Czarna Błyskawica - Rozdział 18

Obudził się na zimnym korytarzu z dźwiękiem szelestu dookoła. Otworzył oczy i ujrzał ludzi, odzianych w różne stroje, począwszy od kitli, a skończywszy na mundurach wojskowych. Każdy zmierzał w swym kierunku, omijając Samuela, nie zaszczyciwszy nawet pojedynczym rzutem oka. Cisza owinięta w drobne szmery tkanin. Żadnych rozmów, żadnych szeptów.
     Powoli uniósł głowę, nie wiedząc, czy kula nie przeszyje ją w ciągu kilku sekund. Odczekał moment, nic, ani uderzenia, ani pocisku. Dłonią posprawdzał, czy wszystko miał na miejscu, nic nie usunięte, nic nie dodane, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Gdy dotarł do miejsca, gdzie wbił poprzednio igłę, syknął przeciągle, zauważając niknącą czarną ranę. Czyżby wstąpił na drogę, skąd nie było powrotu?
     Wzrok przeniósł na spieszących się ludzi, którzy niczym na skrzyżowaniu czterech ulic, podążali w wybranym kierunku. Jedna z kobiet miała odkrytą szyję, wystarczył jeden ruch, by poderżnąć gardło. Strażnika mundur z łatwością mógłby przebić odpowiednio długim nożem, gruby naukowiec nawet nie spostrzegłby, jak ostrze wylądowałoby w jego nerkach, a ta chuda z papierami? Tętnica udowa i po zawodzie. Sięgnął do kieszeni, gdzie dłonią wyczuł znajomy kształt cichej, acz zabójczej broni.
     Przełknął głośno ślinę, poczuł pot płynący z czoła, wszystkie te serca niemiłosiernie głośno biły, domagając się zatrzymania. Tak bardzo naiwni, tak bardzo bezbronni. Oblizał suche usta, zaciskając palce na rękojeści. Z trudem panował, aby nie wbić go w nogę jednego z przechodzących, a później unieruchomionego dźgać, póki będzie widział to światło, ten lęk, zanikający w oczach ofiary.
     Z bijącym sercem, z głową wypełnioną dziwacznymi myślami, podpełzł ściany biurka recepcji. To nie był on, nie to nie był on. Zabić... w.... walce... Wojownik, nie psychopata. Uderzył głośno w drewno, aby wyrzucić ciąg krwawych liter i zdań, rozkazujących mu coraz to bardziej nachalnie z każdą sekundą. Wtem poczuł, jak coś delikatnie ląduje na jego kolanach. Odciągnął dłonie od twarzy, lecz posłaniec znikł w tłumie przechodniów. List i ta sama strzykawka. Treść była dość oschła i krótka, idąc za literką "A" dotrze do wyjścia, jednakże po przekroczeniu terenu obiektu, pogoń ruszy w kilka minut za nim. Strzykawka pozwoli mu zachować nie tylko moce, ale i zdrowy rozsądek. Jeśli dotrze do chatki leśnika, otrzyma następne instrukcje.
     Kartkę zgniótł i wściekle rzucił przed siebie. Myślał, że po obozie będzie musiał jedynie przestrzegać warunków misji... Większa klatka, złudne marzenia. Znów trafił z deszczu pod rynnę, ci, którzy odpowiadali za jego nić losu, chyba nie pałali do niego zbytnią radością. Nie czekając, wstrzyknął sobie substancje, mógł albo dać się pochłonąć zabójczym pragnieniom, albo kontynuować nałóg, nie wiedząc, ile potrwa kolejna przerwa między dawkami. Poczuł pulsowanie żył, obca substancja, niczym pasożyt dotarła do każdego zakamarka ciała. Zacisnął zęby, próbując nie krzyczeć, nie musiał widzieć lustra, by wiedzieć, że jego twarz przypomina pomidora. Głośno dysząc, spróbował wstać, nogi nadal odmawiały posłuszeństwa.
     W końcu dźwignął ciało, trzymając się blatu, recepcjonistka kontynuowała swoją pracę, choć dobry obserwator mógłby dostrzec w jej oczach strach i z trudem zwalczaną panikę, Samuela jednak nie wiele to obeszło. Niczym piany, trzymał ramię na ścianie, idąc przed siebie. Kolejne roboty, kolejne maszyny, odziane w mięso, służące pod rozkazami walniętego doktorka. Władcy marionetek nawet własnych pracowników traktowali na zasadzie sznurków nad nimi. Gdzie więc istniała różnica między eksperymentem a człowiekiem po ich stronie?
