„Co to to nie!” – część 53 i 54

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

53
Lidia

– Koralgolciu, jesteś w stu procentach pewien, że nie potrzebujesz mnie na miejscu? – pytam Mariana po raz tysięczny. No, kurde blaszka! Mam mieszane uczucia, istny „smoothie” zmartwienia wraz z wyrzutami sumienia.  
Może gołodupiec chce ukryć tkwiące w duszy cierpienie, ale doskonale je widzę. Dosłownie wymalowane jest na jego twarzy. Boli mnie serce. Najchętniej walnęłabym ten cały pobyt na działce i…
– Taachaaakkk. Ogarnę ziomków na budowie. Zadbam o potrzebny materiał. Obczaję maile oraz spakuję do reklamówki parę rzeczy na dzisiejszą noc – zapewnia, dając mi cmoka w czoło. Jakoś nie jestem zbytnio przekonana wypowiedzią. Boję się, że wbije do każdego salonu samochodowego i niczym Arnold Schwarzenegger w Terminatorze wyskoczy z „Hasta la vista… suko”, zamieniając punkt usługowy w drobny mak.
Drapię się po głowie, aby wymazać nieprzyjemną wizję.
– Nie rób głupstw – ostrzegam. – Za godzinę do ciebie zadzwonię.
Cybula ciężko wzdycha.
– Robisz ze mnie dzieciaka – marudzi. Wzruszam ramionami. Cóż, mężczyźni pozostają wiecznymi bobasami, tylko z czasem zmienia się zawartość butelki lub wielkość zabawek… w jego przypadku to młotek, wiertarka, a nawet przecinak do płytek.  
Daję ukochanemu jeszcze jednego całusa, mówię „do usłyszenia”, a następnie wsiadam do samochodu rodziców. Nie będę kłamać. Nasz związek właśnie został wystawiony na bardzo srogą próbę. Mamy przed sobą ciężki orzech do zgryzienia, ponieważ oboje nie wiemy, co będzie dalej.
Stoimy przed ogromnym wyzwaniem, które z całą pewnością nie skończy się bez „krwawej” wojny oraz wielkiego płaczu… Tylko, czy można z tego wyjść w jednym kawałku? Na bank, któreś z nas zostanie poszkodowane i właśnie ten „maciupeńki” problemik napędza mi cholernego pietra. „Porażka Lidii Damboń”.
  Ostatni raz macham, po czym ruszam do mieszkania, w którym się wychowałam. Może tam wydobędę właściwe odpowiedzi na wirujące w dyni pytania?
  Sześć kilometrów nie jest zbyt wielką odległością między działką a lokum rodziców.
Można powiedzieć, że taką trasę idzie śmiało pokonać w parę minut. Nie w moim wykonaniu. Mogę zwalić winę na korki lub roboty drogowe, lecz prawda jest taka… Specjalnie robię kółeczko wokół „komina”. Czemu? Z prostego powodu. Odciągam spotkanie z dawcami życia.
Wiem, nie powinnam się niczego obawiać, ponieważ rodzinka wybitnie dała mi wczoraj do zrozumienia, iż przyjęli Mariana z otwartymi rękoma, no ale… gdzieś z tyłu łepetyny czyha strach. Normalka chyba, co nie?
Wjeżdżam do podziemnego garażu i parkuję Fiata Pandę pod odpowiedni numerek. Idąc ciemnym korytarzem, który prowadzi do drzwi wejściowych klatki schodowej, postanawiam strzelić dymka w płuca… Przechodzę obok windy i myślę: „Przepraszam, Lady. Dzisiaj nie skorzystam z twoich usług”. W ten sposób wybieram schody, aby rozwlec ostatnie minuty. Wdrapanie się na pierwsze piętro nie jest dla mnie jakimś mega wyzwaniem. Troszkę sportu nie zaszkodzi.
