„Co to to nie!” – część 59 i 60

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

59
Lidia

  Siedzę i gapię się na dziewczynę, która z wyglądu coraz bardziej przypomina mi gołodupca.
Pod kopułą zwaną także czaszką następuje rozpierducha niczym po eksplozji w Bejrucie.
Ciemne oczy wypełnione nadzieją niemalże wydłubują moje gały.
Te „niusy” dosłownie wykręcają mózg. Nie potrafię niczego sklecić do konkretnej kupy. Wszystko rozjeżdża się niczym biegunka na torze kolejowym. Jednym słowem: KROWI PLACEK!
Muszę zajarać i to w te pędy. Potrzebuję tak mocnego sztacha, że aż „zasmyra” w płucach. Tryliard myśli przebiega przez umysł jak szybkie przewijanie palcem po „szmat-fonie”.
Tego jeszcze nie grali! Aż ciężko uwierzyć, aby Maniek byłby w stanie posunąć się tak daleko.
Wstaję z podusi, chwytam paczkę fajek. Następnie wychodzę do kuchni i odciągam lekko żaluzje oraz otwieram okno na oścież. Zapalam papierosa, zaciągając dym głęboko w cycory.
Chwilowo nie wiem co sądzić o wyznaniu Aleksandry, lecz jedno jest pewne… Z tak podłą osobą jak Zofia, jeszcze nigdy się nie spotkałam.
– Mogłabyś coś powiedzieć? Strasznie irytuje mnie twoje milczenie. – Słyszę za sobą głos młodej dziewczyny.
Kilka razy ocieram kciukiem dolną wargę, aby zetrzeć z ust napływające słowa.
Mocno pociągam za filtr Westa, żeby poczuć Easta.
Powiadają, że mięso wędzone trzyma się dłużej, dlatego przytrzymuję dym w płucach.
– Co chciałabyś usłyszeć? – rzucam podczas robienia siwego obłoczku. – „Och! Biedny Marianek?”. Już zawijam kiecę i do niego lecę, żeby pogłaskać po główce – prycham, a tak naprawdę powstrzymuję impuls biegania w kółko oraz wrzeszczenia wniebogłosy. Jestem rozczarowana, że krzywodziób podczas wspólnie spędzonych wieczorów ominął maleńki detal związany z…
– Posłuchaj. „Don Mani-siur” ma coś z rycerza, czyli zakuty łeb, jednak… – Zapada cisza, więc odwracam się do rozmówczyni, która świdruje mnie wzrokiem. – Wszyscy mamy jakieś tajemnice. Prawda? – pyta. Dziewczyna unosi brwi do góry, tak jakby oczekiwała ode mnie Bóg, wie czego. Nie jestem jasnowidzem spod numeru zero osiemset, aby widzieć „fake” odpowiedź w kryształowej kuli! Poza tym, co ma piernik do wiatraka?
Nie JA zapomniałam powiedzieć swojej partnerce: „Być może, gdzieś biega moje dziecko i…”
Ogarnia mnie potężne wkurwienie. Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie borują dziury w skórze dłoni.
– Wiesz, co poczułam, kiedy na urodzinach chrześnicy pojawiła się Zofia ze Stasiem? – syczę. – Ból zmieszany ze złością, ale zauważyłam reakcję Mariana. Było widoczne, iż jest tym odkryciem tak samo zaskoczony jak ja. Postanowiłam zrobić „poker face”. Zaczęłam szukać w necie informacji, poszłam po poradę do specjalnej placówki, zwalczam myśl, że twój brat wróci do tej szmaty! Nie sypiam po nocach, ponieważ ta sprawa cały czas wygryza mi dziury w mózgu. Ryję sobie beret długimi godzinami, a co robi Łysy? – Podchodzę bliżej do kobiety. – Dlatego pytam się ciebie, Aleksandro. Czy warto komuś podać dłoń, skoro ta osoba na nią leje ciepłym moczem? W dodatku partner nie jest z tobą szczery, tylko szuka pieprzonego wyjścia ewakuacyjnego w postaci dwa na dwa. – Pochylam głowę, ponieważ siostra gołodupca mierzy parę centymetrów mniej ode mnie. – Twój brat zna się na swoim fachu i wie, że fundament to podstawa każdej budowli. Jak widać, nasz związek jest dla niego nic nieznaczącym domkiem z kart. Gdyby mu naprawdę zależało, to nie miałby przede mną tajemnic.
Omijam siostrunię krzywodzioba, człapię do wyjścia i otwieram wrota. W delikatny sposób oznajmiam panience „Wypierdalaj!”.
Całe szczęście młoda od razu czai bazę. Spogląda smutnymi oczkami, lecz nie spuszczę ze stanowczości.
– Lepiej zatopić żale w procencie, niż biec w cudze ręce – kwituje dziewczę przed wyjściem. Chwytam Olę za ramię. Teraz rozumiem skąd wieje halny.
– Lepiej mieć przyjaciela z krwi i kości, zamiast dziurkę do żałości. Dobranoc.
Puszczam kobietę, zapalam światło na klatce, a następnie zamykam drzwi przed jej nosem.
Sprawa poszła się ciulać! Nie mam siły na dalszą walkę.
Czuję na krtani dłonie mrocznego czarnoksiężnika, który ciągnie mnie w kierunku czarnej dziury. Zaćmiewa umysł oraz odbiera powietrze.
Opadam zadkiem na tapczan. Przed ślepiami widzę zamazany obraz mebli.
Nie tylko jestem przerażona, ale również zawiedziona.
Wszystko na marne.
Lepiej pływać poza burtą, niźli wygrzewać dupsko na jakieś bezużytecznej łódce, bujającej się na falach bez konkretnego celu…
„Cóż za wolności smak?! Tylko pieprzonego horyzontu brak!”.

