Pirackie Życie 26

Pirackie Życie 26- Dobrze, jesteśmy w komplecie. Chyba każdy z nas tutaj obecnych doskonale wie, dlaczego się tutaj zebraliśmy... By opracować plan zgładzenia cesarza. Wiem również, że będzie to wielce trudne zadanie, nie tylko przez wzgląd na jego flotę, ale przede wszystkim dlatego, iż nie zwykliśmy, by współpracować. Mało tego! Powiem więcej... raczej za sobą nie przepadamy! – odezwał się czarnobrody mężczyzna o posępnym wyrazie twarzy, którego nie bez kozery nazywano Posłannikiem Śmierci, bowiem gdzie by nie zawinął swym ogromnym okrętem, tam ktoś ponosił śmierć. W walkach morskich również nie miał sobie równych, ale jednocześnie znany był z tego, że był bardzo sprawiedliwy i wielu piratów liczyło się z jego opinią. – Nadszedł czas, w którym musimy postawić sobie bardzo ważne pytanie, na które każdy z nas, bez żadnego wyjątku musi szczerze odpowiedzieć... Czy kryjemy się dalej przed wrogim nam Cesarstwem i żyjemy z dnia na dzień, cały czas w śmiertelnym niebezpieczeństwie i obawie, co się z nami stanie, gdy dorwią nas okręty cesarza, czy też odważnie stawiamy mu już dzisiaj czoła i dążymy do tego, by zdetronizować go i zniszczyć jego zakłamane państwo? Postawmy sprawę jasno, gdy wybierzemy drugą opcję, niewiele będzie ona różnić się od tej ścieżki, jaką teraz wszyscy bez mała kroczymy, ale jednocześnie będziemy pełnymi piersiami czuli, że postępujemy zgodnie z własnym sumieniem. Pomyślcie tylko, ile to razy umykaliśmy przed procesem i śmiercią, ile razy głód zaglądał nam w oczy. Niektórzy z was pamiętają również śmierć własnych rodzin, gdy te dostały się w łapska tego kretyna. Nasi umiłowani, niekiedy zupełnie niewinni, jak dzieci, ponosili śmierć tylko dlatego, że byli z nami powiązani w taki czy inny sposób. Cesarstwo chciało nas zniszczyć, w niektórych przypadkach mu się to udało, ale na imię Krwawej Petronelli, wstańmy z kolan, na które rzuciło nas jarzmo cesarza i z dumnie podniesionymi głowami na statkach pod pełnymi banderami stańmy do walki z tym mordercą i pokażmy mu wreszcie, że przestaliśmy się go bać, skoro potrafiliśmy się zjednoczyć w tak trudnej sprawie! – jego gorące przemówienie spotkało się z poklaskiem większości obecnych na spotkaniu kamratów. Większości, bo Jednooki Joe, Skamielina Ruby – najstarsza w swoim fachu piratka licząca sobie dobrze już ponad siedemdziesiąt wiosen, choć mówiło się, że ma jeszcze więcej, tylko słone morskie powietrze dobrze ją zakonserwowało, Bezbarwny Alan, który przydomek ten uzyskał dzięki swojemu białemu wyglądowi – był po prostu albinosem i Orlando Zapaleniec, odmówili Peterowi, a tym samym innym pomocy w tej, jak to określili, szaleńczej i zupełnie niepotrzebnej wyprawie. Natychmiast też opuścili chatynkę i powrócili na swe statki. Niedługo potem po dwu godzinnych manewrach, udało im się wypłynąć spomiędzy kilkunastu potężnych statków i zgodnie obrać kurs poza Czarcią Iglicę. Akurat północny wiatr przywiał gęstą białą niczym mleko mgłę, więc ci, którzy pozostali w zatoce z niemałym podziwem patrzyli na zanurzające się w białej zasłonie majestatyczne sylwetki karawel.
W pół godziny później, kiedy starano się dojść do kompromisu planu ataku na jednostki cesarstwa, gdzieś spoza Czarciej Iglicy dotarły do piratów odległe kanonady dział, lecz wzięto je za atak piratów na jakieś jednostki handlowe, zwłaszcza że nie słychać było odpowiedzi przeciwnika. Choć niektórzy piraci twierdzili, że należy zdwoić uwagę, to takich słów było w sumie niewiele i zaniechano tak bardzo potrzebnej w tamtej chwili ostrożności. Kiedy więc na stojących na kotwicach statkach dostrzeżono wyłaniające się z mgły bandery cesarstwa, wielu piratów obleciał blady strach. Powstał wielki tumult. Kapitanowie zaalarmowani niespodziewanym atakiem wybiegli z chatki akurat w momencie, kiedy galeony cesarstwa rozpoczęły ostrzał w stronę pirackich jednostek. Potężne żeliwne kule armatnie świsnęły w powietrzu, zataczając niewielkie łuki i z wizgiem wbiły się w zakotwiczone statki, chlupnęły w wodę lub zaryły się w piasek, przewracając stojących na brzegu ludzi. Kapitanowie szybko ocenili sytuację – byli na straconej pozycji! Pomimo tego postanowili nie poddać się tak łatwo. Padły natychmiastowe komendy kontrataku. Te najbardziej zewnętrzne statki rozpoczęły ostrzał, celując w okręt flagowy. Okazało się jednak, że jego burty wzmocniono, przed co nawet tak zmasowany atak na niewiele się zdał, zwłaszcza, że część pocisków nawet nie sięgnęła celu, jako że woda była na tyle wzburzona, że miotała jednostkami, uniemożliwiając precyzyjne celowanie. Ponadto zewnętrzne jednostki stanowiły najsłabiej uzbrojone korwety. Silniejsze statki, choć częściowo chronione przez nie, nie mogły prowadzić skutecznego ostrzału.
Do piratów dotarło, że muszą odsunąć korwety, by na światło mogły wyjrzeć trzypokładowe galeony, lub w tym przypadku mocno uzbrojone fregaty. No i należało jakoś zatrzymać ostrzał z cesarskich jednostek, co mogło okazać się nie lada zadaniem.
Skjop wraz z bosmanem stacjonującym na Królu zaczął obmyślać pan przebicia się przez zwarty szyk galeonów i karaweli. Nagle ich wzrok padł na ciężki okręt Sumanta. Obity był on grubymi płatami metalu do połowy swojej wysokości, a dziób w całości zrobiony był z grubego pancerza, i w licznych pirackich opowieściach nosił po prostu nazwę taranowca (przyp.autora: taranowce jako takie powstały dopiero pod koniec XIX wieku w czasie wojny secesyjnej i były albo mocno uzbrojone w działa, albo w ogóle), gdyż potrafił niezwykle mocno się rozpędzić i staranować przeciwnika. Problem tutaj polegał jednak na tym, że nie bardzo było miejsce na to, by nabrać prędkości przy użyciu żagli – Czarcia Iglica i przynależąca do niej zatoka znane były z tego, że wiatry rzadko tutaj dochodziły. Naprędce ustalono więc, że korwety ściągną chwilowo na siebie cały ostrzał nieprzyjaciela, dając z dział ile tylko się da i otworzą przejście dla galeonów i fregat, które z kolei zrobią miejsce dla Sumanty. Pomysł, choć genialny, przedstawiał sobą duży problem, bowiem należało wypchnąć wrogie statki, choć trochę do tyłu, by utworzyć miejsce dla pirackich galeonów. Stanęło w końcu na tym, że największy spośród obecnych tu okrętów żaglowych, bogato zdobiony Galeas o szumnej nazwie Pożeracz Mórz, który w przeciwieństwie do innych okrętów posiadał mocne uzbrojenie dziobowe, dzieki, któremu mógł ostrzeliwać cele znajdujące się przed nim. Po kilku manewrach, które jednocześnie prowadziły do uwolnienia galeonów z potrzasku, ostrzał floty cesarza lekko zelżał, kiedy zostały zniszczone dwa okręty osłaniające ten flagowy.
Kiedy powstał ten wyłom, Pożeracz ruszył naprzód, dzielnie ostrzeliwując wroga i zmuszając go do cofnięcia się. Jednakże zgromadzone za nim jednostki posiłkowe sprawiły, że nie mógł sprawnie wymanewrować. Widząc chwilowy zamęt w szeregach przeciwnika, Sumanta ruszył do boju. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni nabrał prędkości i własnym dziobem staranował okręt flagowy przeciwnika akurat w momencie, gdy ten wykonywał zwrot przez sterburtę. Metalowy dziób Sumanty dosłownie zmiażdżył opancerzoną burtę okrętu, a następnie z łatwością go zatopił. Gdy tylko ruszył do boju, Pożeracz usunął się z drogi, a do akcji ruszyły kolejne pirackie jednostki, ogniem swoich wszystkich dział zmuszając cesarstwo do wycofania się na otwarte morze. Porażka lidera doprowadziła do tego, że inne okręty zawróciły i zaczęły się pospiesznie wycofywać. Zaskoczeni tak szybkim zwycięstwem walki piraci na morzu zaczęli szacować poniesione straty.

1 561 czyt.
100%31
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1356 słów i 7972 znaków.

1 komentarz

 
  • Freya

    Freya · 21 wrz 2016 · 287366622

    Taka bitwa w zatoce, to jak strzelanina na wiejskim odpuście. Gdy okręty są zakotwiczone, tracą swoją wartość bojową i przypominają stado kaczek siedzących na wodzie. Żagle pełne wiatru, wariackie manewry, wściekłość i strach, zapach prochu i krwi, wrzaski i jęki, ogień i woda - oto jest prawdziwa bitwa. Przez ten dym mało co było widać, łeee