zakładam niebieskie dżiny, do których wpuszczam dół koszulki i zapinam pasek. Jestem wkurwiony na maksa, a to jeszcze bardziej nakręca mnie do działania. „Chciałaś wojny, królewno? Będziesz ją miała!”.
   Nie mam czasu się ceregielić z kawą, więc tylko wrzucam potrzebne szpargały do plecaka, zakładam adaśki i wychodząc, nieco za mocno trzaskam skrzydłem o futrynę. Zbiegam na dół, po czym odpalam Berlingo. W kilka minut jestem już w Dino, gdzie z mordem w oczach mijam alejki, szukając wzrokiem przyczyny dzisiejszego niewyspania. Niestety psikusiary nigdzie nie widzę. W końcu jednak trafiam na Tolkę, zatem wypytuję młodą o Lidię i dostaję info, że dziołcha dzisiaj zaczyna zmianę punkt trzynasta. Wrząca krew powoli sięga poziomu czoła, ale jako że nie chcę robić rabanu, uprzejmie dziękuję, pędem opuszczając przybytek.
   Plan w głowie coraz bardziej mi się nakreśla, więc daję wsteka i jadę pod blok zleceniodawczyni. Wbiegam, biorąc po kilka stopni na raz, wpadam na miejsce remontu i witam załogę. Szybko rzucam wytyczne, mówiąc, że przez kilka dni będę niedostępny, gdyż muszę ogarnąć „pewny projekt”. Rzecz jasna, glista nie chce mnie wypuścić bez „poczęstunku” i kawy, toteż z grzeczności łapię w drodze kawałek brownie z fasoli (fuj, be!), a kawę przelewam do wyciągniętego z plecaka termicznego kubsona. W odpowiedzi Majka wypierdala zasmucone wary na wierzch, jednak nie mam dzisiaj najmniejszej ochoty na sweet-dzióbki. „Sorry, memory, załóż se stanik na suche wory”.
   Wolny od wzroku łapiących brechę kolesiów, mijam pindę, kierując kroki na piętro poniżej. Upewniwszy się, iż za mną paszczur nie polazł, wciskam przycisk dzwonka i cierpliwie czekam, aż niunia przywlecze dupsko pod drzwi. Dobrze, że zdążyłem zakryć paluchem judasza, więc mogę wziąć ją z zaskoczenia. Zerkam na zegarek i w myślach stwierdzam, iż dziesiąta dwadzieścia cztery, to najwyższy czas na zwleczenie zwłok z wyra. Pomimo to nadal odpowiada mi cisza, więc z natarczywością godną dzięcioła, raz po raz gwałcę dzwonek i nie odpuszczam, dopóki ze środka nie dochodzi gderanie:
   – Kto tak napieprza od bladego świtu?! Ludu kochany, czy w tym kraju nie można mieć chociaż jednego poranka świętego spoko... – Z tymi słowami otwiera wrota, a ja nie dając jej dokończyć, wpierdalam się centralnie do środka i zamykam za sobą drzwi.
   Lidka jest zaskoczona w opór, w co mi wybitnie graj, więc zanim zdąży zareagować, przyszpilam lubą plecami do szafy i podnoszę brodę lekko do góry. Nie czekając, aż zacznie coś ujadać, rzucam na wydechu:
   – Myślisz, że jesteś taka zabawna? – pytam, śląc patrzałami grom za gromem. Zaciśnięta szczęka na bank wysyła sygnały, że lepiej ze mną dziś nie tańcować. – To ja ci tu wczoraj karmniczek z dobrego serca postawiłem, zanim tylko zaczęliśmy robotę, a ty na podziękowanie rozjebałaś mi pleśniaka na oknie? Nie spałem całą noc, zmywając te cuchnące gówno z barierki, kafelków, parapetu i szyby. Gdy wróciłem po pracy, serzysko zdążyło już zaschnąć i weżreć się wszędzie gdzieś je tak ochoczo rozplasnęła. Cela ty masz, nie powiem, jednak na takie traktowanie ci nie pozwolę.
   Ochłonąwszy z pierwszego szoku, widzę jak w brązowych tęczówkach rozbłyska buta oraz rozbawienie. Nie bacząc, że nasze twarze są o milimetry, jeszcze wyżej zadziera głowę i rzuca:
   – I co mi możesz, kurwa zrobić, ty kutasiarzu? – prycha, jednocześnie próbując wyswobodzić łapy z zaciśniętych kleszczy. Pędem więc podwajam siłę nacisku, mając świadomość, iż drąg pod rozporkiem zaczyna rozpychać się niebezpiecznie, grożąc eksplozją. Przyciskam go zatem mocniej do kobiecego brzucha. Potem owiewam jej szyję oddechem, czym wiem, że onieśmielam, podkreślając fizyczną przewagę. Naturliś, iż łani nie skrzywdzę, ale tym razem nie zamierzam wyjść z zupełnie pustymi rękami.
