„Co to to nie!” – część 45 i 46

by Koci & Hope
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność:)

45
Lidia

  Obraz mojego chłopka… „Boże! Ależ to dziecinnie brzmi w tym wieku”, jednak jak inaczej nazwać faceta, z którym jest się w związku? Czort z tym, jaką można dać nalepkę… Głównie chodzi o to, że mam przed ślepiami mistera „Indora”. No mówię wam z łapą na sercu! Takiego okazu jeszcze nikt nie widział! Wchodzisz babo do przymierzalni i przed nosem masz krajobraz na kolesia z owłosioną klatą (smaczny kawałek) w czornych portach oraz srebrnym krawacie. Jedynie brakuje…
– Przepraszam na sekundę – szepczę z uniesionym palcem wskazującym. Robię obrót o sto osiemdziesiąt stopni i mknę po bardzo istotną rzecz.
  Biegam między regałami (z całą pewnością przypominam klacz strzeloną w zad) tak długo, aż znajduję to, czego szukam. Przekopuję „półkę” za odpowiednim rozmiarem, a następnie wracam do Maniucha. Odsłaniam kotarę i wślizguję się do środka, podając ziomeczkowi materiał.
– Co to jest? – pyta ze zmarszczonym czołem. Na twarzy Cybuli widnieje niesmak, ale jeżeli chłop posiada TAK „sexy outfit”, to czego nie może w nim brakować??? Tak jest!
– Podkolanówki! – wołam rozbawiona.
– Taaa, może jeszcze klapki do tego? – mamrocze wręcz niezadowolony. Wtem przypominam sobie najgorszą piosenkę ever!
– Skiety, klapki. Siekty, skiety, klapki – imituję głos kolesia tej uroczej „ballady”, która nieziemsko ryje beret. Łysy dziwnie się na mnie patrzy, jakbym rozum postradała. – Masz minę jak srający pies na lodowisku – stwierdzam. – Nie słyszałeś tego sonetu do klapek i skarpetek? – Marian kręci głową, dlatego postanawiam wieczorem umilić nam odpoczynek przy „romantycznej” muzyce.
Niekiedy gołodupiec ma zachowanie osoby mieszkającej trzysta lat za makumbą. „Łolelele”.
  Ściągam bluzkę, by móc przymierzyć pierwszą kreację. Szybko jednak dochodzę do irytującego faktu, że ledwo wpycham w nią biust. Kolejny krój błękitnego habitu sprawia, iż wyglądam, jakbym za chwilę miała rodzić słonia. Odpada! Trzecia sukienka… koszmar! Szkoda gadać! „A tak ładnie wyglądała na wieszaku! Buuuu!”. Bez najmniejszej iskierki nadziei, naciągam czwartą kieckę. W sumie nie potrzebuję nowej garderoby, lecz czadowo by było, gdym tym razem zaprezentowała się na urodzinach w czymś eleganckim. A nie tylko jeansy, jeansy i jeszcze raz jeansy.
Ze względu, że zamek jest na plecach, proszę Maniusia o pomoc. Unoszę włosy do góry, a mężczyzna czyni swą powinność i całuje mnie przy tym w kark.
– Pięknie w niej wyglądasz.
Opuszczam dłonie w dół, podnoszę wzrok do lustra...
– Do twarzy ci w tym kolorze.
Długa sukienka w bordowym odcieniu nie tylko tuszuje wszystkie miejsca z wywieszką „budowa”, ale też w jakiś sposób podkreśla urodę, której w żadnym stopniu nie posiadam z nieodgadnionych do dzisiaj przyczyn. Marian spogląda na mnie w zwierciadełku. Z czarnych oczu partnera emanuje uczucie miłości oraz pożądania. Nawet nie upływa sekunda, abym zaświeciła cudnym burakiem na ryju.
– Odepniesz? – pytam speszona. W głowie mam tylko jedno: Przebrać się i wyjść z tego pieprzonego sklepu. Sama nie wiem, po jaki dzwonek polazłam na damski dział.
