Dopóki wystarczy nam sił – o9

Posiedziałem z Finnem jeszcze trochę, aż zrobiło się całkiem ciemno i zimno. Nie miałem zielonego pojęcia, jak go pocieszać, bo nigdy jeszcze nie spotkałem się z taką sytuacją. Finn też był chyba przerażony, że dał się wmanewrować w, jak to nazwał, „cholerną pętlę jakiejś pierdolonej miłości”, a ja nie wiedziałem, co mu doradzić, tym bardziej, że nie mogłem zgadnąć, z kim mogła się spotykać Alexia. Próbowałem go pocieszać, ale był podłamany i w końcu stwierdziłem, że może lepiej będzie się zamknąć.
Finn odprowadził mnie do domu i wtedy zapytałem:
– Chcesz wejść na piwo czy coś? – Po czym ­­­­­uświadomiłem sobie, że to pytanie chyba było nietrafione, bo przecież w domu była Alexia.
Finn najwyraźniej pomyślał o tym samym, bo się skrzywił.
– Nie. Ale dzięki za propozycję. Na razie.  
Oddalił się w swoją stronę, a ja poczułem się bardzo dziwnie, bo po raz pierwszy w życiu faktycznie chciałem go pocieszyć, a nie miałem pojęcia jak.
Wszedłem do domu, gdzie ogarnęło mnie przyjemne ciepło, zdjąłem płaszcz, po czym poszedłem do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. Wszędzie było dziwnie cicho, tak jakby wszyscy wyszli z domu. Po chwili jednak usłyszałem jakiś ruch na górze. Przełknąłem resztę kanapki i wszedłem po schodach. W korytarzu na piętrze paliło się pojedyncze światło. Już miałem kierować się do swojego pokoju, kiedy zobaczyłem rodziców czających się pod pokojem Alexii.
– Co wy robicie? – zapytałem w bezbrzeżnym zdumieniu, obserwując, jak przyciskają uszy do drzwi.
Mama podskoczyła i momentalnie zrobiła się czerwona. Tata za to mruknął:
– Cicho, Liam, nie tak głośno.
– Czemu tak tu czatujecie? – Moje zdziwienie zaczęło przechodzić w rozbawienie.
Mama dała znak tacie, by odszedł spod drzwi i oboje podeszli do mnie.
– U Alexii jest ten tajemniczy chłopak – powiedziała mama, patrząc na mnie znacząco.
– I ich podsłuchujecie? Serio? Gorzej niż nastolatki – prychnąłem z rozbawieniem.
– To on mnie namówił – rzuciła mama, wskazując na tatę, który wyglądał, jakby podsłuchiwanie pod drzwiami córki było jego codziennym zajęciem. – Mówiłam mu, że to idiotyczne, ale chcieliśmy wybadać sytuację.
– Zdaje się, że Alexia jest dorosła – zauważyłem.
– Chcieliśmy tylko zobaczyć, co to za chłopak, bo Christopher bardzo ją zranił. – Mama zaczęła się tłumaczyć, co nie zmieniało faktu, że dalej była czerwona jak burak. – I jak teraz o tym myślę, to był katastrofalny pomysł. – Spojrzała na tatę karcąco. – Że też ci na to pozwoliłam.
– Sama też chciałaś się dowiedzieć – fuknął tata. – Tak sprytnie go przemyciła, że nawet nie zauważyliśmy, że ktoś wszedł do domu.
Zaczęli się kłócić przyciszonymi głosami, co wyglądało komicznie, dlatego rzuciłem:
– Dajcie spokój. Uszanujcie jej prywatność. Przedstawi go nam, jak będzie gotowa. – Powiedzenie tego kosztowało mnie sporo wysiłku, bo sam byłem gotowy przycisnąć ucho do drzwi i odkryć, kim był ten tajemniczy facet – zwłaszcza teraz, jak wiedziałem, co porobiło się z Finnem. Przecież Alexia zawsze za nim szalała. Ten nowy chłopak musiał naprawdę być wyjątkowy, skoro to dla niego porzuciła swoje fantazje o Finnie. – A wy już idźcie i postarajcie się zachowywać, jak na dorosłych przystało, dzieciaki.
Rodzice, nieco marudząc, poszli na dół, a ja do siebie, gdzie walnąłem się na łóżko i po raz pierwszy od paru godzin sprawdziłem komórkę.
VALENTINA: Rozmawiałam z chłopakami i dyrektorem szpitala. Za dwa dni możemy przyjść do dzieci.
LIAM: W porządku.
O dziwo, nie było żadnych smsów od Clary, co zauważyłem z ulgą, ale zaraz na nowo zacząłem się nad tym zastanawiać, bo może franca chciała tylko uśpić moją czujność. I tak musiałem zmienić numer.
Chciałem napisać coś jeszcze do Valentiny, ale miałem pustkę w głowie. Ona nagle zachowywała się tak, jakby łączył nas tylko zespół, a ja nie miałem pojęcia, jak mam zacząć rozmowę na poważne tematy. Choć desperacko chciałem w końcu dowiedzieć się, kim był dla niej Marcus i co tak naprawdę ich łączyło, tym razem postanowiłem jeszcze się wstrzymać. Może czekałem na idealny moment, który nigdy miał nie nadejść, ale nagle uświadomiłem sobie, że nie umiałem już rozmawiać z Valentiną i to bolało bardziej, niż się spodziewałem.