   – Masz trzy dni.– Zniżam głowę i odpowiadam wprost do zaczerwienionego ucha. Ogolona broda delikatnie muska damską kość policzkową i czuję, że po ciele Lidki przechodzi dreszcz. Ręce pod moimi zaczynają się pocić. Wiem, iż wystarczyłaby sekunda i mogłaby mnie odepchnąć lub zdzielić z kolana w dżądra, jednak tego nie robi. Stoi tylko, wkurwiona i sparaliżowana, a ciało ma ubrane jedynie w krótkie satynowe spodenki oraz pasujący do nich podkoszulek na ramiączkach, ledwo zakrywający cycki ze sterczącymi sutkami. Gdybym był pewien, że zechce, wziąłbym ją tu, w tym momencie, opartą na trzeszczącym meblu. Ale nie dzisiaj. Na to jeszcze za wcześnie. Zbieram więc siłę i kończę myśl:
   – Daję ci trzy dni do namysłu, jak to wynagrodzić. Nie masz mojego telefonu, ale dobrze wiesz, gdzie mieszkam. Mam ten sam numer chaty, co ty. Za three days chcę cię widzieć u siebie. Jeśli speniasz lub będziesz próbowała jakiś tanich gierek, nie dostaniesz kolejnej szansy, tylko doniosę do spółdzielni, że zbezcześciłaś mi mienie. Mam zdjęcia oraz dowód zbrodni. A także mikro-kamerkę zamontowaną na oknie. – To akurat blef, ale o tym wiedzieć nie musi. – Zapraszam więc w niedzielę o dziewiętnastej do mnie. Ciekawe czy wówczas też będziesz taka dziarska i pewna siebie...
   Puszczam nadgarstki dziewczyny, po czym nie czekając na ripostę, otwieram drzwi, specjalnie zostawiając je rozkraczone na oścież. Z tego, co zauważyłem, Lidia nie lubi wywoływać wokół siebie szumu. Nawet w sklepie wolała posłusznie podreptać i wskazać odpowiedni regał, niż dostać burę od kierownika. Pewny więc jestem, że wychodząc, nawet za mną nie piśnie i mam sto procent racji. Wywołanie sensacji, mając fit-plociucha za sąsiadkę, jest ostatnim, czego może sobie zażyczyć.
   Schodzę na dół, bardzo z siebie zadowolony. Udało mi się przezwyciężyć pożądanie, jednocześnie wywołując należytą reakcję kobiecego ciała. Do tego umówiłem nas na prowizoryczny „date”, chociaż owiałem to maleńkim szantażem. I żeby nie było – wcale nie żartowałem, iż na nią nakabluję. Jeśli tylko w ten sposób osiągnę zamierzony efekt, wszystko wyśpiewam w biurze mieszkaniówki. Mawiają, że kto się czubi, ten się lubi, więc wiedząc, iż reaguje na mnie tak, że nie sposób jest tego ukryć, mam już trzy czwarte wróbla w garści. Od nienawiści do miłości tylko jeden krok, zatem poczekam, aż sama to w końcu dostrzeże. A wtedy chemia zagra nam jak w żelkach Haribo.
   Pogwizdując, jadę do Kauflandu i robię zapas żarcia oraz fajek na kilka najbliższych dni. Trafiam też tableta w promocji, więc wrzucam go do koszyka, jako namiastkę telewizora. Przez tres días zamierzam zaszyć się w chacie i nigdzie nie dreptać. Szlugi jarać będę przy okapie. Niech niunia, wyłazi ze skóry, by mnie zobaczyć. Nawet pierdolonym małym paluszkiem na balkon nie zawitam. Przyjmijmy, iż pojechałem w delegejszyn. Chuj kogo to boli! Jestem przedsiębiorcą, więc wszystko mogę załatwić przez neta. Chłopaki i tak odwalą dobrą robotę. A fakt, że nie będę musiał oglądać larwy w legginsach, dobrze akurat zrobi wrażliwemu na ohydztwa żołądkowi. Lidiunię sobie poobserwuję przez szparki w przysłoniętych oknach.
   W końcu od tego się wszystko zaczęło, nieprawdaż? Pora więc wkroczyć na wyższy level. A tam... na pewno nie będziemy zbijać bąków. „Co to to nie!”.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i komediowe, użyła 2041 słów i 12132 znaków, zaktualizowała 24 maj o 20:17.

Dodaj komentarz