„Co to to nie!” – część 61 i 62

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

61
Lidia

  Jest piękna słoneczna niedziela. Robimy spontaniczną wycieczkę do zoo. Z głośnika samochodu płynie melodia znana każdemu dziecku.
Pełna radości odwracam głowę w stronę tylnego siedzenia. Klara i Staś zdzierają małe gardziołka, śpiewając „kolorowe kredki”, a ich uśmiechnięte, zadowolone twarze mówią same za siebie. Oczywiście, dołączam się do dziecięcego chóru.
Lewą rękę splecioną mam z dłonią mojego ukochanego, druga natomiast spoczywa na brzuszku.
„Ahhh. Jakie beztroskie może być dzieciństwo!”.
Jednak wystarczy ułamek sekundy, aby stracić dosłownie wszystko…
Ostatnim co słyszę, jest krzyk Mariana: „Cholera!”.
Następuje ciemność…
Oszołomiona i z dziwnym dźwiękiem w głowie otwieram powiekę. Nie mam pojęcia, gdzie jestem oraz co się wydarzyło.
Z trudnością próbuję wyjść z pojazdu. Nie potrafię sobie przypomnieć, żeby „Sejcio” był pięciodrzwiowy oraz zmienił kolor na srebrny...
Lecz teraz nie jest odpowiedni moment, aby dumać nad durnym autem! MUSZĘ RATOWAĆ DZIECI!
Napompowana adrenaliną targam za klamkę, żeby wydostać przestraszone skrzaty. Całe szczęście, były zapięte w fotelikach.
Odpinam oboje oraz ponaglam, aby wyszły z wraka.
Biorę Stasia na ręce, gdy okropny pisk opon zmieszany z hukiem powoduje, że serce przestaje bić… Widzę rozpędzony ciągnik z przewracającą się na nas cysterną. Ból podbrzusza przypomina mi, iż właśnie tracę zarówno życie, męża, jak i rodzinę oraz trojaczki…
  Budzę się z galopującym sercem. Pot spływa ciurkiem nie tylko po czole, plecach czy piersiach, ale również rowie. Kilka razy ocieram twarz, by zetrzeć koszmar z powiek.
„Ależ mam urojenia!”.
Nabieram głęboko powietrza, lecz charakterystyczne pulsowanie podbrzusza, które czułam podczas snu, nadal daje się we znaki.
– Świetnie. Jeszcze mi cioty do szczęścia potrzeba – mamroczę pod nosem, wychodząc jednocześnie z łoża… Momencik! Przecież Maniek wczoraj wrąbał cielsko do sypialni.
Spoglądam na drzwi oraz futrynę. Zero oznak włamania przez intruza. Może gołodupiec również był jakąś złudą mojej psychiki? Cholera wie! Jedno jest pewne – muszę włożyć korek do przeciekającej rury.
Wyciągam świeżą bieliznę oraz wygodne ciuchy. Szybciutko biegnę do kibla.
Gotowa na rozpoczęcie nowego dnia, wkraczam do salonu. Dopiero teraz do moich nozdrzy dociera unoszący się w mieszkaniu zapach… hmmm… ciężko go zidentyfikować. Z kuchni zaś dobiega odgłos smażenia, a także cichego trzaskania o patelnię. Niczym ninja, cichutko na paluszkach kieruję ciało do pichciarni. Ramieniem opieram się o framugę i podziwiam spektakl Łysego. Marian jest tak pochłonięty we własnym świecie, że nawet nie zauważa mojej obecności.
– Ałaaa! Ty chuju, pankejku po zbóju! Musiałeś znowu się rozpierdolić?! Na złość mi robisz, maso mączysta?! – syczy wkurzony na siebie. – Lidzia będzie wręcz zachwycona, jaka przytrafiła się jej kulinarna kaleka! Niczego nie potrafię porządnie zrobić. Zawsze coś w planie pierdolnie! I co Kruchej powiem? „Masz babo placka, zanim utniesz mi wacka?”. Dobitnie rozpierdoliłem sobie związek z Kruszonką.
Słysząc wymamrotane słowa, robi mi się ciepło na serduchu. Jednak nie ominie nas poważna rozmowa. Mamy sobie tak wiele do wyjaśnienia, że dostaję gigantycznego pietra. Potwornie boję się prawdy, którą ziomek trzyma w ukryciu. Tak jakbym była niegodna jego tajemnicy. Całe szczęście wściekłość na mistera „Zbója” wyparowała jak wypite wczoraj procenty.
Cybula ściąga patelnię z gazu, przekładając z niej coś na talerz, lecz przez szerokie bary, nie widzę co pichci, aż do czasu… gdy leje dosłowną biegunkę do płaskiego garnka.
