Pirackie Życie 17

Skjop kiwnął głową. Wkrótce obydwa galeony wzięły ostre zwroty przez sterburtę. Wiatr, który właśnie przed chwilą zmienił kierunek i dmuchnął w nich ze zdwojoną siłą, sprawił, iż żagle wydęły się mocno. Sprawiło to, że statki pomknęły chyżej po wzburzonej wodzie. Niemal równolegle, lecz bardziej z przodu, do cesarskich jednostek zbliżały się też inne pirackie okręty, co kilka chwil oddając kolejne salwy.
Niezwyciężony oraz Smok- okręt flagowy Petera dopiero w dużo mniejszej odległości od cesarskich statków rozpoczęły swój ostrzał, zwiększając tym samym uszkodzenia kulami armatnimi. Potężne kule raz po raz odrywały fragmenty okrętów. Ludzie na pirackich jednostkach z pewnym podziwem obserwowali, jak cesarski galeon i monitor, choć wzięte w ostry dwustronny ogień, dzielnie odpierały ataki, samym atakując. Niestety, dla nich, niezdolni byli zbyt długo odpierać tak zmasowany atak. W końcu pociski roztrzaskały doszczętnie dziób drugiego galeonu płynącego pod cesarską banderą. Kolejne kule wybiły dziurę tuż poniżej jego pokładu strzelniczego, dzięki czemu piraci widzieli, jak armaty zapadają się jedna po drugiej. Kilka minut później Niezwyciężony prując wysokie fale, swoim wzmocnionym dziobem staranował rozpadający się okręt nieprzyjaciela. Przepływając między szczątkami jednostki, oddał jeszcze salwę do monitora. Wkrótce pozostałe okręty dodały do tego swe pociski, niszcząc wspaniały zdobny pokład górny okrętu, na którym w chwilę później wybuchł pożar. Kolejne pociski sprawiły, iż potężne maszty zaczęły się łamać. Strzeliły naprężone reje, przez co ciężkie płachty podziurawionych żagli opadły na pokład, swym ciężarem przegniatając kilku żeglarzy. Nieszczęśnik umiejscowiony na bocianim gnieździe wyleciał z niego, jak z katapulty, gdy maszt złamał się i żłobiąc głębokie rozdarcie w bocznej balustradzie pokładu, runął na niego niczym ścięta wichurą gałąź. Monitor podskoczył lekko na falach, zdarty gwałtownym uderzeniem grubego słupa. Kolejna salwa pozbawiła go mostku i rufy, przez co w końcu zaczął tonąć w zastraszającym tempie. Wtedy ostrzał na wszystkich okrętach ustał, a one same zmniejszyły swą prędkość, podciągając po jednym żaglu.
- Wyłówcie niedobitków. Wysadzimy ich w pobliżu dużego garnizonu, niech cesarz wie, że nie tak łatwo nas złamać — powiedział Peter, oglądając się na Skjopa. - A potem zacumujcie w jakiejś zatoce. Trzeba sprawdzić jak poważne są uszkodzenia.
- Już się robi!... Peter, a co z nimi? - pierwszy wskazał ręką na dwa statki, które przyszły mu z pomocą.
- Jeśli się nie mylę, to popłyną za nami. Ten człowiek nie przepuści okazji do chełpienia się — mruknął kapitan z marsową miną. - Mam dość tego człowieka!
Jego przyjaciel otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej zaniechał tego, bo pokręcił tylko głową i odszedł wydać załodze odpowiednie rozkazy. Peter natomiast oparł się ciężko o burtę Smoka, ponurym wzrokiem patrząc jak ocaleli z pogromu marynarze walczą o przeżycie w lodowatej wodzie. Po w sumie dwóch nawrotach obydwu należących do Petera statków, wszyscy których dało się jeszcze uratować, zostali złożeni na deskach pokładów i prowizorycznie okryci szmatami, by przetrzymali podróż do najbliższego garnizonu. Natomiast uratowanymi kamratami zajęto się o niebo lepiej. Natychmiast otrzymali ciepłe pledy do okrycia i po porządnym kielichu siwuchy na rozgrzewkę. Po niektórych było widać, że jeszcze chwilę poprzebywaliby w tych zimnych odmętach, a i oni straciliby w nich swój żywot.
Podróż na najbliższy suchy ląd, gdzie dwóch kapitanów niepałających do siebie miłością mogłoby pogadać, zajęła im kilka godzin, podczas których wszyscy wyciągnięci z wody, łącznie z wrogami, doszli już w miarę do siebie. W dużej mierze odbyło się to też dzięki ciepłej strawie, którą otrzymali, chociaż w przypadku więźniów były to ledwo jadalne pomyje.

