„Co to to nie!” – część 29 i 30

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

29
Lidia

  Mija parę sekund, zanim realizuję, o co biega. Mrugam szybko powiekami, odprowadzając Marianello wzrokiem. Nie uchodzi mojej uwadze zwisający przy jego dupci breloczek w kształcie słonecznika. Czyżby…? Lukam do trzymanej w dłoni torebki, a w niej na pojemniku leży klucz, do którego przyczepiony jest torcik z rzęsami. Dodaję jeden do jednego. W trzy migi na ustach pojawia się uśmiech. „Co za cwaniak!”.
– Aha… Lady Li ma adoratora. Very sweet! – stwierdza zadowolony kolega z mięsnego. Odwracam twarz w jego stronę.
– Stul dziób, Kryspa. W innym wypadku użyję twojego sprzętu pracy. Małe Sado-maso – ostrzegam radośnie, na co chłopak przystawia palec wskazujący do ust i puszcza oczko w moją stronę.
Odkładam papierową tytkę na puste europalety i wyjeżdżam wózkiem ze świeżą dostawą do sklepu, a następnie przekładam warzywka i owoce.
  Po zakończeniu czynności wracam do magazynu, zabieram „gołodupską” taśkę i pędzę na zasłużoną przerwę, a także, żeby zobaczyć, co też Cybula przygotował do siamania.
Będąc już w kanciapie dla pracowników, włączam czajnik z wodą, by zaparzyć „puszczalską” kawę. Siadam na składanym plastikowym krześle i wyciągam po kolei zapakowane bambetle. Kluczyk z torcikiem. Jak się domyślam należy do nowego zamka drzwi z mieszkania, tylko wiedza, że Marian, Mamuci Maniek posiada drugi „łom” do mojej siedziby, nie za bardzo mi pasi.
Następnie łowię… truskawkowy jogurt z zapiską na wieczku. Czytam bazgroły i od razu suszę jedynki. ”Toż to wariat z niego!”.
Kolejną rzeczą, którą chwytam, jest mniejszy pojemnik, a w nim poćwiartowany pomidor w półksiężyce. „Zgryzu niemowlaka nie posiadam! Przecież mój dentysta jest zachwycony siekaczami i kamieniem nazębnym!”.
Oj, będę musiała zamienić z łysym parę słów na temat mojego uzębienia!
Ponownie wkładam łapę do środka i tym razem wydobywam większe pudełko, które otwieram... Zawinięte w folię aluminiową jedzenie jest w miarę ciepłe. Odpakowuję sreberko, a zapach jajecznicy unosi się w powietrzu. W sekundę burczy mi w brzuchu, dlatego bez chwili wahania zatapiam kły w tost przygotowany przez „krzywodzioba”. Mhmmm. Przepyszne!
  Przeżuwając kanapkę z jajcem, wstaję i zalewam czarny eliksir. Muszę umoczyć mordkę w kofeinie, zanim wyjmę z papierowej siatki ostatnią rzecz. Ciemny karton… prezent urodzinowy.
Sadzam zad na tanim siedzeniu, upijam łyk parującej cieczy, jednocześnie konsumując ostatni posiłek przed uniesieniem dekla niespodzianki. Wcale nie będę zaskoczona, jeśli wewnątrz tekturowej skrzyneczki znajdę tykające TNT.  
„Przypadł podarunek do gustu? – Tak, okazał się BOMBOWY”! Przebiega mi przez myśl. Odsuwam chorą wizję na bok i wyciągam na wierzch to, co już wczoraj miałam odpakować.
Nie ma to tamto... Fantazja o Cybuli, który faktycznie chce wysadzić mnie w powietrze, daje fest po dupie. Z potem spływając po skroni, otwieram upominek. Powoli unoszę pokrywkę, zerkam ukradkiem, czy nie wyskoczy jakaś żmija lub tarantula, lecz zamiast tego moim oczom ukazują się eleganckie czarne szpilki z około sześciocentymetrowym czerwonym obcasem. Spoglądam na widniejącą liczbę 37 i skromnie myślę „Skąd pierun wiedział, jaki noszę rozmiar chacia?”.