Upływa dosłownie moment, kiedy opuszczamy przebieralnię. Oczywiście, że wszystkie „klajdy” odkładam na „wieszak zwrotny”, do nich dochodzi obuwie, którego nawet nie dotknęłam małym palcem u stóp.
– Nie bierzesz…?
– NIE! – wołam, będąc krótko przed wybuchem płaczu.
– Ale, dlaczego…
– Szukamy ubioru dla ciebie, nie dla mnie – odpieram, uparcie patrząc na cel przed gałami, czyli kasę sklepową. Kompletnie ignoruję Marianowskie gdakanie pod kichawą.
Jestem świadoma, że nikt nie rozumie mojego zachowania, a już w szczególności gołodupiec.
  Równocześnie podajemy kasjerce kartę bankową, żeby uregulować rachunek. Kobieta jednoznacznie nie wie, co ma zrobić. Odpycham więc dłoń mężczyzny.
– Ja płacę – mówię do baby. Mój wzrok z pewnością jest upiorny, ale mam to głęboko w nosie… a dokładnie mówiąc: „płynie w zatokach”.
– Poluzowała ci się klepka? – warczy do ucha „łysy półdupek”.
  Zaciskam męskie wargi kciukiem oraz palcem wykazującym. Istny „Kaczor Donald” z przyciśniętym dziobem.
Płacę sumę, biorę torbę z ciuchami i nie obracając się za siebie, opuszczam C&A. Oczywiście, że Marian człapie za mną, wypierdalając z pretensjami.
W połowie drogi do innego sklepu, w którym zawsze kupuję prześliczne sukienki dla Klary, nie wytrzymuję durnego paplania.
– Pomyliłeś się z zawodami – mówię dość opanowana.
– O co ci do frędzla trybi?
– Powinieneś zostać biskupem, bo odpierdalasz kazania tysiąclecia. Wiernych byś miał tylu, że aż by się modlili, abyś w końcu zamknął paszczę – informuję mimochodem.
– A ty odwalasz manianę. Chuj wie, o co ci biega. Przecież powiedziałem prawdę w przymierzalni! Po co więc była ta idiotyczna scena przy kasie?! Nosz kurwa jebana mać!
Odbijam w uliczkę w prawo. Za rogiem znajduje się H&M, już wbijam na sklep, ale zatrzymuję kopyta w ostatniej sekundzie.
Przy wejściu spokojnie spaceruje sobie...
Kręci mi się w głowie.
Taśka z klamotami wyjeżdża z dłoni.
Gołąb!
– Lidzia? Stało się coś? – Marian chwyta mnie za ramiona, lecz nie potrafię wydusić ani słowa. Nagle jakiś koleś wychodzi ze sklepu, a lotnik „rozwija” skrzydła. Instynktownie łapię się za głowę, zamykam oczy, wstrzymuję oddech i odwracam ciało. Najlepiej spierniczyłabym dalej, niż oczy poniosą. Nienawidzę tej odmiany ptactwa. Tak! Mam ogromne uprzedzenie do „gru-gru-la”.
Na plecach czuję zaufany dotyk dłoni, przez co z ulgą wypuszczam powietrze z płuc.
– Odleciał? – Chcę mieć pewność, że „siwy monster” nie stanowi zagrożenia. Na bank Cybula w duchu wyśmiewa moją reakcję, lecz bądźmy szczerzy… Każdy ma słaby punkt.
– Tak. Teraz wiem, przed czym mogę cię chron…
– Idziemy – rozkazuję, podnosząc torbę z ciuchami. – Im szybciej kupimy prezent dla Klarci, tym lepiej. – Ciągnę ukochanego za rękę do środka trzypiętrowego sklepu.
– Czy jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć w razie podobnych przypadków? – dopytuje mężczyzna. Przelotnie wyznaję, że mam wstręt do owocu kiwi oraz opowiadam o incydencie z gołębiem w młodych latach. Przeklęty potwór z paskudnymi ślepiami! Do dzisiaj widoczne są ślady na czole po tym, jak pierzasty „Ikar” zaplątał się girami we włosach.
  Kieruję nas na dziecięcy dział i już z oddali dostrzegam cudeńko, do którego mknę bez żadnych pohamowań. Bliskie spotkanie z burym ptasiorem od razu ulatuje w niepamięć.
„Chrześnica będzie zachwycona!”.

