„Co to to nie!” – część 21 i 22

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

21
Lidia

   Nie zaprzeczam, torcik jest bardzo dobry i jeszcze lepiej prezentuje się na twarzy Mariana, lecz nie przewidziałam, że koleś wytrze paszczę w mój dekolt. To najbardziej tandetna próba podrywu, z którą kiedykolwiek się spotkałam. Niestety, łatwa do zdobycia nie jestem, więc facio ma przed sobą bojowe zadanie, żebym rozłożyła nogi.
   Wstaję z tapczanu, spoglądam na cycki i ufajdajną bluzkę. Nie dość, że posiada plamy po śmietanie oraz malinach, to również jestem uboższa o jeden shirt. Tak tego nie zostawię! Co to to nie! Wystawię skubańcowi rachuneczek!
Zgarniam ręką resztki papki, a następnie pochylam się do gościa.  
– Marne zagranie, Koralgol – odpieram z uśmiechem, rozsmarowując dłonią maź na klatce piersiowej odzianej jasną koszulką. – Wybacz, ale muszę skorzystać z darmowego prysznica. Poproszę o świeży ręcznik, ponieważ nie zdążyłam zapakować własnego – szepczę i w prowokujący sposób zlizuję czubkiem języka krem z jego lica.
Już wcześniej zauważyłam kurwiki w gałach zwłaszcza po tym, jak kierowana czystym impulsem, oblizałam upaćkane męskie dłonie. „Sama słodycz!”.
Koleś z bitą śmietaną na mordzie przez chwilę się patrzy i teatralnie odkasłuje.
– Tak... Prysznic... Oczywiście. – Ociera wizaż w papier kuchenny, po czym pędzi do pokoju obok. W międzyczasie w kuchni myję dłonie „Ludwikiem” pod bieżącą wodą, a następnie szperam w „walizce” za piżamą, której nie umiem znaleźć. Spakowałam ją w ogóle? Siadam na podłodze, grzebiąc dalej w torbie tak długo, aż w końcu wysypuję całą zawartość.
Picobello!
Ogarnia mnie złość, ponieważ przez panujący chaos nie władowałam ani bluzki, ani spodenek do spania! Upycham ciuchy z powrotem do taśki, już pomijam fakt, że będą rano wyglądać jak krowie z kupra wyciągnięte.
– Jaki chcesz kolor. Niebieski czy brązowy? – pyta Marian.
Spoglądam na typa, wstając na nogi.
– Masz dla mnie jakąś koszulkę? Przez twoje ponaglanie nie spakowałam piżamy. – Biorę oba materiały frotte. – Gdzie jest toaleta?
Cybula wskazuje drzwi oraz informuje, że zaraz zobaczy, co ma w szafie, a ja mam się odprężyć pod strumieniem ciepłej wody.  
Skorzystam z niej z ogromną przyjemnością.
   Z kosmetyczką ze środkami higieny w jednej dłoni i ręcznikami w drugiej, wchodzę do kibla i jestem pozytywnie zaskoczona. Faceci przeważnie nie przywiązują uwagi do czystości, dlatego spodziewałam się brudnej umywalki, obszczanego sedesu oraz czarnego grzyba na silikonie w rogach wanny… „Nie tylko nudysta, ale też pedancik się przytrafił! A to ci dopiero jaja!”.
  Po piętnastu minutach, owinięta brązową szmatą wokół ciała i turkusowym turbanem na głowie, wychodzę z zaparowanego pomieszczenia. Marian oparty o ścianę czeka na mnie z czarną koszulką.
– Mam tylko XL. – Ostatnie słowo wypowiada, jakby miał do mnie pretensję, że nie posiadam rozmiaru S. W czym znów widzi problem, złamas jeden?  
Bez ukazania reakcji na wredny ton, odbieram przygotowanego łacha. W drodze do jego sypialni łapię za torbę i zamykam pokój na klucz.
   Najpierw robię porządek w „walizce”, później składam dzisiejszą garderobę, a na koniec zakładam świeże klasyczne figi oraz naciągam górne odzienie mistera „Mam problem”. Rozglądam się po izbie i dopiero teraz biorę w rejestr łóżko gołodupca. Siadam na materacu, testując miękkość. „Nie najgorzej”. Dłonią przejeżdżam po pościeli. „Hmm. Ciekawe, kiedy ostatni raz widziała pralkę od środka? Chyba nigdy... hihihi”.
No nic. Muszę się ruszyć, aby nie podejrzewał, że szperam w jego rzeczach. Poza tym strumień ciepłej wody rozluźnił napięte mięśnie, przez co ogarnia mnie zmęczenie.
Wychodząc z sypialni, od progu pytam:
– Masz jakąś reklamówkę, koc i poduszkę? Zaraz padnę na ryj.
– Co jeszcze? „Poczytaj mi tato?” – Znów odpiera tym rąbniętym tonem.  
Najwidoczniej kij w zwieraczach powrócił. Unoszę prawą brew do góry. Nie ja zaproponowałam mu nocleg, tylko na odwrót. Mam serdecznie dość jego dziecinnego zachowania. Jest za późno na takie pierdolety, a także nie mam do tego nerwów.
Podchodzę do sir „Dupka”, robię maślane oczka, wypinam prowokująco tyłeczek i dotykam palcami lekko zarośnięty policzek.
– Książki, które czytam, nie są dla mięczaków. Obawiam się, że nie wytrzymałbyś napięcia – mówię przesłodko, wachlując rzęsami.
Unoszę dwa palce, całuję ich czubki, a następnie przystawiam do ust Marianusia.
– Upojnych snów – szepczę.
Tak! Również potrafię prowokować, ale w słodki sposób.
Zanim powracam do sypialni, puszczam do łysego oczko na odchodne i macham paluszkami.  
„Zadzierasz z niewłaściwą osobą, kochaniutki”.

