Dopóki wystarczy nam sił – 23

Gdy obudziłem się rano, Valentina już nie spała. Siedziała na łóżku i nieobecnym wzrokiem patrzyła w pustkę. Chwilę trwało, zanim sobie uświadomiłem, co się z nią działo i jaki był dzisiaj dzień.
– Kochanie… – Podniosłem się i przytuliłem ją.
– Za każdym razem mam nadzieję, że zniosę to lepiej – szepnęła, nie odrywając wzroku od ściany. – I za każdym razem jest jeszcze gorzej. Jakby to działo się na nowo. – Po policzku pociekła jej łza.  
– Teraz nie musisz przechodzić przez to sama. – Ścisnąłem ją mocniej.
Dzisiaj była rocznica śmierci jej dziecka. Już któryś raz z kolei byłem w tych chwilach obok niej, ale jak zwykle brakowało mi słów. Nie usiłowałem nawet udawać, że ją rozumiałem. Nigdy nie straciłem nikogo bliskiego, nawet dziadków. Choć byłem bliski straty mamy i Alexii, ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jaki ból musiała przeżywać Valentina, myśląc o własnym dziecku. Mogłem tylko być obok niej.
– Chcesz pójść do kościoła? – zapytałem ją cicho. – Pomodlić się?
Pokiwała głową i spojrzała na mnie z wdzięcznością.
Cały dzień była przygaszona i nieswoja. Do kościoła poszliśmy dopiero wieczorem. Szliśmy trzymając się za ręce, powoli. Co jakiś czas zerkałem bacznie na Valentinę, ale nic nie mówiła.  
W kościele byliśmy dwadzieścia minut przed mszą. Usiedliśmy w ostatniej ławce. Dopiero wtedy szepnęła cicho:
– Nigdy nie dowiedziałam się, czy to był chłopiec, czy dziewczynka. Nie nadałam imienia. Nawet nie wiem, w jakich kategoriach mam myśleć o moim dziecku, jak je sobie wyobrażać. Taka niepewność nadaje wrażenie, jakby to nie stało się naprawdę, ale przecież tak było. Nie wiem, jak mam myśleć o własnym dziecku. – Spuściła lekko głowę. – Myślę też o Connorze, choć nie chcę. Był draniem i nie zasłużył na to, bym poświęcała mu moje myśli, szczególnie dzisiaj. Tylko że… nie potrafię nie myśleć. Czasem zastanawiam się, czy naprawdę celowo się zabił i dlaczego. Bo nie mógł znieść poczucia winy? Nigdy nie dowiedział się o dziecku. Naszym ostatnim wspomnieniem było to, jak dobijał się do mojego domu, a ja krzyczałam ze strachu. Może potem się otrząsnął, bo widział, że dopuścił do tego, że się go bałam? – Potrząsnęła głową. – Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Tak samo jak nie dowiem się, kogo nosiłam w brzuchu. Moje dziecko umarło, zanim w ogóle zdążyłam się dowiedzieć, jakiej było płci. – Spojrzała na mnie załzawionymi oczami. – Czy to nie straszne? – wyszeptała. – Że nawet nie wiem, czy moje dziecko było chłopcem, czy dziewczynką?
Chwyciłem ją za rękę, która była przeraźliwie zimna.
– Nie mogłaś tego wiedzieć. Nie możesz się o to obwiniać. Najważniejsze jest to, że je kochałaś i kochasz nadal, myślisz o tym dziecku, nie wyrzuciłaś tego z pamięci. Radzisz sobie z bólem. – Przycisnąłem ją mocniej do siebie. – I kocham cię za to. Twoje dziecko też cię kochało.
Pokiwała głową i zaszlochała cicho. Później wyjęła z torebki paczkę chusteczek i otarła łzy. Wzięła głęboki oddech. Rozpoczęła się msza. Cieszyłem się, że tu przyszliśmy, bo chyba właśnie to było nam teraz potrzebne.
Gdy godzinę później wyszliśmy na zewnątrz, Valentina chyba czuła się nieco lepiej.
– Wracamy na piechotę czy autobusem? – zapytała, patrząc na mnie, ale ja patrzyłem gdzie indziej. Jak zahipnotyzowany podszedłem do tablicy zamocowanej na bramie kościoła. Przeczytałem nekrolog i coś ścisnęło mnie w piersi.
Valentina podeszła do mnie i przeczytała na głos.
– Louise Walsh… – Przez chwilę marszczyła brwi, po czym otworzyła szerzej oczy i spojrzała na mnie. – Walsh? Czy to…
– Mama Finna – mruknąłem, czując nieznośny ciężar w piersi. Z nekrologu wynikało, że zmarła dwa dni temu. – Cholera… – W jednej chwili przypomniały mi się wszystkie chwile, które spędzałem u Finna, momenty, kiedy jego mama przynosiła nam jedzenie i śpiewała z nami piosenki, które komponowaliśmy.
– O rany… – Valentina momentalnie posmutniała. – Musimy z nim porozmawiać.
Przytaknąłem jej i po raz ostatni zerknąłem na nekrolog, czując, jak dopada mnie okropny smutek. Za dużo było wokół mnie pustki i śmierci. Za dużo.