Nagle przypominam sobie wczorajszą rozmowę o „dumna panna@”. W sekundę klepię się w czoło, ponieważ na profilu podałam… „Przynajmniej nie sprezentował babcinej bielizny, tylko pantofle”. Wybucham gardłowym śmiechem, gdy umysł wysyła obraz błądzącego Mańka w sklepie z cyckonoszami i majciochami. Biedak prędzej dostałby oczojebów! Hahaha!
– Ktoś tu ma bardzo dobry humor – odzywa się Aśka, jedna z pracownic. Szybko zamykam pudełko z trzewikami i wkładam je do ozdobnej torebki.
– Rzekłabym normalny – odpieram z drobnym uśmiechem, tuszując sprawioną przez Mariana radość.  
– Oczywiście – prycha pod nosem. – Widziałam cię z typem, który łaził między regałami, właśnie… – Wskazuje paluchem na prezent – z tym czymś. Czuję w powietrzu romansik rodem z Harlequina. – Koleżanka ukazuje rząd lekko spróchniałych zębów.
– Taaa… Może jeszcze z Cross-a? – burczę z przekręceniem oczu. Wciskam do ust ostatni kęs zacnego jadła i bez namysłu dodaję – gościu jest sąsiadem, który zmienił zamek drzwi po tym, jak wczoraj wł… – przerywam na sekundę. – Jak zamek szlag trafił. Nic specjalnego. – Mam nadzieję, że Aśka nie usłyszała tego, co prawie wypowiedziałam na głos i nie pociągnie tematu. Na całe szczęście dziewczyna się odwraca, aby zrobić sobie porcję czarnego trunku.
– Czyli ten przystojniaczek, jest twoim sąsiadem? Jak nie jesteś nim zainteresowana, to z miłą chęcią zagadam do ślusarza, może i u mnie wymieni zameczek w bramie szczęścia ze słodką rozkoszą.  
Słysząc te słowa, prawie dławię się szczypiorkiem, ale umiem opanować smyrającą w gardle cebulkę. „Co to to nie!”.
Mrużę oczy, ponieważ ta umięśniona kupa woła, chodzącego na dwóch kopytach należy do mnie!
– Przykro mi, ale mister „Kluczyk” jest zajęty. Ma dziewczynę – mówię bezinteresownie, a tak naprawdę mam ochotę przycedzić babce w pysk. Co ona se myśli?  
Niestety, nie wszystkie szwendające się bydlęta są na „sprzedaż”, a w szczególności ten kawałek!
– Szkoda. Daj mi znać, jeśli miałby zostać solo.  
„EJ! Zaraz to ja ci przySOLĘ, panienko”!  
  Pakuję klamoty do torebki, mamrocząc pod nosem „Czekaj se do usranej śmierci”. Wstaję i chcę wyjść, żeby zabunkrować prezent w szafce pracownika.
– Mówiłaś coś? – dopytuje.
– Mam koniec przerwy.
    Nie myślałam, że przebrnięcie przez drugą połówkę zmiany, będzie dla mnie czymś tak ciężkim.
Cały czas walczyłam z impulsem, aby nie wytargać Aśce kudłów z baśki.
Jednak po wyjściu poza wrota sklepu, wszyscy mogą uznać się farciarzami, ponieważ nikt nie został ranny, ani nie posiada uszczerbku na zdrowiu, a zwłaszcza ta pinda w jebniętych blond loczkach.
  Załadowana zakupami oraz „maciupeńkim drobiazgiem” w ramach podziękowania, wchodzę na trzecie piętro mojego bloku.
   Dzwonię do drzwi Majki, które niemalże od razu zostają otworzone przez średniego wzrostu, młodego, opalonego faceta. „Wygląda na Włocha”.
– Dzień dobry. Zastałam szefa? – odzywam się niepewnie.  
– A kto pyta?
– Yyyy…
– Kruszonko! Cóż za miła niespodzianka! Enrico, bądź dżentelmenem i wpuść kobietę do środka! – woła Marian tuż za plecami pracownika.
Głośno przełykam ślinę.
„Oni mnie wyśmieją jak bum cyk”!