22
Marian

   Stoję wbity jak widły w gnoju, zastanawiając się, czy kogoś tu dokumentnie nie popierdoliło? Sorry, ale na takie gierki to jestem już z deczka za stary. Lidka wyraźnie mi nie ufa, a do tego próbuje na przemian dać ciastko i sama wpieprzyć trzy czwarte. „Nie, nie, nie. Nie dam ci tej satisfekszyn, najmilsza”.
   Nim zdąży zamknąć drzwi na klucz, biegnę, w ostatniej chwili łapiąc uchylone skrzydło. Zaskoczona odskakuje nieco do tyłu, by z wielkimi ślepiami, wypalić:
   – Co ty najlepszego wyprawiasz?!
   – A jak ci się wydaje?! – rzucam wkurwiony i ciągnę ją za rękę w stronę łóżka. – Idę spać. Możesz wziąć prawą stronę, ale lewa to moje królestwo.
   – Powaliło cię do reszty?! – odpowiada oburzona, wyrywając dłoń z uścisku. – Won na kanapę! Nie będę z tobą spała!
   – A co? Uważasz, że łap nie powstrzymam?
   – Sądząc po tym, jak wepchnąłeś mi ryj w cyce, logicznym jest, iż do tego właśnie dążysz!
   W odpowiedzi prycham pod nosem. Ostentacyjnie mierzę niunię wzrokiem, po czym powracam do brązowych tęczówek. Próbuję nie reagować na fakt, że jesteśmy w mojej sypialni, a ona siedzi z podkuloną pod siebie nogą na skraju łóżka. Do tego ma na sobie ulubiony przez „mła” czarny T-shirt oraz własne bladopomarańczowe majtki. „Mówi się brzoskwiniowe? Może i tak, ale soczysty owocek rośnie centralnie pod spodem”. Przez materiał doskonale widać nie tylko kształt sromu, ale też nawet kilka niedogolonych po bokach włosków. „Ło ja pierdolę… zbierz Marian dupę do kupy, bo inaczej nigdy nie pozwoli ci zapuścić żurawia do zakazanej strefy”.
   Lidka zauważając, iż odsłoniła zbyt wiele, szybko wstaje na równe nogi, po czym prosta jak struna wskazuje na drzwi:
   – Wynocha! – wrzeszczy. Nic sobie z tego nie robiąc, zdejmuje upaćkaną koszulkę przez głowę i rzucam ją w kąt ze słowami „ani mi się śni”.
   – To… – przerywa, niepewnie taksując kędziory na mojej klacie – w takim razie ja będę spać na kanapie!
   Już ma wyparować na zewnątrz, gdy łapię ją za talię i podnoszę do góry. Wierzga na wszystkie strony, jednak jakimś cudem, daję radę rzucić Kruszonkę na łóżko, zakleszczając jej majtające ręce nad rozczochraną głową. Po raz kolejny wiem, iż stąpam po cienkim lodzie, ale po prostu nie mogę pozwolić, by nadal żyła w tych swoich urojonych wizjach.
   – Zamknij się w końcu i przestań wyrywać! – wydzieram japę, a gdy to nie skutkuje, obniżam ciało tak, by docisnąć interes do „brzoskwinki”. Unikam w ten sposób możliwości trafienia kopytem, ale też sprawiam, że na chwilę baranieje, zaprzestając walki.
   – Złaź! – krzyczy, gdy podnoszę wzrok i spoglądam w zamglone złością oczy. Ostatnią rzeczą, jakiej chcę, jest widzieć ją w takim stanie, ale nie mam wyboru. Za długo ganiałem za Lidziunią jak kot za myszką, zamiast zjeść razem wspólny posiłek.
   – Boisz się mnie? – pytam poważnie. Ponownie nasze twarze dzielą jedynie centymetry. Dziewczyna nie ma więc, jak uciec, chociaż mogłaby spokojnie wyjebać mi z dyńki. Wiem jednak, że nawet z rozkwaszonym nosem i tak bym jej nie puścił.
