„Co to to nie!” – część 57 i 58

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

57
Lidia

   Wkurzona na Cybulę opuszczam jego mieszkanie. Zbiegam po schodach w dół, nie biorąc pod uwagę plączących się na klatce schodowej osób. W dosłownym przelocie mamroczę kulturalne „dobry wieczór” i frunę dalej.
Nosz sakramencko podniósł mi ziomek ciśnienie! Z chęcią bym w coś przyłożyła, aby zejść z nerwów.
Nie sądziłam, że gołodupiec może być nieodpowiedzialnym bezmózgowcem. W pale się nie mieści jego tok myślenia. Rozumiem, iż ta sprawa nie jest dla Mańka łatwa, dla mnie zresztą też nie, no ale kurdex… Chowanie głowy w piach to nieodpowiednie rozwiązanie!  
Przysięgam, byłam o krok od rąbnięcia gościowi w pysk. W ogóle się nie zastanowił nad doborem słów. W dodatku ma czelność podnosić na mnie głos?! Na mnie, kurwa? Na MNIE?!
Kopię w kamyczek leżący tuż u stóp.
Jestem ciekawa, czy jakbym wpadła w ciążę z misterem „Mam fryzurę na Cybulę”, to też by odstawił taką szopkę? Miałabym wsparcie mężczyzny, który zalał mi „formę”? A może to jest prawdziwe oblicze Mariana?
Zrobić dzieciaka i umyć dłonie tak, aby nie ponieść żadnych konsekwencji?
„Cholera! Nie wiem! Wpienia mnie wszystko, a w szczególności ten baran!”.  
Pierdolę wsio! Wezmę rozluźniającą kąpiel, włączę dołującą muzykę i zjem tonę słonecznika, popijając… Chwilka. Mam jeszcze wino???  

  Pierwszym co robię po wejściu do mieszkania, jest rozpakowanie bagażu. Nie miałam pojęcia, że jednym machnięciem nadgarstka potrafię wypierdolić zawartość torby na podłogę. Pomimo chęci uronienie paru łezek postanawiam, iż za nic w świecie nie będę płakała przez gównianie zachowanie sąsiada. Łysy powinien się wstydzić! Skulić futro w kłębek i odpierdalać gorzkie żale w podusię typu Jasiek.  
Tsss. Ja idiotka miałam wizję szczęśliwej przyszłości u boku gołodupca? Nie no! Koleś dzisiaj dobitnie pokazał, na co go stać! Zamiast zmierzyć się z wyzwaniem, to zalewa łeb oraz wygląda niczym ostatni menel. Przepraszam, poprawię wypowiedź, ponieważ nie każdy pijak daje od rana w czapę.
  Ze złością upycham ubrania do szafy, lecz stwierdzam, że pod wpływem agresji niczego nie wskóram. Jedynie narobię sobie więcej roboty. Wrzucam więc ciuchy do miski na pranie, a następnie zaparzam sobie herbatkę z melisy oraz szykuję kąpiel w lawendzie.
Plan włączenia muzycznego zamulacza kończy się starym, dobrym techno z młodzieńczych lat.
W ten sposób przewijam taśmę do czasów, kiedy z ekipą piętnastu osób wbijaliśmy do najlepszego klubu ever. Heh! Nasza brygada była niesamowita. Długoletni kumpel Patryk był moim „bodyguardem”. Rozumiałam się z nim bez słów. Niestety po trzech wiosnach wspólnej weekendowej eskapady, większość ludków z ekipy znalazła swoją drugą połówkę, wpadła w wir pracy oraz założyła rodzinę.  
Jedynym wyrzutkiem społecznym zostałam ja, a gdy już poznaję odpowiednią osobę, z którą potrafię wyobrazić sobie wspólne życie, okazuje się…  
„A-Eja-Ej”. Ciężko wdycham. Jestem zła, że po raz kolejny wpadłam w sidła jakiegoś
dupka. Tym razem gierka „mydlenia oczu” nie trwała pół roku, lecz parę tygodni. Przynajmniej mam świadomość, gdzie stoję… czyli na samym początku pierdolonego tunelu!
Następna piosenka płynie z głośnika telefonu.
Wchodzę do ciepłej wody, opieram się i czuję jak tonę w melodii „Wish you were here”.
Ponownie wspomnieniami wracam do chwil spędzonych z Patrykiem. Czasów, kiedy parkiet płonął pod naszymi stopami. Gdy otaczał mnie ramieniem, aby przegonić nieproszonych, nawalonych mięczaków. Pierwsze piwo, drink i papieros… Matko, ależ miałam bombę! Typowe „Joł madafaka zapodajesz nam składaka”. Na szczęście u boku był bohater z prawdziwego zdarzenia.  
Przypominam sobie jego miękkie usta na policzku podczas powitania i pożegnania. Gęsią skórkę spowodowaną miłymi słowami… no i ta chmara motyli w brzuchu. Przez długie tygodnie nie umiałam niczego konkretnego przełknąć. Było mi cholernie wstyd za grzeszne myśli z PatMen-em w roli głównej. Tak bardzo chciałam, żeby mnie pocałował, a gdy nadeszła wspaniała chwila… Lidia zakryła usta, dając w pizdu dyla.
Niby ta sytuacja nie miała większego znaczenia dla naszej przyjaźni, jednak powoli zaczęliśmy się od siebie oddalać… aż ni z parującego kociego odchodu wyrosła Judyta. Bardzo cierpiałam nad utratą kumpla, lecz musiałam być twarda i nie pokazywać zazdrości. Dlatego udawałam radość ich stukniętym szczęściem, a w duchu wyrywałam piździe pincetą wszystkie włosy, nawet kędziory z nosa. Kichol to ona miała.
„Hmmm. Jeśli u faceta można stwierdzić rozmiar w portach po wyglądzie nochala, to jestem ciekawa, jak wyglądała jej picza z takim kulfonem na ryju?”. Automatycznie kręcę głową, gdy przed oczami wyobraźni ukazuje się obraz wyciśniętej pomarańczy do porannego soczku Majki.
Bleee! Ohyda!
Wiele razy dumałam nad: „Co by było, gdybym...”
Może dlatego mam pecha w miłości, ponieważ z braku doświadczenia przepędziłam ważną dla mnie osobę? Z tego powodu przyciągam samych osłów?
Jest to karą, że bałam się ujawnić uczucia mojemu guru?
A gdybym wtedy pocałowała Patryka? Miałabym pewność, że zostaniemy parą? Byłabym teraz…
Czuję ucisk w klatce piersiowej. Ból, który ciężko opisać. Tak jakby miażdżono mi imadłem żebra, płuca i serce.
Mam wrażenie, iż Marian jest drugim Pat-łykiem.
Pierwszy i ostatni statek z okazją na lepszą przyszłość właśnie odpływa, a mnie nie ma na pokładzie… Jestem gdzieś poza burtą.  
Niczym kamień opadam na dno.  
Zastygam.  
Wycieram mokrymi dłońmi nieproszone łzy. Muszę mieć pewność, że jeszcze żyję.
Zanim potrafię zmienić zdanie, otwieram aplikację w telefonie i kopię w kontaktach.

„Hejo! Wszystko u ciebie okej? Możemy pogadać? ProSię?”.

