Czarna Krew r.23 - ostatni

Zmęczona Elaine obudziła się, gdy słońce stało już wysoko na niebie. Uniosła dłoń, by osłonić oczy przed rażącymi promieniami i dotarło do niej, że leży w miękkiej i czystej, acz niezbyt drogiej pościeli, a nie na twardej ziemi, na której zasnęła dzień wcześniej! Dzień? Chyba tak... Nie potrafiła powiedzieć. Rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu i jęknęła z bólu, gdy uraziła się w zranione ramię. Zauważyła, że drzwi do „jej” pokoju otwarły się cicho i w powstałej szparze ukazała się rozczochrana głowa małej dziewczynki, która szybko zniknęła, gdy zorientowała się, że kobieta się jej przygląda. Przez chwilę młoda wampirzyca trwała w bezruchu, zastanawiając się, czy może się jej to przyśniło, lecz gdy drzwi zostały pchnięte mocniej i do środka weszła ta sama dziewczynka, Elaine doszła do wniosku, że jest to najwyraźniej jawa.
- Gdzie ja jestem? – chrypnęła cicho, przyglądając się uważnie tej małej, która właśnie postawiła obok niej talerz parującej strawy.
- W domu mego brata – powiedziała rezolutnie dziewuszka. Elaine zauważyła, że blondyneczka miała na sobie jakieś łachmany, ale wyglądała starannie, a i izba była dość czysta.
- A co ja tu robię? I jak długo tu jestem? – zapytała. Usta miała spierzchnięte i suchość w gardle. Marzyła o solidnym łyku ciepłej krwi. Najlepiej prosto z głównej żyły! Spojrzała znów na dziewczynkę, która lustrowała ją wzrokiem.
- Mój brat panią znalazł i się panią zaopiekował. Przyniosłam strawę, bo lekarz mówi, że musi pani dużo jeść, żeby wyzdrowieć... I jest tu pani trzy dni. – dziewczątko trzymało się na bezpieczną odległość, jakby doskonale wiedziała, kim nieznajoma jest, ale uśmiechała się łagodnie i nie wykazywała strachu. Raczej dystans.
- Dziękuję – odparła Elaine, zaskoczona tą pomocą. Zdała sobie sprawę, że musiała wyglądać niezwykle nieciekawie, skoro zawezwali do niej medyka. Gdy mała opuściła izdebkę, zabrała się za jedzenie. Jej kiszki grały jej już marsza, więc swoją porcję zjadła bez większego problemu. Co prawda nie była to solidna porcja krwi, po której momentalnie stanęłaby na nogi, ale i tak nabrała sił. Niedługo potem udało jej się nawet domyć z większego brudu, choć bolące wciąż ramię sprawiało pewne trudności i zeszła na dół do obszernej kuchni. Gospodarz domu, na oko najwyżej dwudziestoletni, postawny młodzieniec o blond czuprynie, siedział przy wyszorowanym stole. Podniósł się, gdy weszła.
- Pani, nie powinnaś jeszcze wstawać. Rana może się otworzyć.
- Nic mi nie będzie – powiedziała z nikłym uśmiechem, odstawiając talerz na kredens. – Dziękuję za posiłek.
- Mam nadzieję, że smakowało. Żona specjalnie kurę ubiła, coby strawę ugotować.
Coś w jego głosie tknęło Elaine i wyjrzała przez okno na podwórze. Nie zauważyła ani jednego zwierzęcia.
- Nie macie tu kur – zauważyła.
- Bo ta ostatnia była... Co prawda miała na święta iść, ale jak lekarz zadecydował, by pożywnego bulionu ugotować... Ważne jednak, że strawa pomogła – odparł, przyglądając się jej uważnie.
- Nie musieliście tego robić, gospodarzu.
- Ale chcieliśmy, pani. Może i jesteśmy biedni, ale na gościnie nam nie zbywa... Zechcesz z nami usiąść? Żona zaraz z obory wróci to i mleka przyniesie... Choć, ty pani, zapewne do lepszych trunków przywykła.
- Dziękuję, ale nie chciałabym przeszkadzać. I tak zrobiliście już dla mnie więcej, niż trzeba.
- Byłaś przeto raniona. Nie mogłem ciem w potrzebie ostawić.
- „Witaj, pani” – usłyszała za sobą delikatny głos młodej kobiety. Odwróciła się w jej stronę, zauważając, że ta jest brzemienna.
- Witaj – skinęła lekko głową. – Panie mój – zwróciła się do gospodarza. – Szykuj mi konia, Winnam ruszać.
- Toć to nieroztropne! Rana może się jątrzyć! – zaoponowała gospodyni.
- Wybaczcie, lecz jestem zmuszona...
- Ale dlaczego, moja pani?
