„Co to to nie!” – część 43 i 44

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

43
Lidka

Miesiąc (z hakiem) później…

  Na przerwie w Dino sprawdzam „sram-na-sunga”. Cztery wiadomości Whatsapp. Obczajam, kto się dobija i od razu przekręcam oczami. Trzy „liściki” są od mojego chłopaka…  
Upsss… Chyba nie jesteście na bieżąco. Małe odświeżenie niusów.
Tak! Jestem w związku z Marianem od ponad miesiąca. Co prawda uparcie się tego wypierałam, wmawiałam, że tak nie jest, lecz… po co walczyć z siłą wyższą? Jak to Maniek mówi: „Choćby skały srały, nie oszukasz przeznaczenia”.  
Przelatuję wzrokiem, co „piórkowaty” ćwierka.  
„Czaisz? Klient zażyczył sobie... to!”. Fotka pomieszczenia – chyba sypialni. Ściana ma kolor kanarka, a na niej krwistoczerwone plamy. Szybko odpisuję: „Wygląda, jakbyś wywijał w powietrzu tamponem po okresie.”.
W mig przychodzi nagranie głosowe: „W sumie użyłem podobnej metody dla zdobycia efektu. Jak ci się podoba? Rewelka, nieprawdaż?”.
Słysząc głos Mańka, dosłownie widzę jego wyszczerzony zgryz.  
Kręcę głową z uśmiechem na ryju. Kompletny dzieciak, ale kreatywności mu nie brak! Co to to nie! W odpowiedzi wlepiam like i wysyłam wiadomość.
Następnie odtwarzam filmik przesłany przez moją siostrę. Na ekranie pojawia się słodka twarzyczka Klary, która z brudnym od czekolady pyszczkiem promienieje od ucha do ucha.
– Ciocia Ka. Psijecieś w nieciele na moje ulocinki? Cem skukienke Peppy swinki i Elsy i papcie s jdnolościem i… – Wtem „wtrybia” się Mirella (Sis – rzecz jasna). – No już. Wiemy, że chciałabyś wszystko, co błyszczy. – Daje córce cmoka w czółko, po czym patrzy poważnie w kamerkę. – Impreza w niedzielę o czternastej. Obecność obowiązkowa. Buzziooolllleeeee! – Nagle przystawia aparat do gęby i szepcze. – Słyszałaś, co młoda chce, więc do dzieła, ciociu Ka. – Ujęcie zostaje zakończone. Na mordzie mam szerokiego banana. W życiu bym nie zapomniała o tak gigantycznym święcie!  
Wracam myślami do dnia, kiedy siostra poinformowała nas o swoim błogosławionym stanie… Nie było łatwo, ale za to, Klara jest naszym słoneczkiem!
Do głowy przychodzi mi pewna idea...
Wracając z powrotem do związku z Cybulą. Mieszkałam z nim pod jednym dachem oraz kołderką prawie miesiąc. No okej. Weekendy spędzaliśmy u mnie. Kilka razy mieliśmy okazję słyszeć łóżkowe igraszki Majki i Enrico. Matko! Ależ miałam z gołodupcem pompę! Rżnęli się niczym króliki po viagrze! Jednak ta informacja jest mało ważna.
Podczas spędzonego razem czasu, poznałam bliżej sąsiada. Mamy bardzo podobne poczucie humoru, identyczne zdanie w wielu kwestiach, a jeśli jedno z nas się „pruje”, drugie go „łatuje”.  

