Dopóki wystarczy nam sił – o1

CZĘŚĆ PIERWSZA


Nie mogłem uwierzyć, że to znowu się działo. Że znowu tam wracałem.
W samolocie siedziałem jak otępiały. Natłok wydarzeń był tak gwałtowny, że aż niewiarygodny. W kółko odtwarzałem ostatnie godziny: Finn, klub, zerwanie z Ashley, prawda, którą wykrzyczała mi w twarz. Valentina. Marcus. Te pieprzone kwiaty. Kurier, który wręczał je Valentinie z uśmiechem na ustach, nawet nie wiedział, że w tej chwili rujnował mi życie.
I na końcu: Alexia. Przerażający telefon od mamy. Fala upałów, na którą Alexia nie zwracała uwagi. Biegała, by odreagować rozstanie z Christopherem i stłumić ból. Moja mała siostrzyczka próbowała się pozbierać emocjonalnie i dostała udaru.
Świat miał cholernie paskudne poczucie humoru.
Siedząc w samolocie, wciąż zaciskałem pięści z bezradności, w myślach modląc się, by samolot leciał jeszcze szybciej. Zastanawiałem się, ile Alexia miała jeszcze czasu i czy w ogóle mogłem być dawcą. Nie potrafiłem nawet przypomnieć sobie mojej ani jej grupy krwi. Nie pamiętałem, czy mieliśmy taką samą. Nie pamiętałem niczego ani nie potrafiłem myśleć racjonalnie. Moje myśli szalały, krew wrzała, nerwy miałem napięte do granic możliwości. Ściskałem oparcie fotela tak mocno, jakby było moją ostatnią deską ratunku. Miałem ochotę przywalić sobie w twarz za to, że poleciałem do Hiszpanii. Lot trwał za długo. Mogłem nie zdążyć na czas. Zachciało mi się naprawiać relacje z Valentiną, podczas gdy moja siostra wylądowała w szpitalu. Zmarnowałem tylko czas. Gdybym był na miejscu, może byłbym w stanie pomóc Alexii dużo szybciej.  
Moje myśli rozpierzchały się we wszystkich kierunkach. Starałem się nie myśleć o nieprzytomnej Alexii, leżącej w szpitalnym łóżku, ale ten obraz wracał do mnie jak bumerang. Byliśmy przeklęci, czy co? Najpierw mój wypadek w dzieciństwie, później mama, teraz Alexia… to pewnie przez ten niedawny wypadek mama nie mogła być dawcą nerki. A tata? On też nie pasował? Chciałem wyciągnąć telefon i przejrzeć wszystkie przeciwskazania do bycia dawcą, ale przypomniałem sobie, że przecież siedziałem w cholernym samolocie. Serce kłuło mnie jeszcze po spotkaniu z Valentiną, ale nie miałem teraz czasu, by się nią przejmować. Niech sobie układa życie z Marcusem. Chciałem w końcu się postarać, raz na zawsze wyjaśnić wszystkie nieporozumienia… ale to? To już było zbyt wiele. Co nie oznaczało, że mnie to nie bolało. Już trzymałem ją w ramionach, już ją całowałem, czując się, jakby ostatnie tygodnie w ogóle nie miały miejsca. I nagle, w jednej chwili, wszystko się rozpieprzyło.
Po jakimś czasie stwierdziłem, że skoro i tak nie mogę przyspieszyć czasu, mogę się chociaż chwilę zdrzemnąć. Byłem wykończony, a chciałem być w jak najlepszej formie, jeśli miałem oddać nerkę siostrze. Mogli zrobić ze mną co chcieli, pokroić mnie wzdłuż i wszerz, byle Alexia przeżyła. W żołądku czułem nerwowe ssanie, tak silne, że wątpiłem, czy w ogóle uda mi się zasnąć. Po jakimś czasie w końcu się udało, ale nie było to przyjemne. Przez moje gorączkowe rozmyślanie i wydarzenia ostatnich godzin, nagle wszystko skumulowało się w jedno. Przez dwie godziny dręczył mnie koszmar, w którym Valentina przeplatała się z Alexią, a ja nie wiedziałem, za którą z nich mam biec. Obudziłem się cały spocony – czy raczej obudziła mnie stewardessa, mówiąc, żebym podniósł fotel, bo niedługo będziemy przygotowywać się do lądowania. Podziękowałem jej, a wtedy ona spojrzała na mnie uważnie i nieśmiało wybąkała, czy mogę dać jej autograf. Normalnie pochlebiałoby mi to, że mnie rozpoznała, ale nie teraz – podpisałem się niedbale na podsuniętym mi skrawku papieru i odwróciłem wzrok. Podnosząc fotel, przypomniałem sobie nagle wiadomość, którą dawno temu dostałem od Sofii.
„Źle wybrałeś, Liam. Valentina cię zniszczy.”
Za nic w świecie nie chciałem wierzyć słowom tej suki, ale gdzieś głęboko zakłuła mnie myśl, że chyba miała rację.