46
Marian

  „Szopen na dupen” okazał się dzisiaj nad wyraz irytujący. Najpierw zostałem niedopieszczony w przymierzalni (spokojnie, jeszcze to Lidce wypomnę), później obkupiony w nowe ciuchy (tego tym bardziej nie daruję), następnie zbesztany, że próbuję walczyć o męski honor (mam swój portfel, okeeej?), a i tak na sam koniec z prychającą lwicą, lepiej ode mnie poradził sobie „Szary bez wary”. Nie no, będąc zupełnie szczerym, mocno mnie rozbawiło zachowanie panny Damboń, niemniej musiałem zachować fason. Z jednej strony reakcja Kruszonki wydawała się irracjonalna, jednak… też mam fanaberie, których wcale nie znoszę dzielnie.
  Na całe szczęście zakupy dla Klary przebiegły bez większych komplikacji. Lidzia zapłaciła (ponownie!) za „majtkową” sukienkę oraz bandanę z dziurami. Co prawda, nadal nie czaję, czym jest „morelowy tiul księżniczki”, bądź „koronkowa opaska do włosów”, ale łania była ukontentowana z dokonanego wyboru. Umówmy się: przeciętny facet rozróżnia trzy kolory: fajny, pedalski i chujowy. Ja trybię nieco więcej z powodu obranego zawodu, ale barwy „moreli” od „brzoskwini” za ciula nie odróżnię. Zawsze w takich przypadkach zerkam na numer we wzorniku. Zresztą… „brzoskwinka” nie kojarzy mi się ostatnio z owocem, a… „ekhem… czymś soczystym w zupełnie inny sposób”.
  Jest jedna rzecz, która nie dawała mi po zakupach spokoju, a mianowicie: skąd Krucha miała tyle mamony, by zapłacić za męski outfit oraz wyjebać horrendalną sumę za kawałek bladej szmatki na głowę trzyletniej dziewuszki? Ciągle pamiętam schiz, w jaki Lidia wpadła na widok zamka. Szybka kalkulacja w bani podczas drogi powrotnej dała mi lekką ręką sumę pięciu lub sześciu stówek. Nie wytrzymałem więc i zapytałem o powód przypływu gotówki. Zmieszana czarna wyznała mi, iż pobrała wcześniej ekwiwalent za „wczasy pod gruszą”, który wyniósł nieco ponad tysiąca dwustu złotych. Jak mnie „jebło” po dyni, to Einstein w życiu by nie obliczył. Dostała wynagrodzenie za przyszłe dwa tygodnie wypoczynku na działce u rodziców i… jedną trzecią rozjebała na swojego chłopaka? Nawet zamek tyle nie kosztował! Nic zatem dziwnego, że nie kupiła tej bordowej sukienki. Ale czekajta na Cybulowego „arbajta”! „Maniur nie w ciemię bity, zdecydował się rozpracować sprawę po swojemu!”.
  Kiedy Lidia wychodziła „ofuczona” ze sklepu, szybko złapałem bordową sukmanę oraz szepnąłem do kasjerki, by mi ją odłożyła, po czym pognałem za moją kobyłką. I to był plan stulecia, bo gdy wróciłem do domu, odstawiając Kruchą na sjestę po wyżerce w KFC, odpaliłem lapka, a wtedy okazało się, iż ten model nie jest dostępny online. Ujrzałem jednak coś innego, co od razu przykuło moją uwagę. Dziunia wspominała jakie były życzenia jej siostrzenicy i chociaż „Selsy” czy „Pipy” nie kojarzę (zresztą, kto daje bohaterkom bajek takie imiona???), to wiem czym jest tęczowy koń z rogiem na czole. W końcu wiadro podarowane Kruchej miało podobny motyw. Z cheeseem na mordzie zarezerwowałem więc trzy rzeczy, a następnie powędrowałem „Berliśkiem” do C&A. Kobitka za kasą od razu uśmiechnęła dziubek na mój widok. „Czyżby w przebieralni mieli kamery, hę?”.
  – Już się bałam, że pan zrezygnował. – Młoda kasjerka popędziła z wyjaśnieniem, gdy uregulowałem należność za kieckę i szpargały dla Klary. – Nie możemy odkładać towaru dla klientów, no ale panu wyraźnie zależało, zatem zrobiłam wyjątek.
  – Bardzo dziękuję. – Odwzajemniłem wyszczerz. – Uratowała pani moją dumę.
  – Ależ gdzie tam. – Babka zarumieniła się po czubki uszu. – Zawsze z przyjemnością pana obsłużę…
  „Mejdej!”. Tego nie było w planie. Nosz, przychodzi chłop kupić wdzianko dla ukochanej oraz dziecka, a tu takie hece… „Trzeba spierdalać, zanim sobie pomyśli, iż wolę uregulować rachunek w naturze”.
  – Sztos. Spoko z ciebie foka. – Wsunąłem graby do kieszeni, głośno „ćlamiąc” przeżuwaną gumą Winterfresh. – Spylam zrobić „maj lejdi suprajs”. Dziękówa, dupeczko i narson! Do zoba!
  „Hehe, wówczas blondi wryło… Nie ma to, jak powiew obornika na salonach!”.
  Niech wie, że moje „Heart Goes Nana”, tylko przy Kruchej łani.

