„Co to to nie!” – część 35 i 36

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

35
Lidia

  Gdy słyszę historię Mariana, dochodzę do wniosku, że źle go oceniłam. Klatkę piersiową ściska nieznane wcześniej uczucie. Empatia? Zrozumienie? Współczucie? A może…? Po krótkim wysłuchaniu głosu, płynącego z głębi duszy potrafię zidentyfikować szybciej bijące serce oraz skręt żołądka. Czuję się podle i nie tylko. W środku mojego jestestwa pęka bariera, którą dotychczas uparcie próbowałam zwalczyć.
Patrzę w hebanowe oczy Mańka. Widzę w nich smutek, zdenerwowanie oraz coś jeszcze… rozczarowanie? Tak, z całą pewnością jest mną zawiedziony.
Wypuszczam z płuc ostatniego dymka i wrzucam kipę do słoiczka stojącego na parapecie. Bez chwili namysłu wtulam się w ciało sąsiada. Splatam dłonie na jego plecach. Ciemne kędziory na klatce piersiowej wchodzą do dziurek nosa, smyrając „zaschnięte kozie dupki”. Gdybym teraz otworzyła paszczę, z całą pewnością mogłabym użyć futerka misia, jako nici dentystycznej. Przy okazji pozbyłabym się resztek śniadania spomiędzy szczelin.
– Tak mi przykro. Przepraszam za wszystko – szepczę. Unoszę lekko głowę i całuję mężczyznę w szyję.
Nie oczekuję odwzajemnienia pieszczocha, jednak w obecnej chwili mam potrzebę cielesnej bliskości. Szalejące emocje robią ze mnie ciepłą kluchę i z miłą chęcią bym się teraz rozbeczała.
Ogromnie mi głupio. Z góry dałam kolesiowi niewłaściwą nalepkę, nie znając jego przeszłości. Nawet przez sekundę nie pomyślałam, dlaczego spędza samotnie życie. Cały czas byłam przekonana, że sąsiad robi mi wyłącznie na złość oraz wyśmiewa… ale wczorajsze zachowanie Cybuli, gesty i pomoc w krytycznej sytuacji są wystarczającym dowodem, iż w jakiś sposób musi być zainteresowany moją osobą.  
„Typowa durna krowa z klapkami na gałach!”.
Marian delikatnie kładzie jedną dłoń na tułowiu, a drugą na tyle głowy, tuląc mnie mocniej do siebie.
– Zapomnijmy o tym. Nie wracajmy do tego, co było, tylko idźmy do przodu – mówi cicho.
– Masz rację. Nie ma sensu oglądać się za siebie – odpieram. Znienacka wpadam na zwariowany pomysł, dlatego unoszę głowę. – Cześć. Jestem Lidia Kruszonka. Miło cię poznać – mamroczę z delikatnym uśmiechem. Mam nadzieję, że w ten sposób rozładuję tę przeklętą, idiotyczną sytuację.  
Ziomek przez ułamek sekundy spogląda na mnie, nie wiedząc, o co „kamon”, aż nagle jego twarz zdobi istny kermit.
– Marian Gołodupiec. Cała przyjemność po mojej stronie.
Chociaż w głowie wiruje milion słów oraz myśli, to stoimy przytuleni do siebie w absolutnej ciszy. Mój wzrok ląduje na słoiczku z petami. Filtr spalonej szlugi posiada czerwony napis. W mig wybucham gardłowym rechotem. „O IRONIO!”.
– Z czego rżysz? – pyta zdezorientowany chłop.
– Wi...wi… spójrz na paczkę fajek – próbuję powstrzymać wydobywającą się ropuchę z krtani.
Maniek wyciąga z kieszeni spodni pognieciony kartonik papierosów.
– L&M – czyta.
– Lidia & Marian. Cóż za zbieg okoliczności! – wołam rozbawiona, zarażając gościa głośnym śmiechem.
– Nie oszukasz przeznaczenia – kwituje całość, a następnie składa pocałunek na moich ustach.
O tak! Tu naprawdę musi palce maczać siła wyższa, inaczej nie można wytłumaczyć tego fenomenu.  
– A propos przeznaczenia. Nie cierpię tego filmu. Przez scenę w trzeciej części stwierdziłam, że nigdy nie pójdę na solarium. Brrr. – Paskudny dreszcz przeszywa moje ciało, gdy oczami wspomnień widzę uwędzoną blondynę. – Ogólnie nie lubię horrorów.
Cybula chichocze pod nosem. Dopiero teraz stwierdzam, iż dźwięk ten jest bardzo przyjemny, a także rejestruję zapach perfum. Czyżbym wyczuła „Brunia”? Palce lizać!
– Boidupa – wybąkuje. – Od dzisiaj nie musisz telepać portkami. Masz teraz przy sobie porządnego chłopa. – Wyszczerza promieniście zgryz. Przekręcam oczami, bo pewności do tego jeszcze nie mam… Czemu tak mówię? Istnieje parę otwartych spraw. Między innymi czy solidnie potrafi… zaspokoić moje potrzeby, nie tylko pod kołderką. Nadszedł czas, aby sprawdzić umiejętności przyszłego chłopaka. „A może on już nim jest, ale jeszcze o tym nie wiem?”.
Odrywam się od Mariana, chwytam męską rękę i ciągnę „schaba” do mieszkania. Spoglądam za siebie. Na twarzy partnera widnieje pytanie wyświetlone neonówką.
– Najpierw kolacja, później… „kanapowy relaks ekstremalny”. – Przesłodko się uśmiecham.
– Buuu! – marudzi z udawanym rozczarowaniem. Łapie mnie w pasie i popycha do kuchni.  
  Aby w mieszkaniu nie panowała grobowa cisza, włączam radio ulubionej stacji. Z głośników płynie wesoła melodia. Jakaś polska nowość. Za bardzo się nie przysłuchuję, tylko myję dłonie, a następnie kroję cebulę w grube pióra. Łysy w międzyczasie dorwał mięcho i ciacha je niczym rzeźnik z prawdziwego zdarzenia. „O matulu! Chlasta świniaka jak zawodowy morderca!”. Przełykam ślinę, z powrotem koncentrując się na „wyciskaczu łez”. Tak jak było do przewidzenia, w nosie łaskocze specyficzny zapach warzywa, a ślepia szczypią w trzy dupy. Odkładam ostrze i po omacku szukam ręcznika, który jeszcze przed chwilą leżał obok deski. „O jest!” – wołam w duchu. Przecieram szmatką pod oczami tak, aby nie rozmazać tuszu.
– Serio? W moją koszulkę?
Odsuwam materiał od mordy. „Upsi!”. Podnoszę polówkę i stwierdzam, że trochę pudru oraz maskary widnieje centralnie na wysokości „suterałów”. Nie patrząc na wspólnika dzisiejszego wieczoru, przelotnie odpieram:
– Zobacz ten „dizajn”. Takiego nikt nie ma. – Uśmiecham się, po czym przeciągam odzienie Marianowi przez głowę. Gdy już ma je na sobie, robię krótką inspekcję. – Do twarzy ci w nim.
Nagle ziomek chwyta mnie za cycki, a kiedy odsuwa dłonie, dwie tłuste łapy zdobią czarną bluzkę.
– Zaznaczyłem, co należy do mnie.
„AAAHHHHAAA”. Teraz rozumiem dzisiejszą akcję w markecie oraz słowa, które padły z ust krzywodzioba. Z czystej ciekawości chcę sprawdzić reakcję kolesia, dlatego rzucam dwuznaczne:
– Kryspin będzie zachwycony, że obmacałeś jego mięsko.
Mina Mariana od razu kamienieje.
„Mam cię, kochany!”.

