Dopóki wystarczy nam sił – 11

Siedziałem z Valentiną aż do późnego popołudnia następnego dnia. Napisałem tylko mamie smsa z wyjaśnieniem, gdzie jestem, żeby się nie martwiła. Nie miałem ciuchów na zmianę, ale przynajmniej mogłem skorzystać z hotelowego prysznica. Z koca i jednej poduszki zrobiłem sobie posłanie na podłodze, choć Valentina oczywiście protestowała, mówiąc, żebym poszedł do domu i się nią nie przejmował. Dopiero następnego dnia poczuła się na tyle dobrze, by coś zjeść i w końcu mnie wygonić.
– Czuję się już dużo lepiej – oznajmiła mi głosem nieznoszącym sprzeciwu. Mówiła prawdę – choć nie wyglądała jeszcze na zdrową, gorączka jej spadła i znowu była w stanie być stanowcza. – Idź do domu, Liam. Naprawdę doceniam, że ze mną zostałeś, ale teraz…
– Już mnie wyganiasz? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem, tak mi się odwdzięczasz? – zażartowałem, rzucając jej tabletkę. Złapała ją w locie. – Opiekowanie się tobą stało się nowym sensem mojego życia. Już stąd nie wyjdę.
Valentina wywróciła oczami i opadła na łóżko.
– To sama cię wyeksmituję. Przez okno. Pamiętaj, że jesteśmy na dziewiątym piętrze – dodała, ale wzrok miała łagodny. – Poważnie, Liam. Poradzę sobie. A ty musisz wyspać się w porządnym łóżku, a nie na podłodze.  
– No dobra, już sobie idę. – Podniosłem się z fotela, na którym siedziałem. – Ale masz dalej brać te leki, które kupiłem. Za parę dni chcę cię widzieć całkiem zdrową. – Pogroziłem jej palcem.
– Gdyby nie moje zarazki, dałabym ci buziaka na pożegnanie. Pełnego wdzięczności. – Przygryzła lekko wargę.
Natychmiast się ożywiłem.
– Nie mam nic przeciwko twoim zarazkom.
Tylko się roześmiała.
– Żartowałam.  
– Jesteś okrutna, wiesz o tym? – Wziąłem do ręki kurtkę. – Następnym razem, kiedy będziesz chora, mam nadzieję, że najpierw powiesz o tym mnie, a nie Jacksonowi.
Mimo mojego żartobliwego tonu musiała wyczuć, że mówiłem poważnie, bo skinęła głową.
– Przepraszam za to. Po prostu… nie sądziłam, że się tak przejmiesz. – Uciekła wzrokiem. – Jeszcze do niedawna miałeś inne zajęcia.
Nie musiałem pytać, by wiedzieć, o czym mówiła – o tym, jak jeszcze niedawno bzykałem jakąś dziewczynę na ścianie toalety w klubie. Zazgrzytałem zębami, myśląc o własnej głupocie. Po jaką cholerę to zrobiłem? Dlaczego w ogóle pojechałem wtedy do Valentiny i jeszcze jej o tym wspaniałomyślnie powiedziałem? Dziwiłem się, że jej jeszcze na mnie zależało.
O ile tak było. Już niczego nie byłem pewien.
– Pójdę już – powiedziałem w końcu, bo powietrze nagle zrobiło się ciężkie. – Zdrowiej. – Podszedłem do Valentiny, cmoknąłem ją w czubek głowy i wyszedłem, cicho zamykając drzwi.  