– Masz za rzadkie ciasto, dlatego rwą się niczym papier – szepczę, podchodząc do Maniucha. – Zaraz to naprawię. – Do miski z masą na naleśniki dosypuję więcej mąki i mieszam całość. Momentalnie papka gęstnieje.
– Dzień dobry, Kruszonko. Chyba cię nie obudziłem? – pyta, składając całusa na mojej skroni.
Chociaż mam niemiłosierną ochotę opowiedzieć o śnie, który nie daje mi spokoju, to postanawiam zachować go dla siebie. Może „śnik-bzik” nie ma większego znaczenia?
– Nie. – Delikatnie się uśmiecham. – Czemu nie pojechałeś do pracy? – Chcę wiedzieć. Coraz bardziej nie podoba mi się olewanie pracowników. Szefowie własnej firmy tak nie postępują, ale co ja wiem o dyrygowaniu ludźmi pod sobą?
Nalewam chochelką ciasto na rozgrzaną patelnię. Słyszę z boku ciężkie westchnienie tak, jakby Maniuś miał dość „mamczenia”.
– Ponieważ jesteś dla mnie ważniejsza, a chłopaki nie są dzieciakami, żeby ich pilnować. Poza tym dałem wczoraj dupy. Zachowałem się egoistycznie. – Głaszcze dłonią łysy czerep. – Wiem, że masz całkowitą rację. A ja naprawdę nie chcę cię stracić. Znaczysz dla mnie ogromnie dużo, lecz ta sprawa z … – Sąsiad urywa w pół zdania, dlatego ukradkiem spoglądam na niego.
Zapiera mi dech w piersiach, gdy Marian ociera łzy z policzka. Nawet ślepiec by zauważył ból zmieszany z bezradnością. Ta sytuacja go wykańcza. Widzę to.
– Przygotujesz talerze? – Zmieniam temat.
Mężczyzna z cichym „mhm” opuszcza kuchnię, a ja walczę z naleśnikową ciapą.
  Niespełna dziesięć minut później smaruję placuszek dżemem truskawkowym, natomiast ukochany wlepia kleks nutelli i zwija „eierkuchen” w rulonik. Przy stole panuje krępująca cisza, którą postanawiam przerwać.
– Aleksandra ma tak samo gadane jak ty. Widać, twoja szkoła. – Zaczynam rozmowę. – Wspomniała o paru rzeczach i nie rozumiem, dlaczego nie miałeś odwagi mi o nich powiedzieć. Przecież wiesz, że możemy rozmawiać na każdy temat. Ciężko więc uwierzyć, abyś mógł zrobić sobie krzywdę lub zgodzić się na aborcję. – Biorę kęs w oczekiwaniu sensownej odpowiedzi. – Na marginesie – mlaskam. – Wyszły pyszne. Masz smykałkę. – Wskazuję palcem na jadło.
– Mogłem się domyśleć, że „Olcia dostaje pierdolca” przyleci ze skargami na brata. Młoda nie potrafi trzymać dzioba na kłódkę. Powinienem odrąbać smarkuli ozór i dać dożywotni areszt. Może wtedy…
– Maniek, wcale tak nie myślisz – upominam łagodnym tonem. – Mógłbyś przestać przezywać siostrę – ostrzegam. – Dziewczyna chciała dobrze. Gdyby nie powiedziała o tym, jak bardzo cierpiałeś po utracie ojca i…
– Właśnie, Lidziu. Wypaplała sekrety, których najbardziej się wstydzę. Patrząc na drugą stronę medalu, jakby smycz wtedy nie puściła, to nie poznałbym Zośki, która zrujnowała moje życie. Taki pierdolony fart tylko ja mogę posiadać.
– Nie gadaj w ten sposób. – Odkładam naleśnika z powrotem na talerz. – Tylko tchórze chowają łeb do piachu! – Czy on nie rozumie, że rani mnie tymi słowami? Zwłaszcza po takim koszmarze? Chce przez to powiedzieć, że żałuje naszej znajomości oraz razem spędzonego czasu?
Nosz do chuja walca! Istny sztylet w środek serca! „Teraz dopiero podwójna krew mnie zalewa!”.
– Człowieku, próbowałeś popełnić samobójstwo! Miałeś oczy zarośnięte pizdą. Skakałeś dookoła Zosi jak pieprzona kukiełka, a teraz srasz w gacie, zamiast powiedzieć mi w twarz, że wiedziałeś o dziecku?! – podnoszę głos. – Gdzie ty do kurwy nędzy masz jaja?! Nie wymagam zbyt dużo. Chcę poznać tylko pierdoloną prawdę! Nie dość, iż wstydzisz się naszego związku, to i własnego syna, który ma prawo mieć ojca! Nie zależy ci…
Nagle Marian uderza pięścią o stół z taką siłą, że aż porcelana trzeszczy.
– Stop! Stop! STOP!!!

