Dopóki wystarczy nam sił – 22

Kolejny nudny, szary dzień, w pracy, która za cholerę mnie nie ciekawiła. Gdy The Case się rozpadło, chciałem mieć pracę, która choć w najmniejszym stopniu będzie powiązana z muzyką. Ostatecznie wylądowałem jako sprzedawca w sklepie muzycznym, co nijak miało się do tego, co robiłem wcześniej. Pracę dostałem łatwo, bo właściciel sklepu uważał, że przyciągnę tłum ludzi i wręcz błagał mnie, bym się zgodził przyjąć jego propozycję. Nie chciałem się zgadzać, ale i tak to zrobiłem, bo nie miałem lepszej alternatywy. Mówiłem sobie, że to będzie rozwiązanie na chwilę, aż znajdę coś lepszego – ale nic takiego się jednak nie pojawiło, a ja tkwiłem w sklepie już ponad pół roku. Nie było źle, pensja też była w porządku, bo właściciel mnie uwielbiał. Zgodnie z jego przewidywaniami, moja obecność przyciągała tłum ciekawskich ludzi. Niektórzy chcieli tylko mnie zobaczyć, inni pogadać, a jeszcze inni kupowali wszystko, co im polecałem, nawet, jeśli było to kompletne badziewie. Nienawidziłem tej pracy. Tęskniłem za śpiewaniem, za chłopakami, za euforią, która towarzyszyła mi podczas każdego koncertu. Czułem się, jakbym utracił część siebie i w żaden sposób nie mogłem już jej odzyskać.  
Chwilami rozmyślałem, co mogłem jeszcze zrobić, by jednak uratować nasz zespół, ale nawet po takim czasie do głowy nie przychodziły mi żadne nowe rozwiązania. Próbowałem. Nie wyszło. Jackson nie chciał mieć z Finnem nic wspólnego. Finn wiedział, że zrobił źle, więc nawet nie chciał przebywać w pobliżu Jacksona i Alexii. Zack stał z boku tego wszystkiego, nie wtrącając się. Kiedy każde z nich poszło w swoją stronę, nie mogłem już ich łapać.  
James wkurwiał się chyba najbardziej.
– Liam, weź każdego za ucho, posadź ich razem w jakimś pokoju, zamknij i wypuść dopiero, kiedy się pogodzą – warczał, chodząc w tę i z powrotem, gdy opowiedziałem mu, jak wyglądała sytuacja.
Rozłożyłem bezradnie ręce.
– Sam to zrób. Oni nie chcą na siebie nawet patrzeć.
– Kurwa mać, już jedną taką akcję mieliśmy, kiedy to ty postanowiłeś przetrzepać Finnowi dupę. – Skroń na jego czole pulsowała niebezpiecznie. – Czy wy nie potraficie się skupić na muzyce, tylko ciągle musicie łączyć sprawy osobiste z zawodowymi?
– Nie do mnie te pytania.
– A właśnie, że do ciebie! – ryknął. – W zeszłym tygodniu byliście w top dziesiątce najlepiej zapowiadających się zespołów, a teraz mi mówisz, że już nawet nie jesteście zespołem?
– James, do kurwy nędzy, ale co ja mam zrobić? – wybuchnąłem w końcu. – Zrozum, że Jackson nie chce w ogóle być blisko Finna, a co dopiero z nim pracować! Dopóki jest z Alexią, nie ma szans, by…
– Tak? – Jego umysł wyraźnie szybko pracował. – Słuchaj, Liam, nie żebym chciał rozbijać związek twojej siostry i Jacksona, ale gdyby z jakiegoś powodu zerwali, może wtedy Jackson odpuściłby Finnowi i…
Wtedy wstałem i wyszedłem. Nie mogłem dłużej tego słuchać. Dla Jamesa liczyła się tylko opinia i kasa. Nie mogłem uwierzyć, że właśnie chciał rozwalić ich związek tylko po to, by zespół znowu był cały. Ten fakt tak mnie wkurzył, że podświadomie odpuściłem sprawę.
Wracając do domu, czułem, jak na nowo przenika mnie frustracja i nostalgia. Gdy wszedłem do przedpokoju i zdjąłem kurtkę, niechcący zrzuciłem na podłogę jakieś kolorowe koperty. Podniosłem je szybko, ale Valentina i tak już usłyszała.
– Specjalnie położyłam to tam, żebyś nie zrzucił. – Usłyszałem jej westchnienie z kuchni.
– Przepraszam. – Położyłem koperty na komodzie i poszedłem do kuchni, gdzie Valentina stała przy blacie i mieszała coś na patelni. – Co to w ogóle jest?
– Próbki zaproszeń. Alexia dziś je przyniosła i zapomniała zabrać.
Alexia i Valentina wpadły w prawdziwy szał przygotowań do ślubu – może to i dobrze, bo Jackson i ja nie musieliśmy nic robić.  
– Co tam robisz? – Podszedłem do żony i pocałowałem ją w czoło.