***

Razem z Valentiną poszliśmy na pogrzeb mamy Finna, choć trzymaliśmy się z daleka. Z jakiegoś powodu czułem się dziwnie, przychodząc tutaj. Może dlatego, że nie miałem z Finnem kontaktu, a może dlatego, że wszystko się zmieniło. Mimo wszystko cieszyłem się, mając przy sobie Valentinę, choć nawet nie znała mamy Finna.
Zauważyłem go w kościele. Ciężko byłoby nie zauważyć, bo się spóźnił. Przez chwilę spodziewałem się, że będzie pijany, ale szedł prosto. Przyglądałem mu się przez chwilę. Wciąż był tym samym Finnem, choć wyglądał dużo poważniej; zapuścił brodę, której nigdy nie nosił, w dodatku teraz na jego twarzy malował się taki smutek, jakiego jeszcze nie widziałem. Po cichu zajął swoje miejsce i lekko się zgarbił.  
Odważyłem się podejść do niego dopiero, gdy już wszyscy złożyli kondolencje, a on sam stał w miejscu, jakby nie wiedział, gdzie ma pójść. Na mój widok zamrugał gwałtownie.
– Cześć, Finn. – Podszedłem do niego powoli, jak do niebezpiecznego zwierzęcia. Czego się tak bałem? Nie byłem pewien, jak zareaguje na mój widok, zwłaszcza teraz, gdy był w żałobie.
– Liam. – Wydawał się zdumiony moją obecnością, ale uśmiechnął się blado. Uścisnęliśmy się krótko. – Valentina, podejdź tu, nie chowaj się – rzucił do Val, która trzymała się nieco z boku. Po chwili podeszła, a Finn wyciągnął ramiona i przytulił ją. – Dobrze was widzieć.
– Najszczersze kondolencje. – Valentina dalej go ściskała.  
– Nie mogę w to uwierzyć – mruknąłem. – Jak zmarła? – Nie wiedziałem, czy wypadało mi o to pytać, ale Louise nie była jeszcze w tak podeszłym wieku, by umrzeć ze starości. Coś musiało się stać.
– Zator tętnicy płucnej – mruknął Finn i westchnął ciężko. – Nic już nie dało się zrobić. Niech spoczywa w pokoju.
– Tak mi przykro. – Te słowa brzmiały dziwnie pusto, dlatego zaraz dodałem: – Nie będziemy zajmować ci dziś czasu, ale może wpadłbyś do nas któregoś dnia? – zaproponowałem. – Napijemy się, pogadamy…
– Dobry pomysł. – Uśmiechnął się lekko. – Wpadnę.
Po chwili patrzyliśmy, jak się oddala.
– Zupełnie nie przypomina siebie – stwierdziła Valentina zmartwionym tonem.
– To prawda. Nigdy nie sądziłem, że będę tęsknił za starym Finnem. – Westchnąłem. Kolejny dowód na to, że wszystko się zmieniło, czego zaczynałem mieć serdecznie dosyć.