***

Gdy w końcu samolot opadł na ziemię, miałem ochotę natychmiast przedrzeć się przez korytarz i wyjść na powietrze. Zaciskałem zęby z bezsilności, kiedy musiałem czekać, aż samolot ostatecznie zahamuje i będziemy mogli wyciągnąć bagaże podręczne. Kolejka do wyjścia była długa i powolna. W międzyczasie włączyłem komórkę, którą przez te godziny zalała fala wiadomości od mamy. Wyskakiwały mi teraz na ekranie, jedna po drugiej. Gorączkowo wyszukiwałem wśród jej słów jakiejś dobrej wiadomości. Serce prawie mi stanęło, gdy w jednym smsie wyczytałem dwa słowa: „Mamy nerkę”. Mina mi zrzedła, gdy sekundę później przyszła kolejna wiadomość:
MAMA: Nerka jest wadliwa. Nie nadaje się do przeszczepu.
To był ostatni sms, który mama do mnie wysłała, bo komórka przestała wibrować. Korzystając z tego, że wciąż stałem w kolejce, od razu wybrałem jej numer.
– Mamo? – Odezwałem się delikatnym głosem, ledwie odebrała. – Wylądowałem. Dopiero wychodzę z samolotu. Co z Alexią?
– Źle… – Mama brzmiała, jakby miała duży katar. Nie chciałem nawet myśleć, ile godzin już płakała. – Tak się ucieszyłam, gdy nam powiedzieli o tej nerce. Polecieli po nią, ale okazało się, że jest w niej nieoperacyjny guz. Rak nerkowokomórkowy, czy coś takiego… – Pociągnęła gwałtownie nosem. – A u taty znaleźli kamienie nerkowe… Skarżył się ostatnio na ból pleców, to pewnie przez to. Będzie miał zabieg usunięcia. – Głos się jej łamał, choć próbowała nie zdradzać, że najchętniej ponownie by się rozpłakała. – Liam, synku, cała nadzieja w tobie.
Wiedziałem to, ale i tak poczułem się okropnie, gdy to powiedziała. Okropnie, bo mogłem być teraz przy Alexii, zamiast lecieć do Hiszpanii. Choć nie mogłem tego przewidzieć, z perspektywy widziałem, że to był błąd. Kosztowało mnie to zbyt wiele nerwów, a teraz mogło kosztować Alexię – jej życie.
– Mamo, już wychodzę z samolotu. Zaraz łapię taksówkę i jadę do was. – Mój głos też drżał, ale nakazałem sobie się ogarnąć. Alexia nie mogła umrzeć. Po prostu nie mogła. Mama prawie umarła, ale nie dała się śmierci. Wiedziała, że to jeszcze nie jej czas. Walczyła o życie i wygrała. Alexia też wygra. Oddam jej swoją nerkę i wszystko będzie dobrze. – Nie traćcie nadziei.
Rozłączyłem się i wreszcie znalazłem się na zewnątrz. Zbiegłem po schodkach jak szalony, prawie się wywracając, ale nie miało to żadnego znaczenia. W tej chwili dziękowałem sobie, że nie miałem żadnego bagażu, na który musiałbym teraz czekać. Niczym zawodowy biegacz, pobiegłem ile sił w kierunku postoju taksówek. Wokół mnie panowała ciemność, ale nie zaprzątałem sobie czasu zerkaniem na godzinę. Podbiegłem do najbliższej taksówki i gwałtownie zastukałem w okno. Taksówkarz chyba drzemał, ale gdy zacząłem walić w szybę, ocknął się gwałtownie. Wskoczyłem do środka, podając mu adres. Chwilę trwało, zanim się rozbudził, ale gdy warknąłem, że to sprawa życia i śmierci, potulnie wziął się w garść i z piskiem opon wyjechał na ulicę.
Bóg jeden wiedział, jak gorliwie modliłem się, by jeszcze nie było za późno.
Szpital był dość daleko, ale taksówkarz wziął sobie moje słowa do serca i jechał szybko, choć nadal mieszcząc się w limitach prędkości. Miałem ochotę wyrzucić go z fotela kierowcy i wdepnąć w gaz, ale oczywiście nie mogłem tego zrobić. W międzyczasie moja komórka zaczęła znowu wibrować. Zerknąłem na nią, bojąc się, że to kolejna zła wiadomość od mamy, ale okazało się, że dzwoniła Valentina. Nawet się nie zastanawiałem – od razu odrzuciłem połączenie. Chciała się tłumaczyć? A może zerwać raz na zawsze, jeśli ja jeszcze tego za nią nie zrobiłem? A może miała mi do powiedzenia jakiś kit, że niby Marcus to tylko przyjaciel, czy coś podobnego. Chwilowo miałem gdzieś jej tłumaczenia i te głupie kwiatki. Valentina zbyt długo miała nade mną kontrolę.
Nagle poczułem, że zwalniamy, więc gwałtownie podniosłem wzrok, blokując jednocześnie ekran komórki.
– Co jest? – syknąłem, pochylając się do przodu tak mocno, że pas bezpieczeństwa wbił mi się w skórę. – Powiedziałem panu przecież…
– Wypadek – przerwał mi kierowca, pokazując przed siebie. Z niedowierzaniem podążyłem wzrokiem za jego ręką. Znajdowaliśmy się przed dużym rondem, chyba jednym z największych w mieście. Już z daleka było widać pulsujące światła policji i karetek. Straż pożarna wyła okrutnie, a ja zdołałem tylko zobaczyć jakieś czarne worki i zgniecione samochody. Obok leżała przewrócona ciężarówka. Wszystko wskazywało na to, że brutalnie zmasakrowała dużo mniejsze od siebie samochody. Najgorsze jednak było to, że samochody, kompletnie zgniecione, nie mogły zostać usunięte z ronda, bo chyba tkwiły tam jeszcze jakieś osoby. Strażacy kłębili się wokół maszyn, coś rozcinając. Kurwa. Oczywiście. Czy ten popierdolony los nie miał nic innego do roboty, oprócz rzucania mi kłód pod nogi?
– Kurwa – zakląłem cicho pod nosem. – Błagam, nie może pan jechać jakimś objazdem?
Kierowca odwrócił się i spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.
– Panie, a widzisz tu jakiś przejazd? – zapytał szorstko. – Całe rondo jest zablokowane. Przecież widać, że wszędzie samochody stoją. – Machnął ręką dookoła. – Możemy poczekać, ale nie sądzę, by to się szybko ruszyło…
Nie dokończył, bo wysiadłem gwałtownie z taksówki, rzucając na tylne siedzenie banknoty. Nie mogłem uwierzyć w swojego pecha. Był wieczór, większość autobusów już nie jeździła. Skoro rondo było całkiem zablokowane, nawet taksówki nie wchodziły w grę, a przynajmniej nie w tym obszarze. Pozostawało mi tylko iść. Czy raczej – biec. Puściłem się szaleńczym biegiem po chodniku, omijając ciekawskich ludzi i korki. Chwilę zajęło, nim przebrnąłem przez całe rondo. Okazało się też, że moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Już po chwili czułem kolkę w boku i nieźle dyszałem. Nie mogłem jednak się zatrzymać. Tak jak mówiła mama, cała nadzieja pozostawała we mnie. Choćbym miał się, kurwa, czołgać do tego szpitala, musiałem tam dotrzeć.