– Carbonarę – odpowiedziała z uśmiechem, kiedy lekko pociągnąłem ją za krótkie włosy. – Ostatnio mieliśmy trochę stresu, więc pomyślałam, że ugotuję ci coś dobrego.
– Wzorowa żona – zażartowałem i odwróciłem się, słysząc drapanie pazurów po podłodze. – Cześć, mały. – Pochyliłem się i pogłaskałem Buckstera, który szczeknął radośnie. – Co, wyczułeś jedzenie? Niestety, to nie dla ciebie. Nie przypominam sobie, żebyś lubił makarony.
Wyjąłem z barku czerwone wino i gdy Val nakładała jedzenie na talerz, ja napełniałem nam kieliszki. Przez parę pierwszych chwil jedliśmy w milczeniu.
– Wydajesz się smutny – powiedziała w końcu. – Coś się stało?
– Nic takiego. Po prostu… – Nadziałem na widelec makaron i westchnąłem. – Myślałem dzisiaj o zespole. Dotarło do mnie, że naprawdę brakuje mi śpiewania. Mam dosyć przesiadywania w sklepie i udawania, że znam się na sprzęcie.  
– Jeśli jest ci tam tak źle, zawsze możesz zmienić pracę.
– I co miałbym robić? – mruknąłem, biorąc potężny łyk wina. – Nie mam lepszego pomysłu, a chcę mieć jakąkolwiek stabilizację finansową. Nie, nie chcę zmieniać pracy. Żałuję tylko, że w ogóle musiałem tam wylądować. Gdybym mógł chociaż śpiewać…
Valentina milczała, patrząc na makaron. Słychać było tylko Buckstera, który gdzieś w salonie ganiał swój ogon.
Nagle odłożyła widelec, wstała i podeszła do mnie, siadając mi na kolanach.  
– You know I want you… – zanuciła nagle, a ja zamarłem.
– Co robisz? – zapytałem ją cicho.
– It’s not a secret I try to hide…
– Czemu to śpiewasz?
Zeskoczyła z moich kolan i wyciągnęła do mnie rękę.
– Przestań gadać i śpiewaj ze mną.
Dawno już nie słuchałem naszej piosenki i na sam dźwięk jej słów coś ścisnęło mnie w gardle, ale wstałem i podszedłem do Valentiny. Objąłem ją i zaczęliśmy się kołysać.  
– I know you want me… – zaśpiewałem cicho, przyciskając czoło do jej czoła. – So don’t keep saying our hands are tied…
Powoli tańcząc, zaśpiewaliśmy całą piosenkę, a capella, bez muzyki. Kiedy wybrzmiały ostatnie słowa, przez chwilę staliśmy, przytulając się. Wspominałem, jak pisaliśmy tę piosenkę – dopiero teraz w pełni rozumiałem jej znaczenie. Wtedy myślałem, że nigdy nie będziemy razem na poważnie. Przycisnąłem usta do jej policzka.
– Dziękuję. – Czułem się trochę lepiej. – Jesteś cudowną żoną.
Nieco się ode mnie odsunęła.
– Nawet, jeśli nie chcę dać ci dziecka? – zapytała cicho, a ja zesztywniałem.
– Val… – westchnąłem i puściłem ją. – Naprawdę chcesz o tym teraz rozmawiać?
– Kiedyś musimy. Wiem, że chcesz dzieci.
– Nie chcę cię do tego zmuszać. Przeszłaś piekło, którego nawet sobie nie wyobrażam.
– Nie chcę, byś rezygnował ze swoich marzeń tylko dlatego, że ja mam inne.  
Nagle zrobiło mi się zimno.
– Co sugerujesz?
Westchnęła i wróciła do stołu. Podniosła swój talerz, który nadal był pełny i odniosła go na blat.
– Nic nie sugeruję, ja tylko… – Odwróciła się do mnie, nagle zgarbiona. – Nie chcę, żebyś godził się na życie we dwoje, a potem uciekł do kobiety, która będzie w stanie dać ci dzieci.
– Co ty mówisz? – Sam nie wiedziałem, czy powinienem czuć złość, czy bardziej irytację. – Kocham cię. Wziąłem z tobą ślub. Przysięgałem ci. Naprawdę sądzisz, że odszedłbym do innej?
– Wiem, że byś nie odszedł. – Patrzyła mi prosto w oczy. – Ale mówię ci, że może to byłoby rozwiązanie twoich problemów.  
– Przestań. Nie chcę nawet o tym słuchać. – Podszedłem do niej szybko. – Są inne rozwiązania. Możemy spróbować adopcji. Możemy użyć surogatki, żebyś nie musiała przeżywać ciąży ani martwić się, czy ją donosisz…
– Nie rozumiesz – przerwała mi.
– Czego nie rozumiem?
W jej oczach znowu błysnęły łzy.
– Nie chodzi o samą ciążę. Ja chciałabym to wszystko przeżywać. Przejść przez wszystkie dziewięć miesięcy, mieć mdłości, zmiany nastrojów, obserwować, jak brzuch mi rośnie… chciałabym czuć to wszystko. Ale chciałabym też, by dziecko było zdrowe, by… w ogóle żyło…
– Możemy zaadoptować. Wtedy będzie zdrowe.