Przez moment widzę lekki przestrach na rozjuszonym licu, który szybko znika pod wpływem zajadłej uwagi:
   – Nie pochlebiaj sobie. Chociaż czuję twój maszt, nie zamierzam pozwolić ci zakotwiczyć.
Uśmiechając się pod nosem, mówię:
   – Nie takie było moje pytanie. Odpowiedz zatem, czy odczuwasz teraz lęk?
   Spogląda na mnie wyraźnie zdziwiona, po czym znacznie ciszej rzuca:
   – A powinnam?
   – Nie. Nie powinnaś – odpieram spokojnie i mówię dalej. – Nie zamierzam cię do niczego zmuszać. Nie próbuję wywierać na tobie presji. Nie prowokuję cię, by zobaczyć, na ile sobie mogę pozwolić. Owszem, w salonie zadziałałem pod wpływem chwili, ale nie było to zamierzone. Nie chcę, byś pomyślała, iż staram się do ciebie zbliżyć tylko po to, by wyruchać, zaliczyć, a potem wywalić za drzwi bez śniadania…
   – Czyli breakfast mam w pakiecie z noclegiem? – wypala bez zastanowienia, przywracając na usta kpiący uśmieszek. W odpowiedzi kiwam nieznacznie głową i kontynuuję wypowiedź:
   – Jak już mówiłem, wpadłaś mi w oko od chwili, gdy tylko cię ujrzałem. Może nie masz tej świadomości, ale przyciągasz mnie oraz odpychasz na przemian, co bywa niezwykle frustrujące. Nie mam więc pojęcia, czy wolisz, żebym wypierdalał, czy był blisko. Wiem jednak, że jest między nami chemia, której nie sposób zaprzeczyć. Ja jestem wolny, ty również, toteż nie wchodzimy nikomu w paradę. Dlaczego zatem nie chcesz dać nam szansy?
   Następuje niezręczna cisza. Patrzymy sobie prosto w oczy, zawieszeni tak samo jak rzucone pytanie. Chciałbym ją teraz pocałować, ale nic nie zrobię, dopóki mi nie odpowie i nie da pozwolenia. Nie znam przyczyny jej zachowania, a bez tego nie będziemy mogli pójść dalej. W końcu jednak dziołcha przebija się przez aparat mowy:
   – Bo przyciągam samych chujów, pijaków, łajdaków oraz mendy. Skąd mam wiedzieć, że ty też nie jesteś do cna zepsuty? Przecież tak naprawdę, to cię w ogóle nie znam.
   – Czy jakiś chuj dbałby o prowiant dla pracowników? Albo pijaczek podawał Caberneta? Czy łajdak stanąłby w twojej obronie przed zazdrosną raszplą? – dociekam. – A może to właśnie skończona menda pozwoliłaby spać kobiecie w splądrowanym mieszkaniu bez działających zamków? Nie, moja droga. – Uwalniam jej jedną rękę, by pogładzić własną dłonią po zaróżowionym policzku. – Jestem wrednym mośkiem, ale żadnym z wymienionych. Nie wiem, co prawda, czego ode mnie oczekujesz, ale zaręczam, iż będę cię chronił, pomagał, a do tego dam satysfakcję w pewnych aspektach. – Tu zerkam dwuznacznie na nasze zetknięte ciała. – Nic jednak na siłę. Nie muszę być ani chłopakiem, ani narzeczonym, ani nawet mężem. Jeśli wyrazisz zgodę, po prostu będę przy tobie, bez żadnych tam tytułów czy zobowiązań. Zostanę na próbę bądź na dłużej albo też wpadnę od czasu do czasu. Możesz wybierać. Decyduj jednak nie pod wpływem impulsu, ale na spokojnie. Nie pozwolę ci się mną bawić. To ma być obopólna zgoda, a do tego jasność intencji…
   – Czyli związek „na sportowo”? – dopytuje, marszcząc brwi. – Nie wiem, czy coś takiego mi odpowiada.