***

Do szpitala dotarłem dopiero półtorej godziny później, spocony, zziajany i ledwo żywy, choć pod koniec udało mi się złapać kolejną taksówkę. Musiałem się na chwilę oprzeć o ścianę, by złapać oddech. Przez godzinę na zmianę biegłem i szybko maszerowałem. Łydki mnie piekły, a płuca wołały o powietrze. W końcu jednak znalazłem siłę, by na chwiejnych nogach podejść do recepcji i wycharczeć, że jestem bratem Alexii Miller. Starsza pani podała mi numer sali, a ja po raz kolejny zacząłem biec. Po drodze musiałem oprzeć się chęci zatrzymania się przy dystrybutorze wody – chciałem jak najszybciej być przy Alexii. Gdy jednak stanąłem w progu jej sali, dostrzegłem pustkę. Nie było łóżka. Tylko rodzice, którzy siedzieli z boku, podskoczyli na mój widok. Strach złapał mnie za gardło żelaznym uściskiem.
– Gdzie ona jest? – wydusiłem z siebie, jednocześnie chcąc i nie chcąc usłyszeć odpowiedzi. – Co się stało? Gdzie ona jest? Spóźniłem się? – Wpatrywałem się szalonym wzrokiem w miejsce, gdzie powinno być łóżko. Nie było go, a to oznaczało… Alexia umarła? Umarła, bo byłem zbyt daleko, by jej pomóc? W otępieniu spojrzałem na twarze rodziców i nieco się uspokoiłem. Mieli wymalowany na nich stres, ale nie załamanie czy przerażenie. Skupiłem się na słowach mamy.
– Znaleźli dawcę – wyszeptała ze łzami w oczach, przytulając się do mnie. Objąłem ją drżącym ramieniem, czując, jak moje mięśnie wiotczeją. – Zabrali ją właśnie na salę. Przeżyje. Wszystko powinno być dobrze. Właśnie miałam do ciebie dzwonić…
– Był wypadek na rondzie – wymamrotałem, odrywając wzrok od pustej podłogi. – Musiałem tu biec. Bałem się, że dotarłem za późno…
– Chodźmy do poczekalni – rzucił tata, biorąc nas oboje pod ręce. – I tak mieliśmy tam iść.  
Nie miałem pojęcia, ile trwał przeszczep nerki, więc przygotowałem się na długie czekanie. Później wyczytałem w Internecie, że taki zabieg trwa od dwóch do czterech godzin – o ile nie wystąpią komplikacje. Naprawdę miałem nadzieję, że nasz limit pecha już się wyczerpał, bo nie wiedziałem, ile jeszcze jestem w stanie znieść. Kupiłem wszystkim kawę, a później sobie też jakąś kanapkę, bo gdy w końcu nieco się uspokoiłem, do mojego organizmu zamiast adrenaliny dotarł głód. Mięśnie bolały mnie od wysiłku i stwierdziłem, że chyba jednak darcie się na scenie to nie jest wystarczająca forma sportu.  
Po trzech godzinach zaczynałem się trochę niepokoić. Stukałem nerwowo butem o posadzkę, zastanawiając się, czemu nikt nie przychodzi nas poinformować. Czyżby podczas operacji coś nie wyszło? Kolejna wadliwa nerka? Miałem już serdecznie dość niespodzianek na dzisiaj. Valentina dzwoniła jeszcze parę razy, ale za każdym razem odrzucałem jej telefony. Może gdybym jej napisał, gdzie jestem i co się dzieje, dałaby mi spokój. Przez chwilę nawet się nad tym zastanawiałem. Chyba powinienem to zrobić? W końcu dość mocno zaprzyjaźniła się z Alexią. Powinna wiedzieć. Już zabierałem się za pisanie do niej wiadomości, kiedy przypomniała mi się karteczka od Marcusa. Pieprzony dureń. Pięść sama mi się zaciskała na myśl o nim. Od razu skasowałem wiadomość roboczą do Valentiny. Nie miałem żadnego obowiązku informować jej o stanie Alexii. Zablokowałem ekran komórki i zerknąłem na rodziców. Siedzieli na kanapie. Mama zasnęła, opierając głowę na taty barkach. On ją obejmował i co jakiś czas poprawiał ramiączko swetra, które zsuwało się jej z ramienia. Zazdrościłem im. Nigdy nie patrzyłem na nich w ten sposób – w końcu byli moimi rodzicami – ale dopiero teraz dostrzegłem, że naprawdę, naprawdę się kochali. W ich związku wszystko było proste. Umieli ze sobą rozmawiać i rozwiązywać konflikty, zanim te przybierały gorszą postać. Dlaczego ja tak nie umiałem? Dlaczego Valentina tak nie umiała?  
Pytałem rodziców o dawcę, ale nie wiedzieli, kim był. Po prostu nagle zjawiła się w sali lekarz i oznajmił, że mają nerkę, ale nie mają czasu na wyjaśnienia, bo liczy się każda minuta. Natychmiast zabrali Alexię, bo dawca był już na sali. Szczerze mówiąc, biegnąc na złamanie karku do szpitala, powoli traciłem nadzieję, że to wszystko się uda. Tak jakby wszystko na ziemi mówiło, że Alexia ma umrzeć – najpierw wadliwa nerka, później ten przeklęty wypadek i opóźnienie. Modliłem się, by z tą nerką było wszystko w porządku.  
