Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Vallequietta część IV

Vallequietta część IVWiosna przyniosła kilka narodzin, zmian, które cieszyły moje serce mocniej, niż byłem w stanie przyznać przez samym sobą. Remont dachu wyraźnie scementował tę niewielką społeczność. A ja zacząłem się cieszyć z ogródka, który Elena wzięła w swoje władanie tak stanowczo, że rośliny jakby odpowiadały na każdy jej nawet najmniejszy gest. I chyba wtedy po raz pierwszy zobaczyłem na jej twarzy prawdziwy uśmiech. Co prawda nadal wracała do swojego domu zaraz po obiedzie, ale miałem wrażenie, że chętniej przychodzi do pracy. A to, co zobaczyłem tamtego ranka — jak pochyla się nad jeszcze niewielkimi roślinami kiełkującymi z ziemi, jak na jej twarzy pojawia się mieszanina szoku, szczęścia i dumy, były miodem na moje serce. Bo ta kobieta najwyraźniej znów zaczynała żyć. Nie tylko cierpieć, ale cieszyć się z drobnych rzeczy. Z tych roślin, które tak pieczołowicie siała, gdy tylko ziemia stała się dostatecznie miękka. I ten uśmiech — jakbym zobaczył zupełnie inną kobietę. Być może tą, jaką była przed śmiercią męża. I to było piękne.


I w tym pięknie, gdzieś po drodze byłem ja — ksiądz, uzależniony od jabłek i dobrej lektury, uczący się ludzi, ich zachowań, dramatów, uśmiechów. Ja, uczący się o roślinach, które zaczęły mnie fascynować. Zaczęło mnie fascynować prawdziwe życie. I to ono właśnie uderzyło mnie pewnego dnia niczym obuchem.


Po niewielkim spacerku i wymienieniu chyba miliona niewiele znaczących uprzejmości z mieszkańcami wróciłem na plebanię. Pożegnałem się z burym kociskiem, który towarzyszył mi do samych drzwi i wszedłem do środka. Nie spodziewając się kompletnie szoku, jaki za chwilę zostanie mi zafundowany, z rozmachem otworzyłem drzwi do kuchni. Wtedy tuż koło mojej głowy śmignęła niewielka, kolorowa piłka. I choć miałem znakomity refleks, tym razem jej nie złapałem. Ba! Nawet nie zauważyłem, że cokolwiek leci w moją stronę. A potem rozległ się nieco piskliwy śmiech dziecka. Dopiero wtedy go ujrzałem. Stał spokojnie pośrodku mojej kuchni, ubrany w nieco sprane spodnie dresowe, jakąś koszulkę i lekki sweterek, zaśmiewając się do rozpuku — najwyraźniej rozśmieszyła go moja mina. Bo trzeba przyznać, stałem jak słup soli z szeroko rozdziawionymi ustami — no, szczyt elegancji i kultury...

- Księże proboszczu! Czy nic się księdzu nie stało?! - Elena wyglądała na przestraszoną. - Matteo, nie wolno rzucać piłką w innego człowieka.

- Rzucałem w drzwi — odparł malec z największą prostotą. A ja tam po prostu stałem i wpatrywałem się w niego w szoku. W głowie milion myśli: czego on chce, jak się tu znalazł, czy tak już zostanie?

- Co on tu robi? - zapytałem sucho, zanim na dobrze zdążyłem pomyśleć, co mówię. I uśmiech Eleny spowodowany odpowiedzią synka, zgasł na jej twarzy niczym płomień świecy, zdmuchnięty gwałtownym podmuchem.

- Ja... musiałam zabrać go ze sobą. Pani Sussina nie mogła dziś z nim zostać i pomyślałam, że... - powiedziała cicho, zawstydzona.

- Że co?

- Że ksiądz się zgodzi i... Teraz widzę, że to był błąd... Pójdziemy już, obiad jest gotowy — spuściła głowę. W jej głosie usłyszałem żal i ból. Przeniosłem spojrzenie na chłopca. Wpatrywał się we mnie swoimi dużymi, niebieskimi oczami — najpewniej odziedziczył je po ojcu, Elena miała piwne. I wyraźnie się bał, nie wiedział, co się dzieje, dlaczego nie może tu zostać. I to nieme pytanie odczułem niczym uderzenie w brzuch. Bo czy miałem prawo odmówić dziecku dachu nad głową, nawet na kilka godzin?

Odpowiedź przyszła sama.

- Nie — mruknąłem, ściskając nasadę nosa, by pozbyć się chwilowej irytacji. - Nie odchodźcie. To moja wina.

- Nie będziemy się narzucać — wzięła chłopca na ręce, najwyraźniej z zamiarem wyjścia, ale ja nie ruszyłem się z miejsca. - To nie żadna jałmużna, Eleno. Powiedziałaś mi, co się stało. A ja się na to godzę. Koniec tematu.

- To mogę grać dalej? - Matteo co prawda patrzył na swoją matkę, ale pytanie skierował do mnie.

- Tak, możesz.

- Ksiądz... jest pewien?

- Czyż tego właśnie nie powiedziałem?

Obiad przebiegł we względnej ciszy. Względnej, bo mały jadł głośno i wciąż o coś pytał. Między innymi o mój wiek.

- A ty ile masz lat?

Zaskoczył mnie. Nie powiem.

- Trzydzieści sześć — odparłem.

- Jeju... To ty jesteś już stary!

No cóż, może i tak.

- Matteo! Tak nie wolno! - Elena natychmiast go skarciła, ale ja po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę się uśmiechnąłem i nawet poczochrałem lekko włoski malucha.


Zostali do wieczora. Chłopiec się rozpłakał, gdy Elena powiedziała, że już czas do domu, więc nie miałem wyjścia — zaproponowałem, by zostali. Był głośny, wszędzie było go pełno, zadawał tysiące dziwnych pytań. I wprowadzał mnóstwo śmiechu. Pierwszy raz słyszałem, by Elena śmiała się tak otwarcie. I ten śmiech już pozostał. Najczęściej delikatny, subtelny, ale wnoszący tyle słońca. Wywrócił mój świat. Bo dotąd owszem, słyszałem śmiech zarówno dzieci, jak i dorosłych, ale zawsze było to gdzieś obok mnie. A teraz... teraz był częścią mnie. Może ja się nie śmiałem tak otwarcie, ale uśmiechałem zdecydowanie więcej. I też czułem się lżej. Do tego stopnia, że postanowiłem w sobie coś zmienić. Zrezygnowałem z długich rękawów podczas ćwiczeń i po raz pierwszy poczułem, jak bardzo ciało potrafi być wdzięczne za tak drobne decyzje.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii inne, użyła 1044 słów i 5609 znaków.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Gaba

    Za krótkie - ledwo się zapamiętałem w czytaniu - i koniec. Ja się tak nie bawię. O! Proszę o dłuższe.
    Pozdrawiam Cię 👍

    10 minut temu

  • Użytkownik Hart

    Nic dodać nic ująć. Czekam na cdn😊. Pozdrowienia

    1 godz. temu

  • Użytkownik elenawest

    @Hart dziękuję ❤️

    1 godz. temu