***

Wróciłem do domu dziwnie zmęczony. Spanie na podłodze jednak nie należało do przyjemnych. Zorientowałem się, że była niedziela – i to dopiero wtedy, kiedy zastałem cały dom w absolutnej ciszy. Rodzice pewnie poszli do kościoła. Na blacie w kuchni czekał już na mnie apetycznie pachnący obiad. Już miałem zabrać się za konsumpcję, gdy na górze coś stuknęło. Zmarszczyłem brwi. Byłem przekonany, że dom był pusty. Dopiero po chwili mnie oświeciło – najpewniej Alexia skorzystała z nieobecności rodziców, by po raz kolejny przemycić tu faceta, z którym się spotykała. Rzuciłem sztućce na talerz i wstałem. To był już kres mojej cierpliwości i poszanowania jej prywatności – musiałem się dowiedzieć.
Ruszyłem po schodach na górę i rozejrzałem się. Świeciło się światło w łazience. Nie potrafiłem zgadnąć, kto znajdował się w środku, więc poszedłem prosto do pokoju Alexii. Na mój widok siostra podskoczyła na łóżku.
– Czego tu tak wpadasz, Liam? – ochrzaniła mnie, wyraźnie zdenerwowana. – Mogłabym być naga.
– Zgaduję, że już taka byłaś albo wkrótce będziesz. – Wskazałem głową na drzwi łazienki. – Bo znowu przyprowadziłaś swojego fagasa, czyż nie?
– Nie – zaprzeczyła, choć zrobiła się czerwona jak burak. – Liam, przestań.
– Co: przestań? Wróciłem do domu i chcę poznać tego nowego. O ile to znowu nie Christopher, bo nie wiem, ile zniosę.
– Ależ ty jesteś… – Alexia urwała, bo oboje usłyszeliśmy otwierane drzwi od łazienki. – A w sumie… – westchnęła po chwili, zrezygnowana. – Już wszystko mi jedno. Tylko się nie wściekaj.
Zanim zdążyłem zapytać, co miała na myśli i dlaczego miałbym się wściekać, skoro nie był to Finn, uchylone drzwi do pokoju otworzyły się na całą szerokość i do środka wszedł Jackson. Szczęka mi opadła. On na mój widok wytrzeszczył oczy, a Alexia znowu westchnęła.
– Koniec ukrywania się, Jackie – rzuciła, podnosząc się z łóżka. – Liam postanowił węszyć. Zaraz wygada wszystko rodzicom.
Jackie?
– To… to nie tak miało wyglądać – rzucił speszony Jackson, patrząc na mnie z postrachem. Wyglądał tak dziwnie, że aż zachciało mi się śmiać, choć dalej byłem zdumiony.  
– Jedno trzeba ci przyznać, siostro – powiedziałem, patrząc na Alexię, która podeszła do Jacksona i też patrzyła na mnie niepewnie. – Potrafisz zaskoczyć człowieka. – Podszedłem do fotela biurowego i usiadłem na nim, patrząc na dziwaczną parę przede mną. – Jak to się stało?
Wyraźnie byli zaskoczeni moim spokojem. Prawdę mówiąc, ja sam byłem nim zaskoczony. Rola starszego brata weszła mi już dobrze w krew. Przecież żaden facet nie był wystarczająco dobry dla mojej siostrzyczki. Jackson był jednak inny. Nie bez powodu był moim najlepszym przyjacielem. Zawsze był tym głosem rozsądku w zespole. Nigdy nie wyobrażałem go sobie z Alexią, ale nagle uświadomiłem sobie, że to chyba był dobry wybór. Choć było mi szkoda Finna, bezsprzecznie wolałem widzieć Jacksona w roli chłopaka Alexii.
– Jackson często odwiedzał mnie w szpitalu po przeszczepie – odezwała się Alexia. – No i… – Wzruszyła ramionami. – Jakoś inaczej na siebie spojrzeliśmy. – Zerknęła na Jacksona z uśmiechem, jakiego jeszcze u niej nie widziałem. Nie był pełen szczęścia i naiwnego zakochania, jak w przypadku Finna czy Christophera. Ten uśmiech był dojrzalszy. To nie było ślepe zauroczenie. – Nic więcej nie musisz wiedzieć, Liam.
Pewnie tak było. Wydawali się razem szczęśliwi. Musiało mi to wystarczyć – i wystarczało.
– Cieszę się – odezwałem się, wstając z fotela i uśmiechając się. – Naprawdę.
– Naprawdę? – powtórzyła sceptycznie Alexia.
– Naprawdę. – Byłem szczery. Zostało mi jeszcze tylko jedno do zrobienia. Przeniosłem wzrok na kumpla. – Cieszę się, ale dobrze wiesz, co zrobił jej Christopher. Jeśli w jakiś sposób skrzywdzisz moją siostrę… – Wyciągnąłem rękę i poklepałem Jacksona po ramieniu. – No cóż, urwę ci jaja.
– Dobra, wszyscy wiemy, że jesteś opiekuńczym starszym bratem – fuknęła Alexia. – Nie popisuj się.
– Al, on ma rację – wtrącił się Jackson, uśmiechając się niepewnie. – Nie zamierzam jej skrzywdzić – dodał, patrząc na mnie z powagą w oczach. – Ale jeśli tak się stanie, masz moje pozwolenie na urwanie mi jaj.  
Roześmiałem się, Jackson też i wszelkie napięcie puściło. Automatycznie poczułem się szczęśliwszy. Kolejna tajemnica została ujawniona. Alexia w końcu dobrze wybrała. Miałem zamiar im kibicować.
– Dobra, chodźcie na dół, pogadamy – odezwałem się. – A potem ujawnicie się rodzicom, bo już im odbijało. Podsłuchiwali pod waszymi drzwiami, wiedzieliście o tym?
     Gdy rozmawialiśmy na dole, chrupiąc jakieś czipsy i popijając kawę, dostałem kolejnego smsa od Clary. Ponownie zapraszała mnie na spacer. Choć w pierwszej chwili chciałem go zignorować, tym razem jednak odpisałem. Kolejna rzecz, którą powinienem zrobić już dawno temu.