Na ostatnim półpiętrze otwieram okno, gaszę papierosa na zewnętrznym parapecie i…
– Nie próbuj strzelić petem – odzywa się kochana mamusia. Zamykam oczy, zaciskam zęby. Nad głową powstaje biały dymek z: „#$!%&…!”.
Grzecznie ściskam śmiecia w dłoni, zamykam lufcik, a następnie pokonuję resztę stopni na górę.
Ledwo przekraczam próg czteropokojowego mieszkania o wielkości sześćdziesięciu pięciu metrów kwadratowych i matula wyjeżdża z hasełkiem: „Nie garb się, dziecko”.
Doprawdy... Przepiękne powitanie.
Pomimo dorosłego wieku, człowiek i tak posiada przed rodzicami największy respekt.  
Chwilę później (kompletnie zdygana), siedzę ze staruszkami w pokoju gościnnym przy filiżance kawy.  
– Muszę zatankować wam Pan(a)dzika – przyznaję mimochodem. – Chciałam zrobić to po drodze, ale ulica Michałkowskiego znów jest zamknięta. Tej przeklętej jezdni chyba nigdy nie zrobią. Co dwa lata kopią w niej jak szczury! Sensei szuka „Ninja Turtles”. – Próbuję w jakiś sposób zapobiec ciszy oraz dziwnym spojrzeniom.  
– Mhm – bulgocze ojciec w szklance… Cholera wie, co se tam chlipie. Natomiast mamusia niczym Queen Elizabeth II miesza swoją zieloną herbatkę.
Przysięgam, zaraz mnie jasny gwint strzeli!
– Macie, kurwa coś do powiedzenia? – pytam. Nosz do chuja cięż… „Serio? Udzieliło mi się po krzywodziobie?”.
Bożenka w sekundę posiada rogala na twarzy, a Czarek wyciąga spod stołu Tyskie.  
„Świetnie! Wręcz BOSKO!”.
– Papo, poważnie? – chcę wiedzieć. – Jest zaledwie dziesiąta, a ty wyskakujesz z: „Szykuje się opowieść tysiąclecia”? – Świdruję wzrokiem dawcę nasienia. – Nie musisz dzisiaj kosić trawy? Ścinać żywopłotu… nie wiem... – Wymachuję dłońmi w powietrzu. – Łapać natarczywych much pod śmietnikiem?
Tak, mój ojciec dba o porządek na dość wielkim osiedlu. Można nawet fajnie zarobić, zwłaszcza gdy jest się na rencie.
– Mam jeszcze dwie butelki – odpiera. – Oczywiście dla moich kochanych kobiet.  
Nie no… Mogę wyskoczyć stąd na główkę? „PLISS!”.
– Co chcecie wiedzieć? Czy mam z Marianem plan na zaistniałą sytuację? – chrząkam od niechcenia, po czym dodaję. – Nie. Jestem z gołodupcem w ciemnej du...  
Matka robi fontannę z upitej herbatki.
– Gołodupiec?!  
UPSSSS. Chyba za bardzo się rozpędziłam (niewinny uśmiech na twarzy).  
– Mogę wziąć prysznic? Hyhyhy. – Ze szczękościskiem na mordzie wskazuję palcem w kierunku łazienki.  
– No zobacz! – woła nagle tatko. – U Przemaków zaciął się zamek centralny! Muszę lecieć!
– Cóż za zbieg okoliczności – mamroczę.
Zanim potrafię policzyć do dziesięciu, zostaję z mamą sama w mieszkaniu. Patrzcie państwo, jakiego mam sportsmena w rodzinie! Pokicał w siną dal!  
Ciężko wzdycham.
– Wiesz, że zawsze możemy porozmawiać. – Kobieta, po której odziedziczyłam czarne włosy oraz brązowe oczy chwyta mnie za dłoń.
Chyba nadszedł czas, aby wylać serce rodzicielce. Kilkakrotnie masuję sobie czoło, szukając początku, a kiedy go znajduję…
– Zaczęło się tak. Wróciłam do mieszkania po drugiej zmianie w Dino... – opowiadam, w jaki sposób ujrzałam po raz pierwszy Mariana i skąd wzięła się ksywa „gołodupiec”. Logiczne, iż nie wspominam, co robiłam tego wieczoru pod prysznicem. Mówię o prezentach, które znalazłam na wycieraczce, jak rozwaliłam gorgonzolę na oknie krzywodzioba oraz rozdeptałam ciasto z rabarbarem na nowiusieńkiej podłodze.  
– Byłam tak wściekła, że zapodałam Marianowi darmową kablówkę. W odwecie włączyłam mu pornusa z gejami… – Mama już dosłownie cedzi ze śmiechu. – No… a później po powrocie do domu z urodzinowej wyżerki, na klatce schodowej panował chaos. Marian przyłapał Majkę na włamaniu do mojej budy. Później doszliśmy, kto...
– Włamano ci się do mieszkania?! – krzyczy zaskoczona mama.  
– Tak. Nie mówiłam o tym, bo to mało istotne. Dzięki Maniusiowi sprawcę szybko odnaleziono – uspakajam i opowiadam dalej o bukiecie, rozjechanym cieście z malinami, a także jak się mną zaopiekował tamtego dnia (oczywiste nie wspominam o łóżkowym przedsmaku) oraz nowym zamku i, i, i…
– Kiedy „mieszkaliśmy” razem przez parę tygodni… Mamo, z ręką na sercu… Przetarłam aż ślepia. Przygotowywał wtedy schabowe. Odjęło mi mowę, a on się uśmiechnął, twierdząc: „Na sklepanie mięcha, najlepsza jest pięcha” i napierniczał kostkami kotleta. Bardzo dba o moje bezpieczeństwo, a także zwraca uwagę na duperele. Przy nim nie potrzebuję telewizora, ponieważ ziomek daje kupę rozrywki. Po prostu delektuję się towarzystwem Maniucha – wzdycham zakochana. Bujając w obłokach, rozmarzona wzruszam ramionami. – Byłam pozytywnie zaskoczona, że otwarcie rozmawiamy o prywatnych sprawach, a także pomyślał o urodzinowym prezencie dla Klary. Nawet miałam okazję poznać mamę Mańka, panią Tereskę przez Video-Chat. Dlatego będę zawiedziona, jeśli...
– Jesteś przy nim szczęśliwa? – pyta mamcia. Spoglądam w jej zatroskaną twarz. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafię dłużej utrzymać emocji. Mistrzowsko się rozklejam!
– Bardziej niż możesz sobie wyobrazić. Przy nim czuję kompletne spełnienie. Owszem, ma swoje zagrania, jak każdy... ale w głębi duszy wiem, że warto. Nie wyobrażam sobie życia bez zwariowanego sąsiada. Ta przeklęta sytuacja z Zofią i Stasiem konkretnie wali mu w „dekel”, jednak czy ma to jakieś większe znaczenie? Kocham go za całokształt. Co nas nie zabije, to wzmocni – kończę z "kulającymi" łzami po policzkach. Nagle słyszę charakterystyczne „pssst”.
– Oby wam się ułożyło. Pomożemy, jeśli zajdzie taka potrzeba. – Mama nalewa do pustych filiżanek „Tysiaka” – na bogato!
Stukamy ze sobą ranty porcelany i upijamy małego łyczka chmielowego trunku.
– Mogę skorzystać z PC? Potrzebuję informacji względem…
– Córuś, mam lepszy pomysł.  


