„Co to to nie!” – część 11 i 12

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

11
Lidia

   Stoję niczym sparaliżowane ciele. Nie z powodu wypowiedzianych słów, bo te przeszły mi koło dupy, ale tej buchającej od niego dominacji oraz obłoku perfum. Mało tego, czułam na moim bebeszku, jego twardą broń nasienio-palną.
   Do tej pory nie wiem, jak ziomek ma na imię, ale za to mam pewność, że jest parę centymetrów wyższy ode mnie, a jego niemalże czarne oczy, otoczone gęstymi rzęsami, sprawiły łomot serca i nie tylko.
   Gdy dochodzę do siebie, popycham drzwi wejściowe, z których przez siłę uderzenia wypada klamka. Pędzę do sypialni niczym jebane pendolino, ściągam spodnie piżamy i z szuflady szafki wyjmuję różowy wibrator. Włączam go na maks obroty, przystawiam do mokrej brochy. Zaczynam fantazjować, co by było, gdym tylko uniosła zapraszająco nogę.
   Oczami wyobraźni widzę, jak chwyta mnie za poślady, przyszpilając się do ciała. Później w drapieżny sposób zaczyna całować w usta, jednocześnie dotykając między krocze. Następnie, wkłada palec w ciepły, mokry otwór i podziwia jego wąskość oraz produkcję śluzu.
„– Przyznaj się, chcesz mnie poczuć od środka – syczy groźnym tonem”.
W tym momencie dochodzę z prędkością ciężarówki.
   Zasapana, wolna od napięcia, opuszczam brzęczącego pomocnika. Ciało jeszcze lekko drży, a na mordzie czuję wypieki. Tego właśnie potrzebowałam.  

***

   Trzy dni.
Tyle czasu dał mi gołodupiec, na rekompensację za „Gołąbeczka z wiadomością specjalną”.
Długo się zastanawiałam, czym mogę wytresować potwora. Wcale nie jest to takim prostym wyzwaniem, w szczególności, gdy się nie zna upodobań drugiej osoby. Postanowiłam więc rozegrać to w tradycyjny sposób. Niech tylko łysy naplet zacznie zrzędzić, bo coś mu nie smakuje, to przysięgam na wszystkich bogów, że wstanę i…
– Spokojnie Lidzia, no panik – mamroczę pod nosem. Zaciskam mocniej dłonie na uchwycie trzymanego w garści koszyczka, a następnie naciskam dzwonek mistera Cybuli. Nie uszło mojej uwadze, że szantażysta zabunkrował się w mieszkaniu niczym pieprzony neandertalczyk.
Szczerze? Jebie mnie jego dziecinne zachowanie! Co on sobie myśli, że kim jest? Greckim bogiem, czy jaki chuj? Jeśli liczy, iż padnę mu u stóp, błagając o wybaczenie, to się biedak cholernie przeliczył!Rozlega się ciche brzęczenie głównych drzwi wejściowych. Popycham je, wchodząc na klatkę schodową. Ostatni raz kręcę głową z rozpuszczonymi kudłami. Chwytając biust, poprawiam cycki i nabieram głęboko powietrze. Show Time, Lidzia!
„Pokaż skubańcowi! Niech mu gały z oczodołów wypłyną! Utopi się własną śliną!”.
Pewna siebie wchodzę po schodach na drugie piętro. Obcasy szpilek stukają o kafle stopni.
  Już wieki nie odpicowałam się w taki sposób. Muszę pamiętać, aby unikać jakiegokolwiek wypinania zadka. W innym przypadku strzeli rozduplak i zrobię zaćmienie.
   Drzwi mieszkania są otwarte, a w nich stoi oparty o futrynę cwel z nieodgadnioną miną. Ależ się odpierdolił, jakby za chwilę miał wejść do obory, przerzucać gnój widelcem!
Rozpięta koszula w grubą czerwoną kratę, a pod spodem biały podkoszulek, który opina męski pontonik. Na zadku ma czarne jeansy, które podtrzymane są paskiem z imponującą klamrą. Brakuje jedynie, żeby w pysku trzymał suchą słomkę i wypisz wymaluj obraz amerykańskiego rolnika.
– Dobry wieczór, panie… – hamuję się w ostatniej chwili. O mały włos powiedziałabym „gołodupcu”. – Cybula. – Tak! Naciesz ślepia pysznym widoczkiem. – Oczy mam nieco wyżej. – Kąsam, bo złamas bezwstydnie wlepił wzrok w rowek zderzaków.
– Przyjemna niespodzianka. Zapraszam do środka. – Wskazuje dłonią do wnętrza.
   „Lidzia! Pamiętaj, że w razie wypadku, masz na dnie koszyczka paralizator.”