- Powiem krótko, nie jesteście bezpieczni, gdy tu jestem... Przygotuj mi konia, a potem bierz najcenniejszy dobytek i rodzinę i umykajcie stąd najszybciej, jak tylko potraficie... twoje dziecko zasługuje na to, by żyć... A teraz was przepraszam.
Zawróciła po schodach do izby i zaczęła się szykować. Co prawda miała niemałe problemy z założeniem koszuli i drżała mocno przy każdym dotyku, lecz wiedziała, że nie ma czasu na dłuższy odpoczynek. I tak już zbyt długo tu przebywała. Musiała uciekać! Musiała działać. Nie mogła pozwolić na to, żeby ją dopadli i skazali na haniebną śmierć. Nie mogła też dopuścić do zgładzenia tej rodziny, która tak bezinteresowanie jej pomogła, płacąc zapewne niemałą kwotę za lekarza, choć właściwie sami niewiele mieli.... Chwyciła swój miecz i spojrzała na leżący obok sztylet. Był srebrny...
- Twój koń czeka, pani – powiedział młodzian, gdy tylko zeszła na dół. Spojrzała na niego krótko, zauważając, że przygląda się jej podejrzliwie. Westchnęła ciężko.
- Mówię prawdę. Jeśli tu zostaniecie, zgładzą was za udzieloną mi pomoc. Musicie uciekać!
- Moja żona ma powić za miesiąc, a tu mamy cały dobytek!
- Który szybko stracisz wraz z rodziną, jeśli mnie nie posłuchasz! – zirytowała się jego uporem.
- Nie możemy odejść – powiedział twardo. Pokręciła tylko głową i wyszarpnęła sztylet. Mężczyzna cofnął się o krok i wbił w nią przerażone spojrzenie.
- Oto moja zapłata za waszą pomoc. Sztylet jest srebrny, a rękojeść wysadzana rubinami. Udaj się do miasta i sprzedaj go, a otrzymasz fortunę potrzebną na założenie nowego, bogatego gospodarstwa, daleko stąd. Tylko odejdźcie stąd! – położyła broń na stole. Promienie słońca zagrały na czerwonych kamieniach. Po chwili namysłu dołożyła do tego jeszcze pochwę i wyszła przed dom. Jej ogier grzebał niecierpliwie ziemię kopytem. Dosiadła go sprawnie, tylko z niewielkim grymasem. Spojrzała na gospodarzy, którzy wyszli ją pożegnać. Blondyn ściskał w dłoni sztylet, a drugą obejmował czule swą ciężarną żonę. Kobieta wyglądała na przerażoną, zaś dziewczynka uśmiechnęła się do niej szeroko.
- Bywajcie – mruknęła i spięła konia do galopu. Karosz wstrząsnął dziko łbem i pognał przed siebie. Wkrótce zabudowania domostwa oraz niezbyt odległej wioski zniknęły w dali.

Dopiero po godzinie galopady, gdy koń powoli zaczął opadać z sił, zdecydowała się na krótki postój. W roztargnieniu i pośpiechu całkowicie zapomniała o jedzeniu na drogę. Nie mogła jednak zawrócić do wioski, a tym bardziej pożywić się krwią wierzchowca. Postanowiła więc zapolować. Pobliskie lasy stwarzały możliwości znalezienia odpowiedniej zwierzyny, a może i nawet jakiegoś nieświadomego człowieka... Skradając się przez knieje, przed jej oczami pojawił się obraz uśmiechającego się do niej Gabriela, lecz szybko pozbyła się przykrych myśli.
- „Trudno, tak działa świat” – pomyślała, spijając ciepłe krople krwi z szyi jakiegoś nieostrożnego myśliwego. – „Trzeba się otrząsnąć i żyć dalej... Oraz odzyskać tron!”


~~~~~~

Nie zabijajcie posłańca Faktycznie jest to rozdział ostatni, lecz pierwszego tomu drugi pojawi się, spokojnie, lecz nie wiem jeszcze dokładnie kiedy ;p najpierw po prostu muszę zacząć go pisać a jak wiadomo to może trochę potrwać, lecz mam nadzieję, że w okolicy marca/kwietnia pojawi się pierwszy rozdział nowego tomu ;D

553 czyt.
100%52
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1375 słów i 7652 znaków.

2 komentarze

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 11 lutego

    Myślałam, że to ostatnia część, a jednak będzie kontynuacja i dobrze, bo wciąż nie wiadomo co z Gabrielem, ani jak poradzi sobie Elaine. Czytało się z ciekawością, śledząc losy bohaterów, na pewno w następnej części również nie zabraknie ciekawych zwrotów akcji i emocji.

  • AnonimS

    AnonimS · 8 lutego

    No masz szczescie. Bo taki koniec bylby marny. Pozdrawiam