Jakieś piętnaście minut później, niczym w zwolnionym tempie, zobaczyłem, jak w naszą stronę kieruje się lekarz, ubrany w niebieski fartuch. Poderwałem się gwałtownie, tak samo jak tata, niechcący budząc przy tym mamę. Natychmiast zamrugała oczami i skupiła się na zbliżającym się do nas mężczyźnie.
– Przeszczep się udał – oznajmił z uśmiechem, podchodząc do nas. Mama z cichym jękiem opadła na krzesło, a ja przymknąłem oczy, czując, jak nerwy w końcu mnie opuszczają. Tata odetchnął i złapał się za serce. – Nerka podjęła pracę, państwa córka jest stabilna. Wszystko wygląda naprawdę dobrze. Jest już z powrotem na sali. Jeszcze minie trochę czasu, zanim wybudzi się z narkozy, ale możecie do niej iść.
Mama od razu zerwała się z krzesła i spojrzała na mnie nagląco, ale ja wymamrotałem:
– Idźcie. Zaraz do was dołączę.
Pobiegli jak szaleni do pokoju Alexii, a ja szybkim krokiem udałem się do najbliższej toalety. Gdy po chwili brudziłem wymiocinami nieskazitelnie czystą muszlę klozetową, wydawało mi się to aż nie na miejscu, że brudzę tak sterylne miejsce. Nie mogłem tego jednak powstrzymać – cały stres ostatnich godzin właśnie się ze mnie ulotnił, w formie aż nadto materialnej. Podniosłem się ciężko z podłogi i kilkakrotnie przepłukałem usta, wpatrując się w swoje żałośnie wyglądające odbicie w lustrze. Stanowczo potrzebowałem snu, ale jeszcze nie teraz. Najpierw musiałem zobaczyć siostrę.  
Powoli poszedłem we wcześniej wskazanym mi kierunku. Widok Alexii w szpitalnym łóżku na szczęście nie był tak drastyczny, jak widok mamy, która nie mogła samodzielnie oddychać. Alexia nie miała żadnej rurki w ustach ani respiratora koło siebie. Zerknąłem na ekran pokazujący ciśnienie. Z biologii mistrzem nie byłem, ale wydawało się być prawidłowe.
Alexia obudziła się pół godziny później – może dlatego, że mama tak mocno ściskała ją za rękę, jakby miała zaraz odlecieć. Zamrugała powoli powiekami, unosząc je tak wolno, jakby były z ołowiu. Po chwili zobaczyła nas i zmarszczyła brwi.
– Co wy tu… co się…? – Rozejrzała się dookoła, orientując się, że jest w szpitalu. Oczy rozszerzyły jej się gwałtownie, gdy zobaczyła, że ma sobie szpitalną koszulę. Pewnie nie czuła jeszcze aż takiego bólu, ale musiała wyczuć, że była operowana. – Co się stało? Czemu tu leżę? I czemu wyglądacie, jakby ktoś umarł?
Mama parsknęła, brzmiało to jak połączenie płaczu i śmiechu. Patrzyła na Alexię tak, jakby sama nie wiedziała, czy najpierw ją uściskać, czy ochrzanić za to, że sama sobie zgotowała taki los, biegając w te upały. Musiałem na chwilę odwrócić się do ściany i dyskretnie wytrzeć moje nagle zwilgotniałe oczy.
Alexia w końcu ponownie zasnęła, po jakimś tysiącu przeprosin, że poszła biegać w taką pogodę. Ja w tym czasie postanowiłem dowiedzieć się, komu mogłem podziękować za ocalenie mi siostry. Powlokłem się na recepcję, pytając starszą panią o numer sali dawcy.
– Nie mogę tam pana wpuścić – powiedziała, marszcząc brwi. – Ten człowiek przeszedł zabieg wycięcia nerki. Potrzebuje ciszy, snu i spokoju, a jest środek nocy.
Westchnąłem, nie mając ochoty się z nią użerać.  
– Dobrze. W takim razie, czy mogę poznać chociaż jego imię i nazwisko? – Nie wiedziałem nawet, czy miałem prawo do tej informacji, ale coś mi mówiło, że nie jest to tajemnica. Co prawda nie byłem biorcą, ale i tak zamierzałem nalegać. – Bardzo panią proszę.  
– No dobrze… jeśli to panu w jakiś sposób pomoże. – Westchnęła w końcu i usiadła, by kliknąć coś w komputerze. – Już… gdzieś to miałam… ach, tak. Pan Walsh.
Poczułem się, jakbym dostał czymś ciężkim w głowę.
– Może pani powtórzyć? – wymamrotałem słabo.  
Starsza pani zmarszczyła brwi i wbiła wzrok w ekran.
– Tak, wszystko się zgadza… pan Finn Walsh. – Podniosła wzrok na moją bladą jak ściana twarz. – Czy coś się stało?
– Nie. Bardzo pani dziękuję. – Odepchnąłem się od lady i odszedłem, czując się, jakby mój mózg właśnie wybuchł i został na ścianie, zamiast w mojej głowie. Naprawdę? Czy ja dobrze usłyszałem? Po tym wszystkim, co się między nami wydarzyło, Finn oddał Alexii nerkę?