62
Marian

  „Nie, kurwa! Tak to nie będzie!”.
  Zagryzam wargi, aby stłumić szalejące we „mła” emocje. „Serio, Lidziu? Za takiego mnie masz?”.
  – W tej chwili stul słodkie usteczka, kochanie, bo nie ręczę za siebie! – wybucham, może nazbyt ostro, jednak zwyczajnie nie potrafię utrzymać nerwów na wodzy. Krucha jest w błędzie, lecz wiem, iż wytłumaczenie tej pogmatwanej „situejszyn”, po raz kolejny rozerwie mi bebechy. Ale jak to mówią: „C’est la vie, choć upuści nieco krwi”.
  Siadając z powrotem na krześle zauważam, że czarna kipi ze złości. Jej ramiona opadają oraz unoszą się w furii, a zęby zaciska ogromną siłą woli. Jednakże mój wybuch wystarczająco ją zszokował, toteż siedzi cicho i nawet nie piśnie. „Może nieco wystraszyłem swoją lubą? A kit z tym! Czas wyłożyć kawę na ławę oraz łudzić się, iż nie uronimy ostatnich kropli”.
  – Zośka była w ciąży. To prawda. Nie mówiłem ci jednak tego, ponieważ stan błogosławiony uznawałem za czas przeszły. Dlaczego, zapytasz? Ano ze względu na fakt, że pewnego feralnego piątku zawiozłem pindę na zabieg do kliniki…
  Oczyska łani powiększają się znacząco. Otwiera buzię, chcąc zabrać głos, lecz do tego nie dopuszczam, ciągnąc wypowiedź:
  – Nie miałem zielonego pojęcia, iż nie dokonała aborcji. Oszukała mnie do imentu. Odebrałem ją następnego dnia. Bladą, opuchniętą od płaczu. Drżącą na całym ciele. Doszło do tego, iż miałem poczucie winy, nie tylko ze względu na podjętą decyzję, ale też przez to, że sprawiała wrażenie „poszkodowanej”. Zupełnie jakbym ją do tego zmusił. Podchodziłem do ówczesnej ukochanej jak do jajka, którego skorupkę sam rozbiłem o kant miednicy. Jednak gdy w poniedziałek wróciła do roboty, odetchnąłem z ulgą. Wydawała się zupełnie normalna i chociaż podejrzewałem, iż to tylko poza dla współpracowników, w końcu mogłem zatonąć we własnej żałobie oraz popłakać w drodze do i z roboty. Wtedy nastąpiło kolejne jebnięcie. Dopiero teraz wiem, że dziecko miało dla niej stanowić kartę przetargową do uwiedzenia szefuńcia. Nie pozbyła się Stasia, bo zapewne chciała wmówić konusowi, iż to jego „bejbi”. Pewnie przez jakiś czas wodziła tym gościa za nos. Lecz w końcu bańka pękła, przez co została największą przegraną. Samotną matką z niechcianym bachorem… – Spuszczam głowę, kręcąc nią delikatnie. Mimowolnie zaciskam pięści. Jedna spoczywa na udzie, druga na blacie stołu. Wówczas czuję dotyk. Unoszę łeb i zauważam szkliste oczka Lidii. Jej wyciągnięta dłoń spoczywa na mojej. Momentalnie robi mi się słodko-gorzko. Słone krople próbują odebrać widok, toteż ocieram je serwetką wyszarpaną z ażurowego serwetnika stojącego na stole. Dobrze, że papier jest biały. Inaczej miałbym podwójne pandy pod ślepiami.
  – Kocham tego chłopca – stwierdzam po dłuższej chwili, patrząc Kruszonce prosto w oczy. – Jakżebym mógł inaczej. Przeraża mnie jednak, iż nie wiem, jak wytłumaczyć malcowi, dlaczego go porzuciłem. Nie wejdę przecież do ich domu, czy tam mieszkania, mówiąc: „Cześć, młody! Jestem twoim tatusiem!”. To nie przejdzie. Muszę zaskarbić sobie jego miłość, zaufanie oraz dać szkrabowi wsparcie, nie niszcząc przy tym relacji Stasia z matką. Nigdy nie sądziłem, że będę kogoś nienawidził. A to właśnie czuję do oszustki, obdarzonej dawniej miłością. Pamiętam, iż dwa dni walczyłem, by ją w końcu wsadzić do auta i zawieść na skrobankę. Nadal widzę przed oczyma te wszystkie formularze, które musiałem z siksą wypełnić. Trzęsły mi się łapy niczym po tygodniowym cugu. Do urodzin Klary nie miałem świadomości, jakim wielkim jestem „przegrywem”. Sterowała mną jak chciała, odegrała rolę stulecia, a ja skakałem niczym marionetka na pociąganych przez lachona sznurkach. Więcej nie popełnię tego błędu. Chcę walczyć o małolata, pomimo iż wątpię we własne możliwości. Wiem, iż się starasz, ale naprawdę nie wymagam od ciebie, byś traciła nerwy, czas oraz własne życie przez moje błędy. Rozumiesz mnie chociaż trochę? Ma w ogóle sens to, co próbuję ci przekazać?