     LIAM: Clara, doceniam propozycję i Twoje zainteresowanie, ale ja go nie odwzajemniam. Byłbym wdzięczny, gdybyś przestała do mnie w kółko wypisywać. Zresztą, i tak zmieniam numer. Było miło Cię poznać.

     Kłamałem. To nie było miłe, ale musiałem zachować jakieś pozory, by przypadkiem się nie obraziła i nie nagadała czegoś prasie. Czasem żałowałem, że byłem sławny i nie mogłem robić tego, czego chciałem, bez ryzyka, że paparazzi mnie zaraz uwiecznią. Tak samo i teraz – musiałem hamować się ze swoimi negatywnymi uczuciami. Nie wiedziałem, czy miałem zamiar faktycznie zmieniać numer. Może wystarczyło tylko powiedzieć o tym Clarze, by w końcu załapała aluzję.
     Czekałem cierpliwie na odpowiedź. Przyszła po dziesięciu minutach.

CLARA: Rozumiem.

     Naprawdę? Tylko tyle? Wątpiłem, by faktycznie to rozumiała. Może jednak rzeczywiście musiałem zmienić ten numer.

***

     Przesłaliśmy Jamesowi wszystkie propozycje naszych piosenek, które wkrótce odesłał ze swoim błogosławieństwem na nagrywanie. Z tej okazji postanowiliśmy wybrać się na pizzę, jako że Valentina wyzdrowiała, a Alexia i Jackson chcieli obwieścić wszystkim, że są razem. Z pewnym zmartwieniem obserwowałem reakcję Finna. Próbował się maskować, ale widziałem, że przez jego twarz przemknął grymas wściekłości. Kiedy temat się zmienił, Finn gwałtownie wstał od stołu i wyszedł z pizzerii, trzaskając drzwiami. Dyskretnie odłożyłem swoje sztućce i wyszedłem za nim. Znalazłem go przy parkingu, przyciskającego palce do skroni.
     – Wiedziałeś o tym? – warknął, gdy tylko mnie zobaczył. – Wiedziałeś, że spotykała się z Jacksonem?
     – Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno. Nie wariuj.  
     – Łatwo ci mówić. – Zaśmiał się ironicznie. – Ty masz Valentinę.
     – Wcale jej nie mam – zaprzeczyłem. – Dobrze wiesz, że też spierdoliłem sprawę.
     – Jeszcze możecie to naprawić. Ona nie odrywa od ciebie wzroku.
     Poczułem dziwne ciepło rozchodzące się w piersi, ale nie chciałem się tym chełpić, bo Finn wyglądał, jakby był o krok od załamania nerwowego.
     – Przestań – powiedziałem. – Jesteś Finn. Ten, za którym zawsze latały laski. Możesz mieć każdą. – Nigdy nie sądziłem, że będę wypowiadał do niego takie słowa i przekonywał go do znalezienia sobie nowej dziewczyny.  
     Finn tylko westchnął, wyprostował się i posłał mi przygnębione spojrzenie.
     – Czy ona jest z nim szczęśliwa?
     – Tak. Myślę, że tak.