***

Chyba dawno nie czułem się tak zdziwiony, jak w tamtej chwili. Od razu skierowałem się do rodziców i zapytałem szeptem mamę, czy wiedziała, że to Finn oddał Alexii swoją nerkę.
– Finn? – Na chwilę jej oczy się rozszerzyły, ale po sekundzie na jej twarz wpłynęło zrozumienie. – Och… no tak… wiesz, byłam całkiem spanikowana. – Odchyliła się na oparciu fotela. – Dzwoniłam do niemal wszystkich znajomych. Twoich też. Nie miałam numeru Finna, ale zadzwoniłam do Jacksona. Obiecał, że postara się pomóc. Widocznie Finn był obok i usłyszał całą rozmowę. Do nas przyszedł tylko lekarz z informacją, że znalazł się dawca. W przyspieszonym tempie wykonali potrzebne badania i… – Zacisnęła usta i spojrzała na śpiącą Alexię. – Musimy mu podziękować – szepnęła. – Uratował Alexię.  
Przytaknąłem mamie, choć było to ostatnie, czego spodziewałbym się po Finnie. Wciąż z łatwością odtwarzałem moment, gdy przywaliłem mu z całej siły pięścią, kiedy zobaczyłem, jak wielką chrapkę miał na Valentinę. Posuwał Grace na hotelowym korytarzu. Bóg wie, ile razy uprawiał seks z Ashley, a potem jak gdyby nigdy nic, patrzył mi w oczy i udawał, że wciąż jest moim kumplem. Łatwo było go nienawidzić. Do tej pory tak właśnie było. Ale teraz… wpatrzyłem się w Alexię. Jej oddech był spokojny, miarowy. Była tu z nami. Żyła. Dzięki temu dupkowi. W końcu zrobił coś tak, jak powinien.