30
Marian

   Spojrzenie, jakim obrzucam łanię, mogłoby topić lodowce. Wygląda niczym wisienka na torcie. I to bynajmniej nie mojej produkcji. Różowe od tachania policzki, przyspieszony oddech, błyszczące niewinnie oczy i przekrzywiony czarny sklepowy T-shirt, ukazujący dekolt... Wszystko to wywołuje flashback na pierwsze ujrzenie Lidki przez balkon. Normalnie kocham tę babkę. Mogę udawać, iż lecę tylko na jej figurę, ale to byłoby ogromne niedopowiedzenie. Nie da się nie zauważyć jaką troską otaczam prychającą na wszystkie strony kobyłkę. No i do tego dochodzi poczęstunek, który nam „zgotowała”. Pizza oraz piwo. Czy poza seksem czegoś tutaj jeszcze brakuje?
   Podbiegam speedem do drzwi i odbieram przytargane gifty. Aromat sera, salami, szynki oraz chuj wie czego jeszcze, daje od razu po nozdrzach. Nawet nie pytam, czym sobie na to zasłużyliśmy. Cmokam jedynie policzek dziubaska i zerkając na z deczka zdziwioną Majkę, podstawiam jej kartony z plackami pod nos, by skomentować: „To właśnie nazywamy posiłkiem”. Odstawiam wszystko na stół zakryty folią malarską, a następnie odwracam się na pięcie, chcąc przedstawić Lidię załodze. Kobitka stoi bowiem wryta u progu i nie bardzo wie, co ma począć.
   – Chodź miła, zapoznam cię z łobuzami – Wyciągam dłoń w jej kierunku, na co, o dziwo, podchodzi bliżej oraz splata palce z moimi. „Arghhh! – Mam chyba awarię zwojów, bo czuję, iż coś iskrzy na łączach!”.
   – Dzień dobry. – Zaczyna niepewnie Kruszonka. – Jestem Lidka, mieszkam piętro niżej. Majka pilnowała mi mieszkania, a wy jej… budy – obdarza paszczura zimnym spojrzeniem, na co glista mimowolnie garbi plecy – zatem chciałam wam podziękować, iż jesteście tak wytrwali, by pracować na samej sałacie, więc noo… smacznego. Obyście mieli dużo siły i jak najszybciej skończyli tłuc mi nad głową od bladego świtu.
   Zgodnie z oczekiwaniem po pokoju rozchodzą się pomruki rozbawienia. Majka stoi z zamkniętymi ustami, jakby muchę w paszczy przytrzymywała. Przygarniam zatem Lidię pod bok, puszczając oczko do kompanów:
   – Czyż ona nie jest cudowna? Sama słodycz, co nie?
   Tym sposobem tama puszcza. Jeden po drugim podchodzą i bezczelnie biorą „my-lejdi” w objęcia. Najpierw jest Maksym, potem Płotek, a na koniec Enrico. Ten ostatni, jakoś za nisko trzyma łapska, więc szybko odrywam go od zaskoczonej Kruchej, aby złapała odrobinę powietrza. Maksym to tak naprawdę Maksymilian, ale lubi wygłaszać swoje durnowate porzekadła, zatem już tak zostało. Płotek, czyli Paweł, kiedyś miał ciekawą przygodę, gdy wracał po pijaku z dyski i co nieco sobie pokiereszował, przeskakując przez ogrodzenie, a Enrico – „nieźle fiko”, wygląda na Włocha, ale na imię ma Emil, chociaż śniadą karnacją zmylił już niejedną dziewczynę. Na całe szczęście „moja” niunia, nie wydaje się być nim żywiej zainteresowana, bo bym musiał mu chyba dać bezpłatny urlop. Wszyscy mają od 24 do 28 lat, zatem jako najstarszy dość często hamuję zachowania nicponi. Ale w pracy są fest, więc niekiedy przymykam oko. Na przykład teraz, gdy „Enre” podstawia pierwszy kawałek pizzochy pod nos Mahujskiej.  