  Jest niedziela. Ogolony i wypsiukany „Brunem je banani”, stoję przed drzwiami „Dambosi”, łudząc się, iż przyszedłem na tyle wcześnie, że luba nie jest jeszcze gotowa do wyjścia. Naduszam więc przycisk dzwonka, czekając spokojnie aż otworzy włości. Mam rzecz jasna klucze, ale chcę czarną nieco wytrącić z równowagi.
  – Serio, teraz? – Dochodzi gderanie zza drzwi. Słyszę, jak podchodzi i na bank luka przez wizjer. Chwilę później uchyla skrzydło z grymasem na nieumalowanej buzi. – Maniek, kurwa, nie mogłeś wleźć sam? Masz przecież klucz!
  – Zobaczyć cię w szlafroczku oraz w bieliźnie było zgoła istotniejsze…
  – To nie jest zabawne! – krzyczy wyraźnie zdruzgotana i łapie za rozczochrane włosy. – Nie mam co na siebie włożyć!
  – Już masz. – Uśmiecham się przymilnie, wciskając jej torbę z sukienką do rąk. – Taki tam drobiazg dla mojej dziewczyny.  
  – Nie żartuj… – Łania robi wielkie oczy, gdy wyjmuje ubiór na wierzch. Łzy migiem wzbierają jej pod powiekami. – Przecież… ona była droga! – Lidia ryczy już na całego, dlatego biorę kobitkę w objęcia.
  – Nie droższa od ciebie. – Gładzę Kruchą po głowie, składając całusa we włosy. – Akurat będzie pasować do szpilek.
  – Wariat jesteś… – Ociera łzy rękawem szlafroczka. – Totalny szajbus!
  – I dlatego mnie kochasz. – Wyszczerzam paszczękę. – No już, nie maż się. Wskakuj w kreację, przywdziewaj laczki, „zrób se” oko…
  – Czyli już nie jestem ładna bez makijażu?
  – Najpiękniejsza, koteńku. NAJ-PIĘK-NIEJ-SZA!
  – Tia… – powątpiewa. – A co masz w prezentowej torebce?
  – To moja „słit” tajemnica. – Puszczam oczko.  
  – No weź mnie…
  – Potem. Na każdy możliwy sposób – przerywam gderanie. – W stroju z klapką na dupie, byś przecież nie chciała pójść. Spać też nie będziesz, zatem maseczka do snu ci nie potrzebna. A obcasy lepiej pasują do czerwonej sukienki. No i ten kolor… na paradę nie idziemy, prawda?
  – Nie… – odpowiada nieco skołowana moim wywodem. – Tylko na grilla.
  – Grilla?! – wypalam głośno. – Czyli kiełba, kaszanka, te sprawy?
  – Oraz warzywka z maminego ogrodu – potwierdza to, czego się obawiałem. – Będzie kilkoro kolegów i koleżanek Klary ze swoimi rodzicami. Niektórzy nie jedzą mięsa. Ich też trzeba przecież czymś ugościć. Jedziemy więc wcześniej, żeby pomóc rodzicom w przygotowaniach do imprezy najukochańszej wnuczki. Siorka i tak będzie miała full roboty.
  – Okej… – Przełykam nerwowo ślinę. – Leć ogarnąć stylówę, a ja sobie zajaram.
  – Czyżbyś bał się poznania moich staruszków? – Krucha czujnie mnie obserwuje, po czym na odchodne klepie po plecach. – Nie są tacy straszni, na jakich wyglądają.
  – Czyli mnie nie zjedzą? – Obracam sytuację w żart, chcąc zatuszować zdenerwowanie. Potencjalni teściowie, to teraz najmniejszy problem.
  – Nie… – zniża głos do szeptu, a następnie znika w łazience. Moment później zaczyna szyderczo rechotać. – Połkną cię w całości!
  – No boki zrywać! – odkrzykuję, gdy wyłażę na balkon.
  „Zatem będzie grill…”.
  Trzęsącymi dłońmi odpalam szluga. Kto by przypuszczał, że złapię pietra przez taką głupotę. Nic nie poradzę, iż żołądek dostaje mimowolnego skrętu, a pot spływa wprost do rowu „Mariańskiego” na myśl, że będę się musiał zmierzyć z…
  NAJGORSZYM KOSZMAREM!!!