60
Marian

  – Coś jej, kurwa powiedziała?  
  Patrzę na „Olettę słabą podniettę” z mordem w oczach. Jest dokładnie dwudziesta trzecia dwanaście. Pierdolony zegarek tyka sobie jak gdyby nigdy nic, a ja mam ochotę wziąć pierwszy lepszy przedmiot i jebnąć „tik-taka” prosto w błyszczące wskazówki. Zasrany szajs ma czelność odmierzać ostatnie minuty mojego związku? Ja mu oraz wszystkim dookoła wcisnę w zad bolca z „fuck you” i pogrzebie jeszcze paluchem.
  – Synku, język! – włącza się matka.
  – Nie, mamo! Za długo to trwało. Zbyt wiele razy próbowałem każdemu dogodzić. Chciałem być dobry, wytrwały oraz nie okazywać słabości. I jak na tym wyszedłem? Zabłocki się dla zabawy ślizga po mydle, a ja wiecznie dostaję z „plaskacza” po pysku. Wiem, że „Oleksądro zgniłe jądro” chciała dobrze. Mam tego świadomość, jednak skończyło się babce sranie. Dość już z byciem pieprzoną marionetką. Zależy mi na Lidii bardziej niż na jakiejkolwiek kobiecie. Tym razem nie odpuszczę.
  – I co? Pobiegniesz niczym wierny szczeniaczek oraz będziesz lizał kobiece stópki? – rzuca oburzony „Aleksiej Zbytdenny”. – Na moje oko Lidzia pokaże ci to samo, co mnie. – Unosi obie dłonie i wskazuje na drzwi wyjściowe. – Reksio! Aport! Czyli: ”JEB SIĘ ZDROWO, BYLE OBOK!”.
  – Ola! Musisz?!
  – Daj spokój, mamo! – ja i „Olca” (jeszcze bez bolca) wypalamy jednocześnie.
  – Gówniarze jedne! – pada z ust rodzicielki, przywołującej nas do porządku. – Macie sobie okazywać szacunek! Czy to dla was za dużo?!
  Potulniejemy z „Olocho Zmorą” momentalnie. Co jak co, ale Te-śka potrafi zapanować nad swoją hałastrą.
  – Przepraszam was obie, jednak ogarnę sprawę po swojemu. – Omijam moje damessy, kierując kroki do sypialni. Biorę z szafki ulubiony czarny T-shirt i wciągam go sobie przez głowę. Zmieniam „ściuchane” spodnie dresowe na błękitne jeansy. Brudne szare „skary” zwijam w kulkę, zastępując je nówkami z szuflady w szafie. Białe w jednorożce. Prezent od Lidii, którego zarzekałem się, że za Chiny ludowe nie ubiorę. „Forrest Gump miał rację z tymi czekoladkami. Nigdy nie wiadomo z czym przyjdzie nam się zmierzyć”.
  Z brudnymi łachami w ręku przemierzam salon. Robię krótki „check” twarzy najbliższych, które pałają oczywistym zdumieniem. Następnie zerkam na znienawidzony czasomierz. Dwudziesta trzecia trzydzieści cztery. „Ujdzie, jeśli mi pójdzie”.
  W łazience stary outfit ląduje w koszu na brudy. Moment później rozpryskuję solidny kleks pianki do golenia na dłoni oraz smaruję nim łeb i lico. „Mach number trzy – będzie jak się patrzy”.
  O dwudziestej trzeciej czterdzieści osiem stoję już w przedpokoju, nakładając „najki”. Zgarniam z szafki klucze z pestką słonecznika oraz rzucam na odchodne:
  – Jeśli nie odezwę się do jutrzejszego wieczoru... nie szukajcie syna i brata. Nawet gdy mnie gdzieś zakopie, będę szczęśliwy, że zginę z jej rąk. Adios, moje belle!
  Kiedy zbiegam po schodach, serce wali mi niczym oszalałe. W głowie kołaczą tysiące myśli, a każda z nich sprawia, iż łapię coraz większego cykora. Ale nie mogę „speniać”. Czas stanąć do walki. Nie na nagie miecze, czy za pomocą pięści. Pozostały mi tylko uczucia oraz szczerość. Czuję się jakiś taki „goły”, jednak w pewien nieuzasadniony sposób silniejszy. „Czy ktoś to jest w stanie pojąć?”. W życiu bym nie pomyślał, że tak można. A tu taka „niespodziewajka”...
  Otwieram drzwi do klatki kluczem, który dorobiła mi czarna. Nie sądziłem, iż kiedykolwiek się przyda, bo odkąd jesteśmy razem, mogłem zadzwonić domofonem i po prostu mnie wpuszczała. Lecz nie dzisiaj.  