  Następuje cisza, wypełniona jedynie odgłosami dobiegającymi zza uchylonego okna. Mierzymy się z Kruszonką wzrokiem. W moich oczach wisi pytanie, w jej, w co trudno uwierzyć… ciepło.
  – Jesteś fest grzmotnięty, że trzymałeś to w sobie – pada z ust dziewczyny, zakreślającej kółka na wierzchu mojej dłoni. – Myślałeś, iż cię nie zrozumiem i nie wesprę?
  – Nie śmiałem tego od ciebie oczekiwać – wzdycham, uśmiechając się lekko. – Wolałem być silnym Marianem, pełnym radości, ochraniającym wybrankę szeroką piersią. W tym momencie mam jednak wrażenie, że to ty prędzej wyjedziesz Zośce „z bara”. Masz większe „cohones” ode mnie, Lidziu.
  – Po prostu cię kocham, łobuzie – kwituje, promieniejąc od wewnątrz. Słysząc te słowa, również jakby „jaśnieję”. – Damy radę. – Robi zdecydowane „pac-pac” o moją grabę. – Nie musimy z tego czynić wojny. Być może uda się wypracować z pindolindą jakiś harmonogram spotkań ze Stasiem. Zobaczysz. – Puszcza mi oczko. – Będziesz git tatusiem, a ja sztos „ciotełką”.
  – Chodź tu do mnie w końcu. – Obracam cielsko na bok oraz otwieram ramiona. Czekam tylko „uno momentico”, a już czarna podrywa kuperek i ochoczo wpada w moje kleszcze. Tulimy się chwilę bez słowa. Wtem… mebel pod nami trzeszczy przeciągle. Nim jesteśmy w stanie mrugnąć, następuje „krrryt-ghhh”, po którym krzesło rozjeżdża się jak Lidii tort urodzinowy. Zdążam jedynie złapać lubą pod kolanami, unosząc lekko, a sam opadam z siedziskiem do poziomu parteru. Dupa boli mnie w chu…steczkę, krzyż rwie niczym po dostaniu bejsbolem, zaś Krucha… wije się ze śmiechu.  
  Jak to leciało? „TERAZ WĘGORZ!”
  – „Patrzcie świnie, król parkietu, ręka jak złamana. Nakurwiam węgorza…” – nucę klasyka, na co czarna dośpiewuje:
  – „Na-na-na-na-na-na!”
  – Znasz to? – Nie mogę uwierzyć. – Seriooo?
  – „Serio, serio”. – Ponownie puszcza oczko, wyjeżdżając z tekstem ze „Shreka”.
  – Dawaj pyska! – wypalam oraz momentalnie spajam nasze usta w pocałunku. Jebać, że mnie „łupie w kręgosłupie”. Zapominam o całym świecie i otaczającej nas scenerii. Ważna jest tylko ta chwila. Pojednanie? Tak na to mówią? Jeśli w ten sposób jednamy nasze usta, to jak ekhem… będziemy godzić… ekhem x2… pozostałe narządy?
  Serce bryka niczym drzwiczki piekarnika z filmiku „Kiedy mamy nie ma w domu”. Aż mam ochotę zagrać na dolnych partiach ciała Lidii, jak ten siwy gościu na puzonie. Rozważam w głowie tę myśl, całując MOJĄ (ufff…) dziołchę coraz namiętniej. A wtedy… (nosz fakenszit, kurwa jebana mać, pola elizejskie i pierdolone kwiatki rumianka!) dzwoni telefon.
  Nie zważając na moje oczywiste protesty, Krucha bez odrywania ust, po omacku szuka „szit-fona” na blacie. Kiedy go znajduje, unosi nad łysą głową SWOJEGO (:D) chłopaka. Nie przerywając eksploracji mojej paszczy, zerka na ekran. Wówczas z głośnym „chlllip” odkleja od „mła” wargi oraz słyszę to, czego się obawiałem:
  – Sorry, siorka na łączach. Muszę odebrać.
  Robię naburmuszoną minkę, lecz gdy babki wymieniają powitanie, zaczynam całować szyję czarnulki. Mija zaledwie kilka sekund, a Lidia szarpie mnie za bark i odsuwa od siebie, krzycząc:
  – Dobra nasza! Mirella zabiera jutro Klarę ze Stasiem do parku!
  „A to ci heca! Cuś mnie podnieca!”.
  Biorę głęboki wdech i kiwam zdecydowanie głową. Patrzałki łani rozbłyskują niepohamowanym blaskiem. Doskonale wie, że właśnie zdecydowałem się wziąć sprawy w Cybulowe ręce.  
  Trzeba zanieść wieść do domu. Mus gotowym być na łomot!
  Możem nie jest Adam Lambert. „But if I had you”, I am „ready to the rumble!”.

