Pirackie życie 18

Marynarze na pokładach obydwu okrętów omal nie powypychali się za burty, chcąc dojrzeć co z ich kapitanem. Wkrótce też spuszczono trzy szalupy, a w jednej z nich siedział chirurg. Tymczasem Skjop podniósł się znad Petera, ale zaraz opadł koło niego na kolana, widząc twarz przyjaciela zalaną krwią. Nieomal serce stanęło mu w piersi na ten widok. Pirat starał się wyczuć jakoś tętno przyjaciela, ale ręce trzęsły mu się tak bardzo, że w żaden sposób nie był w stanie tego wykonać. W końcu jednak poczuł się trochę pewniej, gdy koło niego pojawił się lekarz. Choć też było widać, że jest poważnie przejęty wypadkiem Petera, to do rzeczy zabrał się niezwykle sprawnie. Przede wszystkim za pomocą niewielkiego zwierciadła sprawdził, czy pacjent jego oddycha, a kiedy lśniąca powierzchnia leciutko zmatowiała, natychmiast kazał przenieść pirata na mniej piaszczysty teren, a potem sprowadzić z pokładu baniak czystej wody. Gdy tylko mu to dostarczono, delikatnie obmył ranę na głowie.
- Co z nim? - zapytał Skjop, który cały czas mu asystował. - Wyjdzie z tego?
- Kula mocno otarła się o skroń, parę centymetrów ku środkowi i byłoby po naszym kapitanie... Jednakże jeszce nie wiem, czy przeżyje. Jest w bardzo ciężkim stanie, krew cały czas wypływa, traci naprawdę dużo sił... Musimy przenieść go na pokład. Tu jest zbyt dużo piachu, który jeśli dostanie się do rany, to mogiła.
Pierwszy oficer kiwnął nieznacznie głową, po czym zlecił ludziom przygotować odpowiednią lektykę dla rannego, by natychmiast przetransportować go na Smoka. Przerażeni piraci rzucili się w niewielki lasek celem ścięcia drzewek. Uwinęli się tak szybko, że nawet zmartwiony stanem Petera konował nie zbeształ ich za opieszałość. Wkrótce ich towarzysz został złożony na deskach pokładu, a wokół pracującego nad nim chirurga zebrał się spory tłumek gapiów, którzy bardzo chcieli asystować lekarzowi, tyle że bardziej mu przeszkadzali, niż pomagali. Zostali też przez niego w końcu opierdzieleni:
- Gówno się znacie na tym, co teraz robię, a sterczycie tutaj, jakbyście byli w tym mistrzami! Wypieprzać mi stąd, bo prędzej mu zaszkodzę przy waszej zasranej pomocy, niż zrobię coś dobrego!!!
Piraci popatrzyli po sobie zaskoczeni jego wybuchem, ale widząc też karcący wzrok Skjopa, udali się też do swych naglących zajęć. W końcu zaczęło być słychać odgłosy naprawy obydwu okrętów, niemal w rytm, których konował pracował nad rannym. Minęło sporo czasu, zanim zdołał wreszcie na tyle zatamować krwawienie, by dostać się do uszkodzonej kości czaszki.
- Kość mocno naruszona, ale nie widać, by pękła i wniknęła w mózg, więc mam nadzieję na uratowanie go — mruknął cicho do Skjopa pokrytego kropelkami potu.
- Ile czasu jeszcze potrzebujesz na poskładanie go?
- Co najmniej godzinę. Być może więcej.
- Czegoś jeszcze chcesz?
- Większej ilości wody.
- Przyniosę — odparł Skjop, podnosząc się z pokładu.

Dwie i pół godziny trwała jeszcze operacja, bowiem zaaferowany chirurg popełnił o tyle poważny błąd, że ten niemal kosztował Petera życia, a Skjopa rozwścieczył do tego stopnia, że pirat zapowiedział lekarzowi, że ten zostanie wyrzucony za burtę, kiedy Peter będzie się już dobrze czuć. Co prawda w pierwszym odruchu chciał nieudolnego mężczyznę wyrzucić od razu, ale potem poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że zabicie osoby, od której w dużej mierze zależeć będzie życie jego kapitana nie jest zbyt dobrym pomysłem. Kiedy już cały proces operacyjny został zakończony, nieprzytomny kapitan został przeniesiony do swojej kabiny, z której z kolei na czas nieokreślony został wyeksmitowany mały Oskar, który tymczasowe schronienie znalazł w kajucie Skjopa. Zahartowany w trudach pirackiego życia mężczyzna zawsze miękł na widok "szklanych" oczu chłopczyka, dlatego też bez żadnego zająknięcia się, przejął chłopca pod swoją pieczę.
Naprawa uszkodzonych fragmentów statków zajęła pracowitym piratom aż trzy dni, lecz w końcu obydwa galeony wypłynęły znów na otwarte wody oceanów, kierując się do najbliższego fortu, gdzie planowali odstawić pojmanych ludzi cesarza. Komendę na obydwu statkach objął oczywiście Skjop i trzeba tutaj uczciwie powiedzieć, że okazał się doskonałym kapitanem.

Dwa tygodnie płynęli już w stronę odległego fortu Ihst Wharf, w którym chcieli wypuścić żołnierzy. Duża odległość od stolicy miała zapewnić im bezpieczne udanie się na neutralne wody Jost Tides, zanim o wszystkim zostanie zaalarmowany cesarz. W tym czasie stan rannego nie poprawił się choćby o jotę.

1 638 czyt.
100%21
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 815 słów i 4774 znaków.

1 komentarz

 
  • Kuri

    Kuri · 15 maj 2016

    Ani się waż zabić mi Petera D':