***

Wizyta w szpitalu wzbudziła we mnie bardzo mieszane uczucia. Gdy dotarłem, wszyscy już na mnie czekali. Jackson rzucił jakąś uwagę o tym, że pewnie zapomniałem o tym, że miałem tu przyjść i w ostatniej chwili ktoś mi przypomniał. Nie była to do końca prawda, ale i nie kłamstwo. Zwyczajnie odwlekałem to wyjście, choć nie do końca rozumiałem, dlaczego. Dotarło to do mnie dopiero, gdy weszliśmy do środka. Valentina rozmawiała chwilę z jakąś pielęgniarką, tłumacząc, kim jesteśmy i co tu robimy, a we mnie nagle uderzyła fala wspomnień. Przypomniałem sobie dzień wypadku mamy, niekończący się strach. Wtedy także Valentina mnie zostawiła, a mama przez parę minut była dosłownie martwa. Jej serce nie biło. Przeżyłem wtedy najgorsze chwile w życiu, już myślałem, że będę musiał pożegnać się z własną mamą, w dodatku tak niespodziewanie, za wcześnie. Myślałem, że już nic gorszego mnie nie spotka, ale i tak wylądowałem tu ponownie, gdy Alexia dostała udaru. Jak to się dzieje, że dobrym ludziom przydarzają się nieszczęścia, a tych złych omijają?
Zerknąłem na Finna. Dla niego to też pewnie nie był miły powrót. Chciałem coś powiedzieć, ale Finn jednak wpatrywał się uparcie przed siebie, jakby nie chciał z nikim gadać.
W sumie mu się nie dziwiłem.
– Możemy iść. – Usłyszałem gdzieś z tyłu głos Valentiny. – Już wszystko załatwione. – Poczułem, jak staje obok mnie. – Liam?
– Już idę – rzuciłem, dalej pochłonięty myślami. Potrzebowałem chwili, by otrząsnąć się ze wspomnień. Gdy zerknąłem na Valentinę, ona patrzyła na mnie z niepokojem. Chciałem jej wytłumaczyć, powiedzieć, o czym myślałem, ale zorientowałem się, że nie musiałem, bo ona wiedziała. Rozumiała bez słów. Prawie niepostrzeżenie chwyciła mnie za rękę i krótko mnie ścisnęła. Szybko mnie puściła, ale to wystarczyło, bym przegnał z głowy okropne wspomnienia i się uśmiechnął.
– No, ruszcie się, dzieciaki czekają – pogonił nas Jackson, więc wszyscy ruszyliśmy przed siebie.