https://www.youtube.com/watch?v=1Ouj_BSqeMQ  
https://www.youtube.com/watch?v=wmXQFwlD7vk  
https://www.youtube.com/watch?v=ZVm5qad8HLM  

;)

Od Autorek:

Proszę państwa, powracamy!
Za spóźnienie się kajamy.
Jednak czasem życia sprawy,
odciągają od zabawy...

Ale teraz koniec przerwy.
Dzwonek dzwoni: A kysz, nerwy!
Lidia z Mańkiem się nam godzą.
Nową walkę czas rozpocząć!

Dla cierpliwych jest nagroda.
Chociaż pora nie na loda,
to na pewno za momencik...
przysmak będzie nam się kręcić.

Wbijmy zatem nowy level,
Tapczan będzie trzeszczeć pewnie.
Kogo łechta taka gra?
Daje łapkę, krzycząc: „JA!”

„No problemo”. – Ślemy zatem,
ten od serca dla was answer.
Bo kto inny, jak my dwie?
– KociHope w kooperacji tej! :)

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2782 słów i 16731 znaków, zaktualizowała 1 lis 2021.

5 komentarzy

 
  • Miroslaw43bi

    Tak nagle i bez ostrzeżenia? Jak możecie robić to ludzkości? Żeby jeszcze jakieś przesłanki były a tu sruuui nie ma następnych części 😔😔😔😥

  • Gaba

    ... Czyli ciągu dalszego nie będzie? Szkoda!
    Pozdrawiam

  • Miroslaw43bi

    Straszne wam się włączyły opóźnienia. Ale mimo wszystko czekam na dalsze losy Łysego i Kruszonki 🙂🙂👍

  • Gaba

    Długo bo długo--- ale nareszcie jest... I co napisać? Fajnie, że jest kolejna część. Trochę przekombinowana ale fajna. Pozdrawiam.

  • shakadap

    Dzięki za kolejny odcinek.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • KociHopeCoop

    @shakadap, bardzo miło witać nam wiernego czytelnika. Ogromnie dziękujemy za komentarz! :) Pozdrawiamy! :D