Czarna Błyskawica - Rozdział 1

Przez te wszystkie lata tylko noc pozostała niezmienna. Powiew mroźnego wiatru delikatnie koił zmęczone oczy, przynosząc odrobinę ulgi. Ileż to minęło od czasu, gdy zasypiając, widział ten sam koszmar? Spadał z ogromnego urwiska wprost w rzekę krwi, powoli szkarłatna ton zatapiała całe jego ciało, aby w końcu pogrążyć go w ciemnościach. Wstawał z niemym krzykiem, dysząc i oblany potem, mijało kilka godzin, nim metaliczny posmak zniknął.
     Prześpi się godzinę, dwie między zajęciami, tylko niewygodna pozycja pozwalała uniknąć sennych mar. Zeskoczył zwinnie z dachu, lada moment wstanie świt, a przed barakiem zagra wściekle trąbka jednego z wychowawców. Piąta godzina dla wielu stanowiła niełatwo przeszkodę, lecz nie dla niego i innych. Porzuceni przez los, na łasce wielkiego kraju, od początku do końca oddani tylko jemu. Maszyny do zabijania bądź mięso armatnie, tu nikt nie próbował udawać. Baza wojskowa w wysokich górach służyła do wyszkolenia sierot i porzuconych dzieci, których nie brakowało w agresywnym i militarnym państwie.
     Wskoczył z gracją przez okno, nie bał się, że coś potrąci. Pierwsza zasada: W szafce i w barakach pod groźbą chłosty i utratą przywilejów musi pozostać wzorcowy porządek, jednak wystarczyła jedna świnia, by móc znaleźć chlew. Podpadłeś instruktorowi albo – co gorsza – wpadłeś w oku i wystarczył pretekst, byś wiedział, na kogo byłeś łasce. Najłatwiej mieli chłopcy, ich mogli jedynie męczyć psychicznie lub fizycznie, za to dziewczęta... Jeśli tylko któraś zaczęła wykazywać odpowiednie cechy, w ciągu tygodnia była brana do izolatki. Co dalej? Mógł tylko zostawić to wyobraźni i umiejętności łączenia faktów, zawsze w odstępie kilku dni lądowali ważni oficjele i z dobrymi humorami zostawali na dłużej. Sieroty nazywały to etapem rzeźbienia. Ofiara albo popełniała samobójstwo, albo zostawała tępym narzędziem, nową zabawką w grze treningowej. W końcu jako kobieta-szpieg używała własnego ciała jako podstawowej broni/
     W migotliwym blasku nadchodzącego świtu dojrzał człowieka w czarnym mundurze, brakowało mu istotnego nakrycia, lecz Czarne Płaszcze łatwo spostrzec, nie ważne, gdzie byli. Otaczała ich aura strachu, niepewności, okrucieństwa. Stanowili elitę, dbali o przestrzeganie wytycznych, nie stroniąc od wysyłania na szubienicę, czy też na przymusowe szkolenia. Tak strach oraz propaganda, tak powinno brzmieć ich motto. Eliminowali wszelkie ideologiczne śmiecie z każdego stopnia drabinki. Homoseksualizm, pedofilia, czy inne zwyrodnienia kończyły ze sznurem na szyi. Co jednak nie mieli nic przeciwko przeciw gwałtom, sadyzmowi.
     Powoli wszedł na wyższe łóżko, skąd miał dobry widok na plac. Gruba Beka, jak nazywali potężnie zbudowaną nadzorczynie z kwadratową szczęką, znowu dorwała jednego z nowych. Młody miał stać z wyprostowanymi rękoma, do których przywiązano dwa ciężkie metalowe bukłaki, wypełnione wodą. Jeden z jej sposób, aby poskromić niepokornego. Potrafiła stać i wrzeszczeć przez cały okres kary, plusem okazał się późniejszy efekt... Już nikomu nie sprawiała problemów, głośno chrapiąc w swoim pokoju.
     Lekko śpiący włóczykij nasunął cienką kołdrę na ramiona, nie chciał tłumaczyć tutejszemu doktorowi, dlaczego przesiedział całą noc na dachu. Wiedział, czym by się to skończyło. Już i tak po nowym lekarstwie obficie wymiotował i nie mógł swobodnie myśleć, lekko przerażało go zwiększenie dawki tego świństwa.
Głośny sygnał trąbki rozdarł spokojną ciszę. Pora na kolejny codzienny cyrk.
— Wstawać małe śmiecie. — Wysoki, chudy jak patyk mężczyzna wpadł przez drzwi. — Macie dwie minuty na zbiórkę, opieszałych czeka kara. — Powtarzał to w dzień w dzień, jednak w porównaniu do innych przypominał miłego nauczyciela. Obrażał ich, jak tylko mógł, lecz nigdy nie koncentrował się na jednym. Podchodził do obowiązku w sposób miarę uczciwy, jeśli w ogóle istniało coś takiego w takim miejscu.
     Bohater powoli ruszył z twardego materaca, udając lekkie otępienie. Rzutem oka sprawdził, czy z jego szafką było wszystko w porządku. Byli tacy, co uwielbiali podkładać świnie drugim. Wprawdzie wczorajsze forsowne marsze dały grupie bardzo w kość, ale kto tam wiedział.
— Samuel Redeye! — krzyknął wychowawca, jakby tamten stał dobre kilkaset metrów dalej. — Zgłosisz się do doktora.
     Z trudem panował nad nerwami, mógł i wiele zniósł przez cały ten czas, nie obchodziły go losy kolegów, nie pragnął szczęścia i rzadko okazywał emocje, lecz szpital tuż przy bramie powodował nieopisany lęk. Odsalutował regulaminowo i po ubraniu się wyszedł z baraku, krzyki chudego żołnierza nadal pobrzmiewały mimo coraz większego dystansu. Nie spieszył się, wiedział, że brak pewności siebie i wahanie przyciągają tylko kary, a patrolujące bazę sępy były chyba najgorszymi sadystami.
     Piasek głośno chrzęścił pod stopami, a zielone podwójne drzwi dudniły głośno w głowie młodego żołnierza. Stanął przed nimi z ręką prawie na klamce, gdy do jego uszu dobiegł głośny krzyk. Naprawdę nie chciał wchodzić do środka, być może to on będzie kolejną ofiarą. Czy ktoś wycenił go na poziom zero, czy dostał notę śmierci? Raczej nie podpadł nikomu, zawsze próbował wykonywać polecenia, nieważne jakie. Westchnął głośno i przekroczył próg.
Wygląd recepcji nie zwiastował miejsca kaźni. Ot przeźroczysta szyba z małym pomieszczeniem za nią, a wszystko to otoczone niemalże wysterylizowaną bielą.
— Imię, nazwisko — rzuciła sucho pielęgniarka, nie odrywając wzroku od papierów.
— Samuel Redeye... — Niemalże widział, jak ze szuflady wyjmuje dokument z przybitym czerwonym zerem. Dbali oto, by każdy z nich wiedział o przekreślonej przyszłości, a po wyjściu czekał już trzyosobowy oddział, by zaprowadzić nieszczęśnika do kontenera, jak tutejsi nazywali izolatkę nieopodal. Recepcjonistka jednak odsunęła krzesło i podeszła do metalowego archiwum, chwile przeglądała akta i wróciła z jakąś notką.
— Doktor kazał przekazać, że na chwilę obecną leki nie będą potrzebne. — Ze sztucznym uśmiechem spojrzała na niego. — To pierwsza rzecz, za niecały miesiąc odbędą się badania kontrolne. Do tego czasu musisz zadecydować o przydziale. Doktor musi wiedzieć, czy ma szykować narzędzia do zabiegu, czy też wzmocnić twoją wytrzymałość. — Jej słowa brzmiały przyjemnie i łatwo dla osoby z zewnątrz, jednak tak naprawdę chodziło albo o pozbawienie możliwości potomstwa, albo o szprycowanie odpowiednimi narkotykami. Termin ważności rekrutów upływał po kilku latach i nie stanowił długotrwałego czasu użytkowania.
    Wybór między szpiegiem a żołnierzem z pozoru był łatwy, nie był to czas na takie przemyślenia. Skinął głową i odwrócił się plecami, im mniej tutaj przebywał, tym mniej ryzykował. Gdy usłyszał dzwonek, sygnalizujący wejście od strony gabinetu zabiegowego przyspieszył kroku i natychmiast opuścił budynek. Teraz można było odetchnąć, jeśli biały fartuch nie zobaczył delikwenta, nie próbował nawiązywać interakcji, a skoro pisemnie nic dla niego nie miała... W oddali dostrzegł biegających towarzyszy, dołączył do nich przy drugim okrążeniu, chudzielec nawet nie zauważył jego nadejścia.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda i inne, użył 1261 słów i 7533 znaków. Tagi: #wojenne #armia #żołniez #eksperymenty

2 komentarze

 
  • shakadap

    Nowa seria!
    Świetnie.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę i komentarz.

  • emeryt

    @krajew34, już się cieszę na nową serię, zaczyna się całkiem ciekawie i trochę jakby strasznie, te sadystyczne opisy naprawdę przerażają. Serdecznie pozdrawiam i dziękuję.

  • krajew34

    @emeryt na pewno nie będzie to historia dla dzieci. :) Dzięki za wizytę i komentarz.