Dopóki wystarczy nam sił – o3

W noc przed koncertem prawie nie spałem. Wiedziałem, że rano będę padnięty, ale zwyczajnie nie mogłem się zmusić, by zasnąć. Kręciłem się na łóżku przez dwie godziny, aż w końcu, wściekły, poszedłem do kuchni napić się wody. Wszystko było spowite w ciemności, wszyscy spali, jedynie ja jeden kręciłem się jak kot z pęcherzem. Przeszedłem do salonu i włączyłem telewizor. Akurat leciał jakiś program przyrodniczy. Niezbyt mnie interesowała ta tematyka, ale było to lepsze, niż leżenie bezczynnie na łóżku. Ściszyłem dźwięk i wbiłem wzrok w ekran, w którym pływała olbrzymia orka.
Po paru minutach usłyszałem ciche kroki i w progu stanęła zaspana Alexia, ciasno owinięta szlafrokiem.
– Co robisz? – zapytała, ziewając. Przydreptała do kanapy i opadła na nią ciężko. – Jest trzecia nad ranem, a ty oglądasz dokument o pożyciu orek? – Wskazała na ekran.
– Nie mogę spać. Ale ty powinnaś. Musisz odpoczywać.
– Liam, po raz ostatni… – Wywróciła ostentacyjnie oczami. – Mam się dobrze. Nerka Finna też ma się dobrze. Nie będę teraz spać przez całe życie, tylko dlatego, że miałam przeszczep.
– Nie nazywaj jej nerką Finna. Teraz to twoja nerka. – Przypomniałem jej.
– Przecież to nie spowoduje odrzucenia przeszczepu. – Ponownie wzniosła oczy do nieba.
– Nigdy nie wiadomo. Mimo wszystko powinnaś myśleć o niej, jak o swojej. – Ledwo skończyłem mówić, komórka Alexii schowana w kieszeni szlafroka nagle zaczęła wibrować. Zmarszczyłem brwi, kiedy po nią sięgnęła. – Kto do ciebie pisze o tej godzinie?
– Nikt – odparła, ale widziałem, że się zaczerwieniła. – To alert pogodowy.
– A ja jestem kurczakiem – parsknąłem i wychyliłem się, by wyrwać jej komórkę z ręki, ale sprawnie się uchyliła. – Nie okłamuj starszego brata. Nie wysyłają alertów pogodowych o trzeciej rano. Masz mnie chyba za idiotę, jeśli myślisz, że w to uwierzę.
– O rany, no dobra. – Westchnęła. – To Finn. Tylko się nie wściekaj.
– Finn? – Zmarszczyłem nos.
– Nie rób takiej miny. Przecież się pogodziliście.  
– Pogodziliśmy, ale to nie wyjaśnia, dlaczego wypisuje do ciebie w środku nocy.
– Po prostu… zagadaliśmy się. Potem ja zasnęłam, ale teraz, jak już się obudziłam, to odpisałam mu na poprzednią wiadomość. Widocznie on też nie może spać. – Zerknęła na ekran.
– Czy wy… – Słowa nie chciały mi przejść przez gardło. Starałem się nie myśleć o tym, że dzięki hojności Finna Alexia znowu na niego leciała, ale właśnie tak to wyglądało. – No wiesz…  
– Bierzemy ślub – oznajmiła Alexia poważnym tonem, ale widząc moją minę, po chwili parsknęła śmiechem. – Boże, Liam, masz minę, jakby cię piorun trzasnął. Masz mnie chyba za idiotkę, jeśli myślisz, że biorę ślub z Finnem – dodała, parodiując mój głos.
– Dostanę przez ciebie zawału – burknąłem. – To jak nie lecisz do ołtarza, to o co tu chodzi?
– O rany, Liam, o nic. Zaprzyjaźniliśmy się po prostu.
– Mhm – mruknąłem. – Ciekawie wygląda ta wasza przyjaźń.
– Spokojnie. Na razie mam raczej dosyć facetów. – Alexia wywróciła oczami. – Poza tym, sikam dzięki jego nerce w moim ciele – dodała. – Uwierz, to nieco mnie odpycha.
– Fakt.
– Ale jestem mu dozgonnie wdzięczna. Zrobił coś niesamowitego. Okazało się, że się dogadujemy. – Wzruszyła niedbale ramionami i zaczęła bawić się paskiem szlafroka. – Nie musisz świrować. Dostałam już nauczkę po Christopherze. Chwilowo chcę pobyć sama.
– Rozumiem. Nie będę się czepiał – odparłem, przenosząc wzrok na ekran, w którym zamiast orki pokazywali teraz pająki.
– Dzisiaj masz koncert, prawda?
Westchnąłem ciężko.
– Tak.
– Będziesz ślicznie wyglądał z worami pod oczami.
– Nic nie poradzę, że nie mogę spać. Nie wiem, dlaczego.
– A ja myślę, że doskonale wiesz.
Zerknąłem na siostrę spode łba.  
– No dobrze. – Odchrząknąłem. – Denerwuję się. Nie spodziewałem się, że jeszcze zobaczę Valentinę.
– W dodatku musicie zaśpiewać piosenkę i to tak, żeby publiczność była zadowolona.
Uparcie wpatrywałem się w pająki.
– Może dobrze się stało. – Alexia dalej mówiła. – Pogadacie i wszystko sobie wyjaśnicie.
– Co tu wyjaśniać? – warknąłem. – Ma Marcusa. Ja poszedłem w odstawkę. Nigdy nie traktowała mnie poważnie.
– Nie wiesz tego.
– Wiem wystarczająco.
– A może tylko tak ci się zdaje? – Siostra prychnęła. – Każda historia ma dwie strony. Może najpierw wysłuchaj wersji Valentiny, zanim całkiem położysz na was krzyżyk.
– Co ci tak zależy? – Odszczeknąłem się, choć przecież to nie była wina Alexii, że miałem nerwy napięte do granic możliwości.
– Zależy mi, głupku, bo lubię Valentinę i wydawaliście się dobraną parą. Nie sądzę, by nie traktowała cię poważnie. Ty jednak jesteś w gorącej wodzie kąpany. Nawet nie zostałeś, by jej wysłuchać, tylko od razu zwiałeś jak…
– Tchórz? – warknąłem. – Nazywasz mnie tchórzem?
– A żebyś wiedział. – Alexia posłała mi oburzone spojrzenie i wstała. Przez głowę nagle przemknęło mi wspomnienie rozmowy z Valentiną w szpitalu – kiedy ona ode mnie odchodziła z powodu Ashley, też powiedziałem, że jest tchórzem. Wolała uciec, niż zaryzykować, czy choćby mnie wysłuchać. Ja postąpiłem tak samo, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.  
Pozwoliłem, by Alexia odeszła. Zostałem sam, gapiąc się na cholerne pająki. W głowie mi huczało. Alexia miała rację – może i byłem tchórzem. Odruchowo sięgnąłem po komórkę i zacząłem przeczesywać najnowsze artykuły w prasie. Szukałem czegoś, co potwierdzałoby, że dobrze zrobiłem – jakiegoś znaku, może zdjęcia Valentiny z Marcusem. Niczego takiego nie znalazłem. Jedyne artykuły na ich temat dotyczyły jedynie filmu, w którym grali. Nie znalazłem niczego, co wskazywałoby na to, że faktycznie byli parą. Powoli zacząłem wątpić w swoje zachowanie i przekonanie, że Valentina pocieszyła się Marcusem. Może się myliłem? Za szybko wyciągnąłem wnioski? Zawsze irytowało mnie to, że Valentina mnie nie słuchała. Tymczasem ja nie wysłuchałem jej. Nawet nie dałem jej dojść do słowa. Uciekłem. Jak ostatni tchórz.
Cholera.