https://www.youtube.com/watch?v=_SVqyfG9UA8 ;)

Od Autorek:

Nie ma chłop nic do gadania,
się obyło bez gruchania.
Za to była fest litania,
co skłoniła do "ćlamania".

Czego "stracha" się Marianek?
Co na grillu będzie grane?
Wszystko szybko się wyjaśni,
Zatem w górę wznoście łapki!

Pozdrawiamy!

KociHopeCoop. :)

KociHopeCoop

opublikowała opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użyła 2475 słów i 15197 znaków, zaktualizowała 5 wrz o 14:17.

3 komentarze

 
  • shakadap

    Łapka w górę bo pisanie
    Wam wychodzi nienagannie
    Więc Autorki KociHopeCoop
    Piszcie co nastąpi tu
    Niech Was Wena nie opuszcza
    Niech się Maniek tak nie spuszcza
    A te teksty tak wspaniale
    Rozwijajcie ciągle, dalej

    Pozdrawiam i powodzenia.

  • KociHopeCoop

    @shakadap, zaskoczyłeś nas, o Panie,
    wierszowanym tym wyznaniem.
    Za twe słowo dziękujemy,
    no a Mańkiem... się zajmiemy;)

  • papcio

    Za wolno piszecie 😢, cały czas zaglądam na Lolka co u Kruszonki i Golodupca,. I czekam i czekam buuuuu. To jest super. Nie czekanie. Tylko czytanie. ❤️

  • KociHopeCoop

    @papcio, bardzo nam miło, że mamy fanów, którzy z niecierpliwością na kolejne części czekają. Pozdrawiamy! :D

  • Gaba

    "Wszystko szybko się wyjaśni"
    Kiedy? Co to jest "szybko"??? Boć nie mogę się doczekać!!!  

    Znakomicie wytrawne. I znowu bdb, naj!  
    Pozdrawiam Was 👍👌

  • KociHopeCoop

    @Gaba, szybko, to jest raz na pięć dni. :D  
    Aby było znośne do czytania, musi swoje odleżeć i przejść za każdym razem gruntowne poprawki.  
    Inaczej "ni-dy-ry-dy". ;)

    Dziękujemy za czytanie i pochwałę.
    Postaramy się utrzymać dobrą passę. :)