54
Marian

  Gdy przyjeżdżam na budowę, wszystko zdaje się być nowe. Młoda parka, tuż po ślubie, jest dokładnie tym, co lubię. Mają zarys, jakąś wizję, siada mi to na ambicję. Zatem tworzę, projektuję, coś poprawiam, plan rychtuję. Bo najlepszy start od zera. Będzie wszystko „ciach bajera!”.
  Witam z cheesem zgromadzonych:
  – Ziomki moje, wpadł mi pomysł. Może by walnąć na dach kolor trawki? Niczym zacne w parku ławki?
  – Panie, majster! Cud idea! – ryczy Płotek. – Już zad zbieram. Całość będzie mega fest.
  – No to super. Kupić klej? A pustaków nie za mało?
  – Jeszcze stówkę by się zdało. I ta piła taka tępa...
  – Maniek, dorzuć też ze stempla. Bo zabrakło wszak do belek – rzecze Enre. – Również desek. Tak z dwadzieścia weź listewek.
  – A ty, Maksym? Kiedy stelaż?
  – Jak wyłupię całą ścianę. Jednak... mus jest kontenera. Gruz niech pędem ktoś odbiera. Nim utonę...
  – Przestań gderać – upominam „lamenciora”. – Jeszcze na to przyjdzie pora. Lepiej jest zamówić „wora”. Prędko wtedy go zabiorą.
  – Niech już będzie – mówi w moro.
  Uśmiech wkracza mi na lico. Gwoździe wbija speed-Enrico. Z „Suporexem” walczy Płocio, no a Maksymilian… złoto! Tak wyjebał cały front…
  – Będzie garaż prima sort! – chwalę wszystkich pełen dumy. – Wy jesteście jak te pumy. Szybcy, zwarci, trochę błota…
  Na to Maksym:
  – Cóż… robota, że ze słonecznego splota, trzeba walić niczym z młota.
  – Jeśli nie ma blisko płota, bo ci jajca przełomota – gada Pawcio z doświadczenia. – Tu się przecież nic nie zmienia. Chociaż mamy już jelenia…
  – Prędzej to pana jenota, co wyrucha nawet kota. – W swej obronie rzuca „Włoch”. – Już mi chuć napina krok.
  Czuję, że tu mowa jest… o Mahujskiej, więc mam bełt. W gardle stoi, lecz nie oddam. Zapytuję mister Loczka (czyli właśnie – Emiliowca):
  – Czyżby nasza „czarna owca” utuczyła już dachowca?
  – Jesteś panie wskroś bez serca. Jamże zrobię z dziuni persa!
  – Tia, na pewno – powątpiewam. – Może kupić wam gdzieś „kebsa”?
  – Już jedliśmy. – Enre-gburro. – „Sucha wiórro” obrobiła nam ogórro.
  Patrzcie jaka rewelacja! Wzbiera we mnie wnet frustracja:
  – Pardon? Jaśniej pracowniku!
  – W mig się robi kierowniku! – Salutuje mistrz uniku. – Mamy takie fiku-miku, iż Majunia nam to sosik lub mizerię czy bigosik, w każdy ranek tu przynosi. Oczywiście są też fryty, a na deser… kotlet zbity. W paniereczce, proszę bossa, bo z niej nie jest dawna osa.
  Nagle „stuk-stuk” czarny obcas. Patrzę za mnie. „Wielkie nieba! Jeszcze Nati tu potrzeba!”. Przyfrunęła Natka z płatka.
  – Elo, elo! – wpada z gadką. – Mówcie szybko, jak wam leci? Może by dziś zrobić „exit”? Chciałam zabrać was na szamkę. Of course zakrapianą „alkiem”.
  – Mamy jeszcze w ciul roboty. – Daję z kontry. – Walczą chłopy. Zresztą na ten tu garażyk materiały muszę nabyć. Nie ma zatem czasu na to, by się w „mandej” lało alko.
  – Panie Ma-nie, a śniadanie mógłbyś zawrzeć ze mną w planie? Jutro wolny mam raneczek. Konsumować musisz przecież…
  Wywód jej przerywa fon. Mój rzecz jasna. „Spylam stąd!”. Patrzę jednak, a tam Lidia na ekranie cieszy ryjka. Myślę sobie: „To jest plan”. Zrobię Nati w łeb bam-bam!
  – Cześć Romeo, jak tam dzieło? – rzecze łania.
  – Ciut mnie wcięło, że tych desek nie wygięło.
  – Wracaj prędko, tęsknie srogo…
  – Będzie nam doprawdy błogo. Może winko mam zakupić? (Tego „Natalla” nie udupi).
  – Czyli w planach seks przy świecach?
  – Och, maleńka. Ogień wzniecasz.
  – Ale ty dzisiaj świntuszysz…
  – Zakochanym jest po uszy.
  – Dobra… bo już mam buraka.
  – Napakuję ci do flaka.
  – Maniuś! Kończę, pozdrów zgraję.
  – Arrivederci! Buziaczki, baju-bajeee.
  Z uśmiechem na ustach rozłączam rozmowę. Natalia zmieszana opuszcza głowę. Wtedy przekazuję życzonka załodze:
  – Lidzia pozdrawia panów fachurów!
  – Odpozdrawiamy! – brzmią jednym chórem.  
  Wówczas Natka zaczyna się drzeć. Pragnie wyjaśnień. „Że, kurwa cze?”. Dała radę mnie chyżo rozzłościć. „Tylko brakowało ataku zazdrości!”.  
  – Jestem bardzo „bizi men”. Czaisz bazę? Sztachnij tlen. Ukochaną mam od dawna. Nie ukrywam. Sprawa jawna. – Jeszcze mocniej wbijam szpic. – Między nami nie ma NIC! Tylko praca. Kumasz wic? Zatem szybko się oddalam. Cześć i czołem. Sajonara!
  – Ale, czemu? To my nie...?
  – Jeszcze chwila, będzie źle. Na tym finisz. Nie kombinuj. Są granice. Baj, dziewczyno. Z tobą tylko interesy. – Tak nawijam do damessy. – Nie dam dłużej się czarować. Moja w tym jest tutaj głowa. Więc nie próbuj prowokować. Znam ja wartość naszej pracy. Bądź uczciwa. Skończ kozaczyć. No i nie pluj mi w papiery. Tak ostrzegam, bez kozery. Jest umowa obustronna. Podpisana. Masz mój kontakt. Jeśli chcesz nam dalej zlecać, to zapraszam. Tylko nie patrz wzrokiem zjełczałego masła. Wyjaśniłem. Kropka. Basta! – Się odwracam od tej pani.  
  Nie mam dziś do tego bani. W rzyci chlupią jej numery. Cóż poradzę? Jestem szczery. Wsiadam w auto. Spalam „lacia”. Wchodzę na „haus”. Biorę „szmarta” i wybieram numer matki.  
  Zrywam wiersza, gdyż w słuchawce słychać świerszcza...