   – No weeeź… tylko gryzek. Za braciszka… – namawia niczym mały chłopczyk, a silna wola suchelca powoli zaczyna słabnąć. – Prosęęę, taka śliczna dziewczynka powinna nabrać nieco ciałka. Zobacz, jak pachnie, nie daj się błagać. Zrób duże „aaa”… – Niepewność trwa jeszcze tylko kilka sekund, a potem następuje „am”, „glum”, „omnomnom” i… powraca „Głodzilla”! Oczy Majki rozbłyskują nowoodkrytym blaskiem, dostaje wyraźnego ślinotoku, pędzi przez pół pokoju, otwiera czteropak czerwonej warki, po czym prosto z puszki „wygrzdula” niemal połowę. „Dieta właśnie poszła się jebać”. – Brechtam w myślach, posyłając szyderczy uśmieszek drżącej ze śmiechu Lidii. Mało nie pęknie, tak bardzo chce zachować fason, ale widok wygłodniałej zleceniodawczyni, która zerwała właśnie łańcuchy, przeistaczając się z suchego wióra w diabła tasmańskiego, jest nie do wytrzymania. Jeszcze niech zrobi „raul-galblz”, „aghaa!” i sam zmoczę portki. Nie mija dziesięć minut, a babsko ma za sobą po kawałku każdej z pięciu pizz. Dobrze, że chociaż chłopaki pędem rozparcelowali między sobą browarki, bo by im nic do popicia nie zostawiła. A zbożówki chlać więcej nie będą. Co to to nie!
   Tak się zaaferowałem obserwowaniem „Strucla”, iż za późno ogarnąłem, że paszczur wychlał mój przydział piwerka. Robię zatem z ust podkówkę i pytam łani:
   – A dla dziadunia, nie ma już nic czerwony kapturek w koszyczku?
   – Wilczyca ci wyżłopała – odpiera, obserwując jak sąsiadka zgniata pustą puszkę japonkiem. „Odważna raszpla”. – Kwituję w myślach. „Mogła sobie w pięcie dziurę tym sposobem pierdyknąć”.
   – I co? Mam ją teraz rozpruć, żeby oddała?
   – Gdzie tam – Lidia prycha oraz nachyla się do mojego ucha. – Mam na dole coś znacznie mocniejszego…
   – Taaak? – Robię wielkie oczy. – Masarski tasak? – dociekam z nutką zazdrości.
   – Nieee. – Mruga zalotnie, a następnie szepcze zmysłowo, jakbyśmy byli tu sami. – Czeka na ciebie mokra… zroszona…skąpo ubrana… w czarną… etykietę, butelka STRONGA! – wyrzuca, po czym robi obrót o sto osiemdziesiąt stopni i z głośnym zacieszem wybiega z mieszkania.
   Stoję przez chwilę oniemiały, ciesząc mordkę w duchu, iż nie jadłem sosu czosnkowego, bowiem mam plan przyssać usta… ale nie do szyjki „wareczki”. Odchrząkuję, spoglądając na rozdziawione japy towarzyszy, z których zwisają resztki, wyszarpanych „Maj-wścieczce” kawałków pizzy. Z głośnym: „Panowie wybaczą”, wychodzę jak na szczudłach z mieszkania. W sumie, mam ochotę biec, ale muszę przez moment ochłonąć. „Jak to możliwe, iż kobiecie udało się przyprawić mnie o wzwód samymi słowami?”. Staję w rozkroku na półpiętrze i łapię za parapet, próbując uspokoić kłującą w rozporek armatę. „Jezzz, ile ty masz lat, chłopczyku?” – besztam sam siebie, licząc po kilka razy od zera do dziesięciu i z powrotem. „Toż to szok jest! Wręcz agonia!”.
   W końcu, gdy daję radę normalnie iść, schodzę pod właściwy adres. Wówczas słyszę krzyk, który sprawia, że włosy na klacie stają mi dęba:
   – AAAAA! Jakim cudem?! Nieee! To niemożliwe!
   Bez zastanowienia popycham skrzydło (którego, baj-de-łej Lidia nie zamknęła, jakby na mnie czekała lub znów miała nieproszonego gościa) i wpadam jak burza do środka, rzucając od progu:
   – Gdzie jest ten skurwiel?! Co znowu ci zrobił?! Zajebię gnoja!
   Ze zdziwieniem obserwuję, jak łania patrzy przerażona, to na mnie, to na ekran „srajtfona”. Emocje nieco opadają, ale niewiele kumam z tej sytuacji, toteż zapytuję:
   – Coś ci napisał? Wysłał jakieś pogróżki?
   Dziunia powoli podnosi wzrok, a jej blada twarz nie wróży niczego dobrego. W końcu mówi:
   – Ja ci zapłacę. W ratach. Ale oddam wszystko.
   – Co? – Kręcę głową, nadal nic nie rozumiejąc. – O czym ty mówisz?