     Wypuścił gwałtownie powietrze.
     – W takim razie muszę odpuścić.
     Czułem się dziwnie. Nie lubiłem Finna, który nie dbał o uczucia innych i który bzykał, co popadło, ale ten Finn był jeszcze gorszy. Nie wiedziałem, jak mam go pocieszać.
     – Będzie dobrze – rzuciłem niezręcznie. – Chodź, wracajmy.
     Reszta wieczoru upłynęła już w spokojnej atmosferze pełnej śmiechów. Kiedy wszyscy ustalali dogodny termin do rozpoczęcia nagrań, Valentina nagle przysunęła się bliżej mnie.
     – Mówiłeś, bym zwracała się do ciebie, gdy jestem chora – zagadnęła.
     – Mówiłem – przytaknąłem. – Ale chyba jesteś już zdrowa?
     – Tak. Chciałam się dowiedzieć, czy mogę się do ciebie zwrócić też w wypadku, gdy będę potrzebowała pomocy.
     Uśmiechnąłem się półgębkiem.
     – Martínez, zawsze możesz na mnie liczyć. Cokolwiek by się nie działo.
     Uśmiechnęła się szeroko, słysząc swoje nazwisko. Prawdę mówiąc, ja też – to przypomniało mi czasy, gdy się poznaliśmy.  
     – W takim razie chciałam cię prosić, byś pomógł znaleźć mi mieszkanie.  
     – Mieszkanie?  
     – Tak, Miller. Ludzie znajdują mieszkania, by w nich mieszkać. – Droczyła się ze mną.
     – Aleś ty mądralińska, Martínez – mruknąłem z uśmiechem, zdejmując z wieszaka jej płaszcz i pomagając go jej włożyć. – Czy to znaczy, że tu zostajesz? – Chyba część mnie dalej się bała, że Valentina wróci do Hiszpanii. Mieszkanie oznaczało stabilizację.
     – No pewnie, a co myślałeś? W końcu jestem teraz częścią zespołu. – Odwróciła się ku mnie, już ubrana w płaszcz.  
     Uśmiechnąłem się szeroko.  
     – Oczywiście, że ci pomogę. – Pochyliłem się i pocałowałem ją w policzek. – I to z przyjemnością.
     Miała w oczach coś takiego… nie tylko wdzięczność, ale tak, jakby widziała mnie po raz pierwszy, na nowo. Ja sam czułem się trochę inaczej. Nie wiedziałem, czego to była zasługa, ale miałem nieśmiałą nadzieję, że Liam, który zaliczał w klubie nieznajome laski, został już pogrzebany. Wszystko w końcu miało się ku lepszemu.

732 czyt.
100%112
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2171 słów i 12711 znaków, zaktualizowała 30 sie o 20:16.

2 komentarze

 
  • Iga21

    Iga21 · 31 sie 5:43

    Jedno co im życzę to aby przyjaźni się nie rozpadła   
    Kiedy ciąg dalszy ?

  • Speker

    Speker · 30 sie 12:37 ·

    A to numer... Pełne zaskoczenie.  W sumie fajnie, że to Jackson. Szkoda Finna, ale takie to życie jest. Czuć amory między Valentiną i Liamem .