***

Rano czułem się, jakby przejechał mnie walec. Przypaliłem tosty, rozlałem kawę, w dodatku przytrzasnąłem sobie palec o szafkę. Byłem tak zdenerwowany, że nie potrafiłem zrobić najprostszej czynności. W nocy nie zmrużyłem oka, ciągle myśląc o Valentinie i o tym, czy dobrze zrobiłem. Wszystko wskazywało na to, że jednak nie. To powodowało, że denerwowałem się jeszcze bardziej. Zrzucając całą winę na Valentinę, byłem w stanie jakoś funkcjonować. Teraz przepełniało mnie poczucie winy i źle się z tym czułem. Musiałem z nią porozmawiać.
Było dość chłodno, jak na pierwszy dzień listopada, a niebo było pochmurne, jakby zaraz miało zacząć padać. Cóż, pogoda idealnie odzwierciedlała mój stan ducha. Wierciłem się, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. W końcu wziąłem prysznic, ubrałem się i pojechałem do Jacksona, nie mogąc dłużej siedzieć w domu.
Jackson z kolei był jeszcze w dresie, rozwalony na kanapie. Wszedłem do jego domu bez pukania, bo uznałem, że mogłem sobie odpuścić formalności, skoro znaliśmy się już tyle lat. Zdjąłem płaszcz i klapnąłem obok kumpla na kanapie. Jackson chyba lekko przysypiał, ale gdy usiadłem obok niego, poderwał się gwałtownie.
– Kurwa, stary, chcesz mi zafundować zawał? – burknął, widząc mnie.
– Tobie też dzień dobry – rzuciłem.
Jackson przeciągnął się potężnie i zerknął na mój strój.
– Co jest? Spóźniłem się? Niemożliwe, kurwa. To wy się zawsze spóźniacie, nie ja. – Już się podrywał z kanapy, ale go powstrzymałem:
– Nie, jeszcze mamy czas. Po prostu nie mogłem wysiedzieć w domu.
– Stresik, co? – Jackson z powrotem usiadł, szczerząc się lekko złośliwie. – Nie martw się, przecież i tak to my, muzycy, jesteśmy tam najważniejsi. – Poklepał mnie po ramieniu.
– Idiota. Nie koncertem się denerwuję – warknąłem.
– No wiem przecież, jaja sobie robię. Denerwujesz się spotkaniem z Valentiną.  
– Nie byłem na to przygotowany. Nie wiem, co mam jej powiedzieć.
– Nic. Macie śpiewać, a nie gadać.
– Naprawdę uważasz, że pójdę tam tylko po to, by zaśpiewać, po czym spierdolę do domu? Muszę z nią porozmawiać. Nie wiem tylko, czy ona będzie tego chciała, po tym, jak ostatnio ją zostawiłem na progu jej własnego domu. – Patrzyłem wszędzie, tylko nie na Jacksona.
– To może na wstępie przyznaj, że źle zrobiłeś. Ponoć na kobiety to działa.  
– Nie pomagasz – mruknąłem, a Jackson westchnął ciężko.
– Nie ma co rozmyślać – powiedział, klepiąc mnie po ramieniu. – Spotkacie się, zaśpiewacie piosenkę, poproś ją o rozmowę i bądź szczery. Teraz już niewiele możesz zrobić, stary.
Przytaknąłem mu ponuro, myślami będąc już gdzie indziej.

***

Trzy godziny później byliśmy już całą czwórką na miejscu. Nasz koncert zaczynał się dopiero za kilkadziesiąt minut, więc póki co korzystaliśmy z wolnego czasu, by się rozejrzeć. Program zawierał też krótkie przedstawienie, które mieli wystawić aktorzy teatralni, pokaz fajerwerków; były tu też food trucki, z których całkowity dochód miał iść na oddział onkologiczny, a także małe kioski z różnymi pamiątkami z miasta oraz dekoracjami wykonanymi przez dzieci. Podziwialiśmy to wszystko, wcinając hot dogi przed koncertem. Wciąż rozglądałem się, szukając Valentiny, ale nie mogłem jej znaleźć. Rozmyśliła się? Nie dotarła na czas? A może zwyczajnie mnie unikała? Ledwo przełknąłem parówkę z bułką, bo kompletnie nie czułem ich smaku. Zastanawiałem się, czy wyglądałem na zdesperowanego.
– Tu jesteście! – Nagle przed nami wyrósł zadyszany James ze złością na twarzy. – Szukam was od pół godziny, a wy się obżeracie?
– Człowieku, daj żyć – wymamrotał niewyraźnie Finn, przeżuwając swojego hot doga. – Musimy coś jeść. Gdzie się pali?
– Już myślałem, że was tu nie ma – odparł James nieco spokojniej, patrząc krytycznie na policzek Finna, ubrudzony keczupem. – Mieliście być za kulisami.
- Hej! – Usłyszałem nagle głos siostry, która podbiegła do nas energicznie z uśmiechem na twarzy. Włosy związała w koński ogon, który kołysał się energicznie przy każdym jej ruchu. – Połamania nóg! Ubrudziłeś się, brudasie. – Wywróciła oczami i podała Finnowi chusteczkę. Obserwowałem ich kątem oka i po paru sekundach stwierdziłem, że chyba faktycznie nie miałem się czego obawiać – nie wyglądali na dzikich kochanków, tylko na dobrych przyjaciół. Przynajmniej tyle.
– Nie wiedziałem, że przyjdziesz. – Zwróciłem się do siostry.
– Jak mogłabym nie przyjść? – Oburzyła się, ale wciąż się uśmiechała. – W końcu to impreza charytatywna. Zobacz, co kupiłam. – Wyciągnęła z torby glinianą doniczkę. – Prawda, że cudna? Sprzedawca powiedział, że zrobiła ją pięciolatka z guzem mózgu. – Westchnęła ciężko. Już się nie uśmiechała. – To takie okropne. Niby działamy w dobrej wierze, ale czy tak naprawdę można uratować te dzieci?
Zaczęło się robić nieco depresyjnie, ale nie mieliśmy czasu zareagować na jej słowa, bo James popędzał nas, byśmy już poszli przygotowywać się do wejścia na scenę. Na jedną chwilę zapomniałem o Valentinie – do momentu, gdy nie wszedłem za kulisy. Stała tyłem do mnie. Zatrzymałem się, niepewny, co robić. Wyczułem, że chłopaki cicho czmychnęli gdzie indziej, bo nagle zostałem sam. Chciałem się odezwać, ale nie potrafiłem. Patrzyłem, jak Valentina powoli odwraca się w moją stronę.
– Cześć. – Odezwała się delikatnym głosem, przypatrując mi się uważnie. Gardło miałem całkiem suche. Zamiast się odezwać, po prostu stałem tam jak idiota, wpatrując się w nią. Miała srebrne szpilki na wysokim obcasie, a jej ciało opinała bordowa sukienka z dużym – bardzo dużym – dekoltem. Usta miała diabelsko czerwone, włosy wyprostowane. Wyglądała pięknie, obłędnie seksownie, tak, że ledwo byłem w stanie ustać w miejscu.
– Cześć – wykrztusiłem w końcu. Wyprostowałem się i przełknąłem ślinę, usiłując wyglądać, jakby jej strój wcale mnie nie ruszył. – Ładna sukienka – dodałem, czując się jak ostatni kretyn. Naprawdę? To było jedyne, co miałem jej do powiedzenia?
Valentina spuściła wzrok na swoje ciało i skrzywiła się delikatnie.
– James mnie w to wcisnął. Uważał, że przykuję tym uwagę dziennikarzy, ale ja sądzę, że to przesada. – Odetchnęła gwałtownie. – To w końcu impreza dla chorych dzieci. Nie będę tu świecić cyckami, żeby paparazzi cykali jak najwięcej fotek. Muszę się przebrać. – Chwyciła walizkę stojącą obok, przewróciła ją na ziemię, otworzyła i zaczęła przerzucać znajdujące się w środku ciuchy. W końcu wyjęła z niej jakąś czarną, lejącą się sukienkę i wyprostowała się, rzucając mi niepewne spojrzenie. – Nie mam się gdzie przebrać… – rzuciła cicho. – Odwrócisz się, proszę?
Ze ściśniętym gardłem skinąłem głową i zrobiłem, o co mnie prosiła. Przymknąłem oczy, słysząc, jak zdejmuje z siebie sukienkę. Kosztowało mnie to cały mój zapas samokontroli, by się nie odwrócić. W tej chwili najprawdopodobniej stała w samej tylko bieliźnie oraz szpilkach, a ja musiałem stać do niej tyłem, byle przypadkiem tego nie zobaczyć. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale cholernie tęskniłem za jej ciałem, za jej delikatną skórą. Chciałem ją po prostu złapać, przyciągnąć do siebie i…
– Już. – Usłyszałem jej głos i cicho wypuściłem powietrze z ust. W samą porę – jeszcze chwila i chyba bym nie wytrzymał. Odwróciłem się i zobaczyłem, że założyła już czarną sukienkę za kolano. Była dość obcisła i miała cienkie ramiączka, więc wciąż była elegancka, ale już nie odsłaniała jej piersi tak jak ta poprzednia, bordowa – którą teraz Valentina ciskała w kąt.
– Jak wyglądam? – zapytała, podnosząc na mnie wzrok. Utkwiłem spojrzenie w jej czerwonych ustach. Może i dobrze, że chwilowo unikaliśmy pierwotnego tematu – nie potrafiłem się skupić, gdy tak wyglądała.
– Pięknie – powiedziałem tylko, a ona uśmiechnęła się delikatnie.
– W takim razie… – Wyciągnęła w moją stronę rękę z mieniącą się na nadgarstku srebrzystą bransoletką. W jej uszach zobaczyłem kolczyki, które jej dałem na urodziny i coś boleśnie zakłuło mnie w piersi. Chwyciłem jej dłoń, a ona splotła nasze palce. – Zaczynamy?
– Zaczynamy – przytaknąłem, mocno ją ściskając. W tle słyszałem już pokrzykiwania tłumu i chłopaków, brzdąkających na sprzęcie. Wspólnie przeszliśmy te parę kroków oddzielających nas od sceny. Gdy razem na nią wyszliśmy, usłyszałem piski i jakieś westchnienia zachwytów – pewnie to była reakcja męskiej części widowni na Valentinę, ale nie miałem nic przeciwko. Sam ledwo się kontrolowałem – mogłem patrzeć na nią bez końca.  
Chwyciłem mikrofon w momencie, gdy popłynęła muzyka. Bardzo dawno nie słuchałem naszej piosenki, a tym bardziej nie śpiewałem, ale słowa same mi się nasuwały. Twarz Valentiny błyszczała lekko w świetle reflektorów i w tym momencie nagle nic nas nie dzieliło. Gdy zacząłem śpiewać, wydawało mi się, że zobaczyłem w jej oczach łzy. Potem jednak zamrugała i czar prysł – zwłaszcza, gdy nagle puściła moją rękę.  
Śpiewając, uświadomiłem sobie, że ta piosenka była aż za bardzo prawdziwa. Pisząc ją, nie sądziłem, że będzie się odnosić do naszej sytuacji, ale tak było – wierzyłem, że byliśmy sobie przeznaczeni, ale Valentina od początku była sceptyczna. Może miała rację. Może byliśmy jednak skazani na porażkę.  

I know you're wondering why
Because we're able to be
Just you and me within these walls
But when we go outside
You're gonna wake up and see
That it was hopeless after all…

***

Po koncercie ledwo oddychałem. Sam nie wiedziałem, co miałem czuć. W jednej chwili było jak kiedyś, jakby nic się nie zmieniło – i potem, w sekundę, zmieniło się wszystko. Czar prysł. Później Valentina zeszła ze sceny, a ja w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że miałem zaśpiewać jeszcze moją piosenkę – tę, którą napisałem po naszym rozstaniu. Szczerze mówiąc, już nie mogłem się doczekać, aż skończę śpiewać i pójdę odnaleźć Valentinę. Może to była moja reakcja na jej widok, a może w końcu dotarło do mnie, co powinienem zrobić.
Znalazłem ją w tym samym miejscu, co poprzednio, wykręcającą sobie palce. Była zdenerwowana? Na chwiejnych nogach podszedłem do niej i delikatnie obróciłem w swoją stronę.
– Valentina, musimy…
– Porozmawiać – dokończyła za mnie. – Wiem. Chcę ci coś powiedzieć. – Dalej wykręcała sobie palce, ale w końcu wzięła głęboki oddech i spojrzała na mnie poważnie. – Muszę gdzieś zaraz być, dlatego będę się streszczać. – Nagle wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła mojego policzka. – Chciałabym cię odzyskać – powiedziała cicho, a moje serce zatrzymało się na chwilę. – Ale chcę zrobić to inaczej, niż za pierwszym razem. Zbytnio się pospieszyliśmy. Wiem, że dużo się między nami wydarzyło, ale miałeś rację. Nadal mi zależy. – Znowu głęboko odetchnęła, a ja słuchałem jak zaczarowany. – I miałeś rację co do tego, że byłam tchórzem. Odeszłam, bo nie chciałam, żebyś mnie zranił. Zrozumiałam jednak, że to właśnie bycie bez ciebie boli najbardziej. Już nie chcę być tchórzem. – Delikatnie opuściła rękę. – Dlatego… proponuję przyjaźń.
– Przyjaźń? – wykrztusiłem, wciąż trzymając ją za przedramię drugiej ręki.
– Tak. Chwilowo. Poznajmy się na nowo. Wyjaśnijmy wszystko i… po prostu spędźmy ze sobą trochę czasu jako przyjaciele. – Z jej dużych oczu wyzierała nadzieja. – Upewnijmy się, czy chcemy tego samego.
Choć bardzo chciałem ją pocałować, tu i teraz, wiedziałem, że miała rację, dlatego skinąłem głową.
– W porządku. Przyjaźń.
Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy w milczeniu, po czym Valentina się odsunęła.
– Świetnie. Muszę już jechać. – Podniosła walizkę i wysunęła rączkę. – Do zobaczenia, Liam – rzuciła szybko i odeszła, a ja dalej stałem jak wrośnięty w ziemię. Na chwilę przymknąłem oczy i próbowałem się uspokoić. To było za dużo jak na jeden dzień.
Kiedy emocje opadły, w końcu poczułem prawdziwy głód, dlatego wyszedłem poszukać chłopaków i czegoś do jedzenia. Co chwilę ktoś jednak mnie zatrzymywał, prosząc o autograf lub chwilę rozmowy. Oczywiście, nie wypadało odmawiać, więc się zgadzałem. Nagle jednak usłyszałem znajomy głos – głos, który przyprawił mnie o nieprzyjemnie ciarki.
– Mogę prosić o autograf?  
Odwróciłem się, czując, jak całe ciało mi lodowacieje. Kurwa. Jeszcze tej tu brakowało. Co ona tu robi? Miałem nadzieję, że to zwidy, ale nie – przede mną stała Sofía, choć wyglądała inaczej, niż ją zapamiętałem. Miała na sobie normalne ubrania, a włosy zaplecione w podejrzanie grzeczny warkocz. Mimo wszystko, nie siliłem się na uprzejmości.
– Serio? – warknąłem. – Masz jeszcze czelność się do mnie odzywać? Po tym, co zrobiłaś mnie i Valentinie?  
Sofía otworzyła szeroko oczy i zmarszczyła brwi.
– O czym ty… – zaczęła, ale nagle na jej twarz wpłynęło zrozumienie. – Poczekaj, już wiem. Co moja siostra znowu zrobiła? – zapytała cierpko.
– Siostra? – powtórzyłem, zastanawiając się, co tu się, do cholery, wyprawiało.
– Jestem Clara. – Wyciągnęła w moją stronę drobną dłoń. – Siostra bliźniaczka Sofii. A teraz powiedz mi… – Wbiła we mnie ostre spojrzenie. – Co takiego ta franca znowu odwaliła?  

764 czyt.
90%204
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3570 słów i 20488 znaków, zaktualizowała 25 cze o 22:16.

4 komentarze

 
  • Mikki

    Mikki · 28 czerwca · 230360609

    Więc ja ci daje anonimowa łapkę w górę 😀😀 część świetna bardzo dobrze się czyta super 😉 😘

  • candy

    candy · 28 czerwca

    Łał, kolejna łapka w dół, w dodatku pod poprzednimi rozdziałami też. Dzięki, anonimku. Może łaskawie napisz, co się nie podoba, a nie się kryjesz za ikonkami.

  • candy

    candy · 25 czerwca

    dziękuję za anonimową łapkę w dół XD

  • Speker

    Speker · 25 czerwca

    Jesteś mistrzynią, wielki powrót.
    Warto było czekać. Wielkie dzięki, że to nie lipiec