   – To. – Drżącą dłonią pokazuje ekran telefonu, a tam widnieje zdjęcie górnego zamka, który jej kupiłem oraz zawrotna cena 399,99 zł. „Czyli rabacik jakiś mi jednak dali” – kwituję we łbie, po czym rejestruję kolejne słowa Kruszonki. – To wywrotka pieniędzy! Nie spodziewałam się, iż tyle będzie mogło kosztować. Nie dam rady oddać od razu za zamek, plus za wkładkę, breloczki, to coś z łańcuszkiem, no i jeszcze…
   – STOP! –  Wyciągam rękę, wachlując łapskiem przed śliczną buźką. – Wrzuć na luz „klaczuniu”, bo podkowy pogubisz. Niczego nie musisz oddawać…
   – Zwariowałeś?! – Załącza tryb obronny. – Nie możesz mi robić tak drogich prezentów, nie godzi się, bym oczekiwała tego od ciebie. To nie fair. Tak nie wolno. Oddam ci kasę w ciągu dwóch albo najwyżej trzech mmm… – „A cicho bądź, bździągwo jedna!” – Podchodzę i zduszam tyradę pocałunkiem.
   Najpierw czuję mały opór. Nic dziwnego, w końcu przerywam kobiecie w pół słowa. Próbuje mnie delikatnie odsunąć, ale zwiększam intensywność doznań, kładąc dłonie na talii, a później przenosząc ręce na plecy. Sunę opuszkami palców wzdłuż kręgosłupa, gładzę łopatki i chwytam lekko za szyję, przysuwając bliżej damską główkę. W końcu oplątuję włosy związane w kucyk wokół nadgarstka oraz lekko szarpię, zmuszając Lidię, by spojrzała mi w oczy. Oddalam nasze rozchylone wargi na milimetry i ciężko dysząc, niskim głosem wymawiam:
   – Nigdy, przenigdy, nie będziesz mi nic winna. Mam zniżki. Wyszło niewiele więcej niż za składniki na ciasto z rabarbarem – kłamię, ale nie zamierzam się tym przejmować, bo do chuja ciężkiego, nie pozwolę „mojej” kobiecie płacić za własne bezpieczeństwo! – Oraz pestki słonecznika dla wygłodniałych ptaszków – dodaję, a następnie pochylam głowę ponownie, stykając nasze wargi.  
   Teraz jest nieco inaczej. Lidia już nie walczy. Wychodzi naprzeciw, odwzajemniając ruchy języka oraz opierając dłonie na klacie. Nasze ruchy z czasem przybierają na gwałtowności. Jej palce wędrują na szerokie plecy i zaczyna orać paznokciami całą długość tułowia. Ja zaś zsuwam dłonie na kształtne pośladki, które delikatnie ściskam niczym słodkie jabłuszka, a wówczas z ust czarnej wydobywa się coś, na co od dawna czekałem. Jęk. Cudowne „Achhh” jest melodią oraz „słowem kluczem”, otwierającym nowy rozdział naszego „związku”.
   Bez zastanowienia podnoszę dziubaska za półdupki, na co w odpowiedzi owija uda wokół moich nóg. Przyrodzenie w dresach ociera o grotę w opiętych jeansach. Bariera z ciuchów sprawia, że mam ochotę zerwać z Kruchej wszystkie ubrania i polizać słodką brzoskwinkę, jak wczorajszego wieczora. Ledwo mogę zapanować nad myślami oraz ruchami, ale resztką rozsądku, kładąc kobietę na sofie, wyrzucam:
   – Pragnę cię bardziej niż truskawkowej jogobelli. – Uśmiecham się, lekko zdyszany. Spoglądam w ciemno-brązowe tafle, jak zawsze czekając na odpowiedź. Nadal jestem zawieszony nad Lidią i w ten sposób proszę ją o zgodę.
   – Pierdolisz pan – pada z kobiecych ust, gdy pociąga za fraki polówki, zmuszając, bym nakrył babeczkę swoim ciałem. Pomimo podniecenia, robię to najdelikatniej, jak mogę. Nie chcę przecież zrobić z czarnej rozjechanego placka!
   – To jeszcze przed nami – kwituję, całując usta, policzki, a później szyję dziewczyny. Pachnie wypisz-wymaluj niczym maliny z pamiętnego torcika. „Czyżby to były jej ulubione owoce?”. Mam ochotę zapytać, na ile mogę sobie dzisiaj pozwolić, ale zdaję się na nią. Na razie postanawiam odgadywać damskie pragnienia. Skoro przywieranie, tulenie i całowanie wydusiło mimowolny jęk, ochoczo będę badał dalsze reakcje.
   Szykuje się najwspanialsza zabawa w doktora w całym moim trzydziestojednoletnim życiu!