– A później co? Zawsze może zachorować, zaginąć, ktoś może je porwać… i znowu będę się czuła tak, jak wtedy.
Naprawdę starałem się ją zrozumieć, ale przychodziło mi to z trudem.
– Val, tak może być ze wszystkimi dziećmi świata. Ja sam miałem wypadek jako dziecko. Mogłem nie przeżyć, ale przeżyłem. – Wziąłem ją za ręce. – Wszystko dobrze się skończyło. Takie jest życie. Nie przewidzisz wszystkiego.
– Wiem to – szepnęła. – Ale paraliżuje mnie strach. Wiem, że to irracjonalne. Dlatego mówię, że jeśli chciałbyś odejść do kogoś, kto nie boi się aż tak… zrozumiem. – Odwróciła wzrok.
Wziąłem głęboki oddech, by zapanować nad nerwami. Niektóre rzeczy się nie zmieniły – Val wciąż uciekała. Nie dosłownie, nie zawsze, ale sytuacja znowu się powtarzała – wolała stracić mnie, niż zgodzić się na dziecko, nawet takie, które mielibyśmy zaadoptować i nie byłoby już szansy, że je stracimy, zanim jeszcze się urodzi. A po urodzeniu… to była już kompletnie inna sprawa. Każdemu mogło się coś stać, nawet nam, w tej chwili. Takie było życie. Ja to wiedziałem i ona to wiedziała, więc nie było sensu jej tego tłumaczyć. Sama mówiła, że paraliżował ją strach – tylko teraz już nie chodziło o zajście w ciążę czy poród, ale o samo posiadanie dziecka. Nie chciałem nic mówić ani oceniać jej uczuć, których nie rozumiałem, ale sam fakt, że chciała, bym znalazł sobie inną, lepszą, denerwował mnie jak nic innego.
– Mamy problem, przyznaję, ale nawet do głowy by mi nie przyszło, by odejść od ciebie tylko po to, by mieć dzieci z inną – powiedziałem po chwili. – Kocham cię i nic tego nie zmieni. Nawet to. – Puściłem jej ręce i też odwróciłem wzrok. – Wyjdę z Bucksterem, muszę się przewietrzyć.
Przypiąłem Bucksterowi smycz i wyszedłem, miotany mieszanymi uczuciami. Słońce zaczynało już zachodzić i było trochę zimno, ale to dobrze, bo mogłem odetchnąć świeżym powietrzem i nieco się uspokoić. Nawet nie wiedziałem, dokąd szedłem, Buckster mną kierował, wąchając po drodze trawę. Rozmyślałem o słowach Val i o jej… propozycji? Jak miałem to nazwać? Chyba właśnie tak – proponowała mi, bym odszedł do innej kobiety, by spełnić marzenia o dzieciach. Prychnąłem. To było kompletnie idiotyczne. Przecież wiedziała, że ją kochałem. Jak mogła to zasugerować?
Ale z drugiej strony… wiedziała też, jak bardzo chciałem dziecka. Wolała ponownie uciec, schować się w cieniu i dać mi wolną drogę. Czy był w tym jakiś sens? Myślałem o wszystkich związkach i małżeństwach, w których ta jedna osoba, mimo przysięgi, w końcu odchodziła, gdy być może pragnęła czegoś, czego druga połówka nie była w stanie jej dać. Postanowiłem przez chwilę być szczery z samym sobą – czy gdyby nadarzyła się okazja, by mieć dzieci z inną kobietą, byłbym w stanie zdradzić Val? Odejść od niej, tylko po to, by jakaś inna dała mi dzieci? Przez jakiś ułamek sekundy nawet byłem w stanie sobie to wyobrazić – życie z kimś, kto nie patrzyłby z przerażeniem na test ciążowy. Kto cieszyłby się, móc dekorować pokój dla dziecka i wybierać dla niego imiona. Przez ten ułamek sekundy widziałem siebie obok, ale po chwili potrząsnąłem głową. Jaki był sens w dzieciach z kimś, kogo nie kochałem? To nie byłaby rodzina, a jedynie wykorzystanie faktu, że jakaś kobieta akurat była płodna i chciała urodzić mi moje dzieci.
Nawet cała ich gromada nie miałaby sensu bez Valentiny.
Co nie oznaczało, że dalej nie pragnąłem tego z całego serca.

350 czyt.
100%62
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2185 słów i 12206 znaków. Tagi: #żona #dzieci #ból #problem #praca #tęsknota

2 komentarze

 
  • Iga21

    Iga21 · 6 dni temu ·

    Po tym co przydarzyło się Val to nie ma sensu ich poganiać z dziecimi.  
    Daj im czas z tym tematem, a jeszcze jej się odmieni i będzie chciała.  
    W sumie nowa część jak narazie wywołuje smutek. Niech stanie się coś weselszego Możenapisz, że Alex wkrótce zostanie wujkiem

  • Speker

    Speker · 6 dni temu

    Dziwne zachowanie Val