36
Marian

  Spoglądam na lubą z niewielką dozą złości, w głowie szykując odpowiednio ciętą ripostę. Doskonale wiem, iż próbuje wciągnąć mnie w swoje gierki. Z chęcią bym się może i z Lidką poprzekomarzał, jednak moje nerwy zostały dzisiaj już raz wystawione na próbę. Bez słowa podchodzę więc do kranu, myję łapska płynem do naczyń, wycieram je o koszulkę, a następnie wychodzę z pomieszczenia.
  W salonie odnajduję porzuconą na sofie Siwuchę. Chwytam ją w kleszcze oraz powracam do kuchni, gdzie stoi skonsternowana Kruszonka. Zauważam, iż łania chyba nie bardzo wie, co ma zrobić.
  Bez zastanowienia odkręcam nakrętkę i podaję dziewczynie flaszkę, mówiąc:
  – Weź łyka.
  Te nieznoszące sprzeciwu słowa sprawiają, że wyciąga dłoń. Spoglądając mi prosto w oczy, przystawia wylot butelki do ust oraz upija nieco płynu. Chociaż dziewuszka z pewnością może ziać ogniem, lekko tylko kaszle, po czym szybko odstawia „flakon” na stół.
  – Pali suka? Smaczniutka, prawda? – pytam, świdrując kobietę spojrzeniem. Lidka jest tylko w stanie pokiwać głową, zasłaniając sobie buzię. Krzywi przy tym mordkę niemiłosiernie.
  – Natalia właśnie zgwałciła twoje usta. Jak się z tym czujesz? Miło ci, gdy ciągle o niej wspominam?
  Twarz dziewczyny pędem przybiera wyraz niezadowolenia. Już ma otwierać paszczę, jednak prędko wypijam swoją kolejkę, a następnie zamykam rozchylone usta Lidii gorącym pocałunkiem. Jest on zmysłowy, długi, namiętny i pełen pasji. Nasze języki na przemian splatają się, rozłączają oraz na powrót spajają w jedność. Moje dłonie szybko odnajdują uroczy kuperek, który bez zażenowania ściskam i miętoszę, jakby był zrobiony z plasteliny. Serce łomocze szaleńczo, tak że „du-dun” wali prosto w bębenkach uszu. Na moment przerywam „lizanko”, by oprzeć czoło o główkę Lidii oraz powiedzieć:
  – Jedynym, co chcę macać, jest twoje ciałko. Krojąc świniaka, przez cały czas miałem przed oczyma small-penisa Kryspina. Mam być szczery? Nie cierpię, gdy ktoś się koło ciebie kręci. Dlatego też muszę złamać dane słowo…
  – To znaczy? – Lidzia wtrąca rozkojarzona, rozmazując palcem tuszowy bohomaz na polówce. – Chyba nie chcesz ode mnie uciec?
  – Nie – odpieram szybko i mocniej ściskam krągłe półdupki. – Pragnę cię tylko dla siebie. Czy coś takiego wchodzi w ogóle w grę?
  Dziewczyna trwa chwilę w ciszy, zanim otrzymuję od niej odpowiedź:
  – Tylko jeśli również będę mogła liczyć na wyłączność.
  Uśmiech z wolna kwitnie na moich ustach. Wypinam dumnie pierś, łapiąc się za serce. Czekałem na ten moment już wystarczająco długo. Poważnie więc deklamuję:
  – Lidio, Kruszonko ty moja, jesteśmy po słowie. Jakaż to radość, ten tylko wypowie, kto cię niemal stracił w tej godziny połowie.  
  – Marianie, waćpanie, Gołodupcu, kochanie. Nie klęknął żeś na kolanie, lecz możesz mówić, iż masz mnie na stanie – odwzajemnia wyszczerz, po czym na powrót całuje w usta.
  Euforia, którą czuję, jest nie do opisania. W tej chwili mam totalnie gdzieś, że przyszedłem tutaj podjeść coś treściwego. Ani ja, ani siurek-ogórek, nie zamierzamy czekać z konsumpcją… deseru.
