Dopóki wystarczy nam sił – 25

Dopóki wystarczy nam sił – 25Piątkowy poranek rozpoczęliśmy od spaceru z Bucksterem. Valentina uwielbiała fakt, że mieszkaliśmy blisko plaży, a choć mi było z początku wszystko jedno, później i ja zacząłem to doceniać. Morze w jakiś dziwny sposób mnie uspokajało, a Buckster uwielbiał spacerować po piasku i atakować fale. Gdy przypinałem mu smycz, Valentina robiła kawę i wlewała ją do naszych kubków termicznych, które później zabieraliśmy ze sobą. Było jeszcze wcześnie i chłodno, ale to był nasz rytuał: raz w miesiącu wybieraliśmy dzień, kiedy wstawaliśmy przed wschodem słońca, ubieraliśmy się, robiliśmy kawę, braliśmy Buckstera i szliśmy na plażę, by razem rozpocząć dzień. Wspólnie obserwowaliśmy, jak nad falami wschodzi słońce. Mimo niewyspania uwielbiałem te poranki, gdy siedziałem na kocu z kawą i trzymałem żonę za rękę. Tuliliśmy się do siebie, a później przez cały dzień miałem dobry humor. Takie poranki w jakiś sposób napełniały mnie nadzieją.
Dziś było jednak trochę inaczej. Czułem, że podjęliśmy decyzję, choć żadne z nas nie powiedziało tego głośno: na razie mieliśmy być tylko we dwoje. Naprawdę starałem się przywyknąć do tej myśli, ale moja wyobraźnia działała automatycznie. Wcale nie chciałem tego widzieć, ale widziałem tak, jakby faktycznie się działo, tuż przede mną: widziałem siebie z synkiem, z którym mógłbym budować zamki z piasku… a może z dziewczynką, która razem z Val chlapałaby się wodą, a ja przyglądałbym się im z uśmiechem. Te dzieci nawet nie istniały, a ja i tak poczułem ból w sercu.
– Na pewno wszystko w porządku?
Przeniosłem wzrok na Val, która przyglądała mi się, zmartwiona. Chyba obserwowała mnie już od jakiegoś czasu i na pewno domyślała się, co chodziło mi po głowie.  
– Tak. – Uśmiechnąłem się i postarałem przegonić te myśli z mojej głowy. – W jak najlepszym.
Nie uwierzyła mi i wcale mnie to nie zdziwiło. Nie brzmiałem przekonująco. Musiałem mocniej popracować nad wyrazem twarzy.
Wróciliśmy do domu, gdy słońce już całkiem wzeszło. Szczęśliwy Buckster poszedł spać, a my poszliśmy wspólnie pod prysznic. Z myciem się miało to raczej niewiele wspólnego, bo skupiłem się głównie na rozbieraniu i dotykaniu mojej żony. Dawno już nie było między nami takiego pożądania, więc woda leciała, a my robiliśmy swoje, podczas gdy wszystko wokół pokrywało się parą. Przyciskałem ją do ściany i całowałem każdy skrawek jej ciała, starając się odepchnąć od siebie uporczywe myśli. Nie chciałem, by Valentina ode mnie odchodziła, ani ja nie chciałem odchodzić od niej. Zastanawiałem się tylko, jak długo jeszcze będę czuł się dziwnie z myślą, że będziemy tylko we dwoje.
Później Valentina wyszła na plan, ja do pracy. Usiłowałem podtrzymać jakoś swój dobry nastrój z rana, ale zaczynałem czuć się okropnie. To uczucie tylko się pogłębiło, gdy wykorzystując chwilę przerwy w pracy, wszedłem na stronę plotkarską, by poczytać artykuły. Od dawna tego nie robiłem, ale dzisiaj coś mnie tknęło – i zaraz tego pożałowałem.

SPOTTED! W mieście widziano Finna Walsha – niestety, w smutnych okolicznościach, bo były perkusista The Case przyjechał na pogrzeb swojej matki. Składamy najszczersze kondolencje.

Na pogrzebie mamy Finna Walsha widziano Liama Millera i Valentinę Martínez. Nie było jednak pozostałych członków zespołu The Case. To przypadek, czy może po prostu nie byli zaproszeni? Dlaczego tak naprawdę The Case się rozpadło? Przeczytacie o tym tylko u nas.

Czy Finn Walsh oprócz powrotu do miasta, wróci też do zespołu? Czy The Case znowu stanie na nogi?

Tak, to był stanowczo zły pomysł. Mój humor tylko się pogorszył. Nienawidziłem dziennikarzy tak bardzo, że momentami chciałem przywalić im w twarz. Czemu nie mogli dać nam spokoju? Zespół już nie istniał, a oni i tak wściubiali nosy w nasze prywatne sprawy. Człowiek nie mógł już pójść na pogrzeb, okazać szacunku, bez bycia sfotografowanym i obsmarowanym w Internecie. Do cholery, Finn stracił matkę, a oni potrafili skupiać się tylko na zespole.
Sam nie wiedziałem, dlaczego teraz było mi tak żal Finna, dlaczego broniłem go przed Jacksonem. Jeszcze niedawno sam wywaliłem go z zespołu, przywaliłem mu w twarz i nie chciałem go widzieć. Przypomniałem sobie, jak bzykał Grace na korytarzu. Jak przyszedł do mnie i powiedział, że sypiał z Ashley. Wtedy tego nie widziałem, ale wtedy chciał być ze mną szczery, by nie dzieliły nas już żadne tajemnice. Był, jaki był, ale stał się lepszym człowiekiem. Miałem wrażenie, że obecnie był dla mnie lepszym przyjacielem niż Jackson.
Zamknąłem okno z artykułami i przez chwilę siedziałem bez ruchu. Po chwili złapałem komórkę i napisałem do Alexii:

LIAM: Gadałaś z Jacksonem o Finnie?

