„Co to to nie!” – część 1 i 2

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

1
Lidia

   Jestem Lidia, mam dwadzieścia dziewięć lat i pracuję w pobliskim supermarkecie Dino. Niedawno zakończyłam popołudniową zmianę. Wypompowana z sił wracam do domu. Jeszcze tylko parę metrów oraz wspinaczka po schodach na drugie piętro i będę mogła z pełnym relaksem nacieszyć się dawką serialu „Lucyfer”. Gdyby ktoś teraz zaproponował mi fitness, to bym tę osobę obłożyła ciężką torbą z zakupami. Zanadto nanoszę się skrzynek z owocami lub warzywami. Czasem się zdarzy, że kierownik łaskawie wrąbie mnie na kasę. No nic. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić.
   Otwieram drzwi mojego skromnego dwupokojowego mieszkania. Zapalam światło, ściągam buciory z bolących kopyt, a następnie kieruję się do minimalistycznej kuchni, żeby wypakować zakupy ze szmacianej siatki. Po walce z upychaniem pożywienia w szafkach, człapię do sypialni z zamiarem wyciągnięcia z komody świeżej piżamki. Ze względu na zapadający zmrok, podchodzę do okna, chwytam za linę żaluzji zewnętrznych i wtedy zauważam sympatyczny widoczek – sąsiada z przeciwnego bloku, mieszkającego na tym samym piętrze co ja. Musiał się niedawno wprowadzić, ponieważ apartament jeszcze parę tygodni temu był pusty. Kij z tym, kiedy, co i jak, ale z radością przyznam, że w tej chwili mam na co popatrzeć. Kawał chodzącego, soczystego boczku. Skąd to wiem? Koleś paraduje po pokoju w ciemnym ręczniku owiniętym wokół bioder. Rety! Ależ ziomek posiada futro! Taką ma owłosioną klatkę piersiową! Śmiało może sobie papiloty strzelić albo trwałą.  
   Nagle facio podchodzi do okna i podnosi wzrok. Szybko chowam twarz za gardyną, a następnie spuszczam w dół żaluzje, które z hukiem uderzają o metalowy parapet. Ja jebię! Mam nadzieję, że nie przyłapał mnie na podglądaniu. Jeszcze zadzwoniłby po gliny, bo jakaś wścibska sąsiadeczka podziwiała owłosione cielsko. Nosz cholera jasna! Z tego całego spektaklu nawet nie spojrzałam na jego twarz! No nic. Jutro ukradkiem poobserwuję przez lornetkę solidną górę mięcha. Teraz pora na prysznic oraz seans z diabełkiem.

2
Marian

  – Łał, ale miała patrzały – prycham rozbawiony, wycierając kłaki na klacie odwiązanym z zadka ręcznikiem. – Zupełnie jak łania na środku czteropasmówki. – Jest good, Marian, it's nice. Zrobiłeś intro niczym MC…
   Szczerząc się jak po dokładce pomidorowej, odwracam ciało i z poczuciem spełnionej misji, wracam do nieco już odparowanej łazienki. To był jednak majsterplan, wynająć mieszkanie na dokładnie tej wysokości. Nie mam jeszcze wprawdzie tivika, ale przy odrobinie szczęścia będę mógł popatrzeć na zagubioną minkę sąsiadeczki z bloku przede mną. Wyhaczyłem pannę już wczoraj wieczorem, gdy umęczony targaniem kartonów, złapałem „minyt” oddechu, żłopiąc browca na swoim balkonie. Oświetlona łuną szmat-fona, stała spokojnie i jarała szluga, oparta o balustradkę. Ślepia aż przetarłem ze zdumienia, mając taki rarytas wprost przed własną kichawą.
   Rozsiadłszy dupsko na parapecie, skryty w mroku, mogłem spokojnie kontemplować nad zarysem ponętnej brunetki. Szczegóły, co prawda spowijała noc, ale niektóre rzeczy były aż nazbyt wyraźne. Pomimo luźnej satynowej piżamy, cycki sterczały niczym bojki na wodzie, a na wypiętym zalotnie tyłeczku, mógłbym z powodzeniem łyżkę położyć i nie zsunęłaby się na milimetry. Orzechy z pewnością dziunia może łupać, siadając na krześle. Nic więc dziwnego, że gdy tylko zauważyłem jej powrót, pędem przystąpiłem do akcji.
   Mawiają, że liczy się pierwsze wrażenie, zatem przesuwam kilka razy w górę i w dół po pytongu, uwolnionym spod czarnego ręcznika. Raz, dwa i stoi na rozkaz. Ochlapawszy uprzednio pachy pod bieżącą, wyłażę z toiletu i nonszalancko maszeruję przez całą długość salonu, ku kartonowi pozostawionemu koło okna balkonowego.
  – Gdzie pochowałeś gacie, mości Marianie? – Udaję skonsternowanego i teatralnie wypieprzam z pudła kolejne ubrania, po czym prostuję się, drapię po mokrej glacy i w końcu rzucam okiem na balkon. Szybko wypatruję pozostawioną w windowsach sąsiadki szparę i triumf rozchodzi falami po czaszce: „Gratki, maleńka! Najwyraźniej obydwoje lubimy sobie popatrzeć”.
   Na widok kartonu z bielizną leżącego na zewnętrznych kafelkach, paszczę rozjaśnia mi uśmiech. Łapiąc się za serce i tylko nieznacznie maskując przyrodzenie (co by nie zasłaniać zbyt wiele), wkraczam na lodżię, nagusieńki jak niemowlaczek.
   „Pierwszy dzień, a już jest ciekawie” – szydzę w myślach. – „No to do dzieła!”.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i komediowe, użyła 788 słów i 4770 znaków, zaktualizowała 5 maj o 22:24.

1 komentarz

 
  • Gaba

    Śmiesznie to wyszło, się podobuje! Będzie ciąg dalszy? Mam nadzieję...
    Dobrze się czyta, lekko napisane. Wyczuwalny mix pewnych charakterystycznych.....  
    Pozdrawiam i czekam na więcej  :bravo:

    PS no tak... Najpierw opo potem profil. I wszystko wiadomo! Gratuluję Wam!  :smiech2:

  • AHopeS

    @Gaba, dziękujemy bardzo.
    Oczywiście nastąpią kolejne części.  :)  
    Pozdrawiamy.