  Pod wpływem natężenia wzbierającego nasienia, odrywam się od MOJEJ dziewczyny i przenoszę deski z blatu na stół. Trochę cebuli ląduje na ziemi, ale wisi mi to baleronem. Sekundę później odwracam ciało oraz podnoszę Kruchą do góry. Sadzam jej dupinkę na blacie, by rzucić:
  – Trzymaj się mocno, „jadziem” na ostro!
  Gdy posłusznie wykonuje polecenie, ja w trymiga łapię gumę kobiecych „lajkrów” i zsuwam je w dół. Krótka obcinka wilgotnego wnętrza pseudo-jeansów wprawia mnie w osłupienie. „Ni ma gaci, żadnej szmaci, u mnie stodoła, brocha jest goła!”. Posłuchało mnie babsko, zatem robię się nakręcony jak szalony zielony. Nie zapytałem, co prawda o pozwolenie, ale skoro samo usunięcie zbędnego materiału sprawiło, że Lidia wstrzymuje powietrze, biorę to za dobry omen. Odrzucam spodnie za siebie oraz kucam, a następnie dłońmi rozchylam jedwabiste uda. Westchnienie, które słyszę nad sobą sprawia, iż mam ochotę olać grę wstępną i rach-ciach zagłębić się w brzoskwiniowej cipeczce. Ale wiem, iż MOJA kobieta potrzebuje nawilżenia oraz godziwej uwagi, zatem prędko pochylam głowę i zaczynam krążyć językiem po słodkim groszku, a potem w okolicach lepkiego już nieco wejścia do groty.  
  Przez krojenie pieprzonej cebuli, czarna smakuje dzisiaj nieco inaczej. Wyczuwam jednak zapach jakiegoś owocowego płynu. Ogarnia mnie przyjemne zaskoczenie, gdy poznaję, iż musiał być brzoskwiniowy. Liżę więc lubą zapamiętale, rejestrując niecierpliwy dotyk na mojej głowie oraz ramionach. Nie przerywam nawet na nanosekundę i chociaż z wyuzdanych usteczek zaczynają wydobywać się jęki, robię wszystko, co w mojej mocy, aż „Wy-Li(ż)dziunia” dochodzi tak mocno, że ciche kwilenie przechodzi w krzyk. „A to dopiero początek, czarnulko!”.
  Kiedy wstęp mamy za sobą, podnoszę się i wyciskam na ustach dziewczyny szybkiego „frencha”. Pozwalam poczuć jej własne soki, aby nieco podkręcić atmosferę. Oczy Kruszonki błyszczą, a policzki zdobi głęboka czerwień.
  – Gotowa na pierwszy lot Krzywodziobem?
  – O ile skrzydła będą zabezpieczone gumami – odpowiada z błyskiem rozbawienia w ślepkach. Prędko wyciągam z tylnej kieszeni prezerwatywę, którą podaję dziewczynie oraz puszczam oczko, zacieszając:
  – Smak malinowy. Chyba twój ulubiony. – Cicho się śmieję, po czym odwiązuję sznurek spodni, ale szybko zatrzymują mnie jej dłonie.
  – Jesteś za wolny – mówi, chwytając za fraki koszulki, przyciągając „mła” bliżej siebie. Trzy sekundy wystarczą, by zeskoczyła z blatu, zsunęła dresy oraz bokserki. Dwie kolejne, a już „Borys” zalicza głaskano. Jedno tyknięcie sekundnika i prezerwatywa zostaje rozerwana ząbkami. A potem csss… różowy kapturek, może śmiało wyruszyć na zwiedzanie jaskini!
  – Od tyłu – rozkazuje ostro oraz wypina pupę, opierając resztę ciała o blat. KOCHAM tę władczość w kobiecym głosie! Już tylko momencik, zaraz, za sekundunię spełnię każde życzenie mojej dominy, a jeśli tylko zechce, będę nawet lizał jej stópki jak Reksio kosteczki od najlepszej szyneczki.
  – Do usług – rzucam, sprzedając soczystego klapsa w każdy pośladek.
  Potem jeszcze całus w uszko i szyjkę, aż w końcu…
  „Dios mío, gorąco…”.  