Od Autorek

Drodzy czytelnicy.
Jeśli jesteście ciekawi dalszego ciągu opowiadania – napiszcie parę słów oraz wstawcie "lajka".
Najlepsza dla nas mobilizacja, Wasza reakcja!
Pozdrawiamy!
KociHopeCoop.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2985 słów i 18274 znaków, zaktualizowała 4 sie o 19:20.

4 komentarze

 
  • eksperymentujacy

    Genialne :)
    Zwracamy się z uprzejmą prośbą nie zaprzestawanie dostarczania nam wrażeń erotyczno-rozweselających

  • KociHopeCoop

    @eksperymentujacy, taki jest nasz zamiar. :D
    Rownież od Was – czytelników bardzo dużo zależy. Każdy komentarz oraz like jest dla nas wielką motywacją, za którą jesteśmy Wam ogromnie wdzięczne. Dlatego prosimy się nie krępować i na luzie komentować. ;)  
    Pozdrawiamy!  :)

  • Gazda

    Dobrze się bawię czytając kolejne rozdziały.
    Proszę o więcej :bravo:

  • KociHopeCoop

    @Gazda, ogromnie nam miło, że uśmiech wita na twoich ustach. Postaramy się, by kolejne rozdziały również cię rozbawiły:) Pozdrawiamy!

  • shakadap

    Świetne. Mam dobry ubaw z tych "tekstów".
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • KociHopeCoop

    @shakadap, dobry ubaw, to nasza specjalność ;) Same śmiejemy się, gdy czytamy efekt końcowy. Ale wiele jeszcze siedzi w naszych głowach :D Również serdecznie pozdrawiamy:)

  • Mirka

    Ale potraficie potęgować napięcie u czytelników a także w dolnych częściach ciała bohaterów opowiadania.
    Ja bym tak nie potrafiła wytrzymać jak Lidka z napalonym na mnie facetem.  :)

  • KociHopeCoop

    @Mirka, bohaterowie wodzą się wzajemnie za noski. Dzięki temu rośnie napięcie, a z nim chęć na coś więcej... ;) Gorrrąco zatem pozdrawiamy!