  Parę chwil później wychodzę z wody, owijam ciało ręcznikiem, a następnie wypijam chłodną herbatkę.
Odziana w wygodną piżamkę, zaciągam w oknach żaluzje. Nie spoglądam na „posesję” sąsiada. Po co też?  
Niepotrzebnie zawracam sobie głowę błahostkami. Moje starania i tak w łeb strzeliły.
Włączam telewizor, z szafki wyciągam pistacje, słonecznik oraz… Cholera! Mam tylko jakiś likier! Lepsze to niż nic.
Rozpierdalam ciało na tapczanie, włączam Netflix, żeby sprawdzić nowości.
„Ulaaalaaa... Ten koleś jest naprawdę niczego sobie!”.
Naciskam play. Istny Bóg siedmiu mórz pojawia się na ekranie – Aquamen.  
Ciacho takie, że dosłownie suterały świerzbią.
  Akcja wariacja wzrasta na sile, aż tu nagle...
W mieszkaniu rozbrzmiewa dźwięk dzwonka. Bez większego zainteresowania, otwieram drzwi i… OOO kurwa!
– Papryczek?! – wołam zaskoczona. Nie realizuję, co się dzieje! Kumpel z młodzieńczych lat, szeroko rozdziawia japę. Kiedyś oberwałby za to w dziób (tak na marginesie). – Co ty tutaj robisz?
– LizBoniek! Rycerz zawsze do usług! – wita mnie i bierze w ramiona, jak za pamiętnych czasów. – Przyniosłem kartonik z chusteczkami oraz... – Ukazuje dumnie pudełko ze „smarkaczkami” razem z butelką czerwonego kompociku.
Ziomeczek w ogóle się nie zmienił. Co to to nie! Szaleniec zawsze pozostanie zwariowany, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
   Minuty upływają w szybkim tempie. Siedzimy na tapczanie i sączymy wytrawne wino przyniesione przez kolegę. Opowiadamy sobie o życiowych wydarzeniach oraz wspominamy okres dzikich imprez.  
W życiu bym nie pomyślała, że Patryk od niedawna mieszka w mej okolicy, no i jest solo. Bardzo mi z tego powodu przykro (a guzik prawda!).
Przy drugiej lampce trunku, ktoś stuka do drzwi.
Pierwszymi myślami są: „Olać sprawcę. Niech turla dropsa. Bujaka!”, jednak upierdliwość osobnika po drugiej stronie wrót jest godna podziwu. Z całą pewnością to Majka, ponieważ Enre zwiędła fajka.
Wątpię, żeby komuś o dwudziestej trzeciej zabrakło mąki lub soli.
Tylko Mahujska się po nocach pier… apsik.
Przepraszam nieoczekiwanego gościa, a następnie człapię, aby sprawdzić, kto zakłóca nam wspaniały wieczór. Ciekawe, który mieszkaniec bloku ma taki długi ogon, że nie potrafi zamknąć głównych drzwi wejściowych.
– Słucham? – pytam młodą dziewczynę, którą skądś znam, ale za żadnego „pieruna” nie wiem, gdzie włożyć niewinną twarzyczkę.  
– Hej. Lidia, prawda?
Kobieta zdecydowanie jest nerwowa.
– Tak. Zakłócam ciszę nocną? – Dopytuję. Czego duszyczka ode mnie pragnie? Przecież nie odwalam domówki, ani nie napieprzam kotletem gwoździ.
– Aleksandra. Siostra Mariana – mówi niepewnie. – Muszę ci coś opowiedzieć. Mogę wejść?
„I na chuj mi te bombki z początkiem lata?”.

