Pirackie życie 11

- O wielki Władco Mórz! - jęknął Skjop, rozglądając się wkoło szeroko otwartymi oczami. Nie mógł uwierzyć, że aż tyle osób postradało tu swój żywot. - Dalej sądzisz, że to był dobry pomysł, by tutaj przypływać? - zwrócił się do stojącego przy nim Petera.
- Nie. Ale jeśli to pozwoli nam znaleźć Tatię i wyjaśnić dlaczego porzuciła małego, to przestanę narzekać na zniszczenia okrętów.
Jego zastępca spojrzał na niego ukradkiem i uśmiechnął się delikatnie. Zastanawiał się czy jego kapitan przez przypadek nie czuje czegoś jeszcze do tej kobiety. Z drugiej jednak strony zastanawiał się jak potoczy się ich rozmowa i modlił się o to, by Tatię spotkała zasłużona kara.
Spojrzał w lewo, gdy przepływali obok potężnej skały wystającej z ziemi i jego oczom ukazał się bardzo nietypowy tutaj widok- drewniane domki ustawione niemal jeden przy drugim, jakieś 100 metrów od linii brzegu. Może i nie byłby to aż taki niecodzienny widok, gdyby nie ulatujący z dwóch kominów dym i kilkoro ludzi krzątających się na tarasach. Ci, gdy tylko ujrzeli dwa potężne statki, niespodziewanie zaczęli wiwatować.
- Kim oni są? - zapytał Bert, bosman znany ze swej ciężkiej łapy i ciętego języka, którego od czasu doświadczał również sam Peter.
- Nie mam pojęcia - odparł kapitan, przyglądając się uważnie ludziom zgromadzonym na plaży. - Na wszelki wypadek przygotować działa. Ludzie mają się uzbroić. Spuścić szalupy z obydwu okrętów... Idzie ze mną dziesięciu ludzi. Jeśli ktoś was zaatakuje, zabijcie bez żadnych skrupułów. Przekażcie to na Niezłomnego. Mają być gotowi za godzinę.
  
Wkrótce jeden z piratów przedostał się na drugi okręt Petera, gdzie już po chwili dało się dostrzec potężne ożywienie załogi, gdy ludzie zaczęli szykować się do zejścia na ląd.
Niedługo potem obydwa okręty spuściły na wodł dwie szalupy, które żwawo popłynęły w stronę brzegu, jednakowoż oddalając się lekko od rozentuzjazmowanych mieszkańców wyspy. Piraci kurczowo sciskali w dłoniach swe szable. Po krótkim "rejsie" wyszli na brzeg i pełni w sumie uzasadnionych obaw czy nie zostana zaatakowani, rozglądali się wkoło, skupieni przy swoim dowódcy, gotowi w każdej chwili go bronić.
Wkrótce z grupy wciąż radosnych ludzi oderwało się trzech mężczyzn, którzy raźno ruszyli w stronę czekających piratów. Gdy podeszli, najstarszy z nich odezwał się trzęsącym się głosem:
- Jam jest Randar, mości panowie. Radzi jesteśmy widzieć tak zacnych gości na tym zapomnianym przez bogów kawałku oceanu. Schodźcie, panowie ze swych statków i rozgośćcie się w naszych domach, jak u siebie.
Pater spojrzał na niego lekko zaskoczony i jakby nie słyszał jego wcześniejszych słów, odparł:
- Szukamy naszej przyjaciółki. Na imię jej Tatia. Jest piratem, jak my. Podejrzewamy, że może tu przebywać.
- Nie znamy nikogo o takim imieniu... Poza tym. Nas nie obchodzi jaki wasz zawód... Chodźcie, urządzimy przyjęcie na waszą cześć.

1 693 czyt.
100%63
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 562 słów i 3091 znaków.

3 komentarze

 
  • fan

    fan · 7 kwi 2016 · 302355560

    Świetne opowiadanie, naprawdę rewelacyjne, ale proszę o dłuższe części. Nim Zacznie się człowiek wkręcać, ...a to już koniec :(

  • Kuri

    Kuri · 28 mar 2016

    O.o Cóż to za ludzie?

  • Wampiraczek

    Wampiraczek · 28 mar 2016

    Ekstra czekam na następną część