Dopóki wystarczy nam sił – 3o

Przez natłok wydarzeń kompletnie zapomniałem o wieczorze kawalerskim Jacksona i panieńskim Alexii. Przypomniało mi się to dosłownie w dniu, kiedy miały się odbywać obie imprezy. Sam się dziwiłem, dlaczego sobie o tym przypomniałem – byłem kompletnie zamroczony przez brak snu i alkohol, jaki ostatnio w siebie wlewałem. Piłem, by zapomnieć, najczęściej sam. Raz czy dwa usiedliśmy z Valentiną jak para nastolatków i po prostu piliśmy w milczeniu. Ona jednak nie chciała topić smutków w alkoholu, więc najczęściej zaglądałem do kieliszka w samotności. Nie chciałem z nikim o niczym rozmawiać, ale gdy przypomniałem sobie o kawalerskim, byłem zmuszony zadzwonić do Jacksona – i co więcej, musiałem powiedzieć mu prawdę. Wiedziałem, że nie uwierzy w żadną inną wymówkę. Słowa ledwo przeszły mi przez gardło. Dotychczas to wszystko wydawało się prawie nierzeczywiste – gdy powiedziałem to na głos, nagle uderzyło mnie jeszcze bardziej niż wcześniej.
– Straciliśmy dziecko. – Mój głos brzmiał jak nie mój, był zimny, pusty, oddalony.  
Jackson zamilkł na bardzo długą chwilę.
– Liam… – Odezwał się w końcu. – Nawet nie wiesz, jak mi przykro.
– W takiej sytuacji chyba rozumiesz, że nie przyjdę dziś wieczorem…
– Oczywiście, nawet nie ma o czym mówić – rzucił pospiesznie. – Szkoda, że cię nie będzie, ale wszystko rozumiem. Boże, Liam, to okropne. Co z Val? Trzyma się? A ty?
Nie czułem się na siłach, by o tym rozmawiać; niemal jakby samo wypowiadanie słów męczyło mnie fizycznie.
– Jackson, nie jestem teraz w stanie… – urwałem, ale on już się domyślił, co chciałem powiedzieć.
– Nie ma sprawy. – Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, na przykład spytać, czy przyjdziemy na wesele, ale wyczuł, że to nie był dobry moment. – Jeśli mógłbym wam jakoś pomóc… Zawsze możesz się do mnie odezwać.
– Rozumiem. Dzięki.
Dopiero, gdy się rozłączyłem, zorientowałem się, że Valentina cały czas stała za moimi plecami. Odwróciłem się i posłałem jej pytające spojrzenie, ale nie odezwała się. Była blada, miała podkrążone oczy, włosy związane w niechlujny kok. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio je myła. Miała na sobie znoszone dżinsy i rozciągnięty sweter. W ogóle nie przypominała dawnej siebie. Mój wzrok nieustannie przykuwał jej nieznośnie płaski brzuch, w którym już nikt nie rósł.
– Nie idę na kawalerski Jacksona – odezwałem się, patrząc, jak Valentina podchodzi do blatu i sięga po dzbanek z wodą. – Ale ty, jeśli chciałabyś pójść na panieński, to…
– Wyglądam, jakbym była w imprezowym nastroju? – przerwała mi oschłym tonem. Ostatnio nasze rozmowy tylko tak wyglądały.
– Mówię tylko, że jakbyś chciała…
– Pójść na imprezę, by zapomnieć o tym, że moje dziecko umarło? – Znowu mi przerwała, odwracając się w moją stronę. – Tak, to brzmi jak świetny plan – zakpiła.
Mogłem jej odpowiedzieć na wiele sposobów. Mogłem powiedzieć, że ludzie różnie przechodzą żałobę. Że panieński Alexii to była tylko ewentualność i mówiłem to, bo nie chciałem decydować za nią. Zacisnąłem jednak zęby i wycedziłem tylko:
– Nasze.
– Co?
– To nie było tylko twoje dziecko. Było nasze.
Nic nie odpowiedziała, znowu się odwróciła. Miałem tego dość. Głośno odsunąłem krzesło, na którym siedziałem i wyszedłem przed dom, by odetchnąć.  Nie poznawałem już siebie ani swojej żony. Nie poznawałem swojego życia.

***

Wieczorem poszedłem do salonu i opadłem ciężko na fotel. Valentina siedziała na kanapie i wpatrywała się w telewizor. Leciał jakiś film, ale wątpiłem, by go oglądała, bo wzrok miała utkwiony w jednym punkcie. Po chwili spojrzała na mnie.
– Nie wychodzisz na kawalerski Jacksona?
– Mówiłem ci, że nie.
– Może powinieneś. Wiem, że nie masz ochoty tu ze mną siedzieć.
Miała rację.
– Owszem, nie mam na to ochoty – wycedziłem. – Tam chociaż bym z kimś porozmawiał. Tutaj mogę gadać co najwyżej do siebie, bo ty ciągle milczysz.
– To idź – rzuciła, znowu patrząc na telewizor. – Ulżyj sobie. Upij się. To ostatnio twoje ulubione zajęcie.
– Powinnaś mnie zrozumieć. Sama lubisz uciekać od problemów – zadrwiłem, czując, że wkraczamy na niebezpieczną ścieżkę.
– Uczeń najwyraźniej przerósł mistrza – syknęła.  
– Może i tak. – Zaczynała buzować we mnie wściekłość. – Wiesz, może masz rację. – Jednym ruchem podniosłem się z fotela. – Może tam pójdę, by w końcu poczuć, że siedzę z żywymi ludźmi.
Spojrzała na mnie wściekłym wzrokiem.  
– To idź! Na co jeszcze czekasz? – warknęła głośno, ręką pokazując na drzwi.
– Na nic – burknąłem. Gwałtownie poszedłem do przedpokoju, zgarnąłem kurtkę i trzasnąłem drzwiami. Po chwili szedłem już drogą do miasta. Byłem wściekły, miałem ochotę coś uderzyć, mocno. W tej chwili nienawidziłem siebie i Valentiny. Żadne z nas nie umiało sobie poradzić z żałobą, nie trzeba było psychologa, by to zauważyć. Każde z nas było pochłonięte swoim własnym bólem. Zamiast się wspierać, wyżywaliśmy się na sobie. Jakkolwiek wściekły byłem, nie chciałem, by przez to nasze małżeństwo się rozpadło. Musiałem coś zmienić.
Zawróciłem w połowie drogi i wróciłem do domu. Gdy wszedłem przez drzwi, Valentina dalej siedziała w tym samym miejscu, w którym ją zostawiłem. Na mój widok zmarszczyła brwi.
– Co tu robisz? Miałeś…
– Iść na kawalerski, tak, wiem. – Rzuciłem kurtkę na fotel. – Zmieniłem zdanie. Nieważne, że nie chcesz mnie widzieć. I nieważne, że ja nie chcę w tej chwili widzieć ciebie. Zostanę w domu.
– Ale…
Podniosłem rękę, by ją uciszyć.
– Nie musimy rozmawiać. Sam nie mam na to ochoty. Ale wzięliśmy ślub na dobre i na złe, więc nigdzie nie pójdę. Zostanę tu.
Nie odpowiedziała, ale w jej spojrzeniu coś się zmieniło. Zacisnęła usta i wyłączyła telewizor, po czym poszła na górę. Siedziałem jeszcze przez chwilę w ciemnościach, po czym wstałem i poszedłem za nią.
Położyliśmy się spać w milczeniu. Jak zwykle.

***

Następnego dnia obudziłem się wcześnie. Słońce jeszcze nawet nie wzeszło. Normalnie poszlibyśmy na plażę z Bucksterem, jak mieliśmy to w zwyczaju, ale teraz wszystko się zmieniło. Valentina jeszcze spała, gdy wymykałem się z łóżka – albo udawała, że śpi. Miałem to gdzieś.
Poszedłem na dół, by zrobić sobie ogromny kubek kawy, po czym siedziałem nad nim tak długo, aż słońce wzeszło i zaczęło mnie oślepiać. Gdy godzina była już normalna, wziąłem torbę i postanowiłem pójść na zakupy. Lodówka świeciła pustkami, a wiedziałem, że Valentina raczej nie ruszy się do sklepu. Unikała kontaktu ze światem zewnętrznym i w sumie mnie to nie dziwiło. Byłem ciekawy, co powiedziała reżyserowi – od dawna nie chodziła na plan, a ja nawet nie zapytałem, jak to załatwiła. Oddalaliśmy się od siebie w zastraszającym tempie.
Liczyłem, że zakupy choć na chwilę oderwą moje myśli od tego, o czym myślałem przez całe dnie, ale gdy wychodziłem ze sklepu, nagle ze wszystkich stron otoczyli mnie dziennikarze. Byłem kompletnie zaskoczony ich widokiem, bo już od dawna nie stawali na mojej drodze; w dodatku było wcześnie rano. Nagle jednak zaczęli wrzeszczeć w moją stronę.
– Liam, czy to prawda, że razem z Valentiną spodziewacie się dziecka?
– Który to miesiąc? Powiesz coś więcej?
– Jak zareagowaliście na to, że wasza rodzina się powiększy? Co z następnym filmem Valentiny?
Byłem zszokowany. Nie miałem pojęcia, jak dowiedzieli się o ciąży – być może widzieli, jak razem z Valentiną wchodziliśmy do przychodni, a może kogoś przekupili. Nie chciało mi się nad tym zastanawiać. Byłem oślepiony blaskiem aparatów. Ich pytania zabolały mnie bardziej niż powinny. Przez ostatnie dni wszystkie nerwy miałem na granicy. W tym momencie tama puściła.
– Czy wy nie macie krztyny przyzwoitości? – warknąłem, patrząc w twarz każdemu z nich. – Jak możecie pytać o coś, czego nie podaliśmy do publicznej wiadomości? Nie wiecie, co to jest prywatność? Nie umiecie tego uszanować? Zostawcie nas i nasze życie w spokoju! – ryknąłem, po czym przepchnąłem się gwałtownie przez tłum ludzi i odszedłem. Słyszałem za sobą jeszcze jakieś wołania, ale ani razu się nie odwróciłem.

***

Nie wiedziałem, czy Jackson powiedział Alexii o wszystkim, czy może sama wyczuła, że coś jest nie tak, ale któregoś dnia przyszła i dosłownie siłą wyciągnęła mnie na kawę. Broniłem się rękami i nogami, ale w końcu ustąpiłem.
– Mów, co się dzieje. – Siostra patrzyła na mnie uważnie, gdy mieszałem kawę. – Jackson nic mi nie mówił, ale widziałam po jego twarzy, że coś jest nie tak. Powiedz mi.
Nie miałem na to siły, ale z drugiej strony chciałem też z kimś o tym porozmawiać. Z Valentiną nie miałem na to szansy. Po chwili wahania przyciszonym głosem zacząłem jej wszystko opowiadać. Jej oczy wkrótce zwilgotniały i pociągnęła nosem.
– Liam… – Nakryła moją dłoń swoją. – Tak mi przykro. Nie mogę w to uwierzyć. Już cieszyłam się na myśl, że będę ciocią, a…
Dalej patrzyłem w swoją kawę.
– Ona mnie chyba obwinia – powiedziałem po chwili.
– Dlaczego tak sądzisz?
– Sam nie wiem. Po prostu… na kogoś trzeba zrzucić winę. Możemy wściekać się na świat i Boga, ale na Nim się nie wyżyje… wyżywa się na mnie, a ja na niej.  
– Obwiniasz ją? – zapytała cicho.
Potarłem gwałtownie oczy.
– Nie wiem. Wiem, że ona się obwinia, choć to irracjonalne. Ale… nie odzywa się do mnie. Unika mnie. Najczęściej milczy. Nie wiem, jak się mam przy niej zachowywać…
– Zrobiłeś dziurę w prezerwatywie? – Przerwała mi. Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, do czego zmierza. – Nie? A więc nie zapłodniłeś jej celowo. Serce waszego dziecka nie przestało bić przez ciebie. Nie ma cię o co obwiniać.
– Alexia… – Westchnąłem ciężko. – Ona straciła dziecko. Drugie. Ma prawo mnie obwiniać, o co tylko chce. – Spróbowałem kawy. Była gorzka jak diabli. – A może nie ma. Sam już nie wiem. Mam wrażenie, jakbym chodził na jawie. – Nagle coś przyszło mi do głowy. – Wiedziałaś.
– O czym? – Zamrugała gwałtownie.
– Wiedziałaś o Connorze i o jej pierwszym dziecku… Zanim ja wiedziałem.
– Owszem. – Tym razem to ona spuściła wzrok. – Przepraszam, że wtedy ci nie powiedziałam, ale uważałam, że to ona powinna zacząć ten temat w odpowiednim czasie…
– Nie o to mi chodzi – mruknąłem. – Co wtedy pomogło się jej pozbierać?
– Nie spodoba ci się odpowiedź.
– Trudno.
– Sofía.
– Ugh… – jęknąłem, mgliście przypominając sobie opowieści Val o tym, jak Sofía wyciągała ją z łóżka, gdy ona chciała tylko leżeć i płakać. Wtedy nie znałem jeszcze powodu, dla którego musiała to robić. – Czyli co? Mam brać przykład z tej suki? Też mam ją na siłę wyciągać z łóżka? Co mam robić? – Czułem się bezradny.
– Nie jestem w tym ekspertem, ale… – Poprawiła się na krześle. – Wydaje mi się, że powinieneś na razie zostawić ją w spokoju. Trzyma się na dystans, tak?
– Dystans to mało powiedziane – mruknąłem.
– W takim razie pozwól jej na to. Na pewno ma powód, by się tak zachowywać. Może właśnie tego potrzebuje, by jakoś przebrnąć przez najcięższe chwile. Trzymaj się poza zasięgiem jej wzroku, ale blisko, tak, by w razie czego wiedziała, że jesteś obok. – Zamilkła na chwilę. – Może w międzyczasie wymyślisz, co pomoże tobie – dodała delikatnie. – Jeszcze nigdy nie widziałam cię w takim stanie.
– Miałem mieć dziecko – wymamrotałem cicho, ponownie walcząc ze łzami. Nie chciałem rozpłakać się w kawiarni jak dziecko.  – A ono tak po prostu… umarło.
Siostra ścisnęła mnie za rękę i wyczułem, że też powstrzymywała się od płaczu.

***

Wróciłem do domu, rozmyślając nad słowami Alexii. Chwilowo nie miałem lepszego pomysłu, więc równie dobrze mogłem zastosować się do jej rady. Brzmiała rozsądnie.
Gdy wszedłem do domu, usłyszałem brzdęk tłuczonego szkła. Natychmiast popędziłem do kuchni i zastałem Valentinę przy blacie, która wpatrywała się w podłogę. Podszedłem i zobaczyłem, że leżał na niej rozbity talerz.
– Skaleczyłaś się? – zapytałem po chwili.
– Nie… – Podniosła głowę i nagle zaczęła płakać. – Chciałam sobie zrobić kanapkę. Ręka mi zadrżała i…  
– Val… – Chciałem do niej podejść, ale przypomniały mi się słowa Alexii, więc stałem jak wmurowany. – Nie przejmuj się, to tylko talerz…
– To nie tylko talerz – wyjąkała ze łzami w oczach. – To cała ja. Jestem toksyczna. Wszystko, czego dotknę, psuje się, rujnuje. Moje pierwsze dziecko… później drugie… a teraz nawet ten pieprzony talerz! – wrzasnęła, ale wiedziałem, że nie wrzeszczała na mnie, tylko do mnie – po raz pierwszy od dawna. W końcu wychodził z niej ten cały ból. W jednej sekundzie zrozumiałem też, że się myliłem – nie obwiniała mnie, jedynie siebie. Uważała się za toksyczną – pewnie dlatego od razu patrzyła na wszystko w szerszej perspektywie. Nie obawiała się samej ciąży, ale również tego, co będzie po niej… bo uważała, że wszystko zniszczy.
W milczeniu schyliłem się i posprzątałem stłuczony talerz. Gdy wyrzuciłem odłamki szkła, z wahaniem wziąłem Valentinę za rękę i poprowadziłem na kanapę. Nic nie mówiłem, jedynie usiadłem obok i podałem jej chusteczki. W milczeniu czekałem, aż się uspokoi. Zachowywałem dystans, bo nie wiedziałem, czy powinienem się do niej przybliżać.  
Może i to poskutkowało, bo po chwili Val się uspokoiła, wytarła bladą twarz i odrzuciła zmiętą chusteczkę.
– Przepraszam – szepnęła, wpatrując się w swoje dłonie.
– Nieważne. To tylko talerz. – Wiedziałem, że nie chodziło jej o zastawę stołową, ale wolałem udawać, że właśnie tak było. – Val, musisz wrócić na terapię.
– Nie chcę – rzuciła od razu.
– Ludzie odmawiają terapii właśnie wtedy, gdy najbardziej jej potrzebują.
– Nie jestem w stanie zrobić sobie kanapki. – Wykrzywiła usta. – Myślisz, że nadaję się, by wyjść z domu i rozmawiać o… o tym? – Na jej twarz ponownie wkradła się rozpacz.
– Nie. – Spokojny ton mojego głosu zaskoczył nawet mnie. – Nie nadajesz się do tego. Jesteś w kompletnej rozsypce. Dlatego właśnie powinnaś to zrobić. Bo nie jesteś w stanie ogarnąć nawet siebie.  
– Ale… – Potrząsnęła głową, ale ja nie chciałem tego słuchać.
– Nie, nie ma żadnego “ale” – powiedziałem ostro. Valentina po raz pierwszy od dawna wyglądała na zaskoczoną. Ja w sumie też. – Przytrafiło nam się coś strasznego. Nasze dziecko zmarło. – Gardło ścisnęło mi się boleśnie, ale kontynuowałem: – Mogło nas to przybliżyć lub rozdzielić. Niestety, rozdzieliło. Dalej rozdziela, oboje to widzimy. Zaczynam myśleć, że jak tak dalej pójdzie… – W gardle nagle mi zaschło. – To zaraz będziemy podpisywać papiery rozwodowe.
– Chyba za bardzo się z tym pospieszyłeś – wyszeptała, wyraźnie zszokowana i ubodzona moimi słowami.  
– Być może. Ale widzę, co się dzieje. – Nie wiedziałem, czy podchodziło to pod kategorię “twardej miłości”, nie spodziewałem się, że nagle przestanę przytulać Valentinę i próbować trzymać ją w ryzach… Bo właśnie uświadomiłem sobie, że chyba właśnie tego oboje potrzebowaliśmy. Stanowczości. Nie mogłem wiecznie trzymać jej w ramionach i powtarzać, że będzie dobrze. Musiała sama nad tym zapanować. Wiedzieć, że nie rozsypie się, gdy mnie nie będzie obok. – Nie poznaję cię, Val – przyznałem szczerze. – Patrzę na ciebie i nie widzę swojej żony.  
Znowu zamilkła, ale ta cisza była inna. Wiedziałem, że przetwarzała moje słowa, nie ignorowała mnie. Nie dotykałem jej, zachowywałem dystans, próbowałem dać jej przestrzeń, ale jednocześnie nie odchodziłem. Byłem obok. Być może zbytnia bliskość tylko wszystko psuła. Może było to okrutne, ale nagle miałem wrażenie, że ten jeden raz musiałem pozwolić jej, by sama siebie trzymała w jednym kawałku. Nie mogłem wciąż robić tego za nią. Oboje musieliśmy pozbierać się osobno, by móc razem funkcjonować.
– Dobrze – powiedziała po chwili, sprowadzając mnie na ziemię. – Wrócę na terapię.
Przyjąłem jej słowa milczeniem.
– A ty? – zapytała niepewnie. Spojrzałem na nią pytająco. – Ty też potrzebujesz pomocy. To było nasze dziecko. To nasz wspólny ból…
– Sam nie wiem – zawahałem się. – Może.
– W porządku. – Nie naciskała.
Tej nocy po raz pierwszy udało mi się spokojnie zasnąć.

609 czyt.
100%81
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 3055 słów i 17186 znaków.

1 komentarz

 
  • Iga21

    Iga21 · 21 września

    Moim zdaniem Liamowi też by nie zaszkodziło jakby poszedł na tą terapię.  
    Mam wrażenie jakby to opowiadanie się dopiero rozkręcało, a nie kończyło
    Czekam na cd