58
Aleksandra

  Trzeba przyznać „Mariecie Marionecie”, iż wybrankę to sobie wziął, że mucha nie siada. Śmignęła nam tylko na schodach, więc nie dałam rady się laluni przyjrzeć, lecz teraz obcinam ją wzrokiem, jak na „wiłek” nadzianą. Faktem jest, iż Lidia ma czym oddychać. Naturalnych zderzaków rozmiaru melonów dawno już nie widziałam. Po uczelni szlajają się bowiem same plastiki. Nie licząc mnie, oczywiście. Ale z moimi Jonagoldami, to przy Lideczce mogę schować owoce do koszyczka. Szkoda tylko, że minę dziewucha przybrała jakąś taką nietęgą…  
  Łania (wprost stworzona do hamowania), prowadzi mnie niechętnie do salonu, a tam prędziutko odnajduję powód niezadowolenia. „Upsik, czyżbym w czymś przeszkodziła?”.
  – Przepraszam, iż wpadam tak bez zapowiedzi. Widzę, że masz gościa. Może lepiej, gdy przyjdę innym razem…? – wypowiadam te słowa niby do pani gospodarz, ale cały czas świdruję wzrokiem cukiereczka siedzącego na kanapie. Pomimo pałającej do nieznajomego niechęci (w końcu przesiaduje po nocy u dziołchy mojego braciaka), muszę wydać opinię, iż całkiem niezły z niego miętusek. Normalnie „lachonik” świąteczny. Nic, tylko zawiesić na choince oraz powoli, bez pośpiechu rozwijać opakowanie, żeby skosztować rarytasu pod „folijką”. „Och, Olka weź ściągnij kuce, bo szwagierce śliną dywanik zafaflunisz”.
  – Nie ma takiej potrzeby. Właśnie miałem się zbierać – odpowiada gostek pewnym głosem, nie ukazując zmieszania moim zachowaniem. Widzę, że Lidzia ma ochotę protestować, jednak nieznajomy posyła jej porozumiewawcze spojrzenie, czym stopuje wszelkie „ale-ale”. Cosik mi tutaj nie gra, lecz nie będę wyciągać pochopnych wniosków. – Miło, było poznać, pani…?
  – Aleksandra Cybula. – Śmiało ściskam wyciągniętą ku mnie męską dłoń. – Wzajemnie, panie…?
  – Patryk Porowski – uśmiecha się delikatnie kącikiem ust i wówczas zauważam najsłodszy dołeczek w policzku ever. „LUDUUU! Przepadłam z kretesem!”. – Mam nadzieję, iż jeszcze kiedyś dane będzie nam się spotkać – dodaje Adonis, przeciągając przy tym wszystkie możliwe głoski. Następnie zaś (jak gdyby nigdy nic), puszcza mi bezwstydnie oczko, aż czuję, że w „olelele” nadszedł sezon grzewczy. „No paruje cipsko gorzej niż w kostiumie kobiety-kot, który ubrałam na zeszłoroczne Halloween”.
  Odchrząkuję nerwowo, wiedząc, iż przegrałam tę słowną batalię. Chcąc jednak zachować resztki godności, odpowiadam:
  – Się okaże. W każdym razie: pa i na razie. – Omijam ziomka, by bez zaproszenia klapnąć tyłkiem na zajmowanym przez niego wcześniej miejscu. „Przecież nie mogę dać po sobie poznać, że gong wali echem po cycorach. Co to to nie!”.
  W czasie, gdy Lidia odprowadza gościa do drzwi, lustruję wzrokiem mieszkanie. Całkiem przytulne, przestronne oraz nieźle urządzone. Kolorki na ścianach można by jednakże podrasować. „Kurza dupa, nie przyszłam tutaj przecież kontemplować, jaki kolor machnąć na sufit!”.
  – Napijesz się czegoś? – dociera do mnie z korytarza głos „gospodarki”. – Wina już praktycznie nie ma, ale może masz ochotę na herbatę?
  – Nie trzeba – odpowiadam. – Już nas „Maniutek ciągnij drutek” ugościł swoimi szczochami.
  – Czyli byłaś w odwiedzinach u brata? – pyta retorycznie, podkładając sobie pod tyłek poduszkę, kiedy zajmuje miejsce na podłodze. – Wiesz zatem, iż zachował się dzisiaj niczym ostatni baran.
  – Tia… – rzucam, kiwając głową. – Nie było to jego popisowe zagranie.
  – Wysłał cię do mnie, żebyś ostudziła moją złość? Nie miał odwagi sam ruszyć zachlanego kupra?
  – Matka mu nie pozwoliła. Powiedziała, że tylko pogorszy sprawę, jak dzisiaj do ciebie przyleci.
  – Panią Teresę, też do siebie ściągnął? Może w ogóle niech najlepiej wynajmie wóz strażacki do gaszenia swoich pożarów!
  – Nie, nic z tych rzeczy – wyjaśniam w obronie patałacha. – Zostałyśmy zaalarmowane jego telefonem dotyczącym rzekomego syna. Powiedz mi, Lidio… – zaczynam, posyłając dziewczynie pytające spojrzenie. – Też jesteś zdania, iż Staś to jego krew?
  – Yhy… – mruczy i sięga przez stół po niedopity kieliszek wina. Osusza go, a następnie odstawia na blat. – Za duże jest między nimi podobieństwo, by można w to wątpić.
  – Ech… – wzdycham oraz odwracam głowę w stronę balkonu, mówiąc w przestrzeń. – Czyli pizda podwójnie zrobiła go w bambuko. Nic dziwnego, że zachlał paszczę. Dobrze więc, iż przyjechałyśmy, bo by jeszcze zajebał powtórkę z rozrywki…
   Po tych słowach nastaje cisza. Trochę dziwna sytuacja, zatem ponownie kieruję wzrok na wpatrującą się we mnie kobietę. Lidia wyraźnie nie ma pojęcia, o czym nawijam.
  – Wybacz, ale nie rozumiem…?