   „Aha, czyli co nieco do niej dotarło. Kuję zatem metal, póki gorący”.
   – Nie musi – stwierdzam i unoszę kobiecą dłoń do ust. – Jeśli nic ci z tego nie pasuje, zawsze mogę pozostać wzdychającym z oddali sąsiadem. – Całuję każdą kosteczkę po kolei. – Jakoś to przeżyję.
   Dziewczyna ucieka wzrokiem, mocno dumając nad moimi słowami. Stwierdzam więc, że to dobry moment, by pozwolić jej zostać z własnymi myślami. Powiedziałem w końcu wszystko, co należało. Musi wiedzieć, iż chcę z nią być, ale nie będę skomlał jak pies przy kobiecych nogach, chociażby były obute w uroczy prezencik, nadal stojący w salonie. Puszczam zatem drugą dłoń łani i się podnoszę. Odczepiam cumę, odpływając statkiem dalej od nabrzeża. Wiem, że wyglądam komicznie, bo przecież żagiel nabrał wiatru, jednak to tylko potwierdza wcześniejsze słowa. Nie ma sensu udawać, iż Lidia mnie nie kręci. Każdy zdrowy facet miałby namiot w podobnej sytuacji.
   – Dobranoc – mówię, gdy kobietka powraca spojrzeniem w kierunku teraz już stalowo hebanowych tęczówek. Spojrzałem wcześniej w lustro na szafie i wiem, że podniecenie mam wymalowane na pysku niczym plakatówką. – Oczywiście, iż będę spał w salonie. Nawet mi do łba nie przyszło, że pozwoliłabyś na cokolwiek innego. – Uśmiecham się trochę smutno i szybko poprawiam wybrzuszenie w spodniach, po czym wstaję z łóżka. Lidia wówczas pędem obciąga koszulkę. Wiem, iż ciężko mi będzie wyjść stąd bez bólu, ale muszę zachować resztki godności. – Proszę cię tylko, byś pomyślała nad tym, co powiedziałem. Bez względu na odpowiedź, nie uciekaj przede mną z samego rana. Obiecałem śniadanie, zatem dotrzymam słowa.
   Gdy wszystko już zostaje wyjaśnione, odwracam się i nieco koślawo stawiam pierwszy krok. Trochę to trudne, gdy pytong napiera na rozporek, więc wiem, że będzie trzeba zaliczyć w łazience Renię Rączkowską. Kiedy jednak chcę iść dalej, coś gwałtownie szarpie mnie za rękę. Pomimo iż niezły ze mnie bysior, Lidia z łatwością obraca moje ciało, tak, że stoję obok łóżka, a ona klęczy na materacu… dokładnie naprzeciwko wypchanego wora w gaciach. Jestem zaskoczony takim obrotem sytuacji, ale nie śmiem otworzyć paszczy nawet na mikrometr.
   – Chyba nie sądziłeś, iż wezmę kota w worku? Jeśli mam komuś otworzyć garaż, najpierw muszę się zorientować, ile bryka ma koni pod maską…
   „Słodki Jesssu! Właśnie obudziłem potwora!”.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i komediowe, użyła 2363 słów i 13943 znaków, zaktualizowała 1 lip o 21:34.

2 komentarze

 
  • Gaba

    Dobre! Brawo!

  • KociHopeCoop

    @Gaba, dziękujemy i polecamy się na przyszłość.

  • Mirka

    Co za bogate słownictwo i wyobraźnia! Takie zwroty jak "zakotwiczyć",  "otworzyć garaż" albo "Renia Rączkowska" przywołują mocno wygiętego banana na moim pysku.   :rotfl:

  • KociHopeCoop

    @Mirka, banany dobre są :D A słówka z życia wzięte zawsze nadają smaczku. Po to piszemy, by bawić i umilać wam codzienność :) Pozdrawiamy i dziękujemy za czytanie!