Vallequietta część XI i epilog

Vallequietta część XI i epilogElena wprowadziła się do mnie w połowie marca, a ludzie znów zaczęli gadać. Na poły z naganą, na poły z podziwem. Ale wszyscy mówili zgodnie: to było niecodzienne, odważne zagranie i nie mogłem się z tym nie zgodzić. Od tego dnia, cicha dotąd plebania zaczęła prawdziwie żyć, śmiech i radość towarzyszyły mi na każdym kroku. I choć wcześniej Matteo był częstym gościem na plebanii, teraz musiałem się prawdziwie go nauczyć: jego nawyków, rutyny dnia. Elena wyraźnie odżyła. Zajęła z synkiem pokój gościnny obok mnie i choć teraz musieli się ścieśnić w jednym pomieszczeniu, widać było, że daje im to radość. A jeśli im, to mnie również. Zaskoczyła mnie jednak mnogość zabawek małego. Pierwsze kilka dni potykałem się o nie w każdej możliwej sytuacji. I kompletnie mi to nie przeszkadzało. Samotne wieczory przerodziły się w długie godziny spędzane w kuchni na rozmowach, na planowaniu obiadów, zakupów. Na żartach i delikatnych docinkach. Moja sutanna zawisła niemal na stałe w szafie na zakrystii, zakładana dosłownie dwa razy w tygodniu. Na plebanii, nie byłem już księdzem Gabrielem. Byłem po prostu Gabrielem. Mężczyzną.

Było już ciepło, choć słońce dopiero zaczynało pokazywać, co naprawdę potrafi. W ogrodzie przy plebanii zakwitły pierwsze białe kwiaty, a powietrze pachniało wilgotną ziemią i czymś świeżym, nowym. Lekkim. Matteo bawił się tego dnia z dziećmi z sąsiedztwa, na co Elena pozwoliła mu dość niechętnie, wciąż jeszcze o niego bardzo niespokojna.
Siedzieliśmy akurat na schodkach prowadzących do ogrodu, każde z kubkiem herbaty w ręce. Ona w lekkim swetrze, z rozpuszczonymi włosami, ja w zwykłej koszuli, bez koloratki. Po raz pierwszy od dawna.
– Dziwnie tu dziś cicho – powiedziała łagodnie, popijając napój.
– I dobrze, taki zwyczajny spokój każdemu jest potrzebny.
Skinęła głową. Przez chwilę milczeliśmy zgodnie, nasze ramiona stykały się ze sobą nieznacznie.
– Myślałem, że cię stracę – wyrwało mi się nagle. – Po tym wypadku… po tym psie… po wszystkim.
Uśmiechnęła się nieznacznie, wyraźnie zarumieniona, milczała jednak, ostrożnie ważąc słowa. Czułem podskórnie, że ta rozmowa zmieni wszystko.
– Ja też – wyszeptała. – I to mnie najbardziej przeraziło.
- Nie stracisz — wyszeptałem, obejmując ją ramieniem. - Jestem tu dla ciebie. I zawsze będę.
Delikatnie pogładziłem ją po policzku, patrząc jej w oczy. Było w nich zmęczenie życiem, które tak dotkliwie ją potraktowało, ale i nadzieja, a jednocześnie strach.
- Nie bój się mnie — dodałem i nachyliłem się do niej. Nie uciekła, przysunęła się nawet. Jej usta były miękkie, tak delikatne. Pocałunek nie był namiętny, zresztą nie miałem w tym doświadczenia. To raczej była obietnica. Nieme przyrzeczenie, że jest dla mnie najważniejsza. Trwał kilka sekund i kiedy się od siebie odsunęliśmy, wtuliła się we mnie ufnie, drżąc delikatnie.

Od tamtej chwili, pomimo narastających plotek nasze życie pełne było wzajemnego wsparcia, łagodnej ciszy wieczorami lub też długich rozmów. O niczym i o wszystkim. Matteo coraz bardziej mi ufał, wprowadzał w swoje życie. Elena też się zmieniła. Pewnego dnia zobaczyłem ją w lekkiej, letniej sukience do kolan. Nie ukrywała już swojej blizny — pogodziła się z nią, tak samo, jak coraz wyraźniej akceptowała śmierć męża. Wieczorem tego dnia, wciąż w tej samej białej sukience w błękitne kwiaty wyglądała niczym mój osobisty anioł. Była piękniejsza niż kiedykolwiek i tego wieczora po raz pierwszy prawdziwie moja. Gdy zasypiała na mej piersi, po raz pierwszy od dawna czułem prawdziwe szczęście.


Jesień nadeszła zdecydowanie zbyt szybko jak na moje preferencje, przynosząc ze sobą kolejne zmiany. Tym razem to Elena zaczęła chorować. Była osowiała, zmartwiona i jakby nieco nieobecna. A później przestraszona.