***

Finn zjawił się u nas trzy dni później. Nadal nie wyglądał najlepiej, był smutny i miał podkrążone oczy, ale i tak cieszyłem się, że wpadł. Valentina robiła kolację, a my piliśmy. Po paru drinkach Finn nieco się rozweselił. Przywoływaliśmy różne zabawne historyjki z przeszłości.  
– Kiedyś poszliśmy na piwo. – Przypomniałem sobie. – Było późno, a my wymknęliśmy się z domu, by pić. Wróciłeś po drugiej i twoja mama już czekała na ciebie w holu. Zapytała cię, czy piłeś, a ty jej odpowiedziałeś “Nie, pani matko”, po czym zwymiotowałeś jej pod nogi.  
– Pamiętam. – Zaśmiał się krótko. – Wtedy nie było to takie zabawne. Ścierałem te rzygi do trzeciej rano. Mama stała nade mną i pilnowała.
Rany, w ogóle nie przypominał dawnego siebie. Udawałem, że tego nie zauważam.
– Niech spoczywa w pokoju. – Stuknęliśmy się kieliszkami, kiedy zabrzmiał dzwonek u drzwi.
– O cholera! – rzuciła nagle Valentina, gwałtownie się czerwieniąc. – Zapomniałam… mieliśmy wybierać kwiaty.
– Kto? – zapytał Finn, przenosząc na nią wzrok.
Dzwonek zabrzmiał ponownie.
– Jackson i Alexia – mruknąłem, przyciskając palce do skroni. To nie mogło skończyć się dobrze.
Z głębi korytarza usłyszeliśmy otwieranie drzwi i donośne kroki.
– Nie można się do was dodzwonić, ale w sumie jesteśmy rodziną, więc możemy wchodzić bez zapro… – Roześmiana Alexia pojawiła się w progu i zamarła na widok Finna. – Finn? – wyjąkała, gwałtownie łapiąc powietrze.
Za nią nagle zjawił się Jackson. Przez chwilę wyglądał, jakby nie rozumiał, dlaczego wszyscy zamilkli, a potem jego oczy omiotły kuchnię, zobaczył Finna i z miejsca pobladł.
– Finn – rzucił lodowatym tonem, prostując się i robiąc ruch, jakby chciał zasłonić Alexię. – Co ty tu robisz?
Atmosfera zgęstniała. Valentina zamarła, ja wolałem się nie wtrącać. Obserwowałem Finna, na którego twarzy malował się dziwny spokój pomieszany z goryczą. Jackson był blady jak ściana, a Alexia patrzyła to na jednego, to na drugiego.
– Moja mama umarła – odpowiedział Finn, przenosząc wzrok na alkohol w kieliszku. Jego głos lekko zadrżał.
– Mój Boże, Finn… – Alexia zrobiła krok do przodu i delikatnie dotknęła jego ramienia. – Tak mi przykro.
Lekko drgnął, gdy go dotknęła, a Jackson natychmiast do nich doskoczył. Nikt nic nie mówił. W końcu Finn odchrząknął, dopił alkohol, odstawił kieliszek i rzucił:
– Dzięki za zaproszenie, Liam. Lepiej już pójdę. – Zgarnął z krzesła kurtkę, wyminął Jacksona i odszedł. Po chwili trzasnęły drzwi.
Przez parę minut wciąż było dziwnie. Alexia wyraźnie była roztrzęsiona, ale w końcu usiadły z Valentiną przy stole i zaczęły ślęczeć nad katalogami. Ja zaciągnąłem Jacksona do salonu, czując, że mam tego wszystkiego powyżej uszu.
– Nie mogłeś mu odpuścić? Nawet dzisiaj? – Wbiłem w niego ostry wzrok.
– Przecież nic nie powiedziałem! – Oburzył się.
– No właśnie! Nic nie powiedziałeś. – Zaczynałem być wściekły. – Do cholery, Jackson, jego mama umarła, a ty nawet nie złożyłeś mu pierdolonych kondolencji.
– Nie spodziewałem się go tu zobaczyć. – Bronił się.
– Co za różnica? Patrzyłeś na niego tak, jakbyś wciąż chciał go zabić. On ma teraz własne sprawy na głowie, dużo ważniejsze od tego, co się wtedy stało. Mogłeś okazać mu choć trochę współczucia, a nie znów karać go za chwilę słabości sprzed lat – warknąłem. – Alexia jakoś zachowała się jak człowiek, a ty? Nie potrafiłeś nawet powiedzieć, że ci przykro?  
Chyba do niego dotarło, jak się zachował, bo milczał i patrzył w dywan. Nie chciałem już dłużej ciągnąć tego tematu, dlatego rzuciłem:
– Przemyśl sobie, czy jego pijacki błąd jest warty aż takiego ignoranckiego zachowania. – Po czym wyszedłem.

***

– Co za dzień… – westchnęła Valentina, odchylając kołdrę i wślizgując się do łóżka. – Zupełnie zapomniałam o ich wizycie… gdybym pomyślała wcześniej…
– Nie wiń się, że przyszli. Ja też o tym zapomniałem. Poza tym, to Jackson okropnie się zachował. – Wciągnąłem na siebie spodnie od piżamy i też się położyłem. – Prawdę mówiąc, byłem zdumiony. On zawsze był tym dobrym. Teraz to Finn zachowuje się, jakby był dojrzalszy.
– Może jest. Śmierć bliskiej osoby zmienia człowieka.
Przytuliłem ją i przymknąłem oczy.
– Cieszę się, że cię mam.
– Gdybyś się nie cieszył, uznałabym, że zrobiłam błąd, przyjmując oświadczyny – zażartowała.
– Wiesz, o co mi chodzi. – Otworzyłem oczy z powrotem. – Wszystko wokół mnie się rozpadło, ale ty zawsze jesteś. Gdyby cię nie było… sam nie wiem, co bym zrobił. Życie jest strasznie krótkie. Cieszę się, że przeżyję je z tobą. – Ścisnąłem ją, jakby miała zaraz odlecieć i pocałowałem.
– Kocham cię – odszepnęła i już po chwili spaliśmy, przytuleni do siebie.

380 czyt.
100%111
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2106 słów i 12052 znaków.

1 komentarz

 
  • Speker

    Speker · 5 dni temu

    To prawda, strasznie dużo dzieje się wokół Liama, ale takie jest życie, wszyscy mają "coś". Rozdział taki do przemyśleń.