  Biorę po kilka stopni na raz. Moment później jestem już na piętrze Kruszonki. Nie naduszam dzwonka, tylko wtryniam od razu stop metalu do zamka. „A niech wyskoczy na mnie z patelnią. Przynajmniej wyprostuje nieco krzywą gołodupską przegrodę nosową”.
  – Lidka?! – wołam od progu. – Gdzie jesteś?!
  Pierwsze, co słyszę, to kliknięcie zamka w damskiej sypialni, a potem wściekły głos:
  – Jak najdalej od ciebie, ty zachlany kłamczuchu!  
  Takim zameczkiem, może sobie co najwyżej „miniówę” zapinać...
  Podchodzę do drzwi. Bez zastanowienia daję w nie z „bara”. Zgodnie z oczekiwaniem, po chwili jest już po wszystkim.
  – Rozjebałeś framugę i skrzydło! – woła oburzona, kuląc się na łóżku. Wiem, co czuje. Myśli, że ją oszukałem, wykorzystałem oraz dałem złudne marzenia o przyszłości. Ale jest w błędzie i przybyłem, by to wyjaśnić.  
  W całej tej powalonej akcji zapomniałem o najważniejszym. O tym, iż lwica przede mną jest nadal małym kociakiem. Zranionym, który myśli, że przyciągnął do siebie kolejnego łachudrę. Nie zacznę więc od zwykłego „przepraszam”. To by było stanowczo za mało.
  Powoli podchodzę w kierunku Dambosi. Adrenalina szybko opada. Chociaż widzę w oczach łani ból pomieszany ze złością, wspinam się na wyrko, zajmując miejsce obok MOJEJ (jeszcze?) dziewczyny. Bez słowa łapię dziołchę w objęcia. Próbuje mnie odepchnąć, drapać, krzyczeć, wstawać oraz wyrywać się, ale nie zwalniam uścisku. Wiem, iż potrzebuje w tej chwili ochrony. Być może typek, o którym napomknęła „Ola-f lubi cienkie” tym właśnie łani służył. Wsparciem. Jednak to wyłącznie moja rola. Nikomu nigdy więcej jej nie odstąpię.
  – Idź stąd! – Lidzia burczy pod nosem, gdy nie ma już siły ze mną walczyć. Łzy zdobią kobiece policzki, czarne włosy są potargane, a pidżamka jest w kompletnym nieładzie. – Po coś tu przylazł, skoro się do mnie nie odzywasz?
  – Bo cię kocham – odpieram dopuszczony w końcu do głosu, wtulając twarz w pachnące brzoskwiniami pasma. – Kocham, szanuję i dziękuję, że chcesz walczyć razem ze mną. Nawet jeśli masz teraz ochotę jebnąć kowadłem w ten pusty baniak – potrząsam łysą glacą – ciągle się o mnie martwisz oraz ci na „mła” zależy. Mógłbym przepraszać po tysiąc razy, jednak nie zmienię faktu, iż odwaliłem „manianę”. Przede wszystkim zapomniałem, co ty w tym momencie odczuwasz. Za to właśnie najbardziej płonę ze wstydu. Dlatego przyjmij mnie dzisiaj. Nawet jeśli rano wyfrunę stąd na kopach, pozwól się teraz sobą zaopiekować.
  – Ale, jak?
  – Szzz... – Kładę palec na ustach kobyłki i wyciskam na nim pocałunek. Mam sakramencką ochotę scałować jej łzy oraz zatopić się w pełnych wargach. Jednakże nie zawitałem tutaj, by zaspokoić swoje „ciągoty”. – Nic nie mów.
  Wciąż przytrzymując Kruchą, wolną ręką wyciągam spod nas pościel, po czym skłaniam dziewczynę do położenia się. Następnie przykrywam nas kołdrą i bez słowa powracam do „tul-lidziowania”. Nawet jeśli to ostatni taki raz, dam z siebie wszystko, by panna Damboń poczuła, że ma we mnie obrońcę.
   – Dobranoc, kochanie – szepczę, gdy „offuje” przycisk lampki nocnej.
  W mig ogarnia nas ciemność. Jeszcze parę razy Lidia próbuje podejmować rozmowę, ale pozostaję niewzruszony. Krążące w powietrzu opary alkoholu sprawiają, iż wracają wyrzuty sumienia. Wiem, że Kruszonka piła przeze mnie. Świadomość tego faktu boli jeszcze bardziej...
  Kiedy oddech łani się normuje, pozwalam sobie poluźnić kleszcze. Jeszcze przez chwilę sprawdzam, czy dziewczyna nie udaje, iż śpi i dopiero wtedy układam cielsko nieco wygodniej. Nie wiem, czy jednak dam radę walnąć w kimono. Spokojnie liczę zatem kobiece oddechy, aż w końcu gubię rachubę. Wówczas zwyczajnie... usypiam.