12
Marian

   Przepuszczam kobietę przodem i proszę, by zdjęła buty. Chyba jest nieco zdziwiona (a może zawiedziona?), bo patrzy na mnie, jakby nie zrozumiała polecenia.
   – Tydzień temu cyklinowałem parkiet. Sam zdejmuję w domu obuwie, więc gościom też wypada – mówię zwyczajnie, choć to i tak bujda na resorach. Fakt, podłogi wyglądają niczym nowe, bo o to wcześniej zadbałem, ale teraz po prostu chcę wybić dziewczynkę z rytmu. Najwyraźniej kupuje bajeczkę, ponieważ po chwili zrzucone czarne szpilki lądują głucho na terrakocie. „Dobra”. – Myślę. – „To płyńmy do brzegu”.
   Lidia wchodzi do salonu połączonego z aneksem kuchennym, a ja bezwstydnie gapię się na jej cztery litery, po czym siadam w fotelu. Wiem, że ze mnie menda, gdyż nie dałem dziewczynie nawet kapci. „Jednak tak miło obserwować niewielkie stópki, odziane w czarne pończochy...”.  
   Nie, nie – nie jestem głupim misiem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że przywdziała tę kusą skórzaną spódnicę, ledwo zasłaniającą futro i czerwony top w serek, tylko po to, by prowokować. „Przykro mi, ale najwyraźniej trafił swój na swego”.
   Z punktu obserwacyjnego, przyglądam się nieco zagubionej kokietce, po czym wskazuję na trzymany przez nią koszyk, a następnie w kierunku blatu:
   – Połóż to tam – rzucam zwięźle.
   Odwraca ciało i odstawia wiklinę, by po chwili spojrzeć na mnie ponownie i lekko poirytowana, stwierdzić:
   – Miły, to ty nie jesteś.
   – Wreszcie zauważyłaś, że coś nas łączy – odpowiadam natychmiast, z zadowoleniem zauważając, iż porzuciła formalności.
   – Ja ci się chociaż nie gapię na dupę – burczy, a mnie nie przypada do gustu ten ton, więc kontratakuje.
   – To nie ja mam outfit jak stonka na wykopkach.
   – Przynajmniej nie jestem wieśniakiem na otwarciu muzeum stogów siana!
Natychmiast odrzucam na bok koszulę i zostaję w T-shircie oraz dżinach.
   – Szybko sobie z tym poradziłem. A ty? Jak możesz naprawić look? Masz coś pod spodem, poza bielizną i samonośnymi?
   – Ty zasrany... – zaczyna, ale migiem ją przekrzykuję.
   – Tylko nie zasrany! Przypominam, że to ty zapaskudziłaś mi balkon i dlatego tu jesteś. – Pochylam cielsko do przodu, opierając łokcie o kolana, przez co mięśnie na barkach stają się jeszcze bardziej wyraźne. – I co z tym teraz zrobisz? Znowu policzysz do dziesięciu i obsłużysz „klienta?”.
   Nie wiem, czy zbytnio nie przesadziłem, ale trzeba było dziunią potrząsnąć. Najgorsze, gdy kobieta skrywa w sobie pasję i wrodzoną namiętność...
   Nie czekając na odpowiedź, wstaję, wymijam babeczkę i idę do barku, po otworzoną wcześniej butelkę wina. Lidka w tym czasie szuka albo odpowiedniej riposty, albo narzędzia zbrodni.
   Biorę z witryny dwa kieliszki, napełniam je alkoholem i pytam:
   – Napijesz się ze mną, czy nadal zamierzasz stać zapowietrzona? Bez obaw, chłepczę z tej samej butli, zatem tabletka gwałtu wyjątkowo nie została dzisiaj dodana. – Posyłam krzywy uśmiech, wyciągając dłoń z pełnym szkłem w stronę dziewczyny. O dziwo, przyjmuje je i od razu wypija ponad połowę zawartości.
   – To Cabernet – wyjaśniam, oddalając się od dziuni na bezpieczną odległość. Jeszcze gotowa wbić mi nóżkę od kielonka w tchawicę. – Pewna nieogarnięta pani w monopolowym, nazwała ten szczep camembertem. Od razu pomyślałem o twoim upodobaniu do sera, więc kupiłem sześć but...
   Kobieta nie daje mi dokończyć i przerywa na chama:
   – Okej, miejmy to już za sobą. – Przewraca teatralnie ślepiami. – W ramach zadośćuczynienia za niecny występek przyniosłam ciasto z rabarbaru, z kruszonką. Mam nadzieję, że to wystar...
   – A magiczne słowo? – Tym razem ja wtryniam pięć złotych. Patrzy na mnie ze złością, pomieszaną z urażoną wcześniejszymi przytykami dumą.
   – Nie będę przepraszać. – Łapie się pod boki. – Zasłużyłeś, chociażby przez karmnik i wiadro. No, może trochę za bardzo dałam czadu, ale sam jesteś sobie winien.
   – A kiedy powiedziałem, że oczekuję przeprosin? – dopytuję i dodaję z żartem. – Może chłopaki ci się pomylili?
   – Weź odbij z takimi testami, dobra? – znowu burczy, co ponownie mnie wkurza. – Chciałeś wynagrodzenia, to masz. – Pokazuje na koszyk. – Oto i ciasto. Całe dla ciebie.
   – Takie niedobre, że nie chcesz nawet spróbować? – dociekam. W sumie nie mam ochoty zdychać od dosypanej w gratisie trucizny.
   – Nie bój żaby – zaczyna rechotać, najwyraźniej rozbawiona własnymi myślami. – Lizałam łyżeczkę...
   „Ha! Wie, gdzie uderzyć, ale jestem na to przygotowany”.
   – Odwróć się, zobaczę czy nadal masz ją przytwierdzoną do tyłka.
   – Ponownie chcesz mnie obrazić?
   – Bynajmniej.
   – Jak ci na imię?
   – Marian.
   – Dlaczego mi wciąż dokuczasz?
   – Bo mogę.
   – A musisz?
   – Jeszcze przez jakiś czas, tak.
   – Kiedy to minie?
   – Gdy zaczniesz mnie szanować i brać na poważnie...
   Z poczuciem triumfu, patrzę w brązowe oczy i wiem, że ich właścicielka, zupełnie nie obstawiała takiej odpowiedzi. Wstaję więc, podchodzę do „zawieszonej” Lidki i łapię za barki, po czym wyjaśniam:
   – Możemy na siebie pluć i obrażać pod nosem, ale powinniśmy też zauważać dobre cechy drugiej strony. Nie podoba mi się, że w tak podły sposób potraktowałaś balkon sąsiada. Jeśli prezenty nie przypadły do gustu, mogłaś je po prostu wyrzucić. Nikt nikomu nie nakazuje trzymać czegoś na siłę. Nie chcę niepotrzebnych kłótni. Z nich nigdy nic dobrego nie wynika. – Puszczam gościówę i lekko popycham za plecy w stronę drzwi. – Pomyśl nad tym, zanim przyjdziesz ponownie z ciastem, którym najchętniej zrobiłabyś mi peeling ryja.
   Lidia unosi dumnie głowę, ale nic nie odpowiada, posłusznie zakładając szpilki. Widać, że jeszcze nie dotarły do niej wypowiedziane słowa i pragnie dalszej konfrontacji. „Uważaj z kim tańczysz” – ostrzegam zatem w myślach.
   Kiedy otwieram drzwi wejściowe i kokietka próbuje pędem wyparować z mieszkania, w ostatniej chwili łapię za damską talię, po czym opieram dziewczę delikatnie o ścianę. Z kobiecego gardła wydobywa się jęk zaskoczenia, ale szybko go zaduszam, wolno penetrując rozchylone usta. Po raz kolejny mam świadomość, że może mnie odepchnąć lub zaatakować, lecz tego nie robi. Pozwala na leniwy pocałunek, chociaż chwilę później stara się przejąć kontrolę i nadać wszystkiemu więcej pasji oraz namiętności. To zapewne złość i frustracja nagromadzone podczas naszej rozmowy, chcą znaleźć sobie ujście. Szybko więc robię krok do tyłu, zauważając jeszcze iskry pożądania w teraz już ciemno-brązowych oczach. Z cichym: „Buziak w zupełności wystarczy za przeprosiny”, wypycham dziołchę na korytarz i zamykam drzwi.
   A potem już tylko szybki wślizg po parkiecie z koszulką na łbie, dla potwierdzenia osiągniętego zwycięstwa. Nie omieszkam też potargać rozbrykanego konisia.  
   „I tak byłem dziś stanowczo zbyt grzeczny”.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i komediowe, użyła 1812 słów i 11052 znaków, zaktualizowała 31 maj o 22:23.

1 komentarz

 
  • Mirka

    Przeczytałam naraz wszystkie części i jestem zachwycona. Język dialogów genialny.  :bravo:  
    Jestem zdziwiona brakiem komentarzy i łapek dla tego świetnego opowiadania.

  • Kocwiaczek

    @Mirka, bardzo dziękujemy za przeczytanie i dobre słowo. Niezmiernie nam miło, że mogłyśmy cię gościć i wywołać twój uśmiech. Polecamy się w kolejnych udostępnieniach i pozdrawiamy serdecznie! :)