- Gabrielu - powiedziała cicho, gdy któregoś wieczoru leżeliśmy już w łóżku. - Chciałabym ci coś powiedzieć.
- Wszystko, najdroższa — uniosłem się na łokciu, patrząc na nią z miłością. To było dla mnie tak nowe, tak obezwładniające uczucie. A jednocześnie czułem, że nie potrafię już inaczej. Że jeśli teraz mnie odwołają, zdecydowanie powiem „nie”.
- Ja nie jestem chora — powiedziała cicho. - Tak już kiedyś było.
- Co było? - zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, co właściwie się dzieje.
- Dziecko.
- Jakie dziecko? Matteo?
- Nie, ja... - wtuliła się we mnie kurczowo. - Jestem w ciąży.
Zdrętwiałem. W ciąży. To nie było możliwe. A jednak... Biło w niej nowe serce. Serce, które stworzyłem.
- Jesteś pewna? - zapytałem jeszcze, opierając brodę o jej świeżo umyte włosy — uwielbiałem ich miękkość.
- Byłam u lekarza.
- To dobrze.
- Boję się — przyznała, zaczynając łkać.
- Ja też — mruknąłem, gładząc ją po włosach. - Ale poradzimy sobie.
- Naprawdę go chcesz? Przecież... To zakazane i...
- I ja cię kocham, Eleno — spojrzałem jej w oczy. - Nie planowałem tego, to fakt, ale dziecko to świętość. I ja zostaję. Przy tobie, przy Matteo, przy naszym dziecku.
Znów wtuliła się we mnie, a ja przymknąłem oczy. Gdy zasnęła, wymknąłem się cicho do ogrodu. Noc była spokojna, choć już o wiele chłodniejsza. Usiadłem na stopniach werandy, myśląc intensywnie. Pierwsza, najprostsza decyzja — oddać sutannę i wyrzec się święceń, nim jeszcze wiadomość o stanie Eleny dotrze do kogokolwiek. A później... Będziemy czekać…

Ranek przyniósł wyraźne ochłodzenie, szron na trawie, ale i bystre słońce, jakby sama natura dodawała mi otuchy i mówiła cicho, że wszystko będzie dobrze. List do kurii spisałem po śniadaniu. Po raz pierwszy od dawna ręce mi drżały, gdy składałem podpis.

Kolejne dni były wręcz dziwne — nieco napięte, gdy oboje czekaliśmy na nieznane. List z odpowiedzią nadszedł pod koniec miesiąca. Spakowałem rzeczy, do których nie miałem już żadnego prawa i wyjaśniłem sprawę Elenie. Długo patrzyła na mnie w ciszy, jakby upewniając się, że nie żartuję, aż w końcu zapytała:
- Zrobiłeś to dla nas?
- Tak — tylko tyle, a mimo to jej twarz rozjaśniła się pełnią radości. Rzuciła mi się w ramiona. Przytuliłem ją, gładząc delikatnie nieco zaokrąglony brzuszek pod obszernym swetrem. Dopóki mogliśmy, chcieliśmy zostawić ciążę niewidzialną dla społeczeństwa. Oczywiście wiedzieliśmy, że ludzie będą gadać. To nie miało już jednak dla mnie najmniejszego znaczenia, liczyła się tylko moja rodzina.
Ostatnia msza, jaką wolno było mi jeszcze odprawić, była jednocześnie pożegnaniem z wiernymi. Wielu z nich patrzyło na mnie z pewnym niedowierzaniem, gdy oznajmiałem im, że wycofuję się i przestaję być księdzem. Tego dnia nie spowiadałem już, zresztą czułem, że nie mam do tego prawa, nie dałem również komunii, msza była raczej monologiem, niż prawdziwym obrzędem. Sutannę i koloratkę zdjąłem z uczuciem wolności.
Następnego dnia przenieśliśmy się do nowego domu. Był niewielki, usytuowany nieco ponad miasteczkiem, z widokiem na winnicę i z ogrodem, tak ważnym dla Eleny. Budynek wymagał solidnego remontu, ale dało się w nim mieszkać. Na początku zmieściliśmy się w jednym pokoju, a ja wziąłem się do pracy. Moje ręce krwawiły, bolały, dorobiłem się licznych siniaków. Ale byłem zadowolony. To była prawdziwa praca. Nie idealna, moja.

