Pirackie życie 20

Już po pierwszym zdaniu pirata w Skjopie coś się zagotowało. Z wyraźną furią natarł na kompana, zwalając go z nóg i przykładając mu z pięści. Dopiero po dłuższej chwili zaalarmowani okrzykami inni piraci, rozdzielili dwóch agresorów.
- Co jest grane? - tubalnym głosem zadudnił kucharz, trzymając w swych muskularnych ramionach lekko poturbowanego Skjopa, nie pozwalając mu się ruszyć.
- Irdan raczył stwierdzić, że w moim osobistym interesie leży, by Peter się nie wybudził, bo wtedy obejmę dowództwo na obydwu okrętach... Jest to oczywista i najprawdziwsza bzdura i nie omieszkałem go o tym poinformować! - syknął Skjop, spluwając krwią z przeciętej wargi, bo
pomimo jego gwałtownego ataku, Irdan zdołał zadać mu kilka ciosów.
- Dlaczego tak powiedziałeś? Dobrze przecież wiesz, że nasz kapitan i pierwszy od dawien dawna są dobry przyjaciółmi i bardzo wątpię w to, by Skjopowi zależało na śmierci Petera... Niemniej jednak uważam, że obydwoje zachowaliście się karygodnie, niczym para rozwydrzonych
dzieciaków.
Pierwszy oficer zwiesił głowę, czując, że kucharz ma niestety rację. Że on szanowany pirat dał się ponieść tak niepotrzebnych w tym momencie emocjom.
- I tak nie będę przepraszać. Zrobiłem to, bo tak należało i wierzę w swoją rację, chociaż być może zadziałałem zbyt ostro — powiedział po chwili, nie patrząc na Irdana. Wkrótce poczuł, jak kucharz wreszcie go puszcza.
- Jak dzieci, no naprawdę! - Skjop dosłyszał słowa swego kamrata, gdy ten odchodził do własnych obowiązków.
Pirat natomiast odszedł w końcu do własnej kajuty, gdzie zastał brzdąca bawiącego się na drewnianej podłodze. Oskar spojrzał na niego z wyraźną nadzieją w ślepkach, ale widząc wściekłą minę dorosłego, nie zadał nurtującego go pytania. Oprócz tęsknoty za Peterem, który okazał mu dość serca, mały tęsknił też za mamą. I było to niesamowitym fenomenem, gdyż matki swojej nigdy nie widział, ale wyczuwał ją gdzieś w pobliżu, o czym ani Skjop, ani tym bardziej nawet Peter nie mieli bladego pojęcia. Oskar czuł, że ciągnie go pod pokład i sam nie miał pojęcia czemu, jednakże obawiał się reakcji opiekuna, gdyby poprosił go o zejście tam. Koncentrował się więc swym małym serduszkiem na Peterze, którego w końcu zaczął uważać za ojca.


Po tygodniu w miarę spokojnego rejsu zaczęli zbliżać się do Półwyspu Północnego Urory, gdzie mieli zamiar odstawić brańców. W tym celu sternik kierował okręt ku odległemu fortowi Krwawy Diament, który przydomek ten zyskał w czasie starożytnych walk pomiędzy ówczesnym księstwem Wschodniego Morza, a jak się wtedy wydawało pewnym zwycięzcą, Imperium Północnych Szczytów. Księstwo przeistoczyło się później w obecne Cesarstwo, a Imperium zmieniło nazwę na królestwo Efrusu.
Wtedy też fort ten, którego oficjalnej nazwy już nikt nie pamiętał, okrył się złą sławą podczas brutalnego mordu dokonanego przez załogę fortu na niewinnych cywilach, którzy przybyli tam w nadziei na schronienie. Legendy po dziś dzień głoszą, że przez tydzień morze w promieniu wielu mil zabarwione było na czerwono. Wiele lat później miejsce to stało się obiektem zsyłki co gorszych żołnierzy. Tam też teraz kierował się Smok i Niezwyciężony.
Peter natomiast bardzo powoli odzyskiwał siły, choć był już mocno wychudzony. Lekarz opiekujący się nim orzekł, że mężczyzna wybudzi się najprawdopodobniej tego samego dnia, w którym uwolnią brańców. Skjop cieszył się z tego powodu bowiem oznaczało to, że za kilka tygodni ich kapitan powróci do służby, Oskar odzyska przyszywanego ojca, a Tatia być może otrzyma od pirata jakąś karę. Chociaż gdyby tak zapytać go, dlaczego chciał by kobieta ta została ukarana, miałby problem ze sformułowaniem odpowiedniej odpowiedzi.

Zapadł już ciemny wieczór, gdy obydwa okręty podniosły kotwice i ruszyły w ten najkrótszy odcinek drogi dzielący ich od Diamentu. Wszystkie iluminatory na pokładach pozasłaniane były ciemnymi tkaninami, by nie prześwitało przez nie światło. Płynęły niemal bezszelestnie, dwa czarne potwory w mroku nocy i tylko naprawdę dobry obserwator zauważyłby je w tej niemal namacalnej gęstwinie nocy.
W końcu jednak cztery szalupy zostały opuszczone na morze, a dwie z nich zawierały lekko makabryczny podarunek dla cesarza — upolowane i zmasakrowane mewy. Ptaki te były bowiem jego ukochanymi zwierzętami i widniały nawet w jego osobistym godle. Zabicie mew było więc widocznych znakiem, że piraci nijak mają się do wysłanych za nimi listów gończych i drwią sobie z osoby władcy.

Przez dłuższą chwilę piraci skupieni na pokładach wsłuchiwali się w kompletnie cichą noc, kiedy nic się nie działo. Rejwach zaczął się, dopiero kiedy szalupy wpłynęły w krąg światła rzucanego przez wysoko osadzone w bramie pochodnie. Żołnierze stacjonujący na blankach na widok swych towarzyszy skrępowanych linami i wyglądających na skrajnie wyczerpanych, rzucili się natychmiast w ich stronę, chcąc wydostać ich na suchy ląd, jednocześnie wypatrując tych, którzy cesarskich żołnierzy tak okrutnie potraktowali. Wtedy też według planu, Skjop wydał natychmiastowy rozkaz:
- Ostrzał ze wszystkich dział!
Huknęła salwa kilkudziesięciu armaat, na krótką chwilę oświetlając obydwa galeony.

1 657 czyt.
100%31
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 946 słów i 5467 znaków.

1 komentarz

 
  • Kuri

    Kuri · 25 maj 2016

    Szczerze... Miło i fajnie się czyta, ale tych postaci, to jest jak na lekarstwo D: