Pirackie życie 27

- Wszyscy cali?! - ryknął Peter, podchodząc do burty Smoka.
- Niestety nie — powiedział Skjop. - Mamy kilkunastu rannych i wielu martwych, ale szczerze powiedziawszy mogło być jeszcze gorzej, patrząc na to, w jakich warunkach nas zaatakowali... Większość z nas była na okrętach... Trudniej będzie niestety naprawić statki. Wody tu są niebezpieczne, musielibyśmy zakotwiczyć w jakiejś spokojnej zatoce, na tyle dużej, by pomieścić nas wszystkich i nie zablokować tak, jak tutaj.
- Jest tu coś takiego?
- Pojęcia nie mam. Musiałbym przejrzeć stare mapy, ale zważ, że nie wszyscy będą tam mogli z nami popłynąć. Uziemili Skorpiona i Czarownicę z Flautau.
- Wiem, widzę — mruknął pirat, rozglądając się ponuro po pobojowisku. Niestety wiele statków było uszkodzonych, dwa zupełnie nie nadawały się już do niczego, trzy kolejne też pewnie pójdą na straty. Jak Peter szybko obliczył, zostało im piętnaście sprawnych jednostek, które jak podejrzewał, trzeba będzie dozbroić.
- Mamy kilkunastu rannych, trzeba się nimi zająć, bo wkrótce wszystkich nas dotknie choroba! - krzyknął w jego stronę kapitan Split, dowódca Czerwonego Małża.
- Czy uda nam się naprawić tutaj uszkodzenia? Bo Skjip ma co do tego wątpliwości... - zapytał go jeszcze Peter.
- Powinniśmy dać radę. Wody się uspokoiły... To, czego nie da się już uratować, zastąpimy fragmentami Skorpiona i Czarownicy. A ocalałe jednostki ustawimy na straży. Tu nie będą nam zawadzać, a przy okazji może nas ochronią.
- Więc zabierajmy się do pracy! Podzielcie ludzi na dwa zespoły. Jeden niech zajmie się rannymi, drugi uszkodzeniami. Musimy pracować pełnią sił, nie stać nas na żadne obsunięcia w czasie, bo jeśli tamte okręty dotrą do swoich portów i zaalarmują o wszystkim cesarza, to nie obronimy się.
Pirat kiwnął mu potakująco głową i odszedł na rufę swego statku, by przekazać odpowiednie polecenia.
Na jednostkach dało się wnet słyszeć pokrzykiwania piratów. Zaczęto znosić zabitych na ląd. Peter z trwogą patrzył na ponad setkę martwych ludzi i krew gotowała się w jego żyłach. Miał ochotę wyruszyć w pogoń już teraz, natychmiast, ale dobrze wiedział, że w ten sposób przyniósłby na siebie tylko zgubę.

Po kilku godzinach kapitanowie zebrali się na kolejnej naradzie wojennej, analizując to, co się niedawno stało i to, co się dopiero wydarzy. Obliczono, że aby dogonić cesarską flotyllę, musieliby wyruszyć najpóźniej za cztery dni. Postanowiono więc z ciężkim sercem dobić tych najbardziej rannych, by nie opóźniali wyruszenia w drogę. Tych na szczęście nie było wielu i można było wmówić pozostałym, że tamci zmarli z powodu odniesionych ran. W czasie ich rozmowy przez cały czas słychać było miarowe stukania młotów, rżnięcia drewna i czasami również plusku wpadających do wody części statków, które miały iść do spalenia. Z nich bowiem planowano ułożyć potężny stos pogrzebowy i w ten sposób oddać cześć poległym towarzyszom.
- Eee, Peter — rzekł nagle Split. - Czemu kazałeś rozpalić ogień na swym statku?
Pirat spojrzał na kamrata, jakby ten postradał nagle rozum i odparł zdumiony:
- Nie kazałem rozpalać żadnego ognia! - I odwrócił się w stronę wody. Wytrzeszczył w przerażeniu oczy, widząc, że część jego statku stoi w płomieniach. Rzucił się do najbliższej szalupy, lecz kiedy w pocie czoła dopłynął w końcu do Smoka, ogień został zduszony przez zaalarmowanych pożarem piratów. Kiedy wdrapał się po sznurkowej drabince na pokład, dogaszano właśnie tlące się jeszcze liny zapasowe złożone przy dziobie.
- Jak to się stało? - zapytał usmolonego bosmana.
- Nie mam pojęcia, kapitanie — odparł dobrze zbudowany mężczyzna. - Gdy wybiegliśmy na pokład, ogień już był wzniecony i powoli docierał do dziobu.
- Jest! - ryknął nagle ktoś za nimi. - Trzymajcie, ja lecę po kapitana.
Peter rozejrzał się w poszukiwaniu źródła głosu i dojrzał wbiegającego po schodkach młodego chłopaka.
- Kapitanie. Udało nam się złapać podpalacza! - powiedział dumnie, hamując przed zaskoczonym piratem.
- Prowadź — rzekł natychmiast Peter. - Kto to taki?
- Ummm... Lepiej będzie, jak pan kapitan sam się o tym przekona — powiedział młodzieniec, sprowadzając dowódcę na niższy pokład. W mdłym świetle księżyca wpadającego do środka przez szczeliny w burcie Peter dojrzał czwórkę swoich ludzi, trzymających jakąś postać, której twarz osłonięta była szmatą.
- Kto? - zapytał Peter krótko. Jeden z mężczyzn gwałtownym szarpnięciem odsłonił twarz agresora.
- Tatia! - szepnął zdumiony pirat. - Cóż to ma znaczyć?! - ryknął wzburzony. - Dlaczego ta suka nie siedzi w klatce? Kto śmiał ją wypuścić?!
- Szukamy winowajcy, kapitanie — rzekł Skjop, podchodząc do przyjaciela. - Wychodzi jednak na to, że ktoś albo naumyślnie podrzucił jej klucze, albo zrobiła to jakaś oferma losu... Zapewniam, że gdy tylko dojdziemy kto to, zostanie on przykładnie ukarany!
- Wiem... A z nią na górny pokład! - obrócił się na pięcie i wyszedł na górę, nawet nie oglądając się na pozostałych. Po wyjściu spod pokładu zauważył, że przy trapie prowadzącym na Niezwyciężonego zebrało się kilkunastu innych piratów. Kiwnął im głową i odwrócił się do swoich ludzi prowadzących związaną i przede wszystkim wściekłą Tatię. Pchnęli ją mocno na brudne deski i ustawili się półkolem za nią.
- To, że ewidentnie chciałaś nas zniszczyć, nie ulega żadnej wątpliwości, bo moi ludzie pojmali cię, gdy podkładałaś ogień... Pewnie miałaś jakieś tam swoje chore pobudki co to tego, to mnie chwilowo nie interesuje... Powiedz, na czyje zlecenie to zrobiłaś?
- Wal się! - prychnęła rozeźlona. - Nic ci nie powiem, skurwielu!
- Zastanawia mnie, dlaczego aż tak bardzo mnie nienawidzisz?... - mruknął, jakby nie dosłyszał jej poprzednich słów.
- Bo mnie zostawiłeś akurat, kiedy cię potrzebowałam! - ryknęła, z trudem tłumiąc w sobie chęć rzucenia mu się do gardła i przegryzienia tętnicy. - Przez dziewięć miesięcy nosiłam pod sercem twoje dziecko! A ciebie przy mnie nie było!!! Musiałam je zabić...
Peter i pozostali mężczyźni oniemieli.
- Coś ty powiedziała? - jęknął mężczyzna. - Mówiłaś, że ten chłopiec znajduje się na innej wyspie...
- Jego grób — sprostowała. Pirat dopadł do niej i schwycił ją mocno za gardło.
- Dlaczego to zrobiłaś, suko? - wysapał, przez zaciśnięte zęby.
- By nie mieć o tobie żadnych wspomnień — wyznała cicho.
- Jesteś nienormalna! - syknął z niesmakiem. - Powinienem cię teraz zabić, dziwko za to, co zrobiłaś mojemu synowi, a także za próbę zniszczenia mojego statku... Pozwolę ci jednak żyć ze świadomością, że jesteś gnidą!... Pochodnię!... Trzymajcie ją płasko na ziemi! - zwrócił się do swoich ludzi, którzy położyli kobietę na deskach. Peter tymczasem dobyty sztylet rozgrzewał do czerwoności w płomieniu pochodni. Zbliżył się z żarzącym się ostrzem do twarzy Tatii. Kobieta wytrzeszczyła w przerażeniu oczy, patrząc, jak czubek ostrza opada na jej czoło. Wrzasnęła w paroksyzmie bólu, gdy Peter zaczął wycinać jej na czole wygięty w dół łuk, który zawsze i wszędzie zwiastował smutną minę dziecka, pod tym strzałę skierowaną w dół, a pod grotem spłaszczony x, podobny do skrzyżowanych piszczeli na pirackich banderach. Ten trzyelementowy znak w całym ich znanym świecie oznaczał ni mniej, ni więcej, tylko oświadczenie "Jestem dzieciobójcą". Peter wiedział, że z czymś takim na czole nie żyje się zbyt długo. Gdy skończył, twarz Tatii zalana była na wpół skrzepłą krwią, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach palonej skóry.
- Przynieście tu jakiś klocek drewna — zażądał, podnosząc się z kolan. Z miną świadczącą o tym, że kobieta jest dla niego nikim, kto mógłby zasługiwać, choć na szczyptę jego szacunku, podniósł ją brutalnie za włosy. Jego ludzie przynieśli niewielki pieniek i obstąpili tę dwójkę ciasnym kołem.
- Połóż prawą dłoń na pieńku — zakomenderował. Kobieta spojrzała na niego wściekłym spojrzeniem. - Kładź, mówię! - huknął na nią. Wzdrygnęła się, ale posłusznie spełniła polecenie. - Trzymajcie ją!... Daj! - Peter zwrócił się do kamrata stojącego za plecami naznaczonej kobiety. Ten zdumiony spojrzał na zawieszony u pasa toporek i z wyraźnym wahaniem podał go swemu dowódcy. Teraz pirat zwrócił się do swej niegdysiejszej miłości. - Chyba nigdy nie nauczysz się odpowiednio dobierać sobie wrogów, Tatia... A to kara za to, że ośmieliłaś się podnieść rękę na moją jednostkę. - chwycił trzonek toporka w obydwie ręce i wziął długi zamach. Ostrze świsnęło nieprzyjemnie w powietrzu. Głuchą ciszę rozdarł agonalny wrzask bólu Tatii, gdy ostrze zagłębiło się w jej nadgarstek. Posoka trysnęła wokoło. Piraci spojrzeli z całkiem nowym szacunkiem na Petera, gdy ten wziął kolejny zamach, tym razem dużo potężniejszy. Tym razem ostrze nieprzyjemnie zgrzytnęło po przecinanej kości i zagłębiło się po chwili w twarde drewno. Tatia straciła przytomność...
- Opatrzcie ją, bo nie chcę, by się wykrwawiła, a potem wrzućcie ją do karceru. Straż non — stop przy jej celi. Jeden posiłek dziennie, chleb i woda. Koniec pieśni... Reszta ma się zająć naprawianiem szkód wyrządzonych przez tę idiotkę oraz ratowaniem rannych... Jazda!

1 988 czyt.
100%101
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1693 słów i 9683 znaków, zaktualizowała 6 paź 2016.

1 komentarz

 
  • Freya

    Freya · 6 paź 2016 · 287366687

    Na taką wczesną porę trochę nieprzyjemna scena, ale teraz jak se zamontuje haka, to jej żaden dupek nie podskoczy. Czemu chcesz skończyć to opko?