Tymczasem na „cybulowym dworze”:

  – Ma dziewczyna jaja. – Ola uśmiecha się do matki, pałając radością. – Waleczny z niej „kociszon”.
  – A co myślałaś, że po tym wszystkim wziąłby sobie porcelanową laleczkę? – odpowiada Teresa.
  – Bałam się, iż raczej kolejną siksę, która będzie nim manipulować.
  – Nie sądzę, by Lidia taka była. Spójrz tylko. – Starsza kobieta wskazuje na okna mieszkania w bloku obok. – Zgasili światło. Myślisz, że się „godzą”?
  – Niet. – Wypala Aleksandra, łapiąc mateczkę za rękę. – Po prostu Marianello staje... tym razem na wysokości zadania.
  – Czyli dobry miałam plan, prawda córuś?
  Studentka ściska dłoń matuli jeszcze mocniej, po czym z błyszczącymi oczyma odpowiada.
  – Jesteś, matuś „najlepsiejsza-ever-cool”. – Puszcza oczko. – A ja to twój doskonały minionek.
  Obie zaczynają rechotać. Pozostaje jednak pytanie: Czy ich plan nie spali na panewce?
  „Któż to wie, któż to wie, co pod kołdrą kopci się?”.

Od Autorek:

Taka wyszła dzisiaj akcja,
że w łóżeczku jest atrakcja,
lecz „satynka” się nie daje
chociaż komuś rożek staje.

Czyżby to był koniec, finisz?
Kto zapłaci za swe winy?
Czy Maniutek zgarnie z rana,
soczystego w dupsko glana?

Przywołując sedno sprawy:
czasem ostre są zabawy,
a poszewka, kiedy nowa,
lubi się elektryzować… ;)

Pamiętajcie zatem mili,
coście tutaj zagościli.
Jeśli w dziurkę „trza zakukać”,
to unieście w górę kciuka!

„Pozdro” od nas standardowo.
– KociHope (walnięte zdrowo). :rotfl:  
„Łoczywiście” pozytywnie,
w kooperacji tworzą gryfnie! :D

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2337 słów i 14245 znaków, zaktualizowała 14 paź o 20:18.

2 komentarze

 
  • shakadap

    Znowu dobrze napisane
    I choć czytane nad ranem
    To wspaniałe się czytalo
    W tekście dużo się podzialo
    Matka jak i jej córeczka
    Niczym dwa przebiegle lisy
    Wygoniły Manieneczka
    Do łóżeczka Lidii dzisiaj
    Co jutrzejszy dzień przyniesie
    Tylko w Waszych głowach siedzi
    Czy z powodu wrzasków, mordu
    W koło zleca się sąsiedzi?
    Czy Maniusiek i Lidzienka  
    Będą godzić się już z rana?
    Czy jest w stanie się zasklepić
    Znów ropiejąca rana?
    Czy to wszystko z życia wzięte?
    Czy to tylko wyobraźnia,
    Jedno jasne jest jak słońce
    Ludzie głupi są i basta.
    Z wszystkich stworzeń na tym swiecie
    Człowiek mądrość posiadł przecież
    Lecz na cóż komu ona
    Gdy w sercu pustka słona
    Gdy zło w środku kiełkuje
    A dobro się wykopuje?
    Mnostwo ludzi na ulicy
    Uśmiechnięci, ale skrycie
    Na wszystkich wilkiem patrzą
    I szukają gdzie, jak, komu
    Dopierdolić po kryjomu.  

    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Gaba

    Już sześćdziesiąty odcinek?! Aż niemożliwe! No i dobrze. Dobrze się czyta - bez dłużyzn, wartka i ciekawa akcja. Jest dobrze! Niech więc "w kooperacji tworzą gryfinie" ku pokrzepieniu czytelników. Dzięki Wam za teraz i czekam na więcej! I.... jak zwykle pozdrawiam