   Ufff. Nareszcie w domu. Pędem zmieniam łachy na wygodne czarne legginsy i niebieską tunikę, zakrywającą tłusty wiertel. Włączam latynoską muzykę na cały regulator i zaczynam pichcić ulubione danie (drugie po schabie) mojego mężczyzny. Młode ziemniaczki z koperkiem, solidny kawał podwawelskiej z całą kupą cebuli, a do tego mizeria z ogóra potartego na wióra.  
Tak jak wcześniej wspominałam, trochę już znam Łysego, więc muszę uspokoić byka, zanim zwalę mu na łeb uroczy pomysł i jeszcze lepszą wiadomość.  
W połowie smażenia kiełbachy (oczywiście od Kryspina), czuję dotyk na talli. Podskakuję z przerażenia do góry.
– Mmmm. Podwawelska z furą cebuli i Kruszoną w roli głównej. Moje ulubione! – mówi Maniek, składając na moim karku całusa. Wykrzywiam paszczę w delikatny uśmiech. Odwracam się w stronę faceta i częstuję go klapsem w ramię.
– Chcesz, żebym wyciągnęła kopyta? – pytam. Nawet nie słyszałam, kiedy intruz wlazł do chaty.
– Taką ślicznotkę mógłbym ratować o każdej porze dnia.  
– Pierdolisz pan – odpieram wesoło, złączając usta w powitalnym pocałunku.
Kwadrans później „wcinamy” obiad, a Maniuś opowiada o nowym zleceniu oraz wpuszczaniu „Enre” w maliny. Niby słucham ziomka, co se tam ćwierka pod dziobem, ale tak naprawdę myślami jestem gdzie indziej. Zastanawiam się, w jaki sposób łagodnie poinformować… Zresztą, jeden ciul!
– W niedzielę jesteśmy zaproszeni na urodziny mojej chrześnicy. – Wypierdalam torpedę. Stwierdziłam, że to najlepsza okazja, aby oficjalnie ogłosić rodzinie, iż jestem w związku z gołodupcem. Nie mam zamiaru trzymać tego dłużnej w ukryciu. Jestem szczęśliwa u boku mistera ”Propera”, więc po jakie licho mam się czegoś wstydzić? Marianello daje mi poczucie bycia kimś wyjątkowym. Zaakceptował mnie taką, jaką jestem i wielokrotnie podkreślił, że kocha moje „puszyste” ciałko. Czegoż tu więcej chcieć?  
– No problemo – mówi, mieląc kiełbachę.
„Taa… Jeszcze…” – Przebiega mi przez myśl.  
Za chwilę kompletnie zmieni zdanie i zacznie zrzędzić.
– Jak zjesz, wskocz pod prysznic. Zrobimy sobie „shopping-tour” – ostrzegam, a raczej wydaję komendę.
Ależ oczywiście, że Marianek zaczyna marudzić (A nie mówiłam?), lecz pod wpływem mego piorunującego spojrzenia, wstaje od stołu i posłusznie wykonuje polecenie. W międzyczasie, kiedy krzywodziób myje „piórka”, ja sprzątam po obiedzie.
Gotowi, wychodzimy z budynku. Wyciągam z torebki klucze do fiacika.
– O nie! Jeśli mamy jechać na zakupy, to „berlinkiem”! – woła mężczyzna.
– Nie znasz tajemnych uliczek, żeby uniknąć korków. Dlatego nie gdacz i umieść z łaski swojej kuper w „sejciu”.  
Maniek coś niezrozumiałego „skamla” pod nosem, ale wchodzi lekko blady do „wisienki”.
Odpalam silnik, powoli wyjeżdżam z parkingu, a następnie opuszczam osiedle, rozpędzając bordowego żółwika. Kukam na siedzącego obok zgarbionego wielkoluda, który jest nieco zielonkawy wokół nosa.
– Czuję się jak zapuszkowana sardelka… A tak w ogóle, po co jedziemy do miasta? – dopytuje naburmuszony niczym dzieciak.
„Oj, kochanie. Będziesz wręcz zachwycony odpowiedzią!”. Oczami wyobraźni widzę, jak wyskakuje z samochodu przy prędkości 50km/h.  
– Po twój garnitur.

44
Marian

  – Nie ma mowy! Nie założę tego! Wybij to sobie spod czupryny!
  – No weź, nie bądź taki. – Lidia wyciąga w moją stronę czarną koszulę i pasujący do niej grafitowy garnitur. – Lubię jak ci się „opina”…
  – Opinać to mi się może polówka na klacie! Chyba cię słodkie suty rwą, że przywdzieję kanty, jakąś połyskującą „marinarę” i… to coś! – Wskazuję na lakierki z zaostrzonymi czubkami. – Co my na komunię idziemy, czy na urodziny trzylatki? Przecież w tym nawet nie ukucnę, bo mi szew pierdolnie na dupie.  
  – Ale ja tak ładnie proszę…  
  – Nie. Finito i kropencja na końcu. Mogę się zgodzić na koszulę, ale kombinezonu, ani laczków z polerowanych świńskich zadków, w życiu nie nałożę.  
  – To w czym pójdziesz? – Luba robi smutną minę. Daję słowo, że wygląda, jakby się miała rozpłakać. Boli mnie serducho na ten widok, ale pewne rzeczy są po prostu „noł-noł”. Postanawiam zatem zaskoczyć kobitkę własnym gustem.
  – Spokojna twoja rozczochrana. – Wyszczerzam promiennie paszczę, przygarniając Kruchą do siebie. – Jeszcze się będzie damska część twojej rodziny śliniła na mój widok…
  Wyjmuję dziewczynie wieszaki z dłoni. Garniak ląduje na pierwszym lepszym stojaku. Buty zaś skopuję gdzieś nisko pod wiszącą nieopodal półkę. „Takie obrzydlistwo lepiej schować przed ludzkim wzrokiem”. Z koszulą w jednej i łapką łani w drugiej dłoni, kieruję się do kas. Cena na koszulinie wali po patrzałach (nic dziwnego, w końcu przytargała mnie do Vistuli), ale wypłacam należną sumę i ciągnę Lidię do ulubionego sklepu.
  C&A stoi otworem. Tutaj to mogę poszaleć. Nie jestem jakimś tam amatorem shoppingu, jednak nie raz, nie dwa musiałem ubrać się stosownie do okazji. Pierwsze kroki kieruję w stronę okryć wierzchnich. Na całe szczęście koszula jest czarna, zatem idąc tropem wyboru Lidii, wyciągam ciemnoszarą a’la sportową marynarkę, ale bez żadnych pompatycznych udziwnień. Prosta, schludna i na bure guziki. Jedyne szaleństwo to wywijane mankiety, które są o ton ciemniejsze. „Ujdzie w tłoku w ślinotoku”. Zakładam i przeglądam się w wiszącym na filarze lustrze. „Nawet do polówki będzie pasować”. Zerkam jednak porozumiewawczo na kobietkę za plecami i widzę, że chociaż niechętnie, to miłej iskrzą od ekscytacji oczy.
  – A nie mówiłem? Zdaj się na mnie, to nigdy nie zginiesz. – Cmokam dziubka w czoło, po czym pytam. – Potrzymasz na moment?
  Kiwa tylko głową i odbiera ode mnie górę odzienia. Spodnie są tuż obok. Wiadomo co wybieram. Jeansy. Tym razem grafitowe, jak najbardziej pasujące do marynarki. Cudem udaje mi się co prawda znaleźć mój rozmiar i uniknąć wersji „Slim-fit” (odstąpię ją z chęcią Kryspinowi). Zadowolony, czując już wiatr w skrzydłach, mknę do obuwia. A tam… znowu lakierki. Niemalże ścina mnie z nóg, ale w ostatnim momencie zauważam zamszowe pantofle, w kolorze głębokiej czerni. Chuj z tego, że zaraz się utytłają w piachu. Będą przynajmniej pasować do koszuli.
  – No, to by było na tyle – informuję Kruszonkę, lecz ta wciska wszystkie wybrane ciuchy w moje łapy i każe iść do przymierzalni. – Ale nie muszę, zawszę tu kupuję, więc na bank wszystko będzie pasować.
  – Idź, dobrze ci radzę – grozi paluchem, a w brązowych oczach czai się determinacja. – Wypatrzyłam sobie kieckę. Zaraz do ciebie dołączę.
  – Mmm… – Wyszczerzam paszczękę i unoszę do góry brewki. – A może zaliczymy numerek w „changing room?”
  Mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów, po czym uśmiecha się niczym Grinch.
  – O ile założysz krawat! – Odwraca się na pięcie i z głośnym śmiechem spieprza do działu dla pań.  
  „Oj, chyba mnie jeszcze dupencja dobrze nie zna… Ja nie założę? JA?! NIE?! ZAŁOŻĘ?!”.  
  Gdy dziewczyna znika z zasięgu wzroku, podbiegam do stojaka i porywam gładki stalowy krawat oraz nowiutkie czarne bokserki. Następnie biegiem bunkruję się w przymierzalni. Wszystkie ciuchy lądują na wieszakach, a ja…
  „Krawaciarz w samych gaciach nieumęczenie… czeka na zonka zrobienie”.
  Mija niecałe pięć minut i dociera do mnie głos Lidii:
  – Maniek, gdzie jesteś?
  – Kotarka numer jeden – odpieram.
  Firanka zostaje przesunięta i Krucha bez zaglądania ładuje się do środka. Ze sobą ma naręcze sukienek i dwie pary butów. Wszystko jednak spada na ziemię, gdy spogląda na schaboszczaka przed sobą.
  Wypinam owłosioną klatkę, niby „przeczesuję” czuprynę na głowie i niczym Johnny Bravo recytuję:
  „Boom, skarbie!”.
  Ciekawe jak się z tego cizia wykręci…

Od Autorek:

Nasi drodzy, państwo mili,  
może byście coś sklecili?
Skromny koment, drobny lajczek,
chcemy wiedzieć, czy jest zacnie.

Bo bez wsparcia, czytelnicy,
nasza praca się nie liczy.
Dajcie zatem znać czasami,
że jesteście razem z nami.

Iż czytacie, chcecie więcej
lub też zmienić trza coś prędzej.
Będziem wdzięczne, zawsze rade.
Wszakże chodzi o zabawę.

Żeby wszyscy nasi goście,
uchachali się radośnie.
A już będzie nam przesłodko,
Gdy polecicie komuś opko.

Lidzia z Mańkiem chylą czoła.
No bo wiecie...
szatnia woła :D

Za kotarką są uciechy.
Więc UWAGA!  
Gaz do dechy! ;)

Pozdrawiamy! :)

KociHopeCoop. :)

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 1894 słów i 11572 znaków, zaktualizowała 31 sie o 0:14.

5 komentarzy

 
  • Iga21

    Jest jak najbardziej zacnie i rzecz jasne, że chcemy więcej  ;)

  • KociHopeCoop

    @Iga21, bardzo dziękujemy za przemiłe słowa. :)
    Cieszymy się, że nadal potrafimy zadbać o uśmiech na ustach czytelniczki. :D
    Pozdrawiamy!

  • kontor

    Super i ciekawie by się zrobiło gdyby ktoś ich w tej przebieralni przyłapał

  • KociHopeCoop

    @kontor, poczekamy zobaczymy;) Na pewno postaramy się nie zawieść czytelnika... w ten czy inny sposób ;) Ogromnie jesteśmy wdzięczne za pozostawiony komentarz. To bardzo dla nas budujące:)

  • shakadap

    Jak zwykle świetne.
    Tylko krótkie.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • KociHopeCoop

    @shakadap Mawiają, że nie liczy się długość, lecz sprawność i... obfitość. ;)
    Serdecznie dziękujemy!  
    Mamy nadzieję, iż pod następną częścią spotkamy się szybciej niż policja pozwala. :D
    Pozdrowienia! :D

  • shakadap

    @KociHopeCoop na pewno, tylko nie dajcie za długo czekać.

  • KociHopeCoop

    @shakadap, każde dobre "wino" potrzebuje czasu ;) Im bardziej starsze tym lepsze... jak autorki :lol2:

  • papcio

    Was 24h mogę czytać ❤️❤️❤️

  • KociHopeCoop

    @papcio, niezmiernie nas cieszy, że mamy takiego czytelnika! :D Dziękujemy bardzo!

  • Gaba

    👍🤘💪!!!
    FAJNIASTE!!!  
    PS. Więc bez wulgaryzmów TEŻ można! Bravo Bravissimo...

  • KociHopeCoop

    @Gaba, wszystko można. Czasem jednak człowiek musi rzucić mięsem, bo inaczej się udusi;) To także nadaje realizmu całej historii. Dziękujemy serdecznie za czytanie i pozostawienie śladu pod tekstem.

  • Gaba

    @KociHopeCoop no pewnie! Ale jak przeładowana mięskiem ciężarówka to się może załamać....
    A aaaa, jeden z lepszych, o ile nie naj! To mi "umkło"... Ale, lepiej późno niż później! Pozdr