  – No pewnie, że nie. Przecież „Mur-Maniur” nie lubi o sobie opowiadać. Uważam jednak, iż powinnaś poznać całą prawdę o tej raszpli, Zośce. Czego to ona mu nie nawywijała podczas całego związku…
  – Mimo wszystko zrobię nam tej herbatki… – Lidziunia podrywa się do góry i pędem leci do kuchni. Trochę jest mi kobitki szkoda. W sumie, która babka miałaby ochotę słuchać o dawnym związku swojego boyfrienda? Chyba musi zrobić sobie psychiczne zaplecze na taką rozmowę.  
  – Słodzisz?! – pada z jej ust, gdy gwizdek czajnika na gazie zaczyna wołać o litość.
  – Nie, dzięki! – odkrzykuję, chcąc by już powróciła na poprzednie miejsce. Czasu na loterii nie wygrałam, jednak dla „Marianka Zasranka” zrobię wszystko.  
  – Proszę. – Podaje mi kubek z zawieszką „Lipton”, po czym ponownie opada z własnym napitkiem na poduszkę. – Opowiedz mi więc wszystko o tej totalnej katastrofie…
  – Oj, aż tak dużo tego nie jest. Spokojnie. – „Przywdziewam” pokrzepiający uśmiech. – Trzeba, co prawda zacząć historię nieco wcześniej. Jak się zapewne domyślasz, Marian bardzo ciężko przeżył śmierć naszego staruszka. Miał wówczas dziewiętnaście lat. Ja zaledwie dwanaście. Pamiętam, że po pogrzebie mama chciała uparcie poprawić nam humor, zatem wypożyczyła na DVD „Dziennik Bridget Jones”. W pewnym momencie Maniek wstał oraz zwyczajnie poszedł do łazienki. Kiedy my śmiałyśmy ryjki do rozpuku, on… niczym skończony idiota próbował „zadyndać” na smyczy do kluczy. Pech, a może raczej fart sprawił, iż hak na ręczniki nie wytrzymał, a i taśma po prostu się rozpięła. Do dzisiaj nie wiemy, czy chciał wypróbować trwałość paska, czy naprawdę pragnął zrobić sobie „kuku”. Nie skomentował tego w żaden sposób, jedynie szaleńczo rechotał, jakby zrobił jakiś topowy dowcip. Myślimy więc, że była to przede wszystkim chęć zwrócenia na siebie uwagi. Tak też zadziało się teraz. On nigdy nie mówi wprost, iż sobie nie radzi. Woli pokazać czynami, chociaż czasem ciężko zauważyć, gdzie leży przyczyna. Powiedział nam, że zwyzywałaś go oraz wyszłaś wściekła. Same zresztą minęłyśmy cię na klatce. Nie zwróciłaś na nas najmniejszej uwagi, ale nie dało się przegapić, iż furia wręcz kapie ci z ust. Żeby nie było – przerywam i przyciągam spojrzeniem kobiecy wzrok – totalnie rozumiem twoje zachowanie. Próbuję tylko wyjaśnić, że zgrywając lekkoducha oraz spychając temat pod dywan, Marian daje znać, iż siedzi w nim coś głębszego…
  – I jak niby mam się tego domyślić? – Lidia rzuca pytanie. Widać, że jest nieco skołowana, ale równocześnie rozgoryczona oraz zła. – Jeśli nie będzie ze mną rozmawiać, podchodząc do tematu w sposób poważny, to sama nie odgadnę przyczyny problemu.
  – Spieszę zatem z pomocą. – Upijam łyk płynu i odstawiam kubek na stolik. – Pod koniec narzeczeństwa z „pindolindą Zosią”, „Maniusiowi-Gałganiusiowi” pękł lateksowy kapturek. Już po dziesięciu dniach na paseczku „jebły” dwie czerwone kreski. Efekt? Marian: przeszczęśliwy, Zośka: niet. Uprosiła go wówczas, tłumacząc się karierą, by wyraził zgodę na skrobankę. Złożyła przy tym obietnicę, iż gdy tylko dojdzie do zawarcia małżeństwa, zmajstrują nowego bachorka. Wyobraź sobie więc, co musi teraz przeżywać mój brat. Już wtedy borykał się z poczuciem winy, które szybko zastąpiła złość, jak tydzień później nakrył dziwkę z szefem. Dodaj zatem dwa do dwóch. Otóż: „Merlin-Marion” uważa, że Zośka nie dokonała zabiegu, a Staś jest tym samym dzieckiem, które wtedy skazał na śmierć. Nie czuje się więc godnym bycia ojcem chłopca. Myśli, iż jest „tym złym oraz najgorszym”. Przywołuje sobie obraz naszego papy, który jeździł z nim na ryby, zabierał na kulig, czy grał przez parkan w kometkę. Dlatego też tak trudno mu udowodnić, że nie ma racji. Jednakże tylko ty możesz go ku temu przekonać. On wie, iż jest głupcem w tej sprawie, ale brak mu siły i odwagi podnieść się po takim jebnięciu. Trzeba „Manio Zachlajbanio” okazać wsparcie oraz uświadomić, że podjęli wtedy wspólną decyzję. To, iż pozwolił Zośce na aborcję, nie oznacza, że zrobiłby tak samo, gdyby babsztyl nie próbował go przekonać. Naprawdę skakał ze szczęścia na wieść o własnym szkrabie. Wierzę, iż teraz gdzieś tam w środku, również odczuwa radość. Problem tylko w tym, czy zdołasz wyciągnąć tę euforię na wierzch. Myśmy już próbowały, ale wyszła „kapota”. Dzisiaj potrafił jedynie rozpamiętywać waszą kłótnię…
  Pochylam się lekko do przodu i łapię splecione dłonie jeszcze bardziej zszokowanej panny Damboń. Czuję, że brakuje jej słów. Mimo to muszę zapytać:
  – To jak? Poderwiesz „Marianka Niewstańka” do góry?