Od Autorek:

Wychynął ptaszek na słońce.  
"Uf, uf, jakie ono gorące".  
Poleciał wnet do jaskini.  
"Mokro, wilgotno". – Się ślini.  
Lecz tam łania stała przy stawie.  
"Chodź luba, się z tobą zabawię".  
Jebnął swym skrzydłem jak młotem.  
"To się nazywa odlotem!".  
I tak sarenkę niebogę, przeleciał swym Krzywodziobem.  
Jaki morał z tej bajki? Trzeba zostawić lajki.  
Wtedy się chłop rozochoci, no i cosik ciekawego... nam spsoci.

Pozdrawiamy! :)
KociHopeCoop.

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2221 słów i 13573 znaków, zaktualizowała 8 sie o 17:22.

2 komentarze

 
  • Mirka

    Jak zwykle pełen wachlarz cudownych określeń, powiedzonek i gry słów. Ale przy  „Wy-Li(ż)dziunia” aż się prawie popłakałam ze śmiechu,
    Teraz czekam, co ciekawego spsoci rozochocony chłop. Już się ostrzę na pikantne, podniecające opisy gnieżdżenia się Krzywodzioba w gościnnej dziupli.
    Brawa i gratulacje za utrzymywanie wysokiego poziomu.  :smile:

  • KociHopeCoop

    @Mirka, staramy się jak możemy, aby nie było nudno. Pikanteria dopiero przed nami. Jednak nie zamierzamy przesłonić nią całości historii. Jak to w życiu: aby życie miało smaczek raz jest drama raz ...usiaczek :D Zapraszamy do czytania kontynuacji. Możemy zdradzić tylko tyle... Oj będzie się działo;) Pozdrowienia!

  • Gazda

    :bravo:  :bravo:  :bravo:

  • KociHopeCoop

    @Gazda dziękujemy i polecamy się na przyszłość. :)