  Zanim Teresa zabiera głos, zachodzę w dynię, od jak dawna odreagowuję stres śmiechem. W sumie, chyba odkąd zalałem komara po śmierci ojca. Mój szaleńczy rechot na wieść o tym, iż spadł z rusztowania, nadal niczym echo rozbrzmiewa po półkulach. Dobrze, że Krucha nie widzi „mła” w takim stanie. Chłopaki pewnie zorientowali „kapusty”, bo wpadliśmy razem we „flow”, jednak z tym uporam się nieco później, gdy już...
  – No cześć Maniutek! – Słyszę radosne powitanie rodzicielki. – Świetnie, iż dzwonisz. Właśnie zastanawiałam się, kiedy wpadniesz do mnie z Lidią. Upiekłam szarlotkę i pomyślałam, że brakuje mi chętnych do...
  – Mamo. Chyba mam syna...
  Następuje cisza, a po niej:
  – Serio?! Lidzia jest w ciąży?! Będę babcią?! – krzyczy podekscytowana.
  – Raczej już jesteś – studzę kobiecy zapał.
  – Co ty pleciesz? Już urodziła? Jak mogłeś to przede mną zataić? Dlaczego nic wcześniej nie powiedziałeś?
  – Zofia…
  – Słucham?
  – Zośka ma syna. Wygląda niczym ja.
  – Ta prostytuta?! – syczy jak typowa teściowa.
  – Yhy...
  – Niemożliwe! To jakiś dowcip, prawda? Chcesz mi zrobić kawał?
  – W życiu bym z czegoś takiego nie żartował.
  – Jesteś pewien, że jest twój? Przecież babsko cię zdradziło. Może był ktoś podobny na jej „liście zaliczeń”?
  – Zupełnie jakby zdjąć ze mnie skórę. Choćbym chciał, nie dam rady się go wyprzeć.
  – Jezusie przenajświętszy... Co ty teraz poczniesz? Powiedziałeś Lidii?
  – Tak. Wspiera mnie. Chce, bym walczył o prawo do widywania Stasia.
  – Staś? Tak mu prukwa dała na imię?
  – Mhy... – Wargi mi drżą, bo wiem, jak to musiało matkę zaboleć.
  – Suka. – Tenia tylko tyle jest w stanie wydusić.
  – Co mam zrobić, mamo? Cóż powinie...?
  – Walcz, kochanie – przerywa mi. – Ojciec by tego pragnął.
  – Ale jego już nie ma! – Zaczynam wyć niczym kojot do księżyca. – Ile razy mam to powtarzać! Zostawił nas! A ja – głos mi się łamie – tak bardzo go teraz potrzebuję...
  – Nie, dziubasku. – Teresa również mówi przez łzy. Jestem zły, że do tego doprowadziłem. – On żyje w tobie. Zawsze będzie. Tak jak również tkwi w twoim synku. Jestem tego więcej niż pewna.
  – Czyli powinienem...?
  – Z całej siły i jeszcze mocniej.
  – Walczyć?
  – Nie, skarbeńku. Kochać. Bo potrafisz to najlepiej ze wszystkich znanych mi osób. Ja o tym wiem, Lidia wie, Olcia także. Jesteś wspaniałym mężczyzną, troskliwym synem i świetnym bratem. Wspierasz mnie oraz swoją siostrę, jak tylko potrafisz. Aleksandra i ja nie mogłybyśmy wymarzyć sobie lepszego obrońcy. Masz ogromne serce. Znajdzie się w nim miejsce dla jeszcze jednej małej duszyczki.
  Tego potrzebowałem. Tych właśnie słów. Ocieram zatem słone krople rękawem bluzy oraz odchrząkuję, po czym mówię:
  – Dziękuję.
  – Nie ma za co, synku. Wiesz, co masz robić?
  – Tak myślę.
  – A więc do dzieła.
  Na tym kończymy rozmowę. Siedzę jeszcze przez kilka minut z telefonem w dłoni i tępo patrzę przed siebie.  
  Wiem, co powinienem uczynić. W powietrzu jednak zawieszam pytanie:
  „Czy tym razem dam radę?”.

Od Autorek:

Czasem bywa,  
że niestety,
trzeba walić,
jak z Beretty.

Nie ma rady,
kiedy spina,
zrobi z ciebie,
skurczysyna.

Jednak zwykle,
to pozory,
gdy przygniata,
temat spory.

Wtedy właśnie,
trzeba kogoś,
kto pomoże  
zwrócić błogość.

Zatem drodzy,
czytelnicy,
czy na wsparcie,
można liczyć?

Bo nadzieja,
w nas jest wielka.
lajk mocniejszy,
niż Kropelka.

Sklejcie dla nas,
więc komencik,
dajcie łapkę,
zwróćcie dreszczyk.  

Będziem rade,
Wróci słońce,
No i sceny...
Uff gorące ;)


Pozdrowienia ślą:
Koci oraz Hope.
A żeby nadać temu gracji,
„naturliś” w kooperacji! :D

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2957 słów i 18519 znaków, zaktualizowała 26 wrz 2021.

4 komentarze

 
  • Majkel705

    Kolejny zaje...fajny odcinek

  • KociHopeCoop

    @Majkel705, niezmiernie nam miło. Dziękujemy bardzo za chwilę uwagi oraz zapraszamy na świeżusieńką część!  
    Pozdrawiamy! :D

  • papcio

    Opowiadanie jest wielkie... Nie wiem co jeszcze można napisać.  :zakochany:

  • KociHopeCoop

    @papcio, tyle nam wystarczy, aby być motywowanym do pisania. Dziękujemy pięknie, a także polecamy się na przyszłość oraz zapraszamy na kolejną część!  
    Pozdrawiamy! :)

  • Black Crowe

    Czemu mogę dać tylko jedną łapę? No!
    Jesteście wielkie,,,, myślałem, że apogeum już było, a tu zapowiada się na porządną awanturę z grzmotami i wybuchami! Przy aprobacie wszystkich rodzicieli! A jak Was znam - będą ekscesy....  
    Niech Was Matka Wena nie opuszcza!

  • KociHopeCoop

    @Black Crowe, nawet jeśli nas opuści, to powróci ze zdwojoną siłą. Wena bywa kapryśna. Wszakże jest kobietą. A jak zbiorą się takie Koci oraz Hope, to bywa czasami wręcz nieznośna ;) Pozdrawiamy i zapraszamy pod kolejne udostępnienie!

  • Gaba

    No nie, prawie "Pana Tadeusza", a właściwie "Pana Mariana" piszą... I to jak dobrze, na dodatek! Wierszokletki wspaniałe, psia kostka! Zamiast jak Marian przetrzeć drzwi (3szt) papierem ściernym po pierwszym lakierowaniu, to czytam LidMan story.... Ale nie żałuję. Akcja się rozkręca i.... znowu pięć dni czekania.... Wrrrrrrrrrr
    Pozdrawiam Was

  • KociHopeCoop

    @Gaba, kto czeka, ten się doczeka. Dziękujemy więc za cierpliwość i zapraszamy pod kolejną dawkę historii "znikąd". A kostkę dajemy pewnemu rudzielcowi :) Chętnie obgryzie ją z takich cudownych pochwał. Będzie syty, jak my. Pozdrawiamy!