***

Poszedłem do niego dopiero następnego dnia, po tym, jak wziąłem długi prysznic i przespałem się porządnie kilka godzin. Tata został z Alexią, a mama wróciła ze mną do domu i na wpół śpiąca upiekła ogromną blachę ciasta dla Finna, którą potem zatargała do szpitala, szczelnie owiniętą folią. Ja byłem nieco mniej wylewny, a przynajmniej na początku. Gdy stanąłem w progu drzwi, przez chwilę miałem wrażenie, że ten ktoś leżący w łóżku to wcale nie Finn. Oczywiście, to był on, ale wyglądał dziwnie w szpitalnej koszuli i z jakimś takim potulnym wyrazem twarzy. Mama oczywiście się rozpłakała, dziękowała mu raz za razem i obiecała, że gdy tylko będzie potrzebował pomocy, ma się zwrócić do nas, choć i tak nigdy mu się prawidłowo nie odwdzięczymy. W końcu pociągnęła nosem ostatni raz i wyszła, zaciskając mi rękę na ramieniu. Podszedłem do łóżka Finna z duszą na ramieniu.
Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. W końcu wypłynęło ze mnie:
– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś. – Klapnąłem na fotel obok łóżka. Finn spojrzał się na mnie, jakby zamyślony.
– No cóż… – odparł, robiąc dziurę w folii na blasze i wąchając zawartość. – Nerki mam dwie. Da się żyć z jedną. Alexia potrzebowała przeszczepu. Szczęśliwie się złożyło, że grupa krwi pasowała, no i nie miałem żadnych chorób. – Wzruszył ramionami, jakby chodziło o pożyczenie książki. – Co prawda, trochę się czuję tak, jakby mnie coś przejechało, ale chyba było warto, nie? Pielęgniarka mówiła, że z Alexią wszystko w porządku.
Nie zamierzałem płakać, tak jak mama, ale niezaprzeczalnie coś ścisnęło mnie w gardle. Może długie wzdychanie Alexii do Finna jednak miało ukryty sens – nie chciałem, by byli razem, bo zbyt dobrze znałem Finna, ale teraz byli poniekąd połączeni w sposób, którego nie mogłem i nawet nie chciałem kwestionować.  
– Musisz szybko wyzdrowieć – rzuciłem po chwili, a Finn uniósł głowę znad ciasta. – Żeby mieć siły na granie, nowe piosenki i koncerty. – Podniosłem się z fotela. – Muszę tylko do kogoś zadzwonić i…
– Wracam do zespołu? – przerwał mi Finn, podnosząc się gwałtownie na łóżku. Syknął z bólu, ale wbił we mnie gorączkowe spojrzenie. – Naprawdę?
– Uratowałeś moją siostrę. – Wyciągnąłem do niego rękę, którą on z wahaniem uścisnął. – Jesteśmy kwita.  
Wprawdzie nie powiedziałem wprost „dziękuję” ani nie płaszczyłem się przed nim, tak jak mama, ale sądząc po jego minie, wiedział, jak dużo to dla mnie znaczyło – i wiedział, ile kosztowało mnie przyjęcie go z powrotem. Dla niego było to lepsze od słów, a ja uznałem, że co jak co, ale naprawdę na to zasłużył. Alexia przeżyła tylko dzięki niemu i za to byłem w stanie wybaczyć mu cokolwiek.

1 155 czyt.
93%141
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 4291 słów i 23986 znaków.

1 komentarz

 
  • Speker

    Speker · 21 czerwca

    No nareszcie!! Świetna część. Dluuugo czekałem. Jak zwykle mnie zadowoliłaś  
    P.s. jak praca?