Od Autorek:

Zawitała nowa postać,
co miętuska pragnie possać,
lecz pokulał on w pośpiechu.
Nie odświeżył jej oddechu.

Ola brata przyszła zbawić
Lidia musi to przetrawić.
A ten biedny nieboraczek,
Pewnie Teni w rękaw płacze.

Jednak nie ma tu nic złego.
Wciąż ulepić można z tego,
taką bombę, że słuchajta...
Chcecie wiedzieć?

Dajcie lajka:)

Z tego miejsca pozdrawiamy,
Się jesieni wszak nie damy.
Spadną liście, wkroczy śmiech,  
z KociHopeCooperate :D

P.S. Czasem tylko się spóźnimy, ;)  
ale was nie porzucimy.
Więc spokojnie, trwajcie zwarcie,
"Trza" rozkręcić niezły "jumprez"!

:dancing: https://www.youtube.com/watch?v=bUcnmFvqdL8 :dancing:

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 3223 słów i 19530 znaków, zaktualizowała 9 paź o 0:45.

3 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo.
    Jak zwykle ciekawie i wciągajaco, i znów nie można się dalszej części doczekać.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • KociHopeCoop

    @shakadap, dziękujemy serdecznie! Cierpliwość jest bardzo ważna, zwłaszcza przy KociHopeCoop :D  
    Pozdrawiamy!

  • Gaba

    Się kroi duet Aleksandra - Patryk? Hmmm
    Dobrze, wracając do meritum - odcinek leniwie sobie płynie. I dobrze, że zwolniłyście tempo akcji, odkryły prawdziwego Mariana pod skorupą cyborga. Czyta się znakomicie. Trochę niepokoi zapowiedź "czasem tylko się spóźnimy"... Czyli pięć dni zostanie wydłużone? Nic to, czekam. Pozdrawiam
    PS, łapina i tak są chyba oczywizde, prawda? 👏👍

  • KociHopeCoop

    @Gaba, staramy się wrzucać regularnie, ale dotarłyśmy do momentu, gdzie piszemy na bieżąco. "Dosmaczenie" i poprawki wymagają jednak czasu. Lepiej wolniej publikować niż w złej formie wam zapodać :) Dziękujemy za czytanie i wierne komentowanie.

  • Gaba

    @KociHopeCoop ok'i, jest dobrze. Warto czekać! Pozdrawiam

  • Majkel705

    Kolejny fajny odcinek aż żal d..... ściska ,że już całość przeczytałem fajnie że pierwszy komentarz napisałem

  • KociHopeCoop

    @Majkel705, zawsze można przeczytać powieść od początku, lub zerknąć do dzieł z repertuaru autorek w trybie "solo". :D  
    Pozdrawiamy oraz zapraszamy!  :ziober:

  • Majkel705

    @KociHopeCoop tu cię mam czytałem chyba wszystkie