Odpisała już po chwili.

ALEXIA: Próbowałam. W ogóle nie chciał zaczynać tematu.

Czyli nic się nie zmieniło. Jackson dalej był uparty jak osioł. Gdzieś w środku chyba ponownie poczułem potrzebę naprawienia wszystkiego: zespołu, naszych relacji… ale skoro Jackson nawet nie był w stanie rozmawiać o Finnie, to od razu mogłem odrzucić moje plany. Ciężko było mi zaakceptować, że zespół był już przeszłością, ale chyba nie miałem wyjścia.
– Liam Miller? – Usłyszałem nagle jakiś damski głos i natychmiast podniosłem głowę, odkładając jednocześnie telefon. Przede mną stała jakaś nastolatka, nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat. Miała brązowe włosy i duże, ciekawskie oczy.
– Tak, dzień dobry. Czym mogę służyć? – Przykleiłem na twarz firmowy uśmiech.
– Ja, och… – wydukała, po czym wzięła głęboki oddech. – W sumie to chciałam prosić o autograf. – Nieśmiało wyciągnęła w moją stronę jakiś kolorowy notes.
Lekko się zdziwiłem. Od dawna nikt nie prosił mnie o autografy. To było miłe uczucie.
– Dla kogo podpisać? – zapytałem po chwili, biorąc do ręki długopis.
– Dla Moniki. – Zarumieniła się.
Po chwili oddałem jej zeszyt z uśmiechem.
– Proszę.
– Dziękuję. – Zerknęła na kartkę z wielkim uśmiechem. – To dla mnie wiele znaczy.
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć.
– Fajnie, że w ogóle poprosiłaś – powiedziałem po chwili. – Nieczęsto mi się to zdarza.
Monica rozejrzała się dookoła i zapytała ściszonym głosem:
– Czy… lubi pan tu pracować? Odpowiada to panu?
Widać niesmak miałem wypisany na twarzy.
– Nie jest źle – skłamałem. – Poza tym, nie mam już lepszej alternatywy. Nie mam zespołu.
– To cholernie smutne. – Spuściła wzrok. – Słuchałam waszych piosenek, odkąd tylko pamiętam. Byłam nawet na jednym koncercie. To było wspaniałe. Uwielbiałam was.  
– Miło to słyszeć.
– Naprawdę nie ma już szans na powrót? – Spojrzała na mnie błagalnie. Za błagalnie. Tak jakbym przeczącą odpowiedzią miał zrujnować jej życie.
– To ciężka sprawa – odparłem w końcu. – Każde z nas poszło w swoją stronę.  
Westchnęła.
– No tak, rozumiem. I tak pozostaniecie moim ulubionym zespołem. – Uśmiechnęła się, pokazując aparat na zęby. – Dziękuję za autograf.
Obserwowałem, jak wychodzi ze sklepu i poczułem, że robi mi się jeszcze ciężej na sercu. Czasami myślałem, że powrót zespołu nie miał sensu, bo już nikt o nas nie pamiętał, nikt nas nie słuchał. Monica właśnie uświadomiła mi, że było inaczej. Może powinienem jeszcze raz się postarać i walczyć o to, by znowu stanąć całą czwórką na scenie.  

***

Wróciłem do domu późno, bo poszedłem na piwo z paroma kolegami ze sklepu. Wypiłem jedno i stwierdziłem, że w sumie wolałem posiedzieć z Valentiną niż w cuchnącym barze, dlatego w końcu wyszedłem i wsiadłem w autobus. Przynajmniej dobrze, że jutro był weekend. Nie żebym był jakiś przepracowany – obecne zmęczenie było niczym w porównaniu z życiem na trasie koncertowej – ale lubiłem siedzieć z Valentiną w domu, nie musieć wychodzić do pracy. Chyba naprawdę powinienem poważnie pomyśleć o jej zmianie.
Gdy wszedłem do domu, było podejrzanie cicho. Myślałem, że Val jeszcze nie wróciła, ale i to było dziwne, bo zwykle kończyła pracę wcześniej. Dopiero po chwili dostrzegłem niewielkie światło w salonie. Poszedłem tam i zastałem Valentinę siedzącą nieruchomo na kanapie, patrzącą na swoje kolana.
– Cześć. Co się dzieje? – Zatrzymałem się przed nią.
Podniosła na mnie wzrok pełen lęku i przerażenia.
– Usiądź.
Była taka blada, że nie potrafiłem ruszyć się z miejsca.
– Nie usiądę, dopóki mi nie powiesz, co się dzieje. – Zerknąłem na jej dłonie. Trzymała opakowanie testu ciążowego. Patrzyłem na nie bez żadnych emocji, po czym przeniosłem wzrok na Val. Była blada jak ściana.
– Spóźnia mi się – powiedziała cicho. – I myślę, że tym razem nie jest to fałszywy alarm.

617 czyt.
100%134
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1645 słów i 9091 znaków, zaktualizowała 16 wrz o 10:45.

4 komentarze

 
  • Iga21

    Iga21 · 16 września

    Aha i zapomniałam dopisać
    Śliczny piesek ze zdjęcia

  • Iga21

    Iga21 · 16 września

    No to Val teraz czeka wycieczka do ginekologa   
    Koontynuj kochana robi się co raz ciekawiej

  • AnonimS

    AnonimS · 16 września

    Nieraz los podrzuca prezent. Ciekawe czy go przyjmą.

  • Speker

    Speker · 16 września

    Podejrzewam stres i awanturę. Dla większości to wspaniała wiadomość. Dziwne, skoro nie chcą dzieci, to czemu nie stosują antykoncepcji?
    Robi się ciekawie