     Pchnąwszy ostatnie drzwi, jego oczy dostrzegły słońce, ciepłe promienie dotykały delikatnie twarzy, jednocześnie czuł, jak palą jego ręce. Spojrzał na kończyny, parowały z głośnym sykiem, przynosząc spazmy bólu. Samuel zaklął i rzucił się stronę siatki i przeskoczył nad nią, prawie łamiąc sobie nogi. Jeden ze strażników wycelował w niego z działka, wymontowanego z łazika, drugi jednak klepnął go w ramię i pokręciwszy głową, wskazał na numer na plecach więźnia. Wyłączyli generator i w spokoju wrócili do obserwacji otoczenia.
     Pacjent, czy też więzień nie zamierzał sprawdzać, dlaczego mechaniczny pogłos umilkł, tylko biegł przed siebie, aż dotarł do lasu. Chłód cienia drzew ochłodził ciało, a para zniknęła kilka sekund później. Ta substancja zdecydowanie nie lubiła słońca, z drugiej strony reagowały na promienie tylko odsłonięte części, poniżej głowy. Jeśli przeżyje, musiał to zapamiętać. Oparł się o pień, płuca paliły, serce waliło, wolał działać w ukryciu, ta presja wykańcza. Szczekanie psów, gdzieś w oddali poinformowało go o nadchodzącej pogoni. Kilka głębszych oddechów i ruszył dalej.
— Czy jest, pan pewny Doktorze, że to dobry czas, aby przejść do fazy drugiej? — Mężczyzna w czerni, spokojnie obserwował ucieczkę na czarno-białym monitorze. Kątem oka dostrzegł w następnym odbiorniku opór skazanego naukowca przed wejściem do transportera. Dlaczego nawet do końca muszą stawiać opór? Zanim jednak zdążył rzucić rozkaz do interkomu, strażnicy użyli elektrycznej pałki i niczym szmacianą zabawkę wrzucili nieprzytomnego na pokład. Dobrze ich wyszkolił.
— Tylko w takich warunkach możemy dostrzec nieprzewidziany efekt, Ludwigu — zabrzmiał lekko szumiący głos z radia. — Zresztą nic nie tracimy, już z samego martwego ciała jesteśmy w stanie pozyskać masę informacji i próbek. Poinformowałeś straż o zakazie Łazików i innej broni niż karabiny?
— To nie pierwszy taki test, mistrzu... — Rozciągnął zbolałe mięśnie na skórzanym krześle, aż zaskrzypiało w oburzeniu.
— Mistrzu? Rzadko nazywasz mnie tym mianem... — Ludwig pożałował swojej decyzji, słabości z minionej przeszłości. Dawne nawyki z trudem pohamować.
— Stare czasy, Doktorze. — Zdjął czapkę i poprawił mokre włosy. — Trudno walczyć z rutyną.
— Rutyna to problem, Ludwigu, prowadzi do najprostszych, ale bardzo tragicznych pomyłek. A to nie wróży dobrze eksperymentom, szczególnie tak ważnym dla kraju.
     Mężczyzna z trudem ukrył uśmiech. Stary miał czasem siódmy zmysł i wyczuwał takie rzeczy, później lodowato tłumaczył, co znaczy relacja między szefem a podwładnym. Znał ją na pamięć, jak zdartą płytę, jednak z trudem panować nad śmiechem, gdy słyszy się tak górnolotne bzdury. Kraj był dla tamtego tylko pożytecznym narzędziem do badań, chwilowym sponsorem, jeśli trafi się lepsza okazja. Ważna była tylko nauka, jeśli wojny nie będzie, pewnie zmienią otoczenie. Ci idioci zawsze próbowali wybielić swój wizerunek, odcinając wszystko, co dotąd tak bardzo pragnęli, oczywiście do czasu kolejnego konfliktu. Chociaż... Nie, pewne jeszcze długo tu zostaną. Wrogi kraj wielki, a dostawy nowej broni dotyczyły nie tylko jednej strony. A ten plan wzbudzania coraz to nowej nienawiści? To musiał przyznać Doktorowi, posiadał umysł wielkiego mistrza gry.
— Każdy granat, czy inny ładunek jest zamknięty w skrzyni, do której tylko ja mam klucz i kod, dodatkowo wysłaliśmy za nim tych, co się najbardziej rwą do bitki. — Spojrzał na diodę, palącą się na czerwono. Na szczęście pozostała zamknięta. — Wątpię, by z emocji, którykolwiek trafił w coś innego, niż w drzewo. Właśnie dostałem meldunek... — Wyjął papier, który wyszedł z maszyny do komunikacji. — Druga grupa dotarła na miejsce i ruszyli. — Odłożył kartkę na biurko. — Jednego nie rozumiem, dlaczego Doktorze tak ryzykujemy z Cesarzem? Córka to oczko w głowie władcy. Nawet wysłał jednego ze swoich gwardzistów, by jej pomagał i ochraniał w ścisłej tajemnicy.