***

Ze szpitala wyszliśmy dopiero, gdy skończyły się godziny odwiedzin, a i tak udało nam się przedłużyć wizytę o godzinę. Z początku ciężko było mi się przełamać, widząc tyle chorych dzieci z łysymi głowami i chudymi ciałkami, ale wszystkie były tak pozytywnie nastawione, że wkrótce wszyscy śmialiśmy się jak jedna wielka rodzina. Spotkanie urządziliśmy w świetlicy na oddziale pediatrii, bo tylko tam było tyle przestrzeni, by wszyscy mogli się pomieścić. Co chwilę dochodziło do nas jakieś nowe dziecko, które wcześniej było na badaniach. Po krótkim wprowadzeniu Valentina nagle wyciągnęła skądś kosz pełen gadżetów. Nie miałem pojęcia, gdzie go schowała, ani kiedy zdążyła to wszystko kupić, ale zrobiło mi się głupio, że sam o tym nie pomyślałem. Każde dziecko otrzymało coś dla siebie – albo były to różne przytulanki, albo kubki, gry, zabawki. Dzieciaki dosłownie oszalały z radości i zaczęły nawzajem pokazywać sobie, co dostały. Valentina obserwowała ich z uśmiechem. Postanowiłem się przełamać i podszedłem do niej.
– Piękny gest – powiedziałem, wyrywając ją z zamyślenia. – Pomyślałaś o wszystkim.
– Z początku chciałam im kupić po czekoladzie, ale… – Wzruszyła ramionami. – To w końcu dzieci chore na raka. Pewnie mają ścisłą dietę, a ja nie byłam pewna, czy w ogóle mogą dostawać słodycze. Dlatego zdecydowałam się na zabawki. Nie wiem, czy trafiłam w ich gusta, ale…
– Nie wiesz? Popatrz tylko. – Wskazałem głową na rozradowane dzieciaki. – Widzisz, jak się cieszą? Nie sądzę, by ostatnio miały dużo takich chwil w życiu. Dzięki tobie przynajmniej na chwilę stały się szczęśliwe.
Valentina spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem, a ja uświadomiłem sobie, że może jednak momentami potrafiłem nie być idiotą. Powiedziałem po prostu, co uważałem, ale dla Valentiny chyba było to coś więcej – jakby poczuła się doceniona. Już nic więcej nie powiedziałem, by nie kusić losu.
Później wykonaliśmy mały koncert, oczywiście bez żadnych instrumentów, bo w końcu byliśmy w szpitalu, ale dzieciakom to nie przeszkadzało – nuciły i śpiewały razem z nami. Dopiero później wszyscy usiedliśmy – niektóre dzieci na wózkach, niektóre z kroplówkami – i powiedzieliśmy im, że chcemy, byśmy napisali wspólnie piosenkę, a może i dwie. Z początku trochę trudno było wszystko ogarnąć, ze względu na dużą ilość osób i pomysłów, ale przy odrobinie wysiłku zdołaliśmy zapisać wszystko, co sugerowały nam dzieci. Nie dotarliśmy do końca, bo czasu było mało i dzieciaki wkrótce były zmęczone, ale i tak cieszyłem się, że tu przyszliśmy. Valentina miała rację – nie liczył się tylko biznes, ale fakt, że mogliśmy zrobić coś dobrego.
– Owocne spotkanie – rzucił Jackson, gdy z powrotem wyszliśmy przed szpital. Było już ciemno i zimno, co zauważyłem, gdy Valentina delikatnie zadrżała. Automatycznie chciałem ją przytulić, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili. – Spotkajmy się w piwnicy za dwa dni, żeby to wszystko ogarnąć. Liam, napisałeś jakieś swoje piosenki?
– Mam większość. Chciałem jeszcze jedną napisać z wami. No, i teraz jeszcze jest ta piosenka z dzieciakami. Myślę, że James będzie zadowolony.
– On nigdy nie jest zadowolony, ale jeśli będziemy mieli tyle, żeby przestał się czepiać, to już będzie sukces – burknął Finn, po czym zatrząsł się i wyprostował. – Ja spadam, bo zaraz zamarznę.
Było to całkiem możliwe, bo nie miał na sobie żadnej kurtki. Od razu odwrócił się i oddalił. Valentina popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem.
– Coś się dzieje z Finnem? – Zwróciła się do mnie. – Jest jakiś nieswój.
„Nieswój” to mało powiedziane, ale czułem, że nie powinienem mówić wszystkim o tym, co przeżywał Finn.  
– Pewnie wstał dziś lewą nogą – odparłem wymijająco, po czym zmieniłem temat: – Odprowadzić cię do hotelu?
Przez chwilę obawiałem się, że odmówi. Miała coś takiego w oczach, czułem, że wytworzył się między nami mur. Chciałem go zburzyć, póki jeszcze nie był za solidny, ale potrzebowałem zgody Valentiny. Ku mojemu zdziwieniu, kiwnęła głową.
– Chętnie.
– To na razie – rzuciłem w stronę chłopaków.
Valentina pomachała im na pożegnanie i ruszyliśmy. Przez parę minut panowała niezręczna cisza. Główkowałem, co mogłem powiedzieć, by w końcu rozpocząć poważną rozmowę, ale każda kolejna propozycja, która przychodziła mi do głowy, była tylko gorsza od poprzedniej, więc ostatecznie nie powiedziałem nic. Zaczynałem wściekać się na samego siebie, na to, co się z nami porobiło. Wydawało mi się, że te dobre czasy w ogóle nie istniały. Już nawet nie pamiętałem naszego pierwszego pocałunku, nie pamiętałem, co wtedy czułem, bo teraz był między nami okrutny dystans. Nie umiałem go przełamać. Czy może nie chciałem?
A więc szliśmy dalej, niczego nie mówiąc. Zanim się zorientowałem, byliśmy już pod hotelem. Nie przygotowałem sobie niczego, co mógłbym jej powiedzieć na do widzenia. Po prostu na nią patrzyłem. Odwróciła się w moją stronę i wyraźnie czekała, aż coś powiem, ale też milczała.
– A więc widzimy się za dwa dni – powiedziałem w końcu, czując, jak wargi zesztywniały mi od zimna. Valentina prawie niezauważalnie skinęła głową. – Wypij coś ciepłego przed snem. Zmarzłaś.
Serio? Ja to powiedziałem? Poczułem się, jakbym był jej ojcem.  
Valentina uśmiechnęła się lekko i rzuciła:
– Dzięki, że mnie odprowadziłeś. Dobranoc, Liam.
Odwróciła się i zaczęła iść w stronę hotelowych drzwi, kiedy nagle zawołałem:
– Poczekaj!
Przystanęła i obróciła się w moją stronę, zaskoczona. Szczerze mówiąc, ja też byłem zaskoczony. Przecież nie miałem jej nic do powiedzenia, więc dlaczego wołałem, by poczekała? Bo nie chciałem, by odchodziła, by wymykała mi się jeszcze bardziej?
Najzwyczajniej w świecie brakowało mi słów. Skoro nie mogłem ich znaleźć, wyraźnie nie były potrzebne. Wyłączyłem myślenie. Podszedłem do Valentiny zdecydowanym krokiem, złapałem ją w pasie, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem. Mocno, najmocniej, jak tylko mogłem, wyrażając w tym pocałunku wszystkie swoje uczucia, które musiałem w sobie dusić. Nagle wszystko było dla mnie proste i jasne. Kochałem ją, to było oczywiste. Nie mogłem tego od siebie odpychać, zaprzeczać temu ani czekać na idealny moment. Musieliśmy naprawić wszystko tu i teraz.  
Gdy w końcu się od siebie oderwaliśmy, każde z nas gwałtownie dyszało. Na twarzy Valentiny malowało się zaskoczenie, ale po chwili mruknęła:
– To ma być ta nasza przyjaźń, tak? – Uśmiechnęła się łobuzersko. Na widok tego uśmiechu odetchnąłem z ulgą.
– Nie wiem, czy nadal chcę się przyjaźnić – szepnąłem, sunąc kciukiem po jej dolnej wardze. – Ale musimy…
– Porozmawiać – dokończyła za mnie. – Tak, wiem. Ale nie dziś. Jest już późno, w dodatku to dłuższa historia…
– Nie dziś – zgodziłem się, dalej ją ściskając. – Ale obiecaj mi, że to będzie wkrótce. Proszę. Nie chcę dłużej trwać w niepewności, muszę wiedzieć, co dokładnie się wydarzyło. Dlaczego nie byłaś w stanie mi zaufać. Dlaczego ciągle uciekałaś.
– Wszystko ci powiem, Liam, ale to trudne. – Przez jej twarz przemknął ból. – Muszę sobie na nowo wszystko poukładać. Możemy umówić się na konkretny dzień?  
Wydawało mi się to trochę dziwne, umawiać się na rozmowę, jak na biznesowe spotkanie, ale skoro chciała…
– Oczywiście. Może po tym, jak ogarniemy wszystkie piosenki? – zaproponowałem. – Żebyśmy mieli już to z głowy i mogli zająć się tą rozmową.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się z wdzięcznością, po czym stanęła na palcach i pocałowała mnie w policzek. – Dobranoc, Liam.
– Dobranoc. – Puściłem ją i tym razem pozwoliłem jej schować się w hotelu, po czym wziąłem głęboki oddech. W końcu zrobiliśmy ten krok. Już niedługo miałem wszystkiego się dowiedzieć.

381 czyt.
100%81
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 2664 słów i 14927 znaków.

1 komentarz

 
  • Speker

    Speker · 27 sie 12:42

    No to teraz tylko czekać na rozmowę. Pomysł ze szpitalem, rewelacja. Taki drobny gest, chwila własnego czasu spedzonego z innymi, to wielki podarunek. Świetnie i lekko się czytało.