Zima przyniosła nam pierwsze ruchy maleństwa, coś, czego jak dotąd sądziłem, nie będzie mi dane nigdy poczuć. Nawet Matteo był zafascynowany i w pełni podekscytowany czekającą go rolą starszego brata. A ja byłem coraz bardziej zestresowany rolą ojca. Zacząłem wątpić, czy podołam zadaniu, ale widok szczęśliwej Eleny naprawiał wszystko. Odsuwał niemal wszystkie obawy. Niemal, bo jedna, największa wciąż tkwiła mi zadrą w sercu — fakt, że wciąż ją okłamuję. I nie potrafiłem sobie z tym poradzić.
- Jesteś jakiś nieswój — zauważyła łagodnie, gdy siedzieliśmy przy herbacie wieczorem. Kiwnąłem głową. - Boisz się?
- Bardzo.
- Czego?
- Że odejdziesz... Że... Że uznasz mnie za szaleńca.
- Dlaczego miałabym?
- Pamiętasz zeszłą zimę? - zapytałem powoli. Spuściła wzrok i przytaknęła.
- Uratowałeś Matteo. I do dziś nie wiem, jak ci się to udało.
- Ja... Ja się modliłem, Eleno. Błagałem w myślach, by go uratował.
- Bóg?
- Mmm... Po raz pierwszy nie otrzymałem odpowiedzi.
- Gabrielu, ja... Co ty chcesz mi powiedzieć? – jej oczy zrobiły się okrągłe z niepokoju. Być może pomyślała, że bredzę.
- Że nie jestem tym, za kogo miałaś mnie do tej pory — westchnąłem ciężko, czując, że wyjawienie tej tajemnicy może mnie wiele kosztować. - Ten cud, którego byłaś świadkiem... Nie pochodził z Nieba, nie był dziełem Ojca. Był moją osobistą decyzją. Buntem przeciw temu, czego nie potrafiłem zaakceptować.
- Czy ty... Czy On cię tu zesłał?
Przytaknąłem bez słów, zaciskając drżące dłonie w pięści. Spojrzała na okno, ale miałem wrażenie, że nie widzi za nim ciemnego ogrodu.
- Czy może cię odwołać?
- Nie wiem, Eleno. Lękam się tego. Ale prawdą jest, że już od dawna... odkąd powiedziałaś mi o dziecku, już Go nie słyszę. Nie słyszę Nieba, które zawsze mi towarzyszyło. Teraz po prostu jest cisza... Jakby zamknięto mi drzwi.
- Czy to kara, bo się ze mną związałeś?
- Nawet jeśli, to nie mam czego żałować. Miałem misję, lecz ty pokazałaś mi, że prawdziwe życie może być o wiele piękniejsze. I przyjmuję je z pokorą, z pełną świadomością tego, co zrobiłem. I choćby miało czekać na mnie za to Piekło, nie zmienię żadnej swej decyzji.
- Czy wobec tego... Czy wszystko, co mówiłeś, było kłamstwem? - spojrzała na mnie, a w jej oczach dojrzałem ból.
- Strachem, że zostanę odrzucony — sprecyzowałem. Powoli wstała od stołu, a moje serce zamarło.
- Nie obchodzi mnie, kim byłeś, Gabrielu. Ważne, kim będziesz. Nie okłamuj mnie więcej — szepnęła, wychodząc z kuchni. Zamknąłem oczy. Nie, maleńka, już nigdy cię nie okłamię...
Znalazłem ją w naszej sypialni zwiniętą w kulkę. Płakała w ciszy.
- Czy dziecko będzie takie jak ty? Będzie inne?
- Tego nie wiem, najdroższa — powiedziałem zgodnie z prawdą. Skinęła głową i wtuliła się w poduszkę. - Czy kiedyś mi wybaczysz?
- Jeszcze nie wiem — szepnęła.

Epilog
Wiosna tego roku przyszła niespiesznie, jakby się bała, że coś zniszczy, tak jak prawda o mnie zniszczyła do pewnego stopnia zaufanie Eleny. Odbudowanie go, było ciągłą walką, której nie zamierzałem przegrać. Czas jednak leczy nawet największe rany — tak, jak uleczył Elenę po śmierci męża, tak i uleczył naszą relację, znów potrafiła się ze mną śmiać, w jej oczach nie było już strachu — z nadzieją patrzyła w przyszłość. I ja również, tuląc się do jej coraz większego brzucha, w którym rósł nasz mały cud.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 2059 słów i 11197 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Hart

    I co ja Ci mam napisać? Zostaje mi złożyć ręce w geście oklasku. I podziękować za tyle pięknego uczucia które wlałaś w to opowiadanie. Trochę mi żal że to by było na tyle. A może pokusisz się na życie Gabriela nr. 2? W końcu miłość jest piękna. Gorące pozdrowienia droga autorko 😘

    17 godz. temu

  • Użytkownik elenawest

    @Hart dziękuję ❤️ bardzo się cieszę że tak się podobało 😁 póki co tworzę inne historie, ale nie zamykam rozdziału Vallequietty na dobre, zobaczymy co czas i wena przyniosą ❤️

    16 godz. temu