— Według danych obiekt raczej nie zabija kobiet, jeśli nie musi. — Oficer tonu wywnioskował, że była to informacja zbędna, ale jednak ją usłyszał. Strata czasu, a mimo to bez kazania, stary musiał mieć dobry humor. — Jestem też ciekaw umiejętności rodu cesarskiego i to tej słabszej części. Dużo się mówi o Emilii, szczególnie jej zachowanie znacząco odbiega od standardowego. A jeśli zginie... No cóż, jest tyle właściwych kozłów ofiarnych, że nie będzie z tym problemu.
— Mam szukać zastępstwa za tych nadgorliwych? — Wstał i zaczął skreślać nazwiska z listy.
— Tylko znajdź lepszych, nie lubię, jak moi podwładni kładą ręce na eksperymentach, lub nie stosują się ściśle do moich zaleceń.
— Zadanie prawie niewykonalne, Doktorze. — Coraz mniej ludzi zostawało w tabelce, a pacjentów przybywało. Narkotyki ciągle w fazie testów, zbyt duże ryzyko, by podawać personelowi. Więcej obowiązków, bez większej nagrody. Ciężkie życie oficera. — Trudno znaleźć ludzi bez skrupułów, a ci, co je mają, zazwyczaj muszą zostać zastrzeleni po tygodniu. Nie każdy ma takie sumienie jak my.
— Sumienie? — prychnął, wzbudzając szum w głośniku. — Wynalazek słabych. Problem wychowania w luksusach, ale niech będzie. Zajmij się rekrutacją do strefy niższego ryzyka, myślę, że ci fanatycy ideologiczni się nadadzą, ja przyśle ci swoich...
— Projekt zakończony? — Na wspomnienie tych ludzi-zombie przeszedł go dreszcz. Pozszywane kończyny, pusty wzrok i butla, skąd co jakiś czas wstrzykiwano im odpowiednią mieszankę. Zbyt tępi do skomplikowanych rozkazów, zbyt nieludzcy nawet dla niego.
— Dotarłem do takiego poziomu, gdzie ból praktycznie nie istnieje, lecz kosztem procesu oddychania. Coś za coś. Przynajmniej myślą w miarę normalnie. Odezwę się, jak tylko skończę selekcje. — Lampka zgasła, oznajmiając koniec połączenia.
     W miarę normalnie... Już świrów miał w celach, a teraz jeszcze będą ci poza nimi. Aktualny eksperyment potrwa kilka dni, następne tygodnie trzeba spędzić na wycieczkach po akademiach, test sprawdzających na politycznych więźniach, usunięcie, tych co nie przeszli, wymyślenie bajeczki dla rodziców. Może znajdzie się czas na słodką Louis... Na wspomnienie tej pięknej dziwki poczuł mrowienie w kroczu. Burdel dla elity to coś o kilka innych poziomów niż zwykły. Od wyboru do koloru, a jednak nic nie przebiło tej niskiej, krótko obciętej kobiety o gimnastycznych talentach i niezwykle sprawnych dłoniach i innych częściach ciała. Dwa dni mógł wykorzystać na przyjemności w stolicy, gdzie znajdzie najlepszych kandydatów do ochrony ośrodka. Może nie będzie trzeba jeździć, gdzie indziej?
     Musiał jednak wrócić do rzeczywistości, dalekiej od luksusowego apartamentu, pachnącego egzotycznymi aromatami kwiatów i ziół. Na ekranie więzień już zdążył uciec z zasięgu kamery, pozostawały więc meldunki radiowe. Nasunął czapkę na oczy i w spokoju słuchał komunikatów między drużynami. Jeszcze nie pora, aby ingerować.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii inne i przygodowe, użył 1898 słów i 11215 znaków. Tagi: #armia #wojsko #eksperymenty #doświadczenie

2 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę oraz komentarz.

  • emeryt

    @krajew34, moje  gratulacje, takich zdolności można tylko Tobie pozazdrościć. Przeczytałem wszystkie twoje opowiadania, które umieściłeś na swoim profilu, ale takiego spektrum tematów u innych autorów nie spotkałem. Dzięki Tobie za ten, kolejny odcinek. Jest ciekawy, jednocześnie opisujący bezwzględność ludzi mających władzę i bezkarność. Tak trzymaj jak najdłużej. Niedaj się żadnemu chróbstwu, ani wariactwu pogodowemu. Pozdrawiam - emeryt.

  • krajew34

    @emeryt wena dopisała, to wleciał kolejny.  Bezwzględność, aby wygrać i nauka po trupach. Dzięki za wizytę oraz komentarz.