Peter pierwszy dobił do brzegu i teraz z wielką niecierpliwością oczekiwał na swego przeciwnika, któremu w dużej mierze zawdzięczał swoje dość spektakularne zwycięstwo. Chodząc nerwowo w te i wewte po plaży usianej drobnymi kamyczkami, patrzył, jak z okrętu było nie było nieprzyjaciela, zostaje opuszczona łódź, która wraz z samotnym człowiekiem w czapce kapitańskiej zmierza ku plaży.
- No, no, no, no!!!... Kogóż moje piękne oczy widzą! - zakpił starszy mężczyzna, wysiadając na brzeg.
- Spieprzaj! Czego ode mnie znów chcesz? - warknął wściekły Peter, zatrzymując się w pewnej odległości od pirata. - Pomogłeś mi, za co dziękuję, a teraz zjeżdżaj, jeśli nie masz mi nic ważnego do powiedzenia!
- Jak śmiesz się tak do mnie odzywać?!
- Normalnie... To tyle, bo jestem zajęty.
- Winny jesteś mi kolejną przysługę, chłystku!
- Bynajmniej! Niczego nie jestem ci winien... - Peter odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, lecz na miejscu zatrzymały go słowa tamtego:
- To twoja wina, że córka ma i wnuczka nie żyją!
- Skąd niby miałem wiedzieć, że ten pojebaniec je zabije za moją niesubordynację?! - Peter ryknął na niego tak potężnie, że aż z pobliskich krzewów poderwało się niewielkie stadko ptaszków. - Byłem przygotowany na to, że ukaże mnie! Myślisz, że ich śmierć mnie nie dotknęła? To ja, a nie ty musiałem patrzeć, jak obydwie zostają brutalnie zamordowane, jak cesarz śmieje mi się prosto w oczy, mówiąc, że od dawna szykował dla mnie właśnie taką karę.
Stary pirat wzdrygnął się mimowolnie, słysząc nutę szaleństwa dźwięczącą w głosie swego byłego zięcia.
- Nie obchodzi mnie, jakie masz wymówki. Fakt pozostaje faktem, dwie najbliższe mi osoby nie żyją i to ty jesteś bezpośrednim sprawcą ich śmierci... I nie pieprz mi, że i ty miałeś na uwadze ich dobro, bo nigdy w to nie uwierzę. Uwiodłeś mi córkę i sprawiłeś, że przez cały okres waszego zasranego małżeństwa cierpiała — mówiąc to, splunął mu pod nogi. - W rzyci mam to, jak bardzo cierpisz po ich utracie. Nigdy nie daruję ci tego, co uczyniłeś mojej dziewczynce i to właśnie przez pamięć o niej nie zabiję cię dzisiaj, pozwolę ci jednak żyć dalej ze świadomością, że jej odejście było tylko i wyłącznie twoją sprawką... Módł się jednak chłopcze — gwałtownym ruchem wyszarpnął swoją szablę z pochwy i przyłożył ją do krtani Petera — byśmy już nigdy więcej się nie spotkali w takich okolicznościach, bo wtedy pomogę Cesarstwu, a nie tobie.
Odwrócił się na pięcie i odszedł do swej łodzi, która, gdy tylko dopłynęła do jego okrętu flagowego, została natychmiast wciągnięta na pokład, a korweta i karawela odpłynęły, wkrótce znikając na horyzoncie.
Peter tymczasem siedział na omszałej kłodzie drzewa z głową wspartą na rękach. Na kolanach jego spoczywał mu przygotowany do strzału pistolet. Pirat trząsł się, jakby trawiła go wysoka gorączka. Skjop, który dopłynął na plażę wraz z kilkoma kamratami parę chwil później, przeraził się, gdy spostrzegł błysk stali w roztrzęsionych rękach przyjaciela. Rzucił się ku niemu, ze zgrozą patrząc na przykładną do skroni lufę. Ostatkiem sił wykonał pad do przodu, w celu wytrącenia mu broni.
W cichym, morskim powietrzu rozszedł się głośny wystrzał, a w chwilę później odgłos dwóch walących się na ziemię ciał. Pozostali na pokładach obydwu statków piraci struchleli na sam ten dźwięk. Dobiegli niemal w większości do burt, chcąc dojrzeć co takiego wydarzyło się na niezbyt odległej plaży. Ujrzeli, jak na kolana podnosi się z piasku ich pierwszy oficer, a tuż koło niego nieruchomo leży Peter.

1 781 czyt.
100%21
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1414 słów i 7919 znaków.

1 komentarz

 
  • Kuri

    Kuri · 3 maj 